Strona 1 z 5

down in the darkness i've made my home

: czw cze 25, 2026 4:09 pm
autor: Rhys Madden
if it's going to get violent tonight
tell me you're gonna be alright
02:00:00

Choć dopiero wyjechała, cisza towarzyszyła mu od samego początku. Tkwiła z nimi we wnętrzu czarnego dodge'a gdy wracali do Toronto, porzucając za sobą pomarańcz wschodu słońca, błyszczącą taflę jeziora i wszystkie inne pierwsze ostatnie razy, których mieli już nie dokonać. Towarzyszyła im w jej mieszkaniu, w którym w jego dłoni znalazła się szklanka ze dobrą whisky podczas gdy ona pakowała resztę swojej walizki.
Nawet zawartość szkła była swojego rodzaju kłamstwem.
Ale przecież potrzebowali dobrej whisky bo dzisiejszy dzień miał być dobry. Miał skończyć się na pokładzie samolotu lecącego na południe, drinkami z palemką odbieranymi z baru na przynależącej do hotelu plaży. Każde z nich powinno mieć uśmiech na ustach gdy spakowane rzeczy znalazły się w bagażniku jej samochodu a bilety lotnicze wsuwał w kieszeń na drzwiach od strony kierowcy.
Powinno.
Cisza została z nim gdy ustał warkot silnika odjeżdżającego samochodu. Oblepiała go, tłumiąc odgłosy jego kroków gdy przecinał korytarz swojego bloku mieszkalnego, gdy z głuchym szczękiem otwierał drzwi i wkraczał do środka swojego mieszkania. Dźwięczała jak uwięziony owad gdy tkwił w środku, w czterech ścianach, które doświadczyły każdego epizodu w jego życiu od najlepszych do najgorszych.
Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Zmianom, które zachodziły tak subtelnie, że z początku nie dostrzegał ich pojawienia się. Pustej kulce po plastikowym pierścionku odstawionej pieczołowicie na półkę przy łóżku. Jej kurtce zawieszonej przy drzwiach koło wyjściowej torebki, którą zostawiła po swoich urodzinach i zapomniała jej zabrać. Ubraniach rzuconych na kosz na pranie niedbale, jakby należał do niej tak, jak należał do niej jego właściciel.
Miejsce, w którym dotychczas zamykał swój pracoholizm tak, jak zamykał swoją samotność, nabrało innej natury. Znów żyło czymś więcej niż aktami rozrzuconymi po różnych powierzchniach, więcej niż bronią służbową odstawioną obok odznaki. Żyło n i ą.
Tkwiącą gdzieś na drodze szybkiego ruchu, kierującą się poza Toronto, w miejsce, do którego ją wysłał. W którym mogła przeczekać tę burzę, jaką była sprawa Morettiego odnajdująca swoje ujście w tym dniu. W którym mogła być b e z p i e c z n a.

01:23:47

Cisza podążała za nim na komisariat. Niedzielne popołudnie nie przyciągało zbyt wielu pracowników, czyniąc korytarze pustymi, jeśli nie liczyć odległego gwaru obecnych na dyżurze policjantów. Zwykle wynosił z tego miejsca akta - teczki, zdjęcia, zapisane przesłuchania świadków, wszystko to, co mógłby przerobić na spokojnie w zaciszu swojego mieszkania i powrócić ze świeżą głową i nowymi wnioskami.
Tym razem wnosił coś do środka.
I tutaj każdy kąt był przesiąknięty n i ą.
Minął salę przesłuchań, w której wnętrzu kiedyś nielegalnie zamknęli żonę gangstera. Świadomie zignorował aneks kuchenny, do którego wysłał ją pierwszego dnia ich spotkania - z którego wyszła, niezadowolona, z gorzką kawą we wnętrzu kubka, który z hukiem postawiła przed nim na swoim biurku. Przeszedł obok wyjścia na dach, którym wymykał się czasem na papierosa, i które wcześniej było miejscem jego przemyśleń i spokoju, nim o n a zaczęła nim podążać za nim, cień za plecami, którego nie był w stanie się pozbyć.
Stanął przy jej biurku, uprzątniętym, pustym, jeśli nie liczyć ich ostatniej zamkniętej sprawy. Jego wzrok prześlizgnął się po jakimś breloczku, który przyniósł jej któregoś dnia Evans wracający ze swoją dziewczyną z wakacji. Oczami wyobraźni widział jej strapioną minę gdy rozpracowywali ostatnie zabójstwo i ten pieprzony breloczek, zawieszony na jej palcu, obracający się w powietrzu gdy myślała - podczas gdy on ze skupieniem oglądał wyłącznie jej palce.
Oderwał wzrok od jej biurka, przenosząc je na swoje. Niepoukładany chaos starych i nowych spraw, kubek po kawie, którego wcześniej nie wyniósł. Komputer wciąż wyciszony, niezamknięty, budzący się jakby wyczuł jego obecność, świecąc ogromnym logiem ich departamentu. Ignorując ślady swojej poprzedniej, detektywistycznej egzystencji, wysunął odznakę z kieszeni swoich spodni i pochylił się, uchylając szufladę. Odznaka ze stukotem znalazła się w środku, błysnęła metaliczną powierzchnią, niegdyś gładką i wypolerowaną, teraz porysowaną, wskazującą na niedbałe traktowanie.
Szuflada zamknęła się z hukiem, w kontraście do cichego zgrzytu, z którym otworzyły się drzwi prowadzące do gabinetu ich kapitana.
Wsunął się do środka, do tego miejsca, które zawsze pachniało kurzem i tanią brandy, którą stary wyga lubił otwierać po godzinach służby. Jego meble przyozdobione były zdjęciami - bliskich, współpracowników, starych druhów z policji. Biurko zarzucone było przyniesionymi mu przez innych raportami, z którymi miał zapoznać się z rana po przyjściu do pracy.
Teczka ciążyła mu w dłoni gdy rzucał ją na ich wierzch. Była ciężka, dużo grubsza od pozostałych, choć podobnie jak one, w rogu miała wypisane nazwisko właściciela: R. Madden.
Cisza podążyła za nim do jednego z zamkniętych pomieszczeń, z którego wnętrza wyszedł z założonym podsłuchem.

00:35:02

- Nie sądzę, żebyś mnie dobrze rozumiał. - ostry głos Carbone'a przeciął wnętrze starego magazynu po raz kolejny, za każdym razem nabierając swojej intensywności odkąd wypowiedział te słowa po raz pierwszy prawie godzinę temu.
W powietrzu unosił się morski zapach przystani, przy której się znajdowali. Sól oblepiała wnętrze pomieszczenia, w którym było dużo mniej miejsca niż ostatnim razem. Ludzie tłoczyli się w wąskich alejkach wyznaczanych przez wyładowane ze statku kontenery, błysk przytroczonych do ich pasków broni zwracał na siebie uwagę w półmroku panującym w pozbawionej okien przestrzeni.
- Rozprawa jest jutro - dodał mężczyzna, spoglądając na niego spode łba. - Dlaczego papiery nie zostały jeszcze dostarczone do moich ludzi w sądzie?
Carbone tkwił przy prowizorycznym stoliku ułożonym pod ścianą stworzonym z jakichś skrzyń. Na jego blacie tkwiły naderwane zębem czasu karty do gry, w której wraz ze swoją świtą uczestniczył mężczyzna - trójka pozostałych graczy siedziała cicho, wpatrując się w swoje talie jakby nie była świadkiem toczącej się między Maddenem a ich dowódcą rozmowy.
Cała reszta jednak wlepiała swoje spojrzenia w jego, z dłońmi splecionymi za plecami, blisko oręża, po które mogli sięgnąć.
- Stać cię na lepszego psa na posyłki. Moretti jest spalony - wycedził w odpowiedzi, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie lekkiej, cienkiej kurtki, którą zwykle miał na sobie, a która lepiej pomagała ukryć schowany pod koszulką kabel.
- Moretti to rzeźnik - poprawił go Carbone, z wzrokiem utkwionym w swoich kartach, znad których uniósł go leniwie. - Psem jesteś ty, Madden.
Sięgnął do żetonów, przesuwając parę z nich na środek stołu. Mógłby przysiąc, że widział jak jeden z jego oprychów z kartami w dłońmi zerkał na drugiego, wyraźnie upewniając się w swoim postępowaniu - najwyraźniej Carbone nie lubił przegrywać.
- Od swoich psów oczekuję posłuszeństwa - kontynuował, każde słowo wzbudzało coraz większą wściekłość w sercu detektywa. - Wiesz, czego oczekuję od rzeźników?
Uchylił usta, chcąc natychmiast mu odpowiedzieć ale nim to zrobił, z wnętrza jednego z kontenerów obok wydostał się stłumiony odgłos - coś będącego w połowie uderzeniem, w połowie padającym na ziemię ciężarem. Rhys natychmiast odwrócił głowę, zerkając na zamkniętą strukturę, na wąskie, umieszczone przy jej suficie szczeliny, gdy zimne uczucie rozlało się po jego klatce piersiowej.
- Moretti jest spalony. Nawet ja nie jestem w stanie go wyciągnąć gdy idiota zostawił po sobie tyle odcisków palców - warknął, bardzo powoli odwracając głowę. - Co jest w tych kontenerach, Carbone?
Paskudny uśmiech mężczyzny wychylił się znad jego kart gdy wyciągnął je lekko przed siebie w reakcji na spasowanie dwóch pozostałych osób przy stoliku.
- W takim razie będziesz musiał się bardziej postarać - odrzucił niedbale, ignorując zadane mu pytanie i wystawiając swoje karty przed siebie. - Albo potrzebujesz większej zachęty.

margo mercer

down in the darkness i've made my home

: czw cze 25, 2026 5:41 pm
autor: margo mercer
Pożegnanie.
Kiedy wsiadła do samochodu, tylko to jedno słowo krążyło jej po głowie. Nie była w stanie wyrzucić go ze swoich myśli. Samoświadomość, o której wspominali tego poranka niejednokrotnie, odzywała się w niej wyjątkowo głośno, wbrew wszystkiemu czego pragnęła, uświadamiając jej, że właśnie t y m było tych kilka godzin, które sobie podarowali. Niczym innym jak p o ż e g n a n i e m.
Wiedziała. Czuła to całą sobą, gdy wcisnęła pedał gazu i ani razu nie spojrzała we wsteczne lusterko, będąc niemal pewną, że jeśli tylko to zrobi, nie znajdzie już w sobie siły, która wbrew podpowiedziom serca pchała ją naprzód. Najpierw do wyjazdu z parkingu, później do pierwszych świateł na swojej ulicy, a następnie prosto na drogę stanową, nie ku wolności lecz ku przeznaczeniu, którego panicznie się obawiała.
Wyrzuty sumienia trawiły ją od środka. Czuła się tak, jakby zdradzała najważniejszą osobę w swoim życiu. Miała nieodparte wrażenie, że jej miejsce było obok niego nawet jeśli z taką stanowczością próbował wmówić jej coś zupełnie przeciwnego. Chciał widzieć ją daleko od siebie, daleko od Toronto, daleko od łap Carbone'a, który tylko czekał, by wykorzystać ją jako kartę przetargową.
Droga mijała jej jak sen. Lewa noga nerwowo podskakiwała, dolna warga była już poraniona od nieświadomego przygryzania, a wzrok co kilka sekund uciekał w stronę telefonu, choć doskonale wiedziała, że ekran pozostanie pusty. Wiedziała, że żadna wiadomość nie pojawi się ani za godzinę, ani za dwie. Być może nawet n i g d y. Mimo to pokonywała kolejne kilometry, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że knykcie niemal całkowicie zbielały.
Obiecałem ci, że pożałujesz, Mercer.
Miło będzie spuścić was na dno.

Zahamowała gwałtownie, nie zwracając uwagi na sznur samochodów jadących za nią. Bez kierunkowskazu i świateł awaryjnych zjechała na pobocze, raz po raz odczytując wiadomość od Collinsa, desperacko próbując odnaleźć w niej drugie dno. Nadal naiwnie odpychała od siebie myśl, że Rhys naprawdę byłby zdolny zrobić coś aż tak głupiego. Że naprawdę ją okłamał. Że pozwolił się złapać. Potrzebowała dokładnie tyle - j e d n e j wiadomości. Jednego impulsu, by obietnica złożona pod przymusem przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zawróciła niemal w miejscu, ignorując ruch na drodze i gwałtownie kierując samochód z powrotem w stronę Toronto.
Najpierw pojechała na komisariat. Spodziewała się znaleźć tam Collinsa, jednak budynek przywitał ją ciszą. Niedziela sprawiała, że większość pięter pozostawała niemal pusta. Pracowali wyłącznie ci, których zmuszała do tego sytuacja, a najwyraźniej nikt nie uznał jeszcze, że właśnie taka nadeszła. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak zawsze. Jej biurko pozostawało nieskazitelnie uporządkowane, naprzeciwko niego panował znajomy bałagan Rhysa. Jedyną różnicę znalazła tuż po tym, gdy zajrzała do zamkniętej szuflady niemal odruchowo - znajdując tam jego odznakę.
Serce pękło jej na pół. Nie potrzebowała żadnych dodatkowych dowodów na to, że się poddał. Każde słowo wypowiedziane nad jeziorem, każda obietnica, każde spojrzenie i zapewnienie o wspólnej przyszłości rozsypały się w pył, zamieniając się w kolejne kłamstwa, do których przez ostatnie miesiące zdążyła się przyzwyczaić. Nie miała jednak do niego żalu o samo kłamstwo. Wiedziała doskonale, dlaczego to zrobił - kochał ją za bardzo. Tak bardzo, że był gotów poświęcić samego siebie, jeśli tylko miało to zapewnić jej bezpieczeństwo.
Jej własne uczucie zmusiło ją do zatrzaśnięcia szuflady z głośnym hukiem. Do wsunięcia jego odznaki do kieszeni bluzy. To ono wepchnęło ją ponownie za kierownicę samochodu i skierowało na drugi koniec miasta. Kilkanaście minut później zatrzymała się w dokach. Magazyny ciągnęły się jeden za drugim, między nimi kręcili się mężczyźni, których twarzy nie znała lecz już z daleka potrafiła rozpoznać, że nie byli zwykłymi pracownikami portu.
Dopadła pierwszego z nich, łapiąc go brutalnie za przód kurtki. - Gdzie jest Carbone? - mężczyzna tylko się zaśmiał, ale nie zdążył powiedzieć nic więcej. Broń pojawiła się w jej dłoni niemal automatycznie, a jej lufa zatrzymała się tuż pod jego szczęką. - Masz trzy sekundy. Potem naprawdę cię zastrzelę - była w stanie to zrobić. Teraz mogła zrobić w s z y s t k o, bo trzeźwe myślenie zostawiła na drodze stanowej tuż po tym, jak Collins wysłał jej tę cholerną wiadomość.
Kilka minut później szła już przez jeden z magazynów, prowadzona przez mężczyznę, który jeszcze chwilę wcześniej próbował udawać odważniejszego niż był w rzeczywistości. Drzwi otworzyły się z głuchym skrzypnięciem, a jej wzrok odnalazł go niemalże natychmiast. Jak zawsze zresztą, niezależnie od miejsca i tłumu - Rhys był pierwszą osobą, którą zauważała. - Nasza zachęta pojawiła się sama - mafiozo klasnął z wyraźnym zadowoleniem, odrzucając karty na stół.
- Detektyw Mercer, długo kazałaś na siebie czekać - powoli ruszył w jej stronę, podczas gdy ona skupiała się wyłącznie na Maddenie. Widziała w s z y s t k o. Gniew, strach i rozczarowanie. A przede wszystkim ten sam żal, który od kilkunastu minut palił również ją. Nie odezwała się ani słowem, cofnęła się jedynie o pół kroku, kiedy Carbone wszedł w jej przestrzeń osobistą.
- Te błyskotki są nam niepotrzebne. Schowaj broń, twój ukochany i ja zawsze rozmawiamy bez przemocy - opuściła broń w dół, jednak butnie wciąż trzymała ją w dłoniach, gotowa jej użyć w każdej chwili, choć szybka ocena pozwoliła jej stwierdzić, że nie miała w tym starciu najmniejszych szans. - Przedyskutujemy jeszcze raz twoje zadanie, Madden? - Carbone ani na moment nie odsunął się od jej boku. Doskonale wiedziała, co robił - wykorzystywał ją dokładnie tak, jak od początku planował. Jak kartę przetargową, jak lufę wymierzoną nie w siebie lecz prosto w Rhysa. Próbował zmusić go, by przestał myśleć racjonalnie i zaczął działać wyłącznie sercem.
- Pamiętasz jak obiecałam ci, że pociągnę was obu na dno? Nic się nie zmieniło., Carbone. Wsadzę za kratki ciebie i jego, nie zależy mi tak bardzo, jak ci się wydaje - prychnęła krótko w jego stronę, odsuwając się stanowczo. Miała nadzieję, że potrafiła maskować wszystkie prawdziwe uczucia tak samo dobrze, jak kiedyś przed Rhysem. Że nadal potrafiła zastąpić miłość palącą nienawiścią, gdy ogarniała ją wściekłość.

Rhys Madden

down in the darkness i've made my home

: czw cze 25, 2026 8:07 pm
autor: Rhys Madden
Detektyw Mercer.
Dwa słowa wypowiedziane z ust człowieka, który nigdy nie powinien móc ich użyć. Dwa słowa wystarczyły, by krew w jego żyłach zmieniła się w lód, by szpony, których łaskotanie czuł pod żebrami teraz z całą swoją mocą pochwyciły jego serce i trzewia, złapały za jego pieprzony przełyk i zdusiły w nim wszystko, co chciał powiedzieć.
Kark niemal trzasnął mu w pół gdy odwrócił się w stronę, w którą pomknęło spojrzenie uśmiechniętego mafioza - jakby musiał się przekonać na własne oczy, że obraz, który widział, był prawdziwy. Jakby do samego końca ta jego nabyta i pielęgnowana naiwność wierzyła, że może po prostu mężczyźnie się w y d a w a ł o, że Margo wcale tutaj nie była.
Przecież nie mogła tu być. Miała być pośród drzew, w małym, drewnianym domku z wygodnym łóżkiem i przestronnym prysznicem, a także anonimowym właścicielem niewścibiającym nosa w nie swoje sprawy.
- Co robisz? - warknął, wściekłość przemknęła przez jego twarz w pościgu za desperacją, za czystym p r z e r a ż e n i em, które wywołało w nim jej nadejście i wszystkie jego implikacje.
Jego wzrok od razu przesunął się z kobiecej twarzy na stojącego przy niej mężczyznę, na broń w jego dłoniach, wyciągniętą z kabury. Dostrzegł ją zanim zauważył pistolet w j e j rękach.
- Wygląda na to, że mamy tutaj przyjęcie - zarechotał Carbone, a może zaśmiał się zwyczajnie, lecz ten odgłos wydawał mu się ordynarny sam w sobie. Odwrócił się w całości w stronę kobiety z gwałtownością, od której pozostali również sięgnęli za swoje paski, wydobywając z nich zimne błyski metalu.
- Co ty tutaj kurwa robisz? - syknął wściekle, wykonując krok w jej stronę - wystarczająco, by stojący za jej plecami mężczyzna uniósł nieco dłoń ze swoją bronią w wyraźnym, mało subtelnym geście oznaczającym groźbę.
Mógł sięgnąć po własną, ale co by to zmieniło?
Tkwili w paszczy lwa, otoczeni przez uzbrojonych gangsterów. Huk z wnętrza kontenera wzmógł, przekształcił się w coś, co brzmiało bardziej jak walenie pięścią w ścianę kogoś wyczuwającego zamieszanie po drugiej stronie niż przypadkowy odgłos spadającego przedmiotu.
- Jestem zmęczony, Rhys. Zmęczony twoim unikaniem moich wiadomości i nieodpowiadaniem na telefony - wymieniał przekornie mafiozo za jego plecami, podczas gdy jego wzrok wciąż utkwiony był w n i e j.
Nie dostrzegał planu, który miała.
Widział wyłącznie ten plan, który zrujnowała.
Ten, w którym weszła za nim na pewną śmierć wyłącznie po to, by nie robił tego sam. Śmierć, której wcale nie zamierzał odbywać, nawet jeśli koniec malował się w tej historii w ten czy inny sposób.
- Patrzcie co znalazłem na biurku kapitana - cmoknął Collins, nagle wysuwając się spomiędzy innych kontenerów, jakby był już tam wcześniej, schowany w jego zakamarkach jak karaluch, którego zawsze przypominał. W jego dłoniach błysnęła teczka z nazwiskiem, z obciążającymi dowodami, ze w s z y s t k i m. - Musisz trzymać takie rzeczy przy sobie, Madden. Lubią się gubić.
Wyminął jednego z uzbrojonych gangsterów, koło których poruszał się swobodnie. Jego odznaka wciąż była przypięta do pasa - Collins lubił ją nosić w miejscach takich jak to. Lubił przypominać reszcie, że był od nich w a ż n i e j s z y.
- A co my tutaj mamy? - Carbone sięgnął do teczki, otwierając ją zamaszyście - tak, aż parę zdjęć wyleciało z jej środka, lądując obok kart na stole.
A on wciąż wpatrywał się w n i ą.
- Wyjdź - wycedził, patrząc prosto w te piwne tęczówki - wierząc, że jeszcze nie było zbyt późno. - Nic z tego cię nie dotyczy.
Naiwność nie była jego cechą, była pieprzonym t a l e n t e m.

margo mercer

down in the darkness i've made my home

: czw cze 25, 2026 8:49 pm
autor: margo mercer
Robiła dokładnie to samo, co on. Wchodziła prosto do paszczy lwa, gotowa się poddać. Gotowa zawalczyć. Gotowa pociągnąć za spust zimnego pistoletu, który wciąż spoczywał w jej dłoni, gdyby tylko ktokolwiek wykonał o jeden krok za dużo.
Wściekłość i rozczarowanie wylewały się z niej z taką samą siłą z jaką buzowały w nim. Czuła prawdopodobnie każdą pojedynczą emocję, która szarpała również nim. Tak samo jak zdradzony poczuł się on, tak samo zdradzona czuła się ona w chwili, gdy na ekranie telefonu zamigotała wiadomość od Collinsa. W momencie, kiedy we wnętrzu jego szuflady, tej samej, w której zostawiała mu krótkie liściki i z której sama wyciągała ukryte dla siebie wiadomości, znalazła ciężko spoczywającą odznakę.
Postanowił zostawić ją s a m ą. Postanowił się poddać dla niej, choć nigdy tego od niego nie oczekiwała. Nigdy o to nie prosiła. Zostawiał ją, bo naprawdę wierzył, że postępuje właściwie. Nie pomyślał jednak o konsekwencjach. Nie zastanowił się jaką lawinę wydarzeń uruchomi zdrada Carbone'a w chwili, gdy przyzna się do wszystkiego. Niszcząc własne życie, niszczył również to należące do niej. To, w którym pozostawała samotnie na polu bitwy pośród ludzi pragnących zemsty za pociągnięcie przywódcy Ventresci na samo dno.
Zemsty, którą prędzej czy później skierowaliby właśnie przeciwko niej, wiedząc od dawna, że była najsłabszym punktem Maddena. Jedyną osobą zdolną wywołać w nim prawdziwe emocje. Jedyną, o którą gotów był walczyć do ostatniego oddechu i której utrata zabolałaby go najmocniej.
Nie wziął pod uwagę, co stanie się później. Nie pomyślał o ciężarze, z którym przyszłoby jej żyć każdego następnego dnia. Nie dostrzegał tego również teraz, patrząc na nią z gniewem tak silnym, że niemal czuła na sobie ciężar jego dłoni, które najchętniej złapałyby ją za ramiona i siłą wypchnęły z magazynu. Furia buzująca w nim była tak wyraźna, że udzielała się wszystkim pozornie niezainteresowanym ludziom stojącym wokół.
- To samo co ty - prychnęła chłodno, a kącik jej ust uniósł się w uśmiechu, który z ciepłem nie miał już nic wspólnego. - Robię to, co powinnam zrobić już dawno. To, co obiecałam jemu - wskazała ruchem głowy na Carbone'a z wyraźnym rozbawieniem obserwującego ich małe przedstawienie. - I to, co przysięgłam zrobić z tobą - nie miała ż a d n e g o planu. Nie ułożyła w głowie ani jednego scenariusza podczas drogi do doków. Była kłębkiem nerwów, umysł nieustannie zalewały obrazy krwi, wyobraźnia podsuwała coraz to nowe rozwiązania, a każde kolejne okazywało się gorsze od poprzedniego. Nie wiedziała, co wydarzyło się tutaj przed jej przyjazdem. Nie wiedziała, ile czasu zostało im jeszcze do chwili, w której wszystko wymknie się spod kontroli.
Nie mogła pokazać, że pękła. Nie mogła pozwolić sobie na drżenie dłoni ani ugięcie się pod ciężarem jego wściekłości. Jeśli miała gdziekolwiek skierować własny gniew, to wyłącznie na ludzi takich jak Collins, który właśnie wszedł do środka z rozbawieniem wymalowanym na twarzy. - Zabiję cię, ty jebany szczurze - ruszyła przed siebie szybkim krokiem, jednak czyjaś dłoń boleśnie zacisnęła się na jej ramieniu, zatrzymując ją w miejscu. Collins nawet nie drgnął, na jego ustach zakwitł jedynie szeroki, szyderczy uśmiech, jakby właśnie na taką reakcję czekał od samego początku.
- To moje - zignorowała słowa Rhysa. Zignorowała również jego spojrzenie, przenosząc własne na Carbone'a, który z wyraźnym spokojem obracał w dłoniach teczkę. - To właśnie spełnienie moich obietnic - z a b i l i b y go. Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Gdyby dowiedzieli się, że zrobił to sam. Że miał odwagę zebrać wszystkie dowody, ułożyć je w jedną całość i położyć na biurku kapitana, oddając się dobrowolnie w ręce sprawiedliwości, nie wyszedłby stąd żywy.
Tylko ona była ich jedyną s z a n s ą.
Biorąc całą tę absurdalną głupotę na własne barki, dawała Rhysowi możliwość odwrócenia sytuacji. Dzięki tej pokręconej sympatii, którą mimo wszystko Carbone go darzył, wciąż istniała szansa, że zdoła coś zrobić. Zyskać czas, znaleźć kolejne kłamstwo, które kupiłby mężczyzna. Ocalić siebie i ją.

Rhys Madden

down in the darkness i've made my home

: czw cze 25, 2026 9:57 pm
autor: Rhys Madden
Żaden plan nie był idealny - idealny, kurwa, nie istniał. Nie w ich sytuacji, w tym bagnie, w które brnął miesiącami nie mając żadnego powodu by się wycofać, by to zakwestionować. W jej oczach z pewnością nosił więcej niewinności niż powinien, był tylko osobą złapaną w najgorszym momencie życia, wykorzystaną przez kogoś innego. Ale prawda leżała gdzieś po środku, bo do pewnego stopnia nie dbał o to.
Nie dbał o to, co musiał robić ani o to, co się z nim stanie.
Stworzony przez niego plan również był dziurawy, ale mógłby kłócić się z nią o rozmiar tych dziur. W sytuacji, w której Carbone trafiłby do więzienia, zaraz za nim poszedłby on. Stałby się bezużyteczny dla Ventresci, dzięki czemu ta miałaby mniejsze chęci na wykorzystywanie swoich aktywów by go pilnować - a w kwestii zemsty, nie wątpił, że Sergio miał sporą ilość ludzi za kratami, gotowych wykonać jego polecenia.
W ostateczności, czy Margo nie zarzekała się wiecznie, że mogła sobie ze wszystkim poradzić?
Na wypadek, gdyby wszystkie te zabezpieczenia zawiodły, gdyby usunął łączącą ich nić poddając się wymiarowy sprawiedliwości i zeznając, że nie miała z tym nic wspólnego, zawsze miała siebie. Swoje umiejętności, swoją broń.
Broń, którą teraz dzierżyła w dłoni, wściekle ruszając w stronę Collinsa.
Widok ręki wykręcającej jej ramię przysłonił całą złość, jaką kierował w jej stronę. Sprawił, że ruszył w jej kierunku gwałtownie, ignorując ruszających za nim mężczyzn, szuranie krzeseł odsuwanych pośpiesznie od stołu. Wiedział, co próbowała zrobić - wyłącznie dlatego nie zrobił niczego, co mogłoby to zaprzepaścić.
Ale myśl, że to w ogóle się działo, dolewała benzyny do jego płonącego serca.
- Odłóż broń, Margo - warknął, świadom tego, jak bardzo był przez nią ignorowany. Powinien zachować zimną krew, powinien i on się zamknąć, znaleźć wyjście z tej sytuacji tak, jak znajdował je za każdym, poprzednim razem. - Nie masz pojęcia co robisz.
Ale gdy ona stała obok, gdy na szali było nie tylko jego życie, ale i jej, nagle nie potrafił. Jego instynkt podpowiadał mu położenie każdego z uzbrojonych mężczyzn, podsuwał mu chrzęst ostatniego z krzeseł, tego należącego do Carbone'a. Boleśnie przypominał mu o broni za jego paskiem wraz z faktem tego, że nie mógł jej użyć - przy tej ilości otaczających ich osób, strzelanina zakończyłaby się bardzo szybko.
- Czyżby? Kłopoty w raju? - parsknął mafiozo, powoli zbliżając się w ich stronę.
A wraz z nim, zrobili to inni.
Zauważył ich kątem oka, okrąg zacieśniający się wokół nich - zmierzający ku n i e j. Jego jedynej słabości, jedynej osoby, dla której zrobiłby na tym świecie wszystko.
Adrenalina pchnęła go naprzód, pień mózgu zareagował nim konkretna myśl zdołała uformować się w jego głowie. Chwycił unoszone ramię stojącego najbliżej gangstera i szarpnął, mocno, gwałtownie, aż z jego gardła wydostał się wrzask, a coś we wnętrzu jego stawu strzeliło. Pięść uderzyła w szczękę następnego, sięgającego po broń, druga uderzyła w mostek, pozbawiając wysokiego blondyna tchu.
Dopiero wtedy do niego dotarło, że było ich zbyt dużo.
A później, jak w zwolnionym tempie, zorientował się, że wcale nie szli do Margo.
Uderzenie przyniosło ogłuszającą ciszę na ułamek sekundy - uderzenie, którego nie był w stanie w natłoku osób dostrzec, nie mówiąc o jego zablokowaniu. Poczuł szarpnięcie własnego ramienia, wykręcanego do tyłu i to z jego gardła wydostał się wściekły warkot. Naparł, usiłując wyrwać się z uścisku dwójki stojących za nim gangsterów, wykręcających jego ręce w tył - gdy któryś z nich kopnięciem w tył nogi zmusił go do padnięcia na jedno kolano.
- W takim razie możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czy jak wy to mówicie w tym prostym kraju. - ironia sączyła się z głosu podchodzącego mafioza. Wyczuwał jego obecność, jeszcze zanim ten sięgnął do jego własnej broni, pozbawiając go jej. - Śmierć takiej szumowiny to jak przysługa dla społeczeństwa, nie zgodzisz się, detektyw Mercer?
Dostrzegł błysk lufy pistoletu, zbliżającej się do jego skroni wciąż pulsującej bólem. Jego dłonie zacisnęły się z tyłu w pięści, umysł analizował, poszukiwał wyjścia, odpowiedniej chwili. Coś mokrego spływało z jego łuku brwiowego, w powietrzu z morską bryzą zmieszał się smród krwi.
- Gówno osiągniesz w ten sposób, Carbone - warknął, odsuwając głowę od ostentacyjnie odbezpieczonego pistoletu gdy ten zetknął się z gorącą skórą na jego twarzy. - Myślisz, że te akta nie mają kopii?
Mężczyzna cmoknął, nawet nie patrząc na detektywa. Jego wzrok wlepiony był prosto w twarz stojącej naprzeciw kobiety.
- Z pewnością wiesz, że policjanci nie są zbyt popularni w więzieniach - westchnął, pochylając się nad klęczącym detektywem. - W zasadzie można to potraktować za łaskę.

margo mercer

down in the darkness i've made my home

: pt cze 26, 2026 10:36 am
autor: margo mercer
Była w stanie sobie poradzić. Zapewniała go o tym niejednokrotnie. Była wyrywna, silna, ale potrafiła również szybko kalkulować, dostrzegać rozwiązania tam, gdzie inni widzieli wyłącznie ślepy zaułek. Tym razem jednak chodziło o coś zupełnie innego, nie to miała na myśli, kiedy mówiła o porzuceniu, o tej bolesnej samotności i świecie, w którym nagle miałoby go zabraknąć. Nie chodziło o to, że nie dałaby sobie rady. D a ł a b y. Nadal oddychałaby, nadal wstawałaby rano, wykonywałaby swoją pracę i z uporem szła przed siebie. Problem polegał na tym, że nie chciała uczyć się życia bez niego.
Jego przyznanie się do winy niczego by nie zakończyło. Nie sprawiłoby, że nagle stałaby się bezpieczna. Ściągnąłby na nią jeszcze większe niebezpieczeństwo, ustawiłby celownik prosto na jej plecach. Nie tylko Carbone traktował ją jak kartę przetargową, jak chwilową rozrywkę i skuteczne narzędzie do wywierania presji.
Gdyby Rhysa zabrakło, zostałaby z nimi sama. Stałaby się owcą otoczoną przez wilki, które prędzej czy później ruszyłyby jej śladem. Ona zaś znała siebie, wiedziała, że gdyby ktoś naprawdę przyparł ją do muru, nie byłaby w stanie z nimi współpracować. Zrobiłaby coś głupiego, pociągnęłaby za spust nawet wtedy, gdy sytuacja jeszcze by tego nie wymagała. O ile w ogóle miałaby szansę dożyć takiego momentu.
Dlatego nie zwracała uwagi na detektywa próbującego wyjść jej naprzeciw. Nie zrobili jej niczego, czego wcześniej nie doświadczyła. Została jedynie zatrzymana w miejscu, powstrzymana przed wykonaniem kolejnego kroku, choć prawdopodobnie śmierć Collinsa nie obeszłaby tutaj nikogo. A ona naprawdę chciała go zabić.
Dopiero wtedy Carbone zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewała. N i e u w i e r z y ł.
Nie skierował gniewu w jej stronę. Zamiast tego całą uwagę przeniósł na Rhysa, gdy ona stała nieruchomo. Serce waliło jej o żebra z siłą, która niemal odbierała oddech, przerażenie mieszało się z narastającą paniką, a ta błyskawicznie ustępowała miejsca wściekłości. Tej samej, która podpowiadała jej, by wyrwać się za wszelką cenę i zatrzymać ich zanim człowiek, którego kochała ponad wszystko, upadnie na ziemię.
Scenariusz, który dotąd istniał wyłącznie w jej wyobraźni, właśnie rozgrywał się przed oczami. Jednak nie drgnęła, zdając sobie sprawę, że to nie była kara, to był t e s t. Carbone nie sprawdzał Rhysa, sprawdzał ją. Rejestrował każde spojrzenie i każdy impuls, które miały odpowiedzieć na jedno pytanie - czy naprawdę to ona zdradziła człowieka, którego jeszcze kilka godzin wcześniej nazywała swoim ukochanym?
Dopiero gdy lufa pistoletu zatrzymała się przy skroni Maddena, coś w niej pękło. Nie pamiętała nawet, kiedy zareagowała. Szarpnęła się gwałtownie, wykorzystując moment nieuwagi mężczyzny stojącego za jej plecami. Wykręciła jego ramię z brutalnością, zmuszając do pochylenia się do przodu. W tej samej sekundzie znalazł się pomiędzy nią a pozostałymi ludźmi Carbone'a, a jej odbezpieczona broń przylgnęła do jego skroni, podczas gdy druga ręka wykręcała mu bark tak mocno, że z gardła wyrwał się zduszony syk bólu.
Doskonale wiedziała, że dla Sergio Carbone'a ten człowiek nie znaczył absolutnie n i c. Dla niej stanowił wyłącznie tarczę, kilka dodatkowych sekund, gdyby ich potrzebowała. - Nie zdajesz sobie sprawy z mojego szaleństwa, Carbone - uśmiechnęła się chłodno, złośliwie, pilnując, by ani przez chwilę nie spojrzeć na klęczącego Rhysa. Pchnęła mężczyznę przed siebie, sama robiąc krok naprzód. - Na co czekasz? - warknęła. - Nie myślisz chyba, że będę błagała o litość dla niego? broń w jej dłoni ani na moment nie opadła, tak samo jak uścisk na ramieniu człowieka. Czuła, jak jego ciało drży, jak próbuje wyrwać się z jej uchwytu, jednak każdy taki ruch kończył się kolejnym wykręceniem ręki.
- Jest tak świetną aktorką... czy faktycznie dałeś się nabrać na ten cały pokaz miłości? - uśmiech Carbone'a poszerzył się nieznacznie. Powoli odsunął broń od głowy Maddena lecz nie dlatego, że uwierzył któremukolwiek z nich. Po prostu bardziej interesowała go kolejna część przedstawienia. - Może pozwolimy tobie, Madden, policzyć się z ukochaną? - uwielbiał takie chwile. Nie ufał ani jej, ani Rhysowi, nigdy nie ufał nikomu. Znacznie większą przyjemność sprawiało mu doprowadzanie ludzi do granic wytrzymałości, mieszanie ich emocji, zmuszanie do wyborów, których normalnie nigdy by nie dokonali. Patrzył jak powoli się łamią, a kiedy przestawali go bawić - zabijał ich albo łaskawie pozwalał odejść, pozostawiając w przekonaniu, że otrzymali drugą szansę.
Margo nie zauważyła zagrożenia, za bardzo uwierzyła, że przejęła kontrolę. Ułamek sekundy po tym, jak na jego ustach pojawił się parszywy uśmiech, czyjeś silne ramiona zacisnęły się wokół niej od tyłu. Szarpnięcie było tak gwałtowne, że broń wypadła z dłoni z metalicznym hukiem odbijając się od betonowej posadzki. Mężczyzna, którego wykorzystywała jako tarczę, wyrwał się z jej uścisku, a ona sama została brutalnie obezwładniona. - No proszę... - C o l l i n s. Podchodząc, złapał ją mocno za brodę, zmuszając, by spojrzała prosto na niego. Zbliżył się tak bardzo, że ich usta dzieliły zaledwie milimetry, a Margo splunęła mu prosto w twarz. Nie zdążyła nawet zobaczyć jego reakcji, gdy jej policzek przeszył ostry, piekący ból, gdy uderzył ją z całej siły.
- Nie chce mi się zgadywać, które z was to zrobiło - odezwał się Carbone z całkowitym spokojem, wracając do stołu przy którym jeszcze przed chwilą rozgrywał partię kart. Teraz to oni byli jego rozrywką. - Mamy całą noc do rozprawy Morettiego. Któreś z was w końcu pęknie - Margo w r e s z c i e była w stanie patrzeć tylko na Rhysa, ignorując wszystko wokół. Ignorując Collinsa, próbującego zastraszyć ją swoją bliską obecnością.
Błagała go, by nie drgnął, by nie zrobił nic więcej, by pozwolił wreszcie uwierzyć gangsterowi, że teczka należała do n i e j, nie do niego.

Rhys Madden

down in the darkness i've made my home

: pt cze 26, 2026 1:58 pm
autor: Rhys Madden
W jednym mogli być zgodni - Margo była zdecydowanie s z a l o n a.
Nie był jednak w stanie uwierzyć w jej słowa, żadne z nich nie było wypowiadane z nienawiścią, z którą być wypowiadane powinno. Może dlatego, że znał ją tak dobrze, że wiedział, że nie byłaby w stanie zrobić mu tego - udawać, kłamać, pozwalać mu wierzyć w to, co chciała.
Tego, co on zrobił jej.
A może to przez to, że już byli w tym miejscu. W chwili, w której we wściekłości wreszcie z jego ust wydostała się prawda przy akompaniamencie upuszczanej szklanki. Pośród rozbitego szkła, widział jej spojrzenie pełne sprzecznych emocji, słyszał jej drżący od nich głos. Wiedział, jak wyglądała, gdy szczerze zaczynała go n i e n a w i d z i ć.
Coś podeszło mu do gardła gdy chwyciła mężczyznę za sobą, okręcając go wokół siebie i przystawiając mu lufę do skroni. Coś, przez co zapomniał o własnej broni, wciąż tkwiącej. zdecydowanie zbyt blisko jego czaszki. Coś, co wreszcie uciszyło ten chaos rozbrzmiewający w jego głowie, warknięciem kazało mu się zamknąć, a jemu kazało m y ś l e ć.
Musiał m y ś l e ć jak wydostać się z tej kurewsko niemożliwej sytuacji.
Jego mózg działał w oderwaniu od wiedzionego instynktami ciała. Widząc zbliżającego się ku niej Collinsa, bezwiednie szarpnął, napierając na trzymające go ramiona, pragnąc wyrwać broń z jej dłoni wyłącznie po to, by własnoręcznie przyłożyć ją do głowy tego pieprzonego szczura.
Ale nie mógł.
Zamiast tego zadarł głowę, mierząc Carbone'a spojrzeniem, maskując to, co przed sekundą się wydarzyło, malując to w odcieniach własnej frustracji.
- Jeśli była jedna, jest ich więcej - warknął, wreszcie przejmując inicjatywę w tym kłamstwie, które plotła na bieżąco. Szarpiąc, wyprostował się, byle tylko móc spojrzeć w wymierzoną w niego lufę i, ignorując jej obecność, przenieść swój wzrok na mafioza. - Nie blefuje. A jeśli ja trafię do pierdla, ty trafisz razem ze mną.
Wyraz niezadowolenia wykrzywił twarz biznesmena, którego detale operacji zawierały się we wspomnianej teczce. Wzmocnił uchwyt na pistolecie, jakby przez moment rozważał, czy nie użyć go wyłącznie przez arogancję detektywa, nim wróciła do niego zimna krew.
- Ten problem musi być załatwiony - wycedził, ze złośliwym błyskiem w oku sygnalizującym to, co miało nadejść. - Albo ty go załatwisz - dodał, nachylając się, a jego broń odsunęła się jednocześnie od skroni mężczyzny gdy odwracał wzrok w stronę Margo trzymanej przez skorumpowanego policjanta. - Albo ja to zrobię.
Nie spostrzegł poruszenia przy wejściu do magazynu. Jego wzrok zatrzymał się na kobiecie kilka metrów przed nim, na tym, jak blisko niej stał pieprzony Collins, na tym, w jaki sposób mógł się go pozbyć - nie problemu, j e g o, w sposób, którego również nie miał nigdy żałować.
Ale nagle uścisk na jego ramionach zelżał, a on gwałtownie podniósł się z kolan, wyswabadzając z imadła, w którym trzymała go dwójka gangsterów. Wtedy dostrzegł podchodzącego do nich posłańca.
- Już tutaj są - rzucił krótko, przerywając im, zerkając na Margo i Rhysa stojących naprzeciw siebie. Carbone westchnął z irytacją i wyprostował się.
- Wygląda na to, że musimy to przerwać - prychnął, wskazując skinieniem głowy Collinsowi jeden z kontenerów, do których ten zaczął siłą ciągnąć Mercer, podczas gdy głowa mafioza odwróciła się w stronę Maddena. - Załatw to zanim stracę cierpliwość.
Nie potrzebował tego pchnięcia w jego plecy, które posłały go w stronę metalowej pułapki. Wystarczył fakt tego, że Margo była do niej kierowana by samemu ruszył wraz z nią, usuwając się z widoku innych biznesmenów, którzy mieli wkroczyć do magazynu by dokonać z Serio targu na to, co znajdowało się w środku.
Nie był tylko gotowy na to, co to było.
W milczeniu spoglądał na otwierane wrota do ogromnego kontenera i w milczeniu też wkroczył do środka, znów pchnięty naprzód wraz z kobietą, która tkwiła przy jego boku. Drzwi za ich plecami zamknęły się z hukiem, zostawiając ich w ciemności rozświetlanej wyłącznie wpadającym przez szpary światłem magazynu.
W środku znajdowali się l u d z i e.

margo mercer

down in the darkness i've made my home

: pt cze 26, 2026 3:08 pm
autor: margo mercer
Nie miał w to uwierzyć.
Robiła wszystko, żeby uwierzył każdy poza nim. Miesiące spędzone razem, wszystkie wydarzenia, które doprowadziły ich do tego miejsca, każda rozmowa i każda kłótnia przeplatana nienawiścią i miłością - w s z y s t k o prowadziło właśnie tutaj.
Do chwili, w której ona karmiła Sergio Carbone'a kłamstwami, których nauczyła się właśnie od Rhysa. Mówiła dokładnie tak, jak on mówił kiedyś do niej. Patrzyła prosto w oczy ich kata z cynicznym uśmiechem błąkającym się na ustach, chowając wszystko, co prawdziwe pod maską chłodu, szaleństwa i obojętności. Miała nadzieję, że tyle wystarczy. Że choć na chwilę odwróci jego uwagę od człowieka, którego od początku chciał złamać.
Problem polegał na tym, że każdy jej plan miał początek, ale nigdy nie posiadał zakończenia. Tak było i teraz - wiedziała, jak złapać jednego z ludzi Carbone'a i zrobić z niego własną tarczę, ale nie zastanowiła się ani przez sekundę nad tym, co działo się za jej plecami. Wiedziała, po co tutaj przyjechała - wyciągnąć Rhysa żywego. Nie miała natomiast najmniejszego pojęcia, jak zamierzała to osiągnąć po tym, jak wzięła na siebie odpowiedzialność za podrzucenie dowodów obciążających ich oboje.
W takich chwilach najbardziej potrzebowała właśnie j e g o. Gdy Collins stanął naprzeciw niej z wyrazem wyższości wymalowanym na twarzy, sycąc własne ego każdym kolejnym krokiem, którym naruszał jej przestrzeń, a ona bezskutecznie próbowała wyrwać się z silnego uścisku mężczyzn stojących za jej plecami - patrzyła w y ł ą c z n i e na Rhysa.
Tak jak potrafiła patrzeć tylko na niego. Poza całym tym szaleństwem, poza uzależnieniem od siebie nawzajem i toksycznością, która od dawna stała się nieodłączną częścią ich relacji, mieli jeszcze coś. Umieli rozmawiać bez słów. Jedno spojrzenie wystarczało, żeby odnaleźć wśród dziesiątek emocji tę jedną, najważniejszą wiadomość. Teraz błagała go właśnie w ten sposób, p r o s i ł a, żeby coś zrobił i jednocześnie nie robił niczego.
Żeby nie pozwolił się sprowokować. Żeby nie rzucił się na nich tylko dlatego, że Collins z premedytacją przekraczał kolejne granice. Odwróciła twarz, gdy brudna dłoń mężczyzny ponownie przesunęła się po jej policzku w ten obrzydliwie powolny, śliski sposób. W tamtej chwili wiedziała, że jeżeli los podaruje jej choć jedną okazję, jeśli zostaną sami choć na kilka sekund, zrobi dokładnie to, o czym mówiła wcześniej - zabije go. Pociągnie za spust i dopisze Collinsa na samym szczycie krótkiej listy ludzi, którym odebrała życie. - Obedrę cię ze skóry - warknęła cicho, podczas gdy Rhys prowadził własną, znacznie bardziej niebezpieczną potyczkę z Carbonem.
Nie wiedziała, czy za kilka minut oboje nie skończą martwi. Czy Sergio nie uzna, że są wyłącznie źródłem kolejnych komplikacji, którym nie można ufać i których najłatwiej byłoby się po prostu pozbyć. Przez krótką chwilę miała nawet wrażenie, że właśnie do tego zmierzał. Dlatego kiedy do magazynu weszli pozostali mężczyźni, odetchnęła niemal niezauważalnie. Ich pojawienie się dawało nadzieję, że Carbone nadal prowadził swoją grę.
Wykorzystując moment nieuwagi Collinsa, wysunęła nogę i z całej siły kopnęła go w piszczel. Mężczyzna zaklął siarczyście, odruchowo puszczając jej ramię lecz satysfakcja trwała zaledwie sekundę. - Dosyć - rzucił Carbone chłodno, a policjant złapał ją brutalnie za kark i bez najmniejszej delikatności popchnął do przodu.
Nie zarejestrowała nawet, że Rhys znalazł się obok. Osunęła się po wilgotnej ścianie na podłogę, próbując się uspokoić. Minęło, pięć, dziesięć a może piętnaście długich oddechów nim podniosła wzrok i zamarła. Zobaczyła pieprzonych l u d z i. Kobiety wtulające w siebie dzieci, mężczyzn siedzących pod ścianami z opuszczonymi głowami. Powietrze było ciężkie, gęste od wilgoci, rozpaczy i zapachu zamkniętych tutaj od wielu godzin ciał.
Obecność Rhysa nagle stała się wręcz namacalna. - Czy ty, kurwa, wiedziałeś, co tutaj się odpierdala? - błyskawicznie podniosła się z podłogi i odruchowo cofnęła pod jedną ze ścian, instynktownie zwiększając dystans między sobą a pozostałymi ludźmi.

Rhys Madden

down in the darkness i've made my home

: pt cze 26, 2026 4:05 pm
autor: Rhys Madden
Zimne, metalowe ściany kontenera wyrwały ich nagle z tamtego świata, wrzucając do zupełnie innego. W powietrzu unosił się ciężki oddech parunastu osób wciśniętych w przeciwległą ścianę , wpatrujących się w nich z przerażeniem w półmroku.
Przynajmniej póki nie rozległ się szczęk zamykanego rygla.
Całe napięcie, cała adrenalina w jego ciele szukała ujścia, wracała myślami do dłoni Collinsa przesuwającej się po jej policzku, do obrzydliwego spojrzenia mafioza rzucanego w ich stronę, do tego pieprzonego r o z b a w i e n i a tą sytuacją. Jego dłonie zacisnęły się w pięści gdy usiłował skupić swoje myśli na rozwiązaniu z sytuacji, w której się znaleźli.
Która się cholernie skomplikowała.
Odwrócił głowę, podświadomie licząc osoby wyławiane z półmroku. Z dwunastka, nie licząc dzieci - wszyscy ubrani w nieco inny sposób, jedni porządniej, inni mniej. Część z nich była brudna, część wyglądała na zgarniętą dosłownie tego samego dnia.
L u d z i e.
Wiedział o broni, wiedział o narkotykach, przekrętach na rynku nieruchomości, morderstwach popełnianych przez członków Ventresci. Wydawało mu się, że znał wszystkie potencjalne grzechy idące w parze z konkretnym tatuażem wymalowanym na skórze, ale najwyraźniej był w błędzie.
A może nigdy nie zaglądał pod te kurtyny, które mogły zasłaniać rzeczy takie jak to. Nigdy nie zbliżył się na tyle by przekonać co jeszcze chował przed nim Carbone - a teraz znalazł się z tym twarzą w twarz.
Ale była też o n a.
Jej wściekłe słowa i pełna napięcia mina, włosy wykręcone w każdym kierunku od szamotaniny z gangsterami, odznaka ledwie wyzierająca spod odzieży.
- Oczywiście, kurwa, że nie - odrzucił wściekle, odwracając się ku niej, jakby dzięki temu wszystko inne znów mogło zniknąć - tak, jak zawsze znikało. - Myślisz, że kiedykolwiek bym na to pozwolił?
Ich podniesione głosy skutecznie odstręczały wszystkich uwięzionych w kontenerze. Zbili się w jedną masę, jak wszyscy przerażeni ludzie, jakby dzięki temu mogli się skurczyć, zniknąć w mroku, nie być już świadkami ich obecności ani nie stać się celem ich gniewu.
- Jaki był twój plan, Margo? - prychnął, każde słowo cedząc jedno po drugim, powoli, metodycznie, wiedząc, że nie było to miejsce ani czas na jeden z ich konfliktów, ale nie potrafiąc się powstrzymać. Nie teraz, gdy musiał martwić się o n i ą, gdy znalazł się w kontenerze pełnym uprowadzonych ludzi przez n i ą.
Nie teraz, gdy musiał zmierzyć się z własnymi zasadami przez n i ą.
Jakby wyczuwając jego wątpliwość, a może dostrzegając odznakę Margo, pierwsza osoba wyłamała się z tłumu, występując w ich stronę.
- Jesteście z policji, prawda? - zapytał niewysoki mężczyzna w garniturze, na oko młodszy od nich, choć po jego zdezelowanym stanie mogliby sądzić, że został zgarnięty z jakiegoś klubu. Wciąż trąciło od niego alkoholem. - Musicie mnie stąd wyciągnąć. Mnie tutaj nie powinno by...
- Do tyłu - uniósł głos, widząc podchodzącego bliżej mężczyznę, być może zbyt stanowczo, zbyt głośno, zbyt głosem przesyconym gniewem, ponieważ ten z przestrachem wycofał się z powrotem w tłum, stając się jego częścią.

margo mercer

down in the darkness i've made my home

: pt cze 26, 2026 4:56 pm
autor: margo mercer
Nie była w stanie na to patrzeć.
Wiedziała, że w całej swojej karierze przyjdzie jej mierzyć się z najróżniejszymi sytuacjami. Widziała krew, pot i łzy. Widziała ludzi, którzy pękali pod ciężarem własnych decyzji i takich, którzy załamywali się po stracie wszystkiego. Widziała morderców o twarzach niewzruszonych do ostatniej sekundy oraz takich, którzy odbierali życie z sadystycznym uśmiechem wymalowanym na ustach.
Wydawało jej się, że widziała już w s z y s t k o. Że nic nie będzie w stanie naprawdę nią zachwiać. Jej mizerny plan nie obejmował kilkunastu niewinnych osób stłoczonych po drugiej stronie kontenera. Ludzi, którzy patrzyli na nich dokładnie tak samo, jak przed chwilą patrzyli na gangsterów stojących za drzwiami. Nie widzieli w nich ratunku, widzieli kolejne zagrożenie i oprawców.
Na język cisnęło jej się wiele odpowiedzi. Takich, których wcale nie miała na myśli, a które zrodziły się wyłącznie z narastającej wściekłości. Gniew pulsował w niej z taką samą siłą z jaką pulsował w nim, dlatego rzucanie bolesnych słów stawało się łatwe. - Nie miałeś... - urwała jednak gwałtownie, bo gdzieś obok rozległ się cichy szloch.
Nie była jeszcze gotowa dopuścić do siebie ich obecności, bo wtedy musiałaby przyznać, że wszystko co widziała było prawdziwe, nie stanowiąc kolejnego wybryku jej wyobraźni. - A jaki, kurwa, był twój? - odwarknęła, pozwalając sprowokować się równie łatwo. Nawet tutaj, wśród przerażonych ludzi, którym powinni pomóc, o których powinni pomyśleć w p i e r w s z e j kolejności, ponownie skupiali się wyłącznie na sobie. - Jak mogłeś odjebać taki numer? Jak, kurwa, mogłeś mi to zrobić po całej drodze, którą przeszliśmy? - zrobiła krok w jego stronę. Jej oczy zdążyły przywyknąć do panującego półmroku, dlatego widziała go już wyraźnie.
Dostrzegała napiętą szczękę i ciemniejący cień siniaka rozlewającego się po jego twarzy po ciosach zadanych przez ludzi Carbone'a. Widziała również walkę, którą prowadził sam ze sobą - tę pomiędzy wściekłością a potrzebą upewnienia się, że naprawdę nic jej nie było. Że Collins nie zrobił nic więcej poza przekroczeniem wszystkich możliwych granic, kiedy bezczelnie przesuwał dłońmi po jej twarzy. - Zabiliby cię - wycedziła przez zaciśnięte zęby, robiąc jeszcze jeden krok. Wkroczyła w jego przestrzeń tak stanowczo, że odruchowo cofnął się o pół kroku, aż plecami oparł się o zimną, wilgotną ścianę kontenera.
- To był twój plan? Dać się zabić? - jej głos drżał, choć robiła wszystko, by tego nie usłyszał. Złapała go za nadgarstek dokładnie w chwili, gdy zareagował zbyt gwałtownie na kolejny cichy odgłos dochodzący z kąta. Nie zamierzała jeszcze się na tym skupiać, nie była w stanie. Czuła się zbyt przytłoczona emocjami związanymi z nim, z tym co wydarzyło się na zewnątrz i tym z czym musieli się zmierzyć.
Nie była gotowa na ratowanie kogokolwiek innego, zwłaszcza takiej ilości ludzi, zdając sobie boleśnie sprawę z faktu, że nie było ku temu ż a d n e j możliwości. - Kazał ci się mnie pozbyć. Jeśli ty tego nie zrobisz, Collins na pewno z chęcią dokończy dzieła - prychnęła żałośnie. - Powiedz, że mogę mu się przydać, że zmusisz mnie, żebym dla niego pracowała. Wymyśl coś, żebyśmy o b o j e stąd wyszli - to był jej jedyny plan. O n był jej planem.

Rhys Madden