I keep what I can of you
: pn cze 29, 2026 2:16 pm
I keep what I can of you
Split-second glimpses and snapshots and sounds
I flicker through
I carry them with me like drugs in a pocket
Czerwiec nadciągnął z rytmem długich, dusznych dni i krótkich, nieprzynoszących wytchnienia nocy. Nawet teraz, gdy niebo dopiero zaczynało nasiąkać z wolna pierwszym indygo zmierzchu, centrum Toronto uparcie oddawało ciepło zgromadzone w ciągu dnia w lizanym promieniami słońca asfalcie, i między szklanymi fasadami biurowców. Powietrze stało, drżąc od spalin i miejskiego pośpiechu; i nawet ludzie, chcąc czy też nie, zdawali się zarażać od siebie nawzajem jakąś dziwną, frenetyczną energią; było w niej coś gorączkowego, coś, co każdego lata sprzyjało bójkom, wypadkom i pożarom.
Jeszcze kilka lat wcześniej, Oleander Everhart wyczekiwałby tego okresu z mieszaniną ekscytacji i niepokoju. Lato należało przecież do strażaków niemal równie mocno, co zima — tylko z zupełnie innych powodów. Okres wakacji zawsze niósł ze sobą więcej otwartego ognia, więcej ludzkiej brawury, więcej katastrof rodzących się z jednego nieostrożnego gestu wykonanego przez podpitego nastolatka. Noce pękały w szwach od interwencji. Świt brzmiał wyciem syren i zgrzytem strażackich węży odwijanych z bębna.
Dzisiaj jednak, w jego nowym życiu, czerwiec oznaczał dla bruneta coś znacznie spokojniejszego. Od trzymiesięcznych studenckich wakacji dzielił go już tylko ostatni tydzień egzaminów. Potem zostanie jeszcze biblioteka, kilka dyżurów pomiędzy regałami i studenci przygotowujący się do poprawek, którym — miał nadzieję — sam nie będzie musiał towarzyszyć jako jeden z nich. Cała reszta zapowiadała się niemal sielankowo: lipiec i sierpień miały być powolne, leniwe i lekkie. Jakby, o ironio, naprawdę nic się już nie paliło.
Oleandrowe urodziny rokrocznie stanowiły interwał w przygotowaniach do sesji, zaczynając się i kończąc dokładnie tak samo. Rano Ollie zmuszał się do przywdziania na wargi pogodnego, beztroskiego uśmiechu, z którym potem wytrwale znosił wszystkie tradycje i rytuały, jakim poddawała go jego rodzina i przyjaciele. Naleśniki na śniadanie, ze świeczką wbitą w placek ułożony na środku talerza. Prezenty, o które nie prosił, i których zwykle nie potrzebował. Kartki od członków dalszej rodziny, przysłane z wyprzedzeniem, ale starannie skrywane przed nim przez matkę aż do jego święta. Potem, co gorsza, życzenia spływające od członków dawnego zespołu - przez telefon, to fakt, choć coraz częściej na Facebooku, w krótkiej i bezosobowej formie. Jakby nadal wydawało się, że Everharta wypada raz w roku świętować. Choć przecież nie było już czego.
Dopiero wieczorem, gdy przymus celebracji zelżał i ludzie wracali do własnych zajęć, odhaczywszy z listy urodzinowe zwyczaje, Ollie wsiadał za kierownicę i udawał się na północ, z każdym kolejnym kilometrem zostawiając za plecami strzeliste sylwetki biurowców, i witając zielony horyzont Scarborough. Ta eskapada - choć podejmował się jej co roku - nigdy nie była wpisana do jego kalendarza, albo zaplanowana ze świadomym wyprzedzeniem. Po prostu na jakimś etapie dnia Oleander orientował się, że nogi — dawniej dwie, dziś jedna z ciała i jedna z włókna węglowego — prowadzą go w jednym, przewidywalnym kierunku, jakby pamięć potrafiła mieszkać nie tylko w głowie, ale również w mięśniach, ścięgnach i kościach.
Nie przyjeżdżał tutaj z nadzieją. Z tej wyrósł już dawno — nie za sprawą cynizmu, lecz zwyczajnej powtarzalności życia. Nie łudził się przecież, że Malcolm któregoś roku pojawi się nagle po drugiej stronie ścieżki, z włosami roztrzepanymi wiatrem i wargami rozciągniętymi tym samym uśmiechem, w którym Oleander się zakochał. Życie nie działało w ten sposób. Nie po jedenastu latach. Nie po tym, jak wyglądało ich pożegnanie.
Do Dunlap Observatory wracał wyłącznie z sentymentu, do wspomnień z przeszłości - wspomnień o Bremersie - podchodząc trochę tak, jak podchodzi się do dzieci. Niezupełnie poważnie, ale z ostrożną, cierpliwą czułością.
Przez pierwsze dwa lata po wypadku dostawał się tu taksówkami, z ciałem kompletnie nieprzyzwyczajonym do uciążliwej obecności protezy. Ale teraz prowadził już sam, pewnie i spokojnie, parkując zawsze w tym samym miejscu, z widokiem na białą kopułę budynku wyłaniającą się ponad rozległą połać otaczającej ją zieleni.
Witanie kolejnego roku własnej egzystencji - i, tym samym, żegnanie poprzedniego - właśnie w tym miejscu, wydawało mu się wyjątkowo adekwatne, bo przecież obserwatoria astronomiczne od zawsze zajmowały się przede wszystkim przeszłością. Światło potrzebowało przecież lat, dziesięcioleci, czasem całych stuleci, by dotrzeć do ludzkiego oka. Patrząc w gwiazdy, człowiek nigdy nie oglądał teraźniejszości, lecz właśnie przeszłość. Niektóre z tych gwiazd mogły już nawet nie istnieć.
Czytali kiedyś o tym wspólnie z Malcolmem w jakiejś darmowej, obserwatoryjnej gazetce i bez większego zainteresowania, o wiele bardziej zaaferowani możliwością scałowywania nawzajem z własnych warg słodkiego lukru w ukryciu przed całą resztą świata. Dziś Ollie rozumiał ówczesne odkrycia nieco inaczej, wiedząc, że ludzkie uczucia często zachowywały się dokładnie tak samo, jak światło.
Docierały do człowieka długo po tym, jak ich źródło dawno zniknęło z horyzontu.
Uzbrojony jedynie w termos z mrożoną kawą i książkę, której zapewne nawet dzisiaj nie otworzy, Oleander przecinał romb trawnika na wskroś ze wzrokiem zawieszonym na niemal eleganckiej geometrii rysującego się przed nim budynku. Bez zastanowienia zmierzał ku tej samej ławce co zawsze, za południową ścianą obserwatorium, tej samej, na której jeden, jedyny raz świętowali jego urodziny z Malcolmem. Jedli wówczas tani tort z cukierni na obrzeżach miasta (palcami, bo zapomnieli sztuciec), śmiejąc się z czegoś, czego dzisiaj Oleander nie potrafił już sobie przypomnieć. Zabawne, pomyślał mimochodem, jak pamięć potrafiła zachować smak pistacjowego kremu, zapach czerwcowego wieczoru i ciepło chłopięcego ramienia opartego o jego własny bark, jednocześnie bezpowrotnie gubiąc sens całych rozmów.
Usiadł na krawędzi ławki, odchylając głowę ku niebu, na którym zaczynały dopiero wykwitać pierwsze gwiazdy.
— Wszystkiego najlepszego, Everhart — mruknął cicho z tym rodzajem pobłażliwej autoironii, na jaki człowiek pozwala sobie wyłącznie wtedy, gdy jest przekonany, że nikt go nie słyszy.
malcolm bremers
Split-second glimpses and snapshots and sounds
I flicker through
I carry them with me like drugs in a pocket
Czerwiec nadciągnął z rytmem długich, dusznych dni i krótkich, nieprzynoszących wytchnienia nocy. Nawet teraz, gdy niebo dopiero zaczynało nasiąkać z wolna pierwszym indygo zmierzchu, centrum Toronto uparcie oddawało ciepło zgromadzone w ciągu dnia w lizanym promieniami słońca asfalcie, i między szklanymi fasadami biurowców. Powietrze stało, drżąc od spalin i miejskiego pośpiechu; i nawet ludzie, chcąc czy też nie, zdawali się zarażać od siebie nawzajem jakąś dziwną, frenetyczną energią; było w niej coś gorączkowego, coś, co każdego lata sprzyjało bójkom, wypadkom i pożarom.
Jeszcze kilka lat wcześniej, Oleander Everhart wyczekiwałby tego okresu z mieszaniną ekscytacji i niepokoju. Lato należało przecież do strażaków niemal równie mocno, co zima — tylko z zupełnie innych powodów. Okres wakacji zawsze niósł ze sobą więcej otwartego ognia, więcej ludzkiej brawury, więcej katastrof rodzących się z jednego nieostrożnego gestu wykonanego przez podpitego nastolatka. Noce pękały w szwach od interwencji. Świt brzmiał wyciem syren i zgrzytem strażackich węży odwijanych z bębna.
Dzisiaj jednak, w jego nowym życiu, czerwiec oznaczał dla bruneta coś znacznie spokojniejszego. Od trzymiesięcznych studenckich wakacji dzielił go już tylko ostatni tydzień egzaminów. Potem zostanie jeszcze biblioteka, kilka dyżurów pomiędzy regałami i studenci przygotowujący się do poprawek, którym — miał nadzieję — sam nie będzie musiał towarzyszyć jako jeden z nich. Cała reszta zapowiadała się niemal sielankowo: lipiec i sierpień miały być powolne, leniwe i lekkie. Jakby, o ironio, naprawdę nic się już nie paliło.
Oleandrowe urodziny rokrocznie stanowiły interwał w przygotowaniach do sesji, zaczynając się i kończąc dokładnie tak samo. Rano Ollie zmuszał się do przywdziania na wargi pogodnego, beztroskiego uśmiechu, z którym potem wytrwale znosił wszystkie tradycje i rytuały, jakim poddawała go jego rodzina i przyjaciele. Naleśniki na śniadanie, ze świeczką wbitą w placek ułożony na środku talerza. Prezenty, o które nie prosił, i których zwykle nie potrzebował. Kartki od członków dalszej rodziny, przysłane z wyprzedzeniem, ale starannie skrywane przed nim przez matkę aż do jego święta. Potem, co gorsza, życzenia spływające od członków dawnego zespołu - przez telefon, to fakt, choć coraz częściej na Facebooku, w krótkiej i bezosobowej formie. Jakby nadal wydawało się, że Everharta wypada raz w roku świętować. Choć przecież nie było już czego.
Dopiero wieczorem, gdy przymus celebracji zelżał i ludzie wracali do własnych zajęć, odhaczywszy z listy urodzinowe zwyczaje, Ollie wsiadał za kierownicę i udawał się na północ, z każdym kolejnym kilometrem zostawiając za plecami strzeliste sylwetki biurowców, i witając zielony horyzont Scarborough. Ta eskapada - choć podejmował się jej co roku - nigdy nie była wpisana do jego kalendarza, albo zaplanowana ze świadomym wyprzedzeniem. Po prostu na jakimś etapie dnia Oleander orientował się, że nogi — dawniej dwie, dziś jedna z ciała i jedna z włókna węglowego — prowadzą go w jednym, przewidywalnym kierunku, jakby pamięć potrafiła mieszkać nie tylko w głowie, ale również w mięśniach, ścięgnach i kościach.
Nie przyjeżdżał tutaj z nadzieją. Z tej wyrósł już dawno — nie za sprawą cynizmu, lecz zwyczajnej powtarzalności życia. Nie łudził się przecież, że Malcolm któregoś roku pojawi się nagle po drugiej stronie ścieżki, z włosami roztrzepanymi wiatrem i wargami rozciągniętymi tym samym uśmiechem, w którym Oleander się zakochał. Życie nie działało w ten sposób. Nie po jedenastu latach. Nie po tym, jak wyglądało ich pożegnanie.
Do Dunlap Observatory wracał wyłącznie z sentymentu, do wspomnień z przeszłości - wspomnień o Bremersie - podchodząc trochę tak, jak podchodzi się do dzieci. Niezupełnie poważnie, ale z ostrożną, cierpliwą czułością.
Przez pierwsze dwa lata po wypadku dostawał się tu taksówkami, z ciałem kompletnie nieprzyzwyczajonym do uciążliwej obecności protezy. Ale teraz prowadził już sam, pewnie i spokojnie, parkując zawsze w tym samym miejscu, z widokiem na białą kopułę budynku wyłaniającą się ponad rozległą połać otaczającej ją zieleni.
Witanie kolejnego roku własnej egzystencji - i, tym samym, żegnanie poprzedniego - właśnie w tym miejscu, wydawało mu się wyjątkowo adekwatne, bo przecież obserwatoria astronomiczne od zawsze zajmowały się przede wszystkim przeszłością. Światło potrzebowało przecież lat, dziesięcioleci, czasem całych stuleci, by dotrzeć do ludzkiego oka. Patrząc w gwiazdy, człowiek nigdy nie oglądał teraźniejszości, lecz właśnie przeszłość. Niektóre z tych gwiazd mogły już nawet nie istnieć.
Czytali kiedyś o tym wspólnie z Malcolmem w jakiejś darmowej, obserwatoryjnej gazetce i bez większego zainteresowania, o wiele bardziej zaaferowani możliwością scałowywania nawzajem z własnych warg słodkiego lukru w ukryciu przed całą resztą świata. Dziś Ollie rozumiał ówczesne odkrycia nieco inaczej, wiedząc, że ludzkie uczucia często zachowywały się dokładnie tak samo, jak światło.
Docierały do człowieka długo po tym, jak ich źródło dawno zniknęło z horyzontu.
Uzbrojony jedynie w termos z mrożoną kawą i książkę, której zapewne nawet dzisiaj nie otworzy, Oleander przecinał romb trawnika na wskroś ze wzrokiem zawieszonym na niemal eleganckiej geometrii rysującego się przed nim budynku. Bez zastanowienia zmierzał ku tej samej ławce co zawsze, za południową ścianą obserwatorium, tej samej, na której jeden, jedyny raz świętowali jego urodziny z Malcolmem. Jedli wówczas tani tort z cukierni na obrzeżach miasta (palcami, bo zapomnieli sztuciec), śmiejąc się z czegoś, czego dzisiaj Oleander nie potrafił już sobie przypomnieć. Zabawne, pomyślał mimochodem, jak pamięć potrafiła zachować smak pistacjowego kremu, zapach czerwcowego wieczoru i ciepło chłopięcego ramienia opartego o jego własny bark, jednocześnie bezpowrotnie gubiąc sens całych rozmów.
Usiadł na krawędzi ławki, odchylając głowę ku niebu, na którym zaczynały dopiero wykwitać pierwsze gwiazdy.
— Wszystkiego najlepszego, Everhart — mruknął cicho z tym rodzajem pobłażliwej autoironii, na jaki człowiek pozwala sobie wyłącznie wtedy, gdy jest przekonany, że nikt go nie słyszy.
malcolm bremers