Kąpiel, pies, dupek
: pn cze 29, 2026 9:09 am
Pełnia księżyca zawisła wysoko nad oceanem, zalewając sypialnię mlecznym światłem, które bez większych przeszkód wdzierało się przez niezasłonięte okna. Charly od dłuższego czasu przewracała się z boku na bok, próbując odnaleźć choć odrobinę snu, jednak każda kolejna minuta utwierdzała ją jedynie w przekonaniu, że tej nocy było to zadanie z góry skazane na porażkę. Westchnęła cicho, odrzuciła lekką kołdrę i sięgnęła po luźną koszulę, którą narzuciła na prostą bieliznę. Ciepłe, wilgotne powietrze zachęcało do wyjścia, a szum fal docierający zza uchylonego okna skutecznie zagłuszał wszystkie rozsądne argumenty przemawiające za pozostaniem w łóżku. Kilka minut później boso przemierzała już chłodny piasek, pozwalając, by morska bryza rozwiewała jej włosy.
Spacer działał dokładnie tak, jak powinien. Powoli uspokajał gonitwę myśli, a wraz z każdym kolejnym krokiem ciężar ostatnich tygodni wydawał się odrobinę mniejszy. W pewnym momencie zatrzymała się, wpatrując w spokojną taflę oceanu rozświetloną blaskiem księżyca. Woda wyglądała niemal nierzeczywiście. Kusząco. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie zastanawiając się długo, zrzuciła telefon i ubrania na suchy piasek, zostawiając wszystko tuż przy wydmach. Chwilę później wbiegła do oceanu. Ciepła woda otuliła jej ciało, a ona pozwoliła sobie odpłynąć nieco dalej od brzegu, śmiejąc się cicho sama do siebie. Przez krótką chwilę czuła się zupełnie wolna. Jakby świat poza szumem fal zwyczajnie przestał istnieć.
Kiedy po kilkunastu minutach wróciła na brzeg, natychmiast objęła się ramionami. Dopiero teraz poczuła chłód nocnego powietrza na mokrej skórze. Ruszyła w stronę miejsca, gdzie zostawiła swoje rzeczy… i zamarła. Piasek był pusty. Serce zabiło jej mocniej. Nerwowo rozejrzała się dookoła, aż w końcu dostrzegła ciemną sylwetkę stojącą kilka metrów dalej. Mężczyzna trzymał w dłoniach jej ubrania, a razem z nimi telefon. Twarzy nie potrafiła dostrzec. Skrywała ją znajoma, czarna maska.
Przez krótką chwilę chciała uwierzyć, że to przypadek. Że to ktoś zupełnie obcy. Wtedy od strony oceanu powiał silniejszy wiatr. Razem z nim dotarł do niej subtelny, charakterystyczny zapach drogich perfum zmieszanych z morską bryzą. Ten sam, który jeszcze niedawno czuła z odległości zaledwie kilku centymetrów. Całe jej ciało momentalnie zesztywniało. Chłód, który jeszcze przed sekundą wydawał się zwykłym powiewem wiatru, nagle przeniknął ją do szpiku kości. Przed oczami błyskawicznie przemknęły obrazy tamtej nocy. Roztrzaskany aparat. Łzy, których nie potrafiła powstrzymać. Własna bezsilność i złość. Jego dłonie przytrzymujące jej nadgarstki. Gwałtowny pocałunek, którego powinna nienawidzić… i zdradzieckie ciepło rozlewające się wtedy nisko w podbrzuszu, którego do dziś nie umiała sobie wybaczyć. Powoli uniosła wzrok na zamaskowanego mężczyznę. Tym razem nie miała już żadnych wątpliwości. - Ty…. - zdążyła wyszeptać czując całą gamę emocji. Zrobiła nawet krok naprzód, jednak zatrzymała się nagle, gwałtownie.
Kilka metrów za plecami nieznajomego znajomego coś poruszyło się między wydmami. Najpierw usłyszała głuchy szelest piasku, potem ciężkie, miarowe kroki. Z mroku powoli wyłoniła się masywna sylwetka psa. Zwierzę było ogromne, niemal zlewające się z nocą, a jego jasne oczy błysnęły w świetle księżyca. Nie szczekało. Nie warczało. Szło pewnie, jakby doskonale wiedziało, dokąd zmierza. Charly zesztywniała. Serce gwałtownie przyspieszyło, a oddech uwiązł gdzieś w gardle. Co do cholery!? Mimowolnie zrobiła krok w tył, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, które zatrzymało się zaledwie kilka metrów od zamaskowanego mężczyzny. Wówczas dotarło do niej, że pies ani przez moment nie zachowuje się jak bezpański. Był spokojny. Posłuszny. Czekał. Instynkt zadziałał szybciej niż rozsądek. Charly odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki wzdłuż brzegu. Mokry piasek zapadał się pod bosymi stopami, fale rozbijały się o jej kostki, utrudniając każdy kolejny krok, a chłodne powietrze paliło w płucach. Nie obejrzała się ani razu. Nie chciała wiedzieć, czy mężczyzna ruszył za nią. Nie chciała sprawdzać, czy pies biegnie tuż za jej plecami. Wiedziała tylko jedno — za wszelką cenę musiała zwiększyć dzielącą ich odległość. Nie liczyły się ubrania, ani telefon. Chciała tylko od nich uciec.
Spacer działał dokładnie tak, jak powinien. Powoli uspokajał gonitwę myśli, a wraz z każdym kolejnym krokiem ciężar ostatnich tygodni wydawał się odrobinę mniejszy. W pewnym momencie zatrzymała się, wpatrując w spokojną taflę oceanu rozświetloną blaskiem księżyca. Woda wyglądała niemal nierzeczywiście. Kusząco. Uśmiechnęła się pod nosem. Nie zastanawiając się długo, zrzuciła telefon i ubrania na suchy piasek, zostawiając wszystko tuż przy wydmach. Chwilę później wbiegła do oceanu. Ciepła woda otuliła jej ciało, a ona pozwoliła sobie odpłynąć nieco dalej od brzegu, śmiejąc się cicho sama do siebie. Przez krótką chwilę czuła się zupełnie wolna. Jakby świat poza szumem fal zwyczajnie przestał istnieć.
Kiedy po kilkunastu minutach wróciła na brzeg, natychmiast objęła się ramionami. Dopiero teraz poczuła chłód nocnego powietrza na mokrej skórze. Ruszyła w stronę miejsca, gdzie zostawiła swoje rzeczy… i zamarła. Piasek był pusty. Serce zabiło jej mocniej. Nerwowo rozejrzała się dookoła, aż w końcu dostrzegła ciemną sylwetkę stojącą kilka metrów dalej. Mężczyzna trzymał w dłoniach jej ubrania, a razem z nimi telefon. Twarzy nie potrafiła dostrzec. Skrywała ją znajoma, czarna maska.
Przez krótką chwilę chciała uwierzyć, że to przypadek. Że to ktoś zupełnie obcy. Wtedy od strony oceanu powiał silniejszy wiatr. Razem z nim dotarł do niej subtelny, charakterystyczny zapach drogich perfum zmieszanych z morską bryzą. Ten sam, który jeszcze niedawno czuła z odległości zaledwie kilku centymetrów. Całe jej ciało momentalnie zesztywniało. Chłód, który jeszcze przed sekundą wydawał się zwykłym powiewem wiatru, nagle przeniknął ją do szpiku kości. Przed oczami błyskawicznie przemknęły obrazy tamtej nocy. Roztrzaskany aparat. Łzy, których nie potrafiła powstrzymać. Własna bezsilność i złość. Jego dłonie przytrzymujące jej nadgarstki. Gwałtowny pocałunek, którego powinna nienawidzić… i zdradzieckie ciepło rozlewające się wtedy nisko w podbrzuszu, którego do dziś nie umiała sobie wybaczyć. Powoli uniosła wzrok na zamaskowanego mężczyznę. Tym razem nie miała już żadnych wątpliwości. - Ty…. - zdążyła wyszeptać czując całą gamę emocji. Zrobiła nawet krok naprzód, jednak zatrzymała się nagle, gwałtownie.
Kilka metrów za plecami nieznajomego znajomego coś poruszyło się między wydmami. Najpierw usłyszała głuchy szelest piasku, potem ciężkie, miarowe kroki. Z mroku powoli wyłoniła się masywna sylwetka psa. Zwierzę było ogromne, niemal zlewające się z nocą, a jego jasne oczy błysnęły w świetle księżyca. Nie szczekało. Nie warczało. Szło pewnie, jakby doskonale wiedziało, dokąd zmierza. Charly zesztywniała. Serce gwałtownie przyspieszyło, a oddech uwiązł gdzieś w gardle. Co do cholery!? Mimowolnie zrobiła krok w tył, nie odrywając wzroku od zwierzęcia, które zatrzymało się zaledwie kilka metrów od zamaskowanego mężczyzny. Wówczas dotarło do niej, że pies ani przez moment nie zachowuje się jak bezpański. Był spokojny. Posłuszny. Czekał. Instynkt zadziałał szybciej niż rozsądek. Charly odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki wzdłuż brzegu. Mokry piasek zapadał się pod bosymi stopami, fale rozbijały się o jej kostki, utrudniając każdy kolejny krok, a chłodne powietrze paliło w płucach. Nie obejrzała się ani razu. Nie chciała wiedzieć, czy mężczyzna ruszył za nią. Nie chciała sprawdzać, czy pies biegnie tuż za jej plecami. Wiedziała tylko jedno — za wszelką cenę musiała zwiększyć dzielącą ich odległość. Nie liczyły się ubrania, ani telefon. Chciała tylko od nich uciec.