Strona 1 z 3

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: czw cze 25, 2026 1:19 pm
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja i chora miłość
Ta kobieta o której piszesz brzmi niepokojąco znajomo...

queen Q.
Przeczytał tylko pierwszy akapit komentarza, który pojawił się pod jego najnowszą powieścią, ale ten podpis... Q - wystarczyła jedna literka, żeby znowu wszystkie jego myśli wróciły do niej. Do niebieskich jak dwa oceany oczu, które tak często ciskały w niego gromem. Do jasnych loków, które okręcał wokół palca, które wiatr w Hamptons targał tak namiętnie, że Queenie marszczyła nosek i tupała nóżką skarżąc mu się, jakby mógł zatrzymać wiatr.
Kurwa.
Wszystko by dla niej zrobił. Wtedy.
Niemożliwe. Zbieżność osób i nazwisk jest przypadkowa. A zresztą to wszystko fikcja literacka. Takie kobiety nie istnieją, a zwłaszcza takie uczucia. Obsesyjne. Dzikie. Na zawsze.
Jakby nie liczyło się nic innego na świecie, tylko to serce, które mocniej biło do jednej kobiety...
To Ty?
Niemożliwe. Wybacz. Nie wracajmy do tego.

Od Autora.
Palce zatańczyły na klawiaturze, kiedy wystukał na niej te kilka zdań, które i tak zaraz skasował.
Bo to przecież niemożliwe. Jakim los musiałby być skurwysynem, żeby Queenie znowu stanęła na jego drodze...


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Los był skurwysynem. Podpisywał kolejne wydania swojej książki, tej, którą wydawał pod pseudonimem, więc złoty długopis nie kreślił na papierze nawet jego własnego nazwiska. Obca sygnatura, a jednak te powieści przecież były tak bardzo bliskie jego sercu. Każda zaczynała się inaczej, każda kończyła się na tej samej kobiecie.
Na jej niebieskich, dużych oczach, na jasnych lokach, delikatnej skórze, która drżała pod szorstkimi opuszkami i na pełnych ustach, które nigdy się nie zamykały. Które w jednym momencie potrafiły mu powiedzieć, że już zawsze będą razem, a w drugim zwyzywać od najgorszych. Które powiedziały mu tak wiele przykrych słów, które dotykały do żywego, ale też te najpiękniejsze na świecie, te w których obiecała mu, że nie będzie sam.

5 259 487 minut. 87 658 godzin. 521 tygodni. 3 652 dni.
10 lat. Tyle czasu trwała samotność, zanim się odważył, zanim postanowił wrócić do Toronto.
Ale przecież nie liczył na to, że ją tutaj spotka, przecież to miały być kolejne spotkania autorskie. Nie przyjechał tu w pogoni za utraconą miłością, przyjechał dla sławy.
Gówno prawda.
Tylko i wyłącznie dla niej.
Tego spojrzenie i uśmiechu, dźwięku jej głosu, który w tych ustach brzmiał jak najpiękniejsza melodia.
Ares - jakby słyszał ją.
- Dla kogo dedykacja? - powtórzył, palcami przesuwając po białej stronie, gdzie na samym dole małymi literami widniał dopisek
dla niej.

Każda ta książka była dedykowana dla niej. Żeby któregoś dnia mógł spojrzeć w te piękne, błękitne oczy. Żeby któregoś dnia mógł jej powiedzieć, nie jestem już nikim, bo dla ciebie stałem się... Tylko kim on się stał?
W tej drogiej koszuli, dobrze skrojonych spodniach i okularach na nosie. Kim on teraz właściwie był?
- Ares... - wydawało mu się? Śniło? Przesłyszał się? Znowu podstępny umysł płatał mu figla. Znowu szelest brzmiał jak jej głos? Znowu wariował?
Dla niej. Za nią. Za jej lokami, jej oczami, jej ustami.
Podniósł głowę...

- Kurwa - wyrwało mu się. Powiedział to? Pomyślał? A może... śnił? Znów.
Przecież to nie mogła być ona, ale była. Stała przed nim, a te jej oczy w najpiękniejszym odcieniu błękitu wpatrywały się w niego z równym niedowierzaniem. Czy oni naprawdę tu stali? Istnieli?
Wśród regałów z książkami, wśród ludzi, którzy przyszli tutaj po podpis Damona Wolfa, jego autorskiego alterego. A ona przed nim stoi i wypowiada jego imię, w najpiękniejszy możliwy sposób. Szeptem, który zawisł między nimi.
Szeptem, który wdzierał się głęboko pod skórę, który sprawiał, że myśli, każda jedna już... kurwa. Fiksowała się na niej. Te jasne loki, tyle ich już okręcał na swoich palcach, tyle szarpał, a żadne nie były takie, jak jej.
Te oczy, błyszczące zadziornością, najpiękniejsze na świecie. Dużo błękitnych oczu widział przez te dziesięć lat, ale żadne takie...
I usta. Prawie już zapomniał jak smakowały.
Zerwał się z krzesła, gwałtownie, tak, że sterta książek posypała się po podłodze, ale Ares nawet nie zwrócił na to uwagi, bo jego palce już zaciskały się mocno na jej ramieniu.
- Queenie - warknął jak wtedy, kiedy był na nią nadąsany. Odciągnął ją na bok, pod regał, gdzie zapach kurzu mieszał się z tym charakterystycznym dla nowych książek, tuszu drukarskiego. A to wszystko doprawione znajomą wonią jej drogich perfum - co tu robisz? - a może powinien zapytać, czy stoi tu naprawdę? Czy to znowu jego chory umysł i... obsesja na jej punkcie?

moja obsesja...

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: czw cze 25, 2026 11:37 pm
autor: Queenie Wyatt
Nigdy nie będziesz sam.


Od wejścia do pomieszczenia, Queenie mierzyła wszystko i wszystkich spojrzeniem wyższości. Tłum napalonych mamusiek zebrany na wydarzeniu, robił początkowo wrażenie przeciętnego klubu książki, ale tylko one wiedziały, że każda z nich robiła się mokra od obrazowych opisów scen miłosnych w książkach Damona Wolfa. Ich najbardziej skrywane fantazje podane w smakowity sposób przez mężczyznę, który zdawał się rozumieć ich potrzeby. Mamuśki kręciły się po pokoju szepcząc o tym, że Damon Wolf sam wygląda jak bohater jednej ze swoich powieści. Jeszcze zanim go dostrzegła, wiedziała, że to będzie owocne spotkanie. Bo przecież przyszła tu z misją. Chciała nie tylko dotrzeć do autora swoich ulubionych książek, ale również dowiedzieć się jak to możliwe, że poruszał wątki które były ewidentnie z jej życia. Inne kobiety na wydarzeniu zachowywały się absurdalni. Wszystkie miały wspólny sekret, dlatego chociaż były dorosłymi kobietami, chichotały po kątach ściskając najnowsze wydanie najnowszej książki "Obietnica", wymieniały się spojrzeniami i niecierpliwie przestąpywały z nogi na nogę stojąc w długiej kolejce po autograf. Ale nie Queenie. Ona była zdeterminowna, oraz poruszona tym, że nie otrzymała żadnej odpowiedzi na swój komentarz pod najnowszą publikacją.
Stojąc na końcu kolejki Queenie żałowała, że już nie jest w ciąży, bo z brzuchem zawsze ją wszyscy wpuszczali do przodu. Odkąd pół roku temu urodziła Percy'ego, pojawianie się w miejscach publicznych przestało wiązać się z uprzywilejowanym sposobem traktowania. Dojrzałe kobiety zamiast przepuszczać ją w kolejce, pochylały się nad wózkiem, by zachwycić się maleństwem, a młodsze kobiety nie zdawały sobie sprawy, że to jej należy się ich miejsce. Jedynie młode matki, pamiętając swoje własne trudności, ustępowały jej miejsca. Teraz jednak nie było na to szans. Nie miała u swego boku Percy'ego. Ten został z nianią w przedsionku sali, by nie przeszkadzać mamie w jej dochodzeniu. Po Queenie również fizycznie nie było widać, że rodziła pół roku temu. Śladu po ciąży już praktycznie nie było, chociaż Queenie codziennie patrzyła krytycznie na swój brzuch i z całej siły masowała go, by przy użyciu kremów oraz olejków wrócić mu dawną sprężystość. Ukryty pod sukienką, nie rzucał się w oczy, zresztą niejedna kobieta była pod wrażeniem, kiedy Queenie pojawiała się gdzieś z dzieckiem. Podejrzewano nawet, że wcale nigdy nie była w ciąży, gdyż było to niemożliwe, by tak prędko wróciła do figury. Żadna z tych kobiet oczywiście nie wiedziała, jakim to było obudowane ciężarem.

Najpierw zobaczyła czoło Damona Wolfa. Ciekawa wspięła sie na czubki palców i zobaczyła również jego łuk brwiowy.
Nie minęło kilka minut, a jego twarz mignęła jej pomiędzy poruszającymi się kobietami.
Mocno zarysowana szczęka, gęste brwi i chmurne spojrzenie. Musiała kilka razy zamrugać z wrażenia, przekonana że jej spojrzenie znów płata jej figle. Czy to możliwe, że Damon Wolf nie tylko pisze tak jakby ją znał, ale... faktycznie ją znał? Czy to, że do złudzenia przypomina jej z daleka Aresa mogło oznaczać, że on i Ares to... jedna osoba? Zastanawia się krótko dlaczego Ares siedziałby tam przy stole i podpisywał się obcym nazwiskiem? Może to tylko fatamorgana. Może to dlatego, że ostatnio nie układało jej się z Heathem, może dlateg ogłowa płatała jej figle i przywracała wspomnienie o mężczyźnie z jej przeszłości.
Zdezorientowana wibjała wzrok w mężczyznę nonszalancko machającego piórem. Chociaż widzi go tylko momentami, myśl, że to tylko przywidzenie jakby znika. A każda kolejna chwila przybliża ją do odkrycia, które powoduje, że gotują się w niej sprzeczne emocje. Złość - na mężczyznę, który zniknął z jej życia bez słowa wyjaśnienia. Radość - z tego, że wreszcie się odnalazł. Szok, że najwyraźniej jest obiektem westchnień całego pomieszczenia. I powoli również poajwia się zielona zazdrość na myśl, że wszystkie uśmiechy posyłane do czytelniczek przychodzą mu tak łatwo. Czy on na poważnie flirtuje z połową świata, kiedy ona jest w pomieszczeniu?
Nieistotne, że Queenie ma męża i noworodka. Aresowi nie można było.
Niepewność ostatnecznego werdyktu można mierzyć w poziomie głośności imienia, które wypowiada cicho. Usłyszał, uniósł spojrzenie w momencie, kiedy dostała potwierdzenie odnajdując na jego dłoni znajomą bliznę. Jego ciemne oczy odnajdują ją od razu. Queenie na chwilę zapomina jak się oddychało.

Wdech.
Jego spojrzenie działa na nią całą. Intensywne mrowienie w tylnej części pleców porusza ją niespodziewanie. Zaskoczona na chwile trzyma lekko otwarte usta. Nikt inny tak na nią nie działał, myślała, że już nie będzie nigdy w stanie tego poczuć. Ręka unosząca książkę, zaciska się automatycznie, niby hamulec w wyścigówce, która chce mknąć do stacji Ares Horne.
Wydech.

Nie mogła uwierzyć w to, że Damon Wolf to tak na prawdę Ares, że Ares to Damon. Że książki, które pochłaniała przez ostatnie lata w zastraszającym tempie wyszły spod jego pióra. Nagle zrobiło jej się z tym źle. Chciała go zdzielić przez głowę tomiszczem, które ze sobą tu przyniosła, ale najpierw... najpierw musi się upewnić. Bo nie była jeszcze pewna, jak to możliwe, że Ares wyrósł na kogoś takiego.
- To naprawdę ty? - pyta przechylając głowę, a kiedy dostrzega w nim błysk niezrozumienia, nie może oprzeć się przed złośliwym uśmieszkiem, który zbłąkał jej się na ustach. To się nie zmieniło, że zawsze chciała wyprowadzać go z równowagi. Ares i tak był bardzo statecznym mężczyzną, zresztą nawet wyglądem przypominał stare drzewo, dlatego święciła tryiumfy przy każdym udanym jego zdziwieniu.
- Zaskoczyłam Cię swoją obecnością? - pyta go poniekąd odpowiadając na jego pytanie co tu robi i spogląda krytycznie na jego dłoń, zaciskającą się na jej ramieniu. Dziesięć lat rozłąki odebrało mu prawo robienia podobnych rzeczy, a już na pewno nie powinien robić tego publicznie. Jej spojrzenie jasno wskazuje na to, że powinien rękę zabrać.
W końcu jednak obdarza go szerokim uśmiechem rozlanym na pełnych ustach. Pełniejszych niż dekadę temu, bo teraz podkreślonych przez zabiegi medycyny estetycznej. Ares musiał dostrzec to od razu, a ona specjalnie przedłuża uśmiech, szukając w jego spojrzeniu oceny tego kim teraz się stała.
Chociaż z ich dwójki to on robił większe wrażenie. Poziom jego ubrań wzrósł. Dostrzega nawet kilka elementów biżuterii, chociaż chce znaleźć najważniejszy - ten noszony na miejscu serdecznym. Na szczęście go nie odnajduje. A mimo wszystko jest zdumiona - nie tak zapamiętała Aresa. Wcześniej jego szafa składała się z dwóch par spodni i trzech koszulek, a teraz miał na sobie koszulę, która kosztowała więcej niż czynsz w jego starym domu. Spogląda na jego dłonie na których widnieją nowe tatuaże. Przesunęła po nim spojrzeniem, takim jakim wita się starych znajomych. Chociaż w środku siebie czuje pokusę, która smyra ją po miejscu w którym jeszcze przed chwilą ją ściskał. Musiała się powstrzymywać przed pokusą ściśnięcia go za ramię, albo sprawdzenia czy wciąż kiedy położy mu swoje czoło na czole jego, to będą umieli sobie czytać w myślach. Dobrze wiedziała, że obecnie takie rzeczy były po prostu nieakceptowanlne przez pana Wyatt.
- Kiedy zamierzałeś się do mnie odezwać i powiedzieć, że jesteś w Toronto! Jestem absolutnie oburzona, że nie powiedziałeś mi, że tu będziesz, jakimś c u d e m pojawiłam się dziś na twoim wieczorku autorskim... Ares? - przerywa na chwilę radosną paplaninę, żeby spojrzeć na niego całkiem poważnie - Wyglądasz świetnie - jak mężczyzna ze snów. Zawesiła sie na chwilę spoglądając na jego usta i unosi spojrzenie - Skoro odwiedzasz Toronto, to musisz mnie odwiedzić w domu. Heath będzie zachwycony, dużo mu o Tobie opowiadałam
Oczywiście, nie wszystko.

Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pt cze 26, 2026 11:39 am
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Obietnica, którą tak ochoczo w dłoniach ściskały te wszystkie kobiety, którą tuliły do piersi, jakby rzeczywiście była czymś w rodzaju spełnienia ich najskrytszych fantazji, nie miała na sobie jego zdjęcia, krótka notka o autorze - Damon Wolf, twórca światowej klasy bestsellerów piszący o... mrocznej, toksycznej wręcz, miłości.
A jednak na spotkaniach autorskich pojawiał się on - Ares Horne we własnej osobie, w tej swojej nonszalancko odpiętej koszuli, w okularach w ciemnej oprawce i z uśmiechem, którym karmił swoje fanki.
Uśmiechał się, chociaż myślami wtedy był gdzieś daleko stąd.
Na pewno nie w tej księgarni, kiedy jego palec sunął po czystej stronie, gdzie kreślił kolejne dedykacje.
Jego myśli odpływały do Queen Q., jedynej niepodważalnej królowej.
Klatka piersiowa uniosła mu się w głębokim oddechu, kiedy złapał w płuca więcej powietrza, na sekundy jedynie przed...
Przed tragedią?
Szczęściem?
Pojednaniem?

Przed tym jak jego ciemne, intensywne spojrzenie, odszukało to jej, figlarne, zadziorne. Niebieskie jak bezchmurne niebo, które rozciągało się nad Hamptons w te pamiętne wakacje.

Błękit jej oczu i błękit tego nieba już zawsze będzie siedział mu tak głęboko w sercu. Już zawsze będzie przywoływał te najlepsze wspomnienia. Pełne beztroski chwile, kiedy trzymali się za ręce obiecując sobie, że zawsze będą razem.

Krótko trwało ich zawsze.
Boleśnie roztrzaskane kilkoma słowami jak mogłabym go kochać?
Jak?
Jego?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Tylko, że Ares już dawno przestał być tym chłopakiem o czarnych oczach, który wpatrywał się w nią, jakby była dla niego całym światem. Dorósł, zmężniał. A te porwane, połatane jeansy, w których kiedyś potrafił chodzić latami wymienił na idealnie skrojone spodnie, które opinały jego ciało tak, żeby podkreślić jego... charakter. Bo Ares Horne niezaprzeczalnie go miał. Wyrobił go przez te dziesięć lat, kiedy walczył o swoje, kiedy pisał całymi nocami, a dniami krążył po sennym miasteczku gdzieś pod Vancouver. Z papierosem w zębach, z głową, która czerpała pomysły do nowej książki z każdej sytuacji, w której on się znalazł.
Najpierw powstał kryminał, gdzie główną rolę grał facet, twardy glina, który szedł przez życie z dumnie uniesionym podbródkiem.
A Ares...
Kurwa.
Ile razy on na początku upadł. Na kolanach w oparach nikotynowego dymu, pijany, bez grosza przy duszy...
Wtedy.
Bo teraz pieniędzy mu nie brakowało. Teraz miał wszystko, sławę, forsę, fanki. Brakowało mu tylko jej.
- A kto? - zapytał od razu, kiedy tak sobie z nim pogrywała. Queenie lubiła gierki. Wyprowadzanie go z równowagi. Testowanie jego granic.
A kiedy on się unosił, to ona wtedy odpowiadała mu tym samym. Krzyczeli na siebie i się szarpali...
Ale to zawsze on pierwszy wyciągał do niej rękę.
I teraz też te jego palce musnęły jej gładką skórę na przedramieniu. Jedwab jej skóry od razu wbijał mu się gdzieś mocno w myśli, powodował, że na karku włosy stawały dęba, aż musiał odchylić do tyłu głowę.
- Zaskoczyłaś - odpowiedział szczerze, bo jej uśmiech, ten bezczelny, doprawiony swego rodzaju prowokacją, był ostatnim, co on tutaj spodziewał się zobaczyć.
I jednym czego pragnął.
Spojrzenia wszystkich kobiet w tym pomieszczeniu były skierowane na nich, na jego dłoń na jej ramieniu, jego czarne oczy, które wisiały na tych jej błękitnych, rozmigotanych w świetle stłumionych bibliotecznych lamp. A potem na jej ustach, pełniejszych niż te dziesięć lat temu.
Innych.
Aż przełknął głośno ślinę, a jabłko Adama na jego szyi poruszyło się rytmicznie, kiedy... myślał o jej ustach.
Powinien zabrać rękę, taki sygnał wysłało mu przecież jej spojrzenie, a Ares nie był już tym narwanym, młodym chłopakiem. Był dorosłym, poprawnym mężczyzną.
Kurewsko niepoprawny, kurewsko niedojrzały, taki sam jak kiedyś, ale tylko przy niej...
Horne nigdy jednak nie szedł za powinnością i zanim zdążyła się znowu odezwać, on ciągnie ją za regał, na którym rzędami poukładane były jego powieści. W ciemny zaułek, z dala od wścibskich spojrzeń. Tylko oni dwoje, wpatrzeni w siebie... jakby widzieli się wczoraj, oddechy mieszające się w jeden, kiedy się do niej pochylał.
Niebezpiecznie blisko.
Taka zażyłość po dziesięciu latach? Ale jak inaczej, kiedy oni przecież wtedy byli dla siebie wszystkim. Całym światem zamkniętym w jej błękitnych oczach.
- A co ciebie to obchodzi, gdzie ja jestem Queenie? - wysyczał przez zęby, ale... Ja pierdole. Jak bardzo dotknęło go to, że była oburzona, że nie poinformował jej o swoim powrocie, uśmiechnął się delikatnie i zaraz cofnął od niej, żeby to chłodno-gorące spojrzenie przesunęło się po jego torsie ukrytym pod jedwabną, czarną koszulą, zatrzymało na złotym medaliku, który spomiędzy delikatnego w dotyku... Chciałabyś sprawdzić jak delikatnego? materiału, puszczał jej migotliwe oczko.
Czekał na to, aż ona to zauważy, jak się dla niej zmienił. Jak dorósł, jak zakładał na kark te drogie koszule, żeby dla niej, tylko i wyłącznie, wyglądać świetnie.
- A ty... przeciętnie, miałaś ładniejsze sukienki - powiedział to tylko po to, żeby zobaczyć jak marszczy nosek niezadowolona, a jej spojrzenie znów ciska w niego gromy. Tylko po to... bo wyglądała zjawiskowo. W tej sukience, która podkreślała jej kształty, która uwydatniała biel jej skóry i błękit oczu. A w głowie pojawiła się natrętna myśl - jak wyglądałaby bez niej?
- Twój mąż? - wiedział, że wyszła za mąż. Gdzieś po drodze na szczyt, spadła na niego ta informacja. Wyszukana w sieci, gdzie godzinami potrafił szukać wzmianki na jej temat. Obsesyjnie - dużo mu opowiadałaś? - powtórzył po niej, a jego oczy zapłonęły bezczelnie, a potem z tą samą wrodzoną arogancją, która w jej stosunku była tak kurewsko na miejscu, przyparł ją do regału, rękę opierając o półkę nad jej ramieniem - opowiadałaś mu, jak złamałaś mi serce? Czy jak kradłaś z tych ust... - dał jej chwilę, żeby spojrzała na jego pełne wargi - bezczelne pocałunki? - zapytał w żywe oczy, bo Ares zawsze taki był. Szczery do bólu. Może nie mówił dużo, nie paplał jak Queenie o wszystkim i na okrągło, ale każde pierdolone zdanie trafiało w punkt.
W jakie twoje punkty trafiło Queenie?
Zanim jednak zdążył mu na to odpowiedzieć choć słowem, to za regał zajrzała jego agentka.
- Ares... mamy jeszcze pół godziny, a kolejka ciągnie się do samych drzwi - rzuciła chłodno i takim też spojrzeniem zmierzyła blondynkę. Według niej kolejną pewnie złotowłosą na jedną noc, z listy Aresa Horne'a.
I chociaż nie chciał wcale, bo nagła bliskość z Panią Wyatt wywoływała w nim uczucia tak obce, uśpione od lat, to odsunął się od niej.
- Idę...
Pani Wyatt...

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pt cze 26, 2026 3:08 pm
autor: Queenie Wyatt
- Damon Wolf - odpowiada zawieszając wyczekujące spojrzenie na jego rozzłoszczonej twarzy. Ciekawe. Ciekawe, że było dla niego, że powinna go rozpoznać w mig. I chociaż poniekąd tak się stało, to kiedy teraz powoli przesuwa spojrzeniem po jego twarzy, w jej oczach wyraźnie odznacza się wielki szok. Bo Ares zrobił na niej wrażenie. Począwszy od tego, że jego ciało wyglądało nieziemsko, przez ubrania z najwyższej półki i to ile kobiet przyszło go dziś spotkać... Queenie wyraźnie inaczej na niego reaguje niż kiedyś, kiedy traktowała go z wyższością. Teraz jej spojrzenie wyraża jeszcze jakiegoś rodzaju poważanie i zainteresowanie.
Niezadowolona wciąż z tego, że Ares tak ją prowadzi z miejsca na miejsce, dała się wciągnąć za regał z książkami. Rzuca jeszcze uważne spojrzenie za plecy i widzi przynajmniej osiem znajomych twarzy. Przeszedł ją dreszcz, kiedy zrozumiała, że każda z tych ośmiu kobiet będzie w stanie połączyć sobie ją z autorem erotyków i wydedukować, że najwyraźniej coś jest na rzeczy.
Dopiero, kiedy zatrzymali się poza spojrzeniami innych pozwoliła sobie na to, by jej spojrzenie było bardziej wyzywające, a ich ciała były bliżej. Czuła przez materiał swojej sukienki, jak gorąc, który buzował w jego żyłach na nią emanuje. Wyprostowała się odruchowo, chociaż najchętniej to by się o niego oparła. Przesuwa kciukiem po obrączce, starając się opanować. Znów ledwo pamięta o tym, żeby oddychać.
- Oczywiście, że mnie obchodzi. Nie masz pojęcia, jak mi Ciebie brakowało Ares. Ale kiedy tak zniknąłeś z dnia na dzień... - i ona kładzie rękę na jego ramieniu, a kiedy poczuła pod palcami twardość jego mięśni jej ręka na chwile się uniosła, żeby zaraz ścisnąć je lekko mocniej. Wciąż to przypominało po prostu przyjacielski gest, ale zrobiła to zupełnie bezmyślnie, jakby jej odruchem bezwarunkowym było sprawianie mu lekkiego bólu. - Gdzie teraz mieszkasz? Musisz mi wszystko opowiedzieć. I o tym gdzie byłeś, co widziałeś.. - chciałaby go zagadać o wszystko, dowiedzieć się wszystkiego i przeżyć z nim to, czego sama nigdy nie doświadczyła. Ale Ares jak zawsze miał zupełnie inny pomysł na to co mieli robić.
Poczuła się absolutnie dotknięta tym, że skrytykował jej ubiór, bo od razu pojęła, że nie podoba mu się również jej ciało. Dlatego faktycznie gromy pojawiają się w jej oczach, świdruje go spojrzeniem, wyobrażając sobie że rozbija mu głowę na pół. Szkoda tylko by było, bo bardzo jest to przystojna głowa.
- To niezbyt miła rzecz, aby mówić po dekadzie braku kontaktu - zwraca mu uwagę, niczym nauczycielka albo starsza siostra, która strofuje małego chłopca. Ares może i był teraz poważnym mężczyzną o statusie równie wysokim jak wzrost. Może i sprawiał, że zadzierała głowę, ale to ona wciaż ustalała zasady. Ona i jej uparte spojrzenie, które nie chciało go opuścić odkąd tylko ponownie pojawił się w jej życiu.
Skinęła ochoczo głową, potwierdzając, że Heath to jej mąż. Uniosła rękę, świecąc mu przed oczami obrączką i pierścieniem zaręczynowym z ogromnym kamieniem, którego ciężar każdego dnia przypominał jej o wyrzeczeniu się uczucia do Aresa na rzecz porządnego małżeństwa z Heathem. Wiedziała, że ta decyzja była w gruncie rzeczy najlepsza. Heath zaoferował jej to, co potrzebowała: stabilną sytuację finansową, piękny dom, ślub z marzeń. A nawet jeżeli płakała za Horne'm, to wiedziała, że to, że Ares zniknął z jej życia niespodziewanie, oznaczało, że nie zamierzał do niej wracać. Porzucił ją i bardzo długo nie wiedziała dlaczego zostawił ją samą. Przepłakała dwa lata zanim zaczęła ponownie myśleć o kimkolwiek innym. Do dziś nie wiedziała dlaczego ją opuścił. Obiecywał jej to co ona obiecywała jemu - że nie będą nigdy sami. Ale coś musiało sie wydarzyć po drodze. Może on bał się, że to ona pierwsza go zostawi? Ale ona mimo że wredna, zadziorna i wybuchowa, to jednak była uparta. I kiedy twierdziła, że nigdy go nie zostawi to nie kłamała. Chciała go spytać dlaczego odszedł.
Nawet teraz, kiedy go nagle odnalazła, wiedziała, że nie chce go już zostawić. Będzie częścią jej rodziny - musi być. Już sie nie rozstaną. Nigdy.
Nie była niestety w stanie odpowiedzieć na jego zarzuty o złamanym sercu, ale mógł obserować jak wyraz jej twarzy zmienia się z szerokiego uśmiechu na poważny i zaskoczony. On miał złamane serce? Dlatego, że zostawił ją na tym świecie samą? Dlatego, że wypłakała za nim morze łez? Niby dlaczego on ma serce złamane. Nie umiała tego pojąć. Nagle ich chwilę przerywa kobieta biznesu - agentka Aresa. A Queenie łapie drugi oddech, jakby zorientowała się, że ktoś przyłapał ich na czymś nie do końca prawym. Nie powinna tu być, nie powinna dać się wciągnąć za regał i tak łapczywie spoglądać na Aresa. Nie teraz, kiedy jest już matką i żoną. Odwróciła spojrzenie również od agentki, aby ta nie dojrzała śladu uczucia w jej oczach.
- No właśnie, nie będę zabierać wam więcej czasu. Ale musisz KONIECZNIE wpaść do mnie na kolację, poznasz Heatha i jego siostrę bliźniaczkę Bree. To co może jutro... on ma czas jutro? - odwróciła się na chwilę w stronę agentki, która oświadcza, że nie jest jego asystentką. Queenie więc wzrusza ramionami i znów uśmiecha się i czeka na odpowiedź od autora bestsellera. Czy będzie chciał się z nimi spotkać?


Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: sob cze 27, 2026 11:39 am
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
- A jak sobie go wyobrażałaś? Coś bardziej pokroju twojego męża? Czy jednak Damon Wolf był spełnieniem najskrytszych fantazji? Trochę... Aresem Horne'm? - jego ciemne oczy wodziły po jej twarzy doszukując się w niej jakiegoś potwierdzenia swoich słów. Tego, że jednak wciąż, gdzieś w tych mrocznych zakamarkach duszy, w fantazjach, tych gorszących, które uwalniała z okowy przyzwoitości, jedynie w samotności, do poduszki może? Był on. Ares, nie Damon.
Pociągnął ją w ustronne miejsce, jakby... należała do niego.
Jakby miał jeszcze jakiekolwiek prawo decydować o niej. Jakby kiedykolwiek miał...
Teraz może za sprawą złotego pierścionka na jej palcu, miał jej mąż?
Ale Ares nie mógł sobie wyobrazić, że Queenie mogłaby na to pozwolić komukolwiek. Zbyt była butna, zbyt uparta, zbyt nieokiełznana.
- Brakowało? - powtórzył po niej i już gotowy był jej wytknąć, jak bardzo ona mu wtedy złamała serce. Jak wyrwała je z młodej piersi, zdeptała i porzuciła.
Bo jak mogłaby jego kochać?
Kiedy on kochał ją całym sobą, sercem, duszą i każdym skrawkiem ciała, które reagowało na jej dotyk tym przyjemnym drżeniem. Jak teraz, gdy opierała mu dłoń na ramieniu, mięśnie spięły się pod czarnym, miękkim materiałem. Mogła to poczuć.
Mogła też poczuć, jak wyrywał się do niej bliżej.
Chciał ją i nie chciał jednocześnie. Przywoływała w nim tyle wspomnień, a serce rwało się w piersi jak szalone, do niej.
To serce, które kiedyś tak doszczętnie potrzaskała, na milion kawałeczków, każdy pierdolony jeden kawałek i tak był stworzony do kochania, tylko i wyłącznie jej.
- Może ci kiedyś opowiem, ale to przecież bez porównania do twojego pięknego życia Queenie - pokręcił głową, bo kiedy on stawał na nogi, to ona wychodziła za mąż. W pięknej białej sukni, która miała być zarezerwowana dla niego.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Ale Ares Horne był kiedyś głupi.
Jak on mógł myśleć, że taka dziewczyna jak ona mogłaby pokochać kogoś takiego? Zostać jego żoną?
Bo co? Bo kochali się nad życie? Czym była miłość w świecie, w którym rządziły pieniądze?
Niczym. Jak widać.
- Myślisz, że podobasz się wszystkim facetom? Ares Horne ma już trochę bardziej wygórowane wymagania - kłamał jej w żywe oczy. Bo akurat Ares Horne dniami i nocami myślał tylko o niej, o jej ciele, jej uśmiechu, jej spojrzeniu. Nawet tym, które wyglądało jakby chciała rozbić na jego głowie wazon. Kiedyś już prawie to zrobiła.
Ares był ciekawy czy ze swoim mężem postępowała podobnie, czy on też wywoływał w niej takie emocje? Tak skrajne.
Przesunął ciemnym spojrzeniem po jej pierścionku i po obrączce, które tak ochoczo mu prezentowała. Kilka lat wstecz nie mógłby sobie pozwolić na taki prezent. Nie mógłby jej dać złota i kamieni, a tylko serce wyciągnięte na dłoni. (zgroza poetka)
Teraz mógłby dać jej wszystko, ale ona już to miała.
Miała kochającego męża, piękny dom, nazwisko, pieniądze.
Czy chciała od niego coś jeszcze?
Od niego?
On chciał. Od niej.
Chciał jej też wyrzucić to wszystko, jak sprawiła, że jego serce do tej pory krwawi, że żadne inne blond loki i niebieskie, zadziorne spojrzenie, nie potrafiły mu jej zastąpić, ale wtedy między regały wkracza jego kotwica przyzwoitości. Jedyna kobieta, która miała na niego jakikolwiek wpływ i potrafiła trzymać go w ryzach. Jedyna której on słuchał się na tyle, że wytrzymywał te spotkania autorskie, z uśmiechem na ustach. To dzięki niej się wzbogacił i doszedł tutaj, gdzie teraz był. Francesca Velazquez.
Jego ciemne spojrzenie prześlizgnęło się drapieżnie po tej, której wcale nie chciał tutaj zostawiać, po jej ciele ukrytym pod dopasowaną sukienką i po tych jasnych oczach pełnych... czego właściwie?
Jakiego uczucia?
- Idę Fran - odpowiedział najpierw, ale co z tego, skoro wcale nie ruszył się z miejsca, a Queenie już go zapraszała na jutrzejszą kolację - albo wiesz co? - obejrzał się przez ramię na swoją agentkę - dzisiaj zjem kolację z Panią Wyatt, a ty rozdaj te egzemplarze, które podpisywałem wcześniej, i może powiedz, że pochłonął mnie jakiś mroczny romans, albo zawróciła mi w głowie jakaś kolejna czytelniczka... Przecież Damon Wolf też może mieć kolorowe życie uczuciowe - spojrzał znowu na Quennie ciekawy jej reakcji, bo tą Francesci przecież znał doskonale. Pokręciła głową i zaczęła, że nie może...
- Wszystko mogę - odpowiedział jej zaraz i chwycił blondynkę pewnie za rękę, splótł jej palce ze swoimi prowadząc ją do wyjścia z księgarni, znowu, bezczelnie. Bo przecież teraz Ares Horne mógł wszystko, już nie był tym chłopakiem, który był nikim.
Tylko kim on się teraz stał?
Ciągnął ją do drzwi, na oczach wszystkich, swoich czytelniczek, z których każda jedna chciała być na jej miejscu, i tych ośmiu kobiet, które znały Panią Wyatt. Ale on nawet na moment się nie zatrzymał, szarpnął ją za sobą, jak wtedy kiedy mieli osiemnaście lat, a Quennie upierała się, żeby zostać na imprezie, na której Ares wcale nie chciał być, bo...
On też czasem się jej stawiał, był dziki, jak ten czarny wierzchowiec, który oswojony może być twoim najlepszym kompanem, ale przecież musisz liczyć się z tym, że bywał narowisty.
Dopiero w przedsionku księgarni zatrzymało go ciche kwilenie dziecka, które jakaś kobieta trzymała w objęciach, przyciskała je do piersi bujając w ramionach.
- Pani Wyatt, Percival wcale nie chce spać... - odezwała się. A Ares stanął w półkroku, puścił ją i ostrożnie cofnął rękę.
Dziecko? Nie wiedział, że Quennie urodziła tamtemu dziecko.

mam już wszystko, oprócz ciebie

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: sob cze 27, 2026 9:58 pm
autor: Queenie Wyatt
Oczy Queenie otwierają się jeszcze bardziej, chociaż dotąd było to dyskusyjne, czy jeszcze jest na to szansa. Dotarł do niej ton jego wypowiedzi. Szydził z niej, z jej życia, z jej męża, ze wszystkiego. I jakim prawem? Zniknął bez słowa, zostawiając ją gdzieś z tyłu jak zabawkę, którą nie chciał się dalej bawić. A przecież miało być odwrotnie, to on miał być jej zabawką.
- Ares... zapędzasz się - po raz kolejny chce go uspokoić, jak wtedy z tą ręką pokazać mu gdzie przebiega ich granica. Powoli dociera do niej, że Ares z jakiegoś powodu wybrał ofensywę. Wyraźnie nie jest zadowolony z tego, że ją widzi, wyraźnie ma wobec niej pretensję. Zna go, nic się nie zmienił w tym aspekcie. Jego oczy tańczą chaotrycznie szukając w jej twarzy śladu słabości. Znajdzie jej ślad w lekko rozchylonych ustach, które swędzą ją, bo przecież miał rację. Sięgała po książki podobne do tych, które wydawał Damon Wolf nie dlatego, że poruszała ją jego pisarskość, ale dlatego, że pośród słów znajdywała swój obraz i jego obraz i echo ich przeszłości. Nie wiedziała, jak blisko były jej podejrzenia, aż nie dowiedziała się, ze to on jest Damonem Wolf. - Nie widzieliśmy sie tak dawno, myślałam, że przepadłeś - chce mu wyjaśnić skąd to zdumienie tym, że Ares - że jej Ares - znów przed nią stoi w całej swojej okazałości.
- Brakowało, oczywiście głuptasie- zaśmiała się lekko, okrutnie. Z jakiegoś powodu w jego głosie było czuć nutę zdziwienia. Czy nie wierzył, jak bardzo dla niej był ważny? Zawsze. Ares odruchowo się chce do niej wyrwać, ale ona robi bezpieczny krok w tył i zagryza dolną wargę, przypominając sobie i jemu, że są wciaż w publicznym miejscu. - Och tak, u mnie też się wiele zmieniło Ares. - odchyla głowę do tyłu i powtarza: - Ares... byłam pewna, że już nie będę mogła mówić do nikogo tym imieniem. Wiesz, że prawie... - urwała w połowie zdania, nie zdradzając, że prawie udało jej się namówić Heatha, by pozwolił jej nazwać ich dziecko tym imieniem. Zamiast tego znów spogląda na niego figlarnie - Po prostu dobrze, że wróciłeś. Będziesz długo w Toronto?
Ares jest tajemniczy. Nie chce jej jednoznacznie udzielić odpowiedzi, ale ona musi wiedzieć. Wiedzieć, żeby później przekonać go, że powinien zostać w Toronto na zawsze. Wprowadzić się do domu po sąsiedzku i spędzać z nią tyle czasu, by mogli nadrobić te dziesięć lat. Odsunęła dłoń z jego ramienia, z lekkim niezadowoleniem odpuszczając jego dotyk.
Zmarszczyła się teraz już wyraźnie, bo to co powiedział było OKRUTNE.
- To bardzo dobrze, nie muszę się podobać wszystkim nie jestem zupą pomidorową - zmrużyła oczy, ciskając pierwsze z wielu gromów, które zamierzała mu posłać, jeżeli wciąż będzie dla niej t a k i. A będzie. Bo to był ich sposób komunikacji, już zapomniała. Ale to jak z jazdą na rowerze - przypomina sobie o tym wmig. A jednak przecież jego wzrok ją rozpala, kiedy bezpruderyjnie ją nim zmierzył.
Przed katastrofą uratowała ją jego Fran.
Agentka.
Nabiera powietrza i kręci głową.
- Nie, Ares, ja nie.. - nie może być ofiarą takich plotek. Fran powiedziała to samo, że nie może. Więc oczywiście Ares powiedział, że tak zrobi.
I zapomniała zupełnie z jakiego powodu miałaby tego nie móc zrobić - wybiec z nim na dwór, wsiąść do pierwszego lepszego samochodu i odjechać w dal, bo nagle złapał ją za rękę w znany jej sposób. Przyjemny dreszcz przeszedł całe jej ciało, kiedy dała się wyprowadzić z sali na zewnątrz.
Przez te kilka sekund, całą drogę, była znów nastolatką, która wie, że nic złego ją nie może spotkać. Bo miała Aresa obok. Teraz dodatkowo biła od niego jeszcze większa pewność siebie, która ją zahipnotyzowała.
Percy.
Sen, fantazja na jawie nagle rozmyła się w mgnieniu oka, tak jak znika bańka mydlana. Natychmiast. Jeszcze mogli obserwować zarys odpryskujących kropelek owej bańki - w tym momencie kiedy Queenie odwróciła od niego spojrzenie i zwróciła je w stronę kobiety z dzieckiem. Puszcza jego dłoń. I nagle Ares zostaje sam.
A Queenie już idzie do niani i pochyla się nad wózeczkiem, sięga do niego ręką i mówi coś spokojnym głosem do niemowlaka. Książka Aresa zamiast być w jej dłoni nagle wypada na ziemię i podnosi ją niania. Ale Queenie już nie jest zainteresowana ani książką ani Aresem. Dla niej teraz całym światem jest małe dziecko, tkóre bierze na ręce i pomaga mu się uspokoić. Dopiero po chwili odwraca się znów do Aresa, jakby przypominając sobie, że on tam stoi.
- Chcesz poznać moje dziecko? - pyta tak jakby chciała mu pokazać nową sukienkę.
Ares mógł czuć się zazdrosny. Ale nie o Heatha. O nową zabawkę Queenie - jej Percy'ego.


Damon Wolf

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: ndz cze 28, 2026 10:52 am
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Zapędzał się.
Kurwa. Zatracał się. W jej bliskości, w jasnych oczach i drżących wargach, które chciałby...
Czy on powinien myśleć takie rzeczy o mężatce? O kobiecie, która złamała mu serce i całe życie traktowała go jak swoją zabawkę, jak przedmiot. Aresa można była zabrać gdzieś ze sobą, można było szukać w nim oparcia, można było się z nim kłócić, można było zawsze na niego liczyć...
A później można było go po prostu wyrzucić ze swojego życia.
Bo przecież takie dziewczyny jak Queenie, nie schodziły się z chłopakami jak on. Nie w tym świecie, gdzie pozycja i zamożność portfela były ważniejsze, niż uczucia.
Ale on chciał być jej zabawką, sam się na to godził. Byłby wciąż. Wszystko by dla niej zrobił. Zabił nawet. I gdyby ona go wtedy tak nie potraktowała, to on... trwałby w tym. Pozwalał jej na te spojrzenia pełne wyższości, pozwalał jej się sobą bawić. Byle tylko była obok.
Przepadał. Za każdym razem przepadał... w jej spojrzeniu.
- Skończ kłamać Queenie, przecież tego chciałaś, pięknego życia, z twoim pięknym chłopcem - parsknął i powinien się od niej odsunąć... Bo przecież ta kobieta była mężatką, oddana swojemu pięknemu, bogatemu chłopakowi, teraz już mężowi. Czego miałaby szukać przy nim? Ciemnookim, nieokiełznanym dzikusie?
Lecz zamiast sobie darować, on przysunął się do niej... a ona mu uciekła, zderzając się plecami z regałem. Nie miała miejsca na ucieczkę, to on powinien trzymać dystans ze względu na jej zobowiązania, ale... nie potrafił. Nie chciał nawet.
Już miał się dopytać, co prawie... Prawie o nim pomyślała? Prawie zastanowiła się nad tym, co mu zrobiła, jak wielką dziurę wyrwała w jego młodzieńczym sercu.
- Tyle ile trzeba - odpowiedział jej tajemniczo, tak, żeby jej myśli krążyły wokół tego... Po co Ares Horne wraca do Toronto po tylu latach? Odbić ją.
Nie dopowiedział po co, zamiast tego krytykując jej sukienkę, która tak pięknie opinała się na jej skórze, podkreślała każdą krągłość jej ciała - wystarczy, że podobasz się teraz swojemu mężowi? Tak? - Queenie była... próżna. Przecież Ares ją znał, wiedział ile czasu poświęcała na to, żeby tak wyglądać, żeby ludzie, wszyscy, patrzyli na nią z zachwytem.
On tak patrzy, jego oczy tak na nią patrzą, chociaż usta mówią coś zupełnie innego. Jest na nią zły. Jest przez nią dotknięty, do żywego. A w tym wszystkim jest jeszcze tak bardzo w niej...
Nie, nie mógł już być.
Z tych myśli, które obsesyjnie kręciły się wokół niej, wyrywa go Fran. Fran, kurwa, zbawienie. Fran, która zawsze go ratowała. A on do niej lgnął, bo przy Fran on czuł się bezpiecznie. Nie tak jak przy Queenie, która w jednej chwili go przytulała, a w drugiej wyzywała, która kazała mu wskakiwać do wody, z mostu, bo rzuciła tam swoją ulubioną apaszkę. Która kazała mu kraść klucze od samochodu jej ojca, żeby mogli pojeździć po mieście. Queenie go wykorzystywała, a on dla niej ryzykował, nie chciała jego dobra, chciała zabawy. Ale to może też sprawiało, że jego serce biło przy niej szybciej. Jak teraz, kiedy chwycił ją za rękę i ciągnął do drzwi. Ryzykowali, ona swoją reputację, a on może nawet karierę, że tak opuszczał spotkanie autorskie, zostawiał swoje fanki, które do piersi przyciskały Obietnicę. A on składał ją na dłoni tej blondynki. I chciał na jej ustach, zaraz za drzwiami...
A jednak szybko marzenie o jej pełnych wargach, które z tymi jego mogły złączyć się w ognistym pocałunku, zderzyło się z bolesną rzeczywistością.

Chcesz poznać moje dziecko?

Ares cofnął się do drzwi, rękę, którą jeszcze przed chwilą zaciskał na jej dłoni schował do kieszeni spodni.
- Nie - powiedział twardo, kręcą przy tym głową. Nie chciał nawet o tym myśleć, że jego Queenie miała dziecko z innym. Trzymała je w objęciach, przytulając do serca. Swoją nową, śliczną zabawkę, która małymi paluszkami trącała jej jasne loki. Wbił ciemne spojrzenie w dzieciątko.
- Jest ohydny - mruknął jak obrażone dziecko.
Bo był obrażony, oburzony, że ona wymieniła go na takie coś. Pucołowate maleństwo, które niebieskimi ślepkami wpatrywało się w nią jak w obrazek.

- Ares... proszę cię - dołączyła do nich Francesca. Może i dobrze, bo Ares na nią przeniósł pełne wyrzutów spojrzenie - musisz to dokończyć, bo kontrakt... - nie pozwolił jej wypowiedzieć tego zdania do końca, bo już ruszył się z miejsca.
- Dobrze, daj mi trzy minuty na papierosa - burknął i sięgnął po paczkę papierosów, którą wraz z gumami do żucia miał schowaną w tylnej kieszeni. Zamierzył się, żeby wyjść od razu, ale jeszcze znowu spojrzał na Panią Wyatt, szczęśliwą matkę, mężatkę - cześć Queenie - tym razem się pożegnał i wyszedł. Schował się z boku budynku z papierosem, a kiedy blondynka opuściła księgarnię, to on tam wrócił, żeby dokończyć podpisywanie swoich książek.

Nie myślał już o niej...
Myślał cały czas. O niej, jej dziecku i mężu. Szczęśliwej rodzince.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Ares leżał w wielkim łożu w swojej willi na The Kingsway. Na jasnej poduszce palce zacisnęła drobna brunetka. Francesca Velaquez, musnęła opuszkami nagą pierś, kiedy odgarniała z niej ciemne loki. Horne sięgnął po papierosy, które leżały na nocnej szafce, wypstryknął z paczki jednego i umieścił go między pełnymi wargami. Srebrną zapalniczkę z feniksem podał kobiecie.
- Nie możesz tego zrobić sam? - zapytała patrząc na niego z ukosa.
- Ty też możesz sobie zrobić dobrze sama, a jednak tu przyjeżdżasz - mruknął z papierosem wiszącym mu między zębami. Fran wywróciła oczami, ale podniosła się z poduszki, a zaraz opierając dłoń na jego wyrzeźbionym brzuchu, pochyliła się nad nim i odpaliła mu papierosa. Ares zaciągnął się dymem odchylając głowę do tyłu. Brunetka przesunęła palcami po jego klatce piersiowej na szyję, na której ułożyła miękko dłoń, palcami zahaczając o jego żuchwę.
- Dochodzi siódma... Będziesz dzisiaj pisał, czy mogę zostać na noc? - zapytała bez ogródek. Ares nie odpowiedział jej od razu sunąc ciemnym spojrzeniem po jej nagim ciele, zatrzymując je na jej piersi, która jeszcze unosiła się w szybszych, płytkich oddechach.
- Będę pisał - rzucił w końcu, a popiół z papierosa spadł mu na klatę. Francesca strąciła go na ziemię, przesunęła palcami niżej po jego brzuchu, długimi paznokciami rysując czerwone pręgi na jego podbrzuszu.
- Idź już - warknął zanim jej palce sięgnęły niżej. Fran trochę się zmieszała, ale wygrzebała się z białej pościeli, a zaraz wciągała na siebie czarne, koronkowe majtki, a przez głowę zarzuciła na siebie satynową, czerwoną sukienkę. Śliski materiał spłynął po jej sylwetce, odznaczała się na nim koronka, którą dla niego założyła, oraz jej piersi. Złapała w dwa palce niebotycznie wysokie szpilki.
- To do jutra... - pożegnała się, ale Ares nic nie odpowiedział. Zanim jeszcze Francesca wyjechała swoim czerwonym Porsche z podjazdu jego willi, to Ares już wciągał na siebie bokserki. Ciemne spodnie i nieskazitelną, białą koszulę, pozostawił ją nonszalancko rozpiętą pod szyją.
Zabrał ze sobą jedynie papierosy i wyszedł.
Mógł podjechać pod jej dom swoim Lamborghini, a jednak on wybrał spacer przez wietrzne wzgórza, bo przecież... mieszkali po sąsiedzku. Może w tą pogodę było sucho i jego eleganckie buty nie ucierpiały, ale wiatr targał ciemne włosy we wszystkie strony, a biała koszula lepiła się do jego torsu, mimo, że podwinął jej rękawy. Było parno.
A kiedy stanął przed willą Heatha Wyatta, poczuł jak oblewa go kolejna fala gorąca.
Po co tu przyszedł?
Nawet nie wiedział czy zaproszenie na kolację wciąż było aktualne, bo przecież go nie potwierdził.
Ale stał przed jej drzwiami, a w końcu nacisnął dzwonek. Raz. Drugi i trzeci. Nie mógł przestać myśleć o Quennie, i nawet kiedy Francesca Velaquez wiła się pod nim w jasnej pościeli, to on przecież myślał o zupełnie innych blond lokach... O niebieskich oczach. O niej.

spodziewałaś się mnie?

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: pn cze 29, 2026 9:45 pm
autor: Queenie Wyatt
Zadawanie pytań Aresowi Horne nie miało sensu. Przypomniała sobie o tym, kiedy po raz kolejny nie otrzymała konkretnej odpowiedzi, tylko bardzo tajemnicze: Tyle, ile będzie trzeba. Ale trzeba do czego? Aż podpisze wszystkie książki? Zrobi wszystkie sesje okładkowe? Aż spróbuje pad thaia w każdej z restauracji? Aż co? Utkwiła w nim uparte spojrzenie, przypominała sobie bowiem, że na Aresa działały tylko polecenia. Przynieś mi kawę. Otwórz drzwi do tego mieszkania, sprawdzimy tylko czy podczas swojej nieobecności działa im jacuzzi. Podaj numer do tej nauczycielki, która ci się podoba, zrobimy jej żart. Zostaw swoją rodzinę i jedź ze mną do Hamptons. Wróć do mnie.
Zapomniała o tym, bo kiedy odszedł i powtarzała uparte wróć do mnie nagrywając mu się na pocztę głosową - on nigdy nie wrócił. Aż do teraz. Ale czy teraz wrócił do niej?
Tekst o zupie pomidorowej był poniżej jej godności, ale chciała wybrnąć z tych słów, które Ares jak pociskami strzelał jej w twarz. Nie mógł dostrzec, by ją to zabolało, ale ona mogła dostrzec jak łapczywie zatrzymywał go w strategicznych miejscach. Odchyliła głowę w bok, zachęcając go do tego, żeby w momencie jej planowej nieuwagi mógł jeszcze dłużej utrzymać na niej spojrzenie. Robiła to specjalnie, żeby w ostatniej chwili przed pojawieniem się agentki złapać go na zaglądaniu jej w dekolt. Może zdążył zauważyć, że uniosła brew dając mu sygnał, że widziała.
Trzymając go za rękę nie myślała o gorących pocałunkach, które ją czekają, ale o tym, jak dobrze czuła się w jego obecności. O tym, jak jego dłoń pasowała do jej dłoni, o tym jak w podobnym stylu przemierzali świat tak wiele lat. To było dawno, ale było bardziej intensywne i prawdziwe niż to co przeżyła w ciągu ostatniej dekady z Heathem. Jest poruszona tym ogromnie i właśnie tylko jedna rzecz mogła jej pomóc wyjść z tych myśli.
Percy.
Uśmiecha się do bobasa a ten wciąż jęczy i stęka, jakby wiedział, że jego matka jest poruszona i przez ostatnie pół godziny nie zaprzątała sobie nim nawet kawałka głowy. Queenie zaczęła lekko się poruszać, jakby chciała go uspokoić i po chwili jej się udało na tyle, że już nie płakał, ale kiedy pokazała go Aresowi, ten zareagował w najgorszy sposób. Queenie patrzy na niego jakby nie zrozumiała, a następnie przesuneła spojrzenie w ziemię i stara się zorientować w rzeczywistości. Ale ma problem. Ma problem, bo jeżeli Ares nie będzie chciał mieć nic wspólnego z jej dzieckiem, to równie dobrze może nie chciał mieć nic wspólnego z nią?

Mętlik. Mętlik w głowie nie dawał jej spać tej nocy. Nie powiedziała Heathowi o Aresie od razu. Dopiero kolejnego dnia rano przy śniadaniu oświadczyła, że Ares przyjdzie do nich na kolacje. Wiedziała, że przyjdzie. Powiedziała mu, że ma to koniecznie zrobić, a on jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki był już zobligowany. Musiał robić to co chciała od niego Queenie, innego wyścia nie było.
Heath był zaskakująco pozytywnie nastawiony. Może brakowało mu męskich osobników, chociaż od początku związku powtarzał, że nie ufa kolegom Queenie. Ona zresztą też by na jego miejsca im nie ufała, chociaż tu akurat jego przeczucie było absolutnie ślepe. Bo akurat o Aresa powinien się martwić najbardziej.
Zaprosili siostrę Heatha - Bree - Queenie zapewniła ją, że koniecznie powinna ubrać się dziejszego dnia w kolor żółty, bo właśnie tego koloru Ares nie znosił. Nie mogła go mieć dla siebie, ale to nie zmieniało postaci rzeczy. Nie chciała, by Horne zainteresował się Bree. Gorzej. Nie znosiła myśli, że mógłby na jej oczach być zainteresowany kimś innym. Nie widziała go nigdy w takim stanie, bo kiedy byli młodsi nie odrywał od niej spojrzenia. Jeszcze stworzyliby jakiś popaprany czworokąt! Na szczęście Bree była okropnie chuda i nosiła się sztywno, jakby połknęła kij, więc jeżeli nie zadziała jej plan z kolorem sukienki, to przynajjmniej zadziała charakter bliźniaczki jej męża.
Nie zdziwiła się, kiedy usłyszała wyczekiwany gong oznajmiający nowego gościa.
Siedziała jeszcze przy toaletce i przymknęła na chwilę oczy przypominając sobie przystojną twarz gościa, jakby właśnie tu w swoim pokoju mogła po raz ostatni uśmiechnąć się na jego widok bez konsekwencji. Oczy przymknęła na dłuższą chwilę, przeciągając moment sam na sam z jego spojrzeniem, które podobnie do tego za regałami zjadało ją. Słyszy, że otwierają się drzwi, słyszy jak Heath wita gościa. Otworzyła oczy i bierze głęboki wdech.
Dasz radę Q.
Powoli schodzi po schodach prezentując piękną sukienkę w kolorze baby blue, która przypomina sukienkę Grace Kelly. Zarówno Heath jak i Ares znali ten fakt o Queenie, że Grace była ikoną do której zawsze aspirowała. Ares słyszał całe dzieciństwo, jak Queenie opowiadała, że podobnie jak Grace skończy u boku księcia Monako, a jak nie Monako, to przynajmniej Szwecji. Snuła te plany, kiedy siedział w jej łazience i palił przez okno papierosy. Ona denerwowała się okrutnie, że przez nie nikt nie poczuje perfum, którymi się spryskiwała i poprawiała po raz piętnasty makijaż przed wyjściem. Tak jakby przez jego papierosa wszyscy monarchowie tracili drogę do jej stópek.
Wydaje się, że jej spojrzenie biega od Aresa do Heatha, ale to nieprawda. Jest wpatrzona w Horne'a i w biel jego koszuli, która przyklejała mu się to torsu i podkreślała zarysowane mieśnie. W potarganych włosach przypominał jej jeszcze mocniej o chłopcu, który odszedł z jej życia. Ale tamten chłopiec nie miał w sobie tego ognia, który płonął i ogrzewał ją od pierwszego momentu gdy się dziś zobaczyli.
I zrozumiała, jak bardzo czekała na ten moment cały dzień od wczoraj.
Ostatnie stopnie pokonała w przyśpieszonym tempie, nie mogąc się doczekać przywitania. Pozwoliła sobie na objęcie Aresa jak przyjaciela i zaprezentowała mu szeroki uśmiech na powitanie. Jej oczy szukają w nim zrozumienia, czy wie już skąd błękitny kolor jej sukienki? Czy nie w takim kolorze miała sukienkę kiedy ostatnio siedzieli na pomoście i dzielili się pocałunkami i zimnym winem?
Przecież nie ubrałaby się tak bez przyczyny.
Wie, że musi sama być architektem tego wieczora, jeżeli wszystko ma pójść po jej myśli. Od samego wejścia opowiada Heathowi ze szczegółami jak wielkim artystą jest jej przyjaciel. Ile napisał książek, ile osób przyszło na jego event. O tym na ile jezyków przetłumaczono jego książki. I już przy przystawce zaczynają wspominać stare czasy.
Siedzą według staroświeckich zasad. Ona na jednym końcu stołu, Heath na drugim, a pomiędzy nimi na boku Ares. Heath co jakiś czas próbuje coś wtrącić, ale jego żona jest bardziej zainteresowana gościem niż tym, by wysłuchać co jej mąż ma do powiedzenia.
Kiedy dołącza do nich Bree, Queenie obserwuje uważnie reakcje Aresa. Czy spodobała mu się siostra Heatha? To był moment w którym umilkła i Heath w końcu mógł zadać pytanie:
- Apropo imion Aresie. Czy mogę spytać dlaczego nie używasz swojego własnego nazwiska? Queenie mówiła, że podpisujesz się jako Damon Wolf. TO ciekawe, bo Ares jest imieniem, które brzmi bardziej nieprawdopobnie - zaśmiał się w typowo bogacki sposób, na co Queenie jest pod wrażeniem, bo Heath rzadko ma takie mądre spostrzeżenia. Zaczęła powoli kroić swojego brokuła i znów spogląda na Aresa. - Tak, to faktycznie ciekawe - podjęła, oczekując od niego rozwinięcia myśli.

Ares A. Horne

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: wt cze 30, 2026 11:54 am
autor: Ares A. Horne
trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Mógł udawać, wmawiać sobie, że do kolacji nie usiądzie przy stole w willi Wyattów. Mógł nawet szukać zapomnienia w ramionach swojej Fran, między jej udami, które tak ochoczo przed nim rozkładała, ale przecież...
Queenie kazała mu przyjść koniecznie, a on nigdy nie potrafił jej odmówić. Nie umiał się jej sprzeciwić i gdyby mu powiedziała, Ares wejdź dla mnie w ogień, spłoń, to on by to zrobił. Życie by oddał dla niej, bo przecież całe to jego życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół niej.
Niedopałek papierosa wyrzucił pod różany krzak, kiedy szedł przez jej ogród prosto do drzwi. Nie zawahał się nawet przez chwilę, chociaż może nie był tu wcale na miejscu. Nie pasował do tej równo przyciętej trawy, perfekcyjnych różanych pergoli i willi, która w świetle zachodzącego słońca przywodziła na myśl słowo dom.
Ares nigdy nie miał takiego domu, i kiedyś nie mógł Queenie takiego dać. Dał go jej Heath.


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐


Ten elegancki facet, który witał go pewnym uściśnięciem dłoni, który poinformował go o tym, że Queenie jeszcze nie jest gotowa, na co Ares wywrócił oczami. Wiecznie musiał ją pospieszać, najlepiej działało po prostu jesteś piękna, chodź już.
I dzisiaj też była, kiedy owiana błękitnymi tiulami schodziła po tych krętych schodach jak prawdziwa księżniczka. Heath rzucił w tamtym kierunku okiem. Krótkie spojrzenie, jakby może już widział tą sukienkę? Albo jakby jego żona nie robiła na nim aż takiego wrażenia?
Na Aresie robiła, nie mógł od niej oderwać ciemnego spojrzenia, nawet kiedy Heath próbował go zagadać, to on nie słuchał. On całym sobą chłonął ten obłędny widok księżniczki, nie Monako, nie Szwecji... jego serca.
A kiedy się do niego przytuliła w niby przyjacielskim, niewinnym geście, a jej perfumy, te same, którymi kiedyś psikała się piętnaście razy przed wyjściem, wypełniły przestrzeń między nimi, to jego wytatuowane place przesunęły się po jej plecach jakoś pewniej. Zaczepił nimi odkryty kawałek jej skóry, aksamitnie delikatnej, kontrastującej z tą jego szorstką, smaganą przez słońce, kiedy palcami sięgnął do jej dłoni. Biel jej paluszków i brąz jego, tak do siebie w pierwszej chwili nie pasowały, ale...
- Pięknie wyglądasz w tej sukience - pochwalił ją od razu, bo doskonale pamiętał ten kolor, który zresztą podkreślał jej niebieskie oczy, takie samej jak miał jej małżonek, który teraz patrzył na nich skonsternowany.
Czy to był jeden z tych zwykłych komplementów grzecznościowych, którym darzy się panią domu na powitanie?
Nie mógł być...

- Bardzo ładny dom - dodał jeszcze Horne, chociaż ciężko było mu spojrzenie oderwać od Queenie, ale utkwił je w jej mężu.
Czyli jednak Ares chciał być po prostu miły. Dobrze wychowany. Tak?
Heath będzie o to zachodził w głowę, już kiedy usiądą przy stole, państwo domu na przeciwko siebie, a on po środku, jako gość, po skosie od niego Bree, która dołączyła po podanych jako aperitif drinkach, na zaostrzenie apetytu. Szkoda, że bliźniaczka Wyatta nie prezentowała się równie wybornie, ale Ares i tak wstał od stołu. Przywitał ją uściśnięciem dłoni, przedstawił się i kiedy już miał usiąść, to Heath spojrzał na niego krzywo.
- Śliczna sukienka, to Dior? Kolor to chyba kanarkowy? - zerknął w kierunku Queenie, jakby spojrzeniem chciał jej powiedzieć, że jej szwagierka wygląda jak jakiś banan. Nie podobała mu się kompletnie ta sukienka, nie lubił żółtego. Ale Bree uśmiechnęła się słodko i zaraz zaczęła świergotać, jak ten kanarek, o najnowszej kolekcji Diora. Ares niby jej słuchał, ale wcale nie, grzebał widelcem w talerzu odsuwając z niego warzywa. Nie lubił ich, zawsze Queenie kazała mu je zjadać, żeby był zdrowy i silny, ale kiedy nie miał jej obok, to przecież nie zajadał się brokułami.
Podniósł do góry głowę, kiedy zagadał go Heath i w pierwszej chwili walczył ze sobą, żeby nie odpowiedzieć opryskliwie, ale przecież nie mógł sobie już pierwszego wieczoru zamykać drzwi do tego domu, prawda?
- Wydaję też pod swoim nazwiskiem, kryminały i thrillery, wystarczy, żebyś wpisał mnie w google Heath, Ares Horne, wyskoczy ci wiele ciekawych pozycji - nabił na widelec kawałek steka i włożył go do ust. A kiedy go przeżuwał wtrąciła się Bree.
- A Damon Wolf? Sprawdzałam go w sieci... - Ares przełknął mięso, a czarne spojrzenie utkwił w szwagierce Queenie.
- Skoro go sprawdzałaś, to powinnaś wiedzieć co o nim piszą, Damon Wolf to spełnienie najskrytszych fantazji przykładnych pań domu... To ich słodka tajemnica, bo przecież żadna nie przyzna się przed mężem, że go czyta - jego ciemne tęczówki przesunęły się na panią tego domu - więc to odważnie z twojej strony Queenie... - może dodałby coś jeszcze, ale Bree znowu się odezwała, a ciemne spojrzenie Aresa wróciło do niej.
- Ja nic jego nie czytałam - powiedziała wpatrując się w Horna swoimi... o zgrozo, niebieskimi ślepiami, na palcu zakręciła... blond loczek.
- To musisz nadrobić, do poduszki, w wannie, albo w mojej pościeli? - policzki Bree momentalnie oblały się rumieńcem.
- Panie Horne... - wtrącił się jej brat. A Ares tylko posłał mu przepraszające spojrzenie. Nie żałował żadnego ze słów, które opuściły jego pełne usta. Ale tylko Queenie mogła to wiedzieć, jaki Ares Horne bywał... bezczelny.

pamiętasz jaki kiedyś byłem... b e z c z e l n y?

Rozdział I. Przypadek czy przeznaczenie?

: czw lip 02, 2026 2:15 pm
autor: Queenie Wyatt
Przyjemny dreszcz przechodzi jej ciało, kiedy Ares przypadkiem dotyka jej skóry swoją dłonią. Odsuneła się od niego z dechem zapartym w piersi i błyszczącymi oczami.
- Na prawdę Ci się podoba? Jest nowy, przeprowadziliśmy się tu rok temu po ślubie, wcześniej bardzo długo go remontowaliśmy. Ile to nam zajęło skarbie? - zwraca się do męża, który potwierdza, że około rok sam remont, a basen wykończyli dopiero pół roku temu. Queenie skineła głową. - Faktycznie. Nawet nie byłam jeszcze na naszym basenie, czy to nie zabawne? - wybucha śmiechem typowym dla bogaczy, którego nauczyła się bardzo wcześnie, aby zwabiać ku sobie tylko mężczyzn, którzy będą kojarzyc ten tym śmiechu ze swoją bogatą matką.
Rozmawiali o pierdołach, Bree świeciła swoimi zaróżowionymi policzkami wybijającymi się na tle żółtej sukienki (Queenie ledwo pochamowała uśmiech, widząc spojrzenie Aresa), oraz pięknymi niebieskimi oczętami (gen Wyattów), nagle Heath pyta o Aresa Horne i wtedy Queenie przechyla lekko głowę, bo faktycznie - wystarczyło wpisać to w google. Heath zaraz wyciąga telefon i pierwsze co zobaczył to seksowne zdjęcie od żony, więc się uśmiecha do niej przez cały stół, a Queenie dziekuje sobie sprzed pół godziny, że miała taki pomysł, żeby mu je wysłać, bo teraz Heath się rozkojarzył i zamiast denerwować sie, że jej przyjaciel robi jej dwuznaczne kompelemnty, to sam ma o niej dwuznaczne mysli. Przewija jednak do wyszukiwarki i wpisuje, na chwile tylko uniósł karcące spojrzenie, kiedy usłyszał co Ares powiedział do Bree. Heath aż zastygł i Queenie pierwszy raz miała wrażenie, że może być zdenerowany. Dlatego zrobila to co zawsze robiła najlepiej, czyli zwróciła na siebie uwae.
- Och teraz jestem zażenowana- Queenie teatralnie zasłania oczy, skupiając całą uwagę stołu na sobie - Bo mój mąż się dowie jakie książki czytam! - wyjawiła i uśmiecha się lekko spoglądając po wszystkich osobach przy stole, kończąc tę wędrówkę oczu na tych chmurnych, ciemnych i wiecznie w nią wpatrzonych - Aresowych. - To przecież cytat z Twojej najnowszej "Obietnicy" prawda?
I tym samym napięcie, które zbudowało się przy stole zostało rozbrojone. I tylko Queenie i Ares wiedzieli, że tu wcale nie chodziło o cytat z książki.
Już dawno nie miała okazji doświadczyć tych ocierających się o dobry smak tekstów, które Ares rzuca z wyzywającym spojrzeniem. Jakby bawiły go reakcje ludzi, których nimi szokuje. Heath był zszokowany, Bree zawstydzona. I dopiero kiedy Queenie rozegrała to pod siebie, oboje jakby odetchneli, a Heath aż jej oczko puścił, bo dobrze wie, że jak żonka się naczyta tych książek to później w sypialni jest też bardziej gorąco. Queenie odpowiada słodkim uśmieszkiem i pije sobie zimnej wody, którą ma w kieliszku. Chętnie by się napiła czegoś alkoholowego, ale nie robi tego z dwóch powodów. Po pierwsze to wciąż jeszcze czasami karmi małego Percy'ego (chociaż już przechodzą na modyfikowane mleko), a po drugie to nie była do końca pewna, czy jeżeli się nie napije, to czy przypadkiem się nie rozkojarzy. Bo teraz musiała być na prawdę mocno skupiona na tym, żeby nie zachować sie nie w porządku wobec Wyattów. Obecność Aresa obudziła w niej uśpione emocje, których się sama nie spodziewała.
Heath uniósł brwi i odkłada telefon w którym googlował sobie Ares Horne.
- No wyglada to całkiem nieźle, gratulacje, może napiszesz kiedyś moją biografię. Robisz takie rzeczy, Ares? Słyszałem że za taki ghostposting można dużo zarobić - Heath też był bezczelny, ale jego zainteresowania oscylowały głównie wokół finansów i kwestii finansowej. To już chyba przypadłość, z którą rodzą się wszyscy Wyatt-owie. Queenie zareagowała uśmiechem i wtraca się:
- Ares też wspaniale pisze poezję. Pamiętam jak kiedyś napisałeś nawet jeden wiersz dla mnie, pamiętasz? - oczy jej się zaświeciły, ale wspomnień z wierszami na z pięćdziesiąt dwa, na każdy tydzień roku w którym Ares postanowił, że zostanie poetą więc jej pisał co tydzień wiersz. Puka palcem w usteczka, jakby się zastanawiała i mówi uroczystym tonem:
-Jeśli zgubię cię w śniegu,
nie będę szukał śladów.

Znam drogę,
którą wybiera twoje serce.

Jak to dalej szło...
- ale dobrze przecież wie jak. Nie chce tego jednak mówic tu, bo niech te słowa zostaną pomiędzy nimi, żadne Wyatt nie musi ich słyszeć. Wzruszyła ramieniem i roześmiała się z tych wspomnień.
- Tak, faktycznie zawsze miałeś wielki talent. No właśnie Aresku, musisz opowiedzieć, jak to się stało, że w końcu wróciłeś do Toronto? Gdzie się zatrzymałeś? W Hiltonie? - bo przecież nie ma pojęcia, że on mieszka na tej samej ulicy.



...
Jeśli zgubię cię w śniegu,
nie będę szukał śladów.

Znam drogę,
którą wybiera twoje serce.

Najciemniejszą.

I nawet gdy las
zapomni nasze imiona,

wiatr będzie wiedział,
że należeliśmy
do siebie
bardziej niż do świata.