down in the darkness i've made my home
: czw cze 25, 2026 4:09 pm
if it's going to get violent tonight
tell me you're gonna be alright
Choć dopiero wyjechała, cisza towarzyszyła mu od samego początku. Tkwiła z nimi we wnętrzu czarnego dodge'a gdy wracali do Toronto, porzucając za sobą pomarańcz wschodu słońca, błyszczącą taflę jeziora i wszystkie inne pierwsze
Nawet zawartość szkła była swojego rodzaju kłamstwem.
Ale przecież potrzebowali dobrej whisky bo dzisiejszy dzień miał być dobry. Miał skończyć się na pokładzie samolotu lecącego na południe, drinkami z palemką odbieranymi z baru na przynależącej do hotelu plaży. Każde z nich powinno mieć uśmiech na ustach gdy spakowane rzeczy znalazły się w bagażniku jej samochodu a bilety lotnicze wsuwał w kieszeń na drzwiach od strony kierowcy.
Powinno.
Cisza została z nim gdy ustał warkot silnika odjeżdżającego samochodu. Oblepiała go, tłumiąc odgłosy jego kroków gdy przecinał korytarz swojego bloku mieszkalnego, gdy z głuchym szczękiem otwierał drzwi i wkraczał do środka swojego mieszkania. Dźwięczała jak uwięziony owad gdy tkwił w środku, w czterech ścianach, które doświadczyły każdego epizodu w jego życiu od najlepszych do najgorszych.
Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę. Zmianom, które zachodziły tak subtelnie, że z początku nie dostrzegał ich pojawienia się. Pustej kulce po plastikowym pierścionku odstawionej pieczołowicie na półkę przy łóżku. Jej kurtce zawieszonej przy drzwiach koło wyjściowej torebki, którą zostawiła po swoich urodzinach i zapomniała jej zabrać. Ubraniach rzuconych na kosz na pranie niedbale, jakby należał do niej tak, jak należał do niej jego właściciel.
Miejsce, w którym dotychczas zamykał swój pracoholizm tak, jak zamykał swoją samotność, nabrało innej natury. Znów żyło czymś więcej niż aktami rozrzuconymi po różnych powierzchniach, więcej niż bronią służbową odstawioną obok odznaki. Żyło n i ą.
Tkwiącą gdzieś na drodze szybkiego ruchu, kierującą się poza Toronto, w miejsce, do którego ją wysłał. W którym mogła przeczekać tę burzę, jaką była sprawa Morettiego odnajdująca swoje ujście w tym dniu. W którym mogła być b e z p i e c z n a.
Cisza podążała za nim na komisariat. Niedzielne popołudnie nie przyciągało zbyt wielu pracowników, czyniąc korytarze pustymi, jeśli nie liczyć odległego gwaru obecnych na dyżurze policjantów. Zwykle wynosił z tego miejsca akta - teczki, zdjęcia, zapisane przesłuchania świadków, wszystko to, co mógłby przerobić na spokojnie w zaciszu swojego mieszkania i powrócić ze świeżą głową i nowymi wnioskami.
Tym razem wnosił coś do środka.
I tutaj każdy kąt był przesiąknięty n i ą.
Minął salę przesłuchań, w której wnętrzu kiedyś nielegalnie zamknęli żonę gangstera. Świadomie zignorował aneks kuchenny, do którego wysłał ją pierwszego dnia ich spotkania - z którego wyszła, niezadowolona, z gorzką kawą we wnętrzu kubka, który z hukiem postawiła przed nim na swoim biurku. Przeszedł obok wyjścia na dach, którym wymykał się czasem na papierosa, i które wcześniej było miejscem jego przemyśleń i spokoju, nim o n a zaczęła nim podążać za nim, cień za plecami, którego nie był w stanie się pozbyć.
Stanął przy jej biurku, uprzątniętym, pustym, jeśli nie liczyć ich ostatniej zamkniętej sprawy. Jego wzrok prześlizgnął się po jakimś breloczku, który przyniósł jej któregoś dnia Evans wracający ze swoją dziewczyną z wakacji. Oczami wyobraźni widział jej strapioną minę gdy rozpracowywali ostatnie zabójstwo i ten pieprzony breloczek, zawieszony na jej palcu, obracający się w powietrzu gdy myślała - podczas gdy on ze skupieniem oglądał wyłącznie jej palce.
Oderwał wzrok od jej biurka, przenosząc je na swoje. Niepoukładany chaos starych i nowych spraw, kubek po kawie, którego wcześniej nie wyniósł. Komputer wciąż wyciszony, niezamknięty, budzący się jakby wyczuł jego obecność, świecąc ogromnym logiem ich departamentu. Ignorując ślady swojej poprzedniej, detektywistycznej egzystencji, wysunął odznakę z kieszeni swoich spodni i pochylił się, uchylając szufladę. Odznaka ze stukotem znalazła się w środku, błysnęła metaliczną powierzchnią, niegdyś gładką i wypolerowaną, teraz porysowaną, wskazującą na niedbałe traktowanie.
Szuflada zamknęła się z hukiem, w kontraście do cichego zgrzytu, z którym otworzyły się drzwi prowadzące do gabinetu ich kapitana.
Wsunął się do środka, do tego miejsca, które zawsze pachniało kurzem i tanią brandy, którą stary wyga lubił otwierać po godzinach służby. Jego meble przyozdobione były zdjęciami - bliskich, współpracowników, starych druhów z policji. Biurko zarzucone było przyniesionymi mu przez innych raportami, z którymi miał zapoznać się z rana po przyjściu do pracy.
Teczka ciążyła mu w dłoni gdy rzucał ją na ich wierzch. Była ciężka, dużo grubsza od pozostałych, choć podobnie jak one, w rogu miała wypisane nazwisko właściciela: R. Madden.
Cisza podążyła za nim do jednego z zamkniętych pomieszczeń, z którego wnętrza wyszedł z założonym podsłuchem.
- Nie sądzę, żebyś mnie dobrze rozumiał. - ostry głos Carbone'a przeciął wnętrze starego magazynu po raz kolejny, za każdym razem nabierając swojej intensywności odkąd wypowiedział te słowa po raz pierwszy prawie godzinę temu.
W powietrzu unosił się morski zapach przystani, przy której się znajdowali. Sól oblepiała wnętrze pomieszczenia, w którym było dużo mniej miejsca niż ostatnim razem. Ludzie tłoczyli się w wąskich alejkach wyznaczanych przez wyładowane ze statku kontenery, błysk przytroczonych do ich pasków broni zwracał na siebie uwagę w półmroku panującym w pozbawionej okien przestrzeni.
- Rozprawa jest jutro - dodał mężczyzna, spoglądając na niego spode łba. - Dlaczego papiery nie zostały jeszcze dostarczone do moich ludzi w sądzie?
Carbone tkwił przy prowizorycznym stoliku ułożonym pod ścianą stworzonym z jakichś skrzyń. Na jego blacie tkwiły naderwane zębem czasu karty do gry, w której wraz ze swoją świtą uczestniczył mężczyzna - trójka pozostałych graczy siedziała cicho, wpatrując się w swoje talie jakby nie była świadkiem toczącej się między Maddenem a ich dowódcą rozmowy.
Cała reszta jednak wlepiała swoje spojrzenia w jego, z dłońmi splecionymi za plecami, blisko oręża, po które mogli sięgnąć.
- Stać cię na lepszego psa na posyłki. Moretti jest spalony - wycedził w odpowiedzi, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie lekkiej, cienkiej kurtki, którą zwykle miał na sobie, a która lepiej pomagała ukryć schowany pod koszulką kabel.
- Moretti to rzeźnik - poprawił go Carbone, z wzrokiem utkwionym w swoich kartach, znad których uniósł go leniwie. - Psem jesteś ty, Madden.
Sięgnął do żetonów, przesuwając parę z nich na środek stołu. Mógłby przysiąc, że widział jak jeden z jego oprychów z kartami w dłońmi zerkał na drugiego, wyraźnie upewniając się w swoim postępowaniu - najwyraźniej Carbone nie lubił przegrywać.
- Od swoich psów oczekuję posłuszeństwa - kontynuował, każde słowo wzbudzało coraz większą wściekłość w sercu detektywa. - Wiesz, czego oczekuję od rzeźników?
Uchylił usta, chcąc natychmiast mu odpowiedzieć ale nim to zrobił, z wnętrza jednego z kontenerów obok wydostał się stłumiony odgłos - coś będącego w połowie uderzeniem, w połowie padającym na ziemię ciężarem. Rhys natychmiast odwrócił głowę, zerkając na zamkniętą strukturę, na wąskie, umieszczone przy jej suficie szczeliny, gdy zimne uczucie rozlało się po jego klatce piersiowej.
- Moretti jest spalony. Nawet ja nie jestem w stanie go wyciągnąć gdy idiota zostawił po sobie tyle odcisków palców - warknął, bardzo powoli odwracając głowę. - Co jest w tych kontenerach, Carbone?
Paskudny uśmiech mężczyzny wychylił się znad jego kart gdy wyciągnął je lekko przed siebie w reakcji na spasowanie dwóch pozostałych osób przy stoliku.
- W takim razie będziesz musiał się bardziej postarać - odrzucił niedbale, ignorując zadane mu pytanie i wystawiając swoje karty przed siebie. - Albo potrzebujesz większej zachęty.
margo mercer