Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?
: czw cze 25, 2026 1:19 pm
trigger warning
przekleństwa, obsesja i chora miłośćPrzeczytał tylko pierwszy akapit komentarza, który pojawił się pod jego najnowszą powieścią, ale ten podpis... Q - wystarczyła jedna literka, żeby znowu wszystkie jego myśli wróciły do niej. Do niebieskich jak dwa oceany oczu, które tak często ciskały w niego gromem. Do jasnych loków, które okręcał wokół palca, które wiatr w Hamptons targał tak namiętnie, że Queenie marszczyła nosek i tupała nóżką skarżąc mu się, jakby mógł zatrzymać wiatr.Ta kobieta o której piszesz brzmi niepokojąco znajomo...
queen Q.
Kurwa.
Wszystko by dla niej zrobił. Wtedy.
Palce zatańczyły na klawiaturze, kiedy wystukał na niej te kilka zdań, które i tak zaraz skasował.Niemożliwe. Zbieżność osób i nazwisk jest przypadkowa. A zresztą to wszystko fikcja literacka. Takie kobiety nie istnieją, a zwłaszcza takie uczucia. Obsesyjne. Dzikie. Na zawsze.
Jakby nie liczyło się nic innego na świecie, tylko to serce, które mocniej biło do jednej kobiety...
To Ty?
Niemożliwe. Wybacz. Nie wracajmy do tego.
Od Autora.
Bo to przecież niemożliwe. Jakim los musiałby być skurwysynem, żeby Queenie znowu stanęła na jego drodze...
Los był skurwysynem. Podpisywał kolejne wydania swojej książki, tej, którą wydawał pod pseudonimem, więc złoty długopis nie kreślił na papierze nawet jego własnego nazwiska. Obca sygnatura, a jednak te powieści przecież były tak bardzo bliskie jego sercu. Każda zaczynała się inaczej, każda kończyła się na tej samej kobiecie.
Na jej niebieskich, dużych oczach, na jasnych lokach, delikatnej skórze, która drżała pod szorstkimi opuszkami i na pełnych ustach, które nigdy się nie zamykały. Które w jednym momencie potrafiły mu powiedzieć, że już zawsze będą razem, a w drugim zwyzywać od najgorszych. Które powiedziały mu tak wiele przykrych słów, które dotykały do żywego, ale też te najpiękniejsze na świecie, te w których obiecała mu, że nie będzie sam.
5 259 487 minut. 87 658 godzin. 521 tygodni. 3 652 dni.
10 lat. Tyle czasu trwała samotność, zanim się odważył, zanim postanowił wrócić do Toronto.
Ale przecież nie liczył na to, że ją tutaj spotka, przecież to miały być kolejne spotkania autorskie. Nie przyjechał tu w pogoni za utraconą miłością, przyjechał dla sławy.
Gówno prawda.
Tylko i wyłącznie dla niej.
Tego spojrzenie i uśmiechu, dźwięku jej głosu, który w tych ustach brzmiał jak najpiękniejsza melodia.
Ares - jakby słyszał ją.
- Dla kogo dedykacja? - powtórzył, palcami przesuwając po białej stronie, gdzie na samym dole małymi literami widniał dopisek
dla niej.
Każda ta książka była dedykowana dla niej. Żeby któregoś dnia mógł spojrzeć w te piękne, błękitne oczy. Żeby któregoś dnia mógł jej powiedzieć, nie jestem już nikim, bo dla ciebie stałem się... Tylko kim on się stał?
W tej drogiej koszuli, dobrze skrojonych spodniach i okularach na nosie. Kim on teraz właściwie był?
- Ares... - wydawało mu się? Śniło? Przesłyszał się? Znowu podstępny umysł płatał mu figla. Znowu szelest brzmiał jak jej głos? Znowu wariował?
Dla niej. Za nią. Za jej lokami, jej oczami, jej ustami.
Podniósł głowę...
- Kurwa - wyrwało mu się. Powiedział to? Pomyślał? A może... śnił? Znów.
Przecież to nie mogła być ona, ale była. Stała przed nim, a te jej oczy w najpiękniejszym odcieniu błękitu wpatrywały się w niego z równym niedowierzaniem. Czy oni naprawdę tu stali? Istnieli?
Wśród regałów z książkami, wśród ludzi, którzy przyszli tutaj po podpis Damona Wolfa, jego autorskiego alterego. A ona przed nim stoi i wypowiada jego imię, w najpiękniejszy możliwy sposób. Szeptem, który zawisł między nimi.
Szeptem, który wdzierał się głęboko pod skórę, który sprawiał, że myśli, każda jedna już... kurwa. Fiksowała się na niej. Te jasne loki, tyle ich już okręcał na swoich palcach, tyle szarpał, a żadne nie były takie, jak jej.
Te oczy, błyszczące zadziornością, najpiękniejsze na świecie. Dużo błękitnych oczu widział przez te dziesięć lat, ale żadne takie...
I usta. Prawie już zapomniał jak smakowały.
Zerwał się z krzesła, gwałtownie, tak, że sterta książek posypała się po podłodze, ale Ares nawet nie zwrócił na to uwagi, bo jego palce już zaciskały się mocno na jej ramieniu.
- Queenie - warknął jak wtedy, kiedy był na nią nadąsany. Odciągnął ją na bok, pod regał, gdzie zapach kurzu mieszał się z tym charakterystycznym dla nowych książek, tuszu drukarskiego. A to wszystko doprawione znajomą wonią jej drogich perfum - co tu robisz? - a może powinien zapytać, czy stoi tu naprawdę? Czy to znowu jego chory umysł i... obsesja na jej punkcie?
moja obsesja...