014. The past has never existed
: śr cze 24, 2026 1:06 pm
Sprawa Lucy nie dawała mu spokoju, mimo upływu czasu, to dla niej wstąpił do policji. Siedział na komisariacie, wpatrując się w pożółkłą teczkę oznaczoną numerem sprawy sprzed sześciu lat. Na okładce widniało nazwisko: Lucille Carter. Zaginiona. Nigdy nieodnaleziona. Przez te lata próbował przekonać samego siebie, że pogodził się z tym, co wydarzyło się wtedy nad jeziorem. Oczywiście, że było to kłamstwo. Każde zaginięcie, każda nierozwiązana sprawa, przypominała mu o tamtej nocy, krzyku Lucy i o tym, że nie zareagował, choć powinien to zrobić. Żałował oddania tamtego pamiętnika. Zanim to zrobił, mógł do niego zajrzeć, może znalazłaby coś, co zwróciłoby jego uwagę — bo Lucy była mu bliska, znał ją. Przeglądał zdjęcia z wyjazdu, wpatrywał się w ten cholerny pomost, na którym wtedy zniknęła. A razem z nią postać w czarnej bomberce. Jeden z tropów prowadzących donikąd.
Ten incydent nie dawał mu spokoju. Lucy wracała do niego w myślach, nawiedzała go jak duch, który został na tej ziemi, bo po śmierci nie odzyskał spokoju. Gdyby Danny był wierzący, może próbowałby doszukiwać się w tym jakichś znaków, boskiej interwencji, lub ostrzeżenia. Ostatecznie wołania o pomoc zza granicy życia i śmierci. Danny nie wierzył w takie rzeczy. Wierzył w fakty i dowody, w to, co można było udowodnić. Dlatego nigdy nie dopuszczał do siebie myśli, że istnieje jakikolwiek związek pomiędzy jego snami a sprawą Lucy. Tłumaczył je sobie poczuciem winy i wyrzutami sumienia. Według niego sprawa była prosta; ludzki umysł lubił wracać do tego, czego nie potrafił zamknąć. A on nigdy nie zamknął rozdziału związanego z Lucy. Mimo to zdarzały się momenty, które zostawiały po sobie dziwny ślad niepewności. Jak spotkanie ze starą cyganką, która zaczepiła go na ulicy, gdy wracał z akademii późnym, jesiennym wieczorem. Jednym z tych, podczas których miasto tonęło w szarości, deszczu i chłodzie. Zatrzymała go starsza, zgarbiona pani, która wspomniała, że widzi za nim dwa cienie — jego własny i cień czegoś, co się do niego przypałętało. Owszem, przypałętało się. Pech w miłości. Nieprzyjemna aura i ojcowskie przekleństwo. Zignorował ją i to, co mówiła; choć później wróciła do niego ta myśl, gdy kładł się do łóżka. Może to była po prostu intuicja, nic więcej. Intuicji mógł zaufać.
Zaufał jej podczas przeglądania zdjęć, które pokazał mu Eric. Zwrócił uwagę na rudowłosą kobietę w niebieskiej spódnicy. Jego wzrok zatrzymał się na niej nieco dłużej, niż powinien. Wzór materiału i charakterystyczny krój wydawały się dziwnie znajome. Tak znajome, że w tamtej chwili przestał wierzyć w zbiegi okoliczności. Zostawił tę myśl dla siebie. Przeglądając fotografie, podpytywał starszego brata o szczegóły wyjazdu. Eric sprawiał wrażenie zadowolonego pomimo drobnych komplikacji i tej całej historii o zabójstwie.
Odnalezienie profilu Gabrieli na Instagramie zajęło mu zaledwie kilka minut. Wystarczyło przejrzeć listę obserwujących starszego brata. Wśród dziesiątek zdjęć i podobnych twarzy rudowłosa kobieta natychmiast przyciągnęła jego uwagę. Dostęp do policyjnej bazy danych pozwolił mu sprawdzić jej aktualne miejsce zamieszkania. Zanim jednak ruszył z niezapowiedzianą wizytą, wrócił do zdjęć zapisanych w telefonie, na dysku google i w chmurze. Przez lata zgromadził ich naprawdę dużo, i wiele z nich przedstawiało Lucy. Nie musiał długo szukać; na jednym z nich stała właśnie w tej spódnicy. Pamiętał dzień, kiedy mu ją pokazała. Lucy uwielbiała szyć i marzyła o karierze projektantki mody. Z przejęciem opowiadała o swoim najnowszym projekcie, a potem wspomniała, że jedną z własnoręcznie uszytych spódnic chce podarować przyjaciółce.
Najwyraźniej tą przyjaciółką była Gabriela Blais zamieszkała w Distillery District pod numerem 13.
Jazda do Distillery District była dziwnie cicha, jakby miasto specjalnie przyciszyło się na jego potrzeby, zostawiając mu zbyt dużo miejsca na myśli, których wcale nie chciał mieć. Trzymał ręce na kierownicy motocykla, ale napięcie w palcach zdradzało więcej, niż sam by przyznał. Obraz rudowłosej kobiety w niebieskiej spódnicy wracał uparcie, jak detal, który nie pasuje do reszty układanki, a jednak nie daje się wyrzucić z głowy. Lucy zawsze powtarzała, że pewne rzeczy czujesz, zanim zrozumiesz, i właśnie to było najbardziej irytujące, bo teraz jego własny umysł brzmiał jak echo jej głosu. A on chciał pozbyć się tego, co brzmiało jak Lucy. Chciał wyrzucić z głowy jej głos i więcej do niego nie wracać, jakby sam fakt, że go pamiętał, wprawiał go w poczucie dyskomfortu.
Czarna maszyna zatrzymała się na parkingu, wydając z siebie przyjemne dla ucha brzmienie. Zgasił motocykl i zdjął kask z głowy, zabierając go ze sobą. Przez chwilę obserwował w milczeniu budynek, odcinając prywatne rozterki i rozmyślenia. Ruszył w stronę wejścia, dochodząc do wniosku, że im bliżej mieszkania z numerem trzynaście się znajdywał, tym bardziej jego decyzja przestawała być tylko intuicją. Zaczynała być koniecznością. Nacisnął dzwonek bez wahania, a kiedy po drugiej stronie rozległy się kroki, jego twarz nie zmieniła wyrazu ani na sekundę, jakby już wcześniej zdecydował, że emocje nie będą tu miały dostępu. Gabriela stała w progu dokładnie taka, jak na zdjęciach, choć rzeczywistość zawsze dodaje coś, czego nie da się uchwycić na pikselach. Kobieta nie miała już rudych włosów, ale czarne, a jej ostre spojrzenie przypomniało mu o tej wrednej koleżance Erica, wobec której nigdy nie był szczególnie uprzejmy.
— Cześć, Blais. Nie zajmę ci dużo czasu. Chcę tylko wiedzieć, skąd masz niebieską spódnicę, którą miałaś na zdjęciu znad jeziora — odezwał się bezpośrednio, mierząc ciemnowłosą pochmurnym spojrzeniem. Bez zbędnej uprzejmości, bez owijania w bawełnę — mówił spokojnym tonem pozbawionym jakiejkolwiek miękkości, jakby już na wstępie ustalał warunki rozmowy, a nie ją zaczynał. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, jakby próbował zapamiętać zgodność danych między tym, co widział w rzeczywistości, a przejrzanymi wcześniej zdjęciami. Nie przyjechał tutaj służbowo; o czym świadczył luźny ciemny t-shirt i zarzucona na ramiona kurtka motocyklowa. Brakowało mu munduru, lecz nie rozstawał się z odznaką ani identyfikatorem — w razie konieczności zamierzał je wykorzystać, podobnie jak policyjne przywileje płynące z ich posiadania.