Strona 1 z 1
Control your poison, babe
: wt cze 30, 2026 11:39 am
autor: Ophelia Attwood
Naprawdę miała już dosyć problemów. Nie potrzebowała teraz policji, która kręciła się po Tranzac i jedynie wpływała na jej interes, odstraszając ludzi i zaburzając normalne funkcjonowanie klubu.
Właściciel był wściekły, ale nie wysilił się, aby zjawić się na miejscu. Zostały im tylko pełne napięcia telefony, a jedno było jasne jak wiszące w południe słońce: Ophelia miała to załatwić.
Musiała zrobić to po swojemu, licząc na to, że nie narobi sobie przy okazji dodatkowych problemów. Na pewno nie chciała współpracować z policją. Wiedziała, że to mogło nadszarpnąć jej relacje z tymi, którym nie do końca mogło być po drodze z prawem. Wolała zatem rozegrać to bezpiecznie.
Z prawdziwą determinacją przeglądała nagrania z monitoringu z tej nocy, gdy młoda dziewczyna zmarła na terenie jej klubu po tym jak zażyła coś, co można było określić jedynie słowami trefny towar. Obsesyjnie wręcz śledziła jej poczynania i ruchy wewnątrz klubu, gdy kręciła się ze swoimi znajomymi po lokalu tańcząc i pijąc drinki.
W końcu jednak udało jej się wyśledzić pewną postać, z którą ofiara zamieniła parę słów i spędziła chwilę w okolicy baru. Może i na kamerze nie udało się uchwycić każdego aspektu tego spotkania, ale przynajmniej Attwood miała twarz. Nawet jeśli nie znała jego nazwiska to mężczyzna był jej znajomy. Wiedziała, że należał do siatki z the Rapture. Wyglądało na to, że musiała złożyć wizytę właścicielowi.
Musiała jeszcze opanować kilka rzeczy w Tranzac, ale w końcu zostawiła lokal w rękach swojego najbardziej zaufanego człowieka. Sevastian wiedział, co robić w momencie, gdy pojawiały się kłopoty. Wiedział również, kiedy nie należy jej nękać telefonami, więc wiedziała, że jeśli do niej zadzwoni to wyłącznie w pilnej sprawie. Sama musiała się rozmówić z paroma osobami.
Już na wejściu powitały ją dźwięki dudniącej muzyki, a na parkiecie panował prawdziwy ścisk. Miała ze sobą teczkę, w której znajdowały się wydruki z monitoringu, a także pendrive'a z samym nagraniem. Nie była to jedyna kopia filmu, bo ten znajdował się także w chmurze, gdzie nie mógłby zostać wykasowany przez kogoś, kto nie posiadał odpowiednich uprawnień.
Zdecydowanym krokiem przemierzyła długość klubu, a stukot obcasów tonął w nagromadzonym hałasie. W końcu jednak znalazła się przy barze. Zmierzyła wzrokiem znajdującego się za nim chłopaczka, który nie miał pojęcia, co się święciło.
- Mam sprawę do szefa - rzuciła głośno, starając się przebić przez pulsującą muzykę. - Wołaj go!
Młody się speszył. Zamówiła jeszcze pięćdziesiątkę wódki i wygnała go, aby sam ściągnął przełożonego albo wysłał kogoś innego, aby to zrobił. Jej zostało wyłącznie czekać, a kieliszek alkoholu miał ją rozluźnić i dodać odwagi.
Vincent Monroe
Control your poison, babe
: pn lip 06, 2026 11:30 pm
autor: Vincent Monroe
Wkroczenie do Rapture samotnie z zamiarem porozmawiania z jego właścicielem wymagało dość luźnej definicji bezpiecznego rozegrania.
Wieści o kłopotach w innym klubie nie dotarły do ucha Monroe. Zatrzymały się na innym pięterku ich wewnętrznej hierarchii - tym, w którym osoba odpowiedzialna planowała załatać to po swojemu by nie narażać się na wściekłość kolejnej nad sobą. Być może jakieś kroki były podjęte celem uciszenia tej sprawy, a może ktoś uznał, że wszystko przycichnie jeśli pozostawi się to sobie samemu.
I najwyraźniej się przeliczył.
Ophelia Attwood roztaczała wokół siebie pewną aurę. Może to jej platynowe włosy, odznaczające się w półmroku klubu, może perfumy, których używała - a może ton głosu, którym wydawała rozkaz pierwszemu napotkanemu pracownikowi Rapture by chwilę później tym samym zamówić dla siebie kieliszek wódki. Barman, który chwilę wcześniej zanosił drinki do prywatnego stolika zawahał się na dźwięk jej słów i przytaknął, rozpaczliwie się rozglądając.
Nieszczęśliwie, napotkał wzrokiem wychodzącego z zaplecza Vincenta.
- Proszę pana, ktoś przyszedł. Jakaś kobieta, chce z panem porozmawiać - wydukał, z tym wzrokiem utkwionym w podłodze charakterystycznym dla wszystkich nieopierzonych pracowników, którzy nie wiedzieli jak się przy nim zachować. - Siedzi przy barze...
Przebłysk irytacji przemknął po wnętrzu jego czaszki, znajdując ujście w subtelnym napięciu w szczęce. Od tego miał menadżera, by nie zajmować się gównem tego pokroju. Każdy pracownik tego klubu prędzej czy później uczył się, że podstawą jego funkcjonowania jest niezawracanie mu głowy rzeczami, którymi nie chciał się zajmować - jak losowa osoba z ulicy, która chciała się z nim spotkać.
I najwyraźniej tej lekcji miał nauczyć się stojący przed nim chłopak dzisiejszej nocy.
Wyminął go, szukając wzrokiem kobiety, która narażała jego spokój. Chłopak skrzętnie ruszył za nim, jakby nie było to oczywiste, że siedząca samotnie przy barze blondynka z t e c z k ą tkwiącą na blacie czekała właśnie na niego. Odprawił go skinieniem głowy - barman natychmiast dołączył do swojego kolegi za blatem i rzucił się po schłodzoną szklankę.
Jego towarzysz w niedoli obrzucił spojrzeniem dosiadającego się do blondynki właściciela nim przeniósł je na młodszego i pokręcił z politowaniem głową.
- Chyba jest tu pani po raz pierwszy - rzucił z przekąsem, zajmując miejsce na hokerze obok niej, lecz zwrócony w drugą stronę - jego plecy oparły się o blat, wzrok prześlizgnął po jej profilu i skierował na główną salę. Nie umknęła mu jednak teczka, która tkwiła przed kobietą. - Akwizytorów nie przyjmujemy.
Ophelia Attwood
Control your poison, babe
: wt lip 07, 2026 11:31 pm
autor: Ophelia Attwood
Zdawała sobie sprawę z tego, że zapewne nie powinna nawet rozważać czegoś, co mogłoby nie był w smak lokalnemu przestępcy, ale wolała zdecydowanie rozmówić się z nim niż napuszczać na niego policję, bo to skończyłoby się dla wszystkich dużo gorzej. Miała zdecydowanie zbyt wiele pewności siebie, ale jej także zależało na tym, aby problemy po prostu zniknęły.
Sama korzystała z usług kilku dealerów i jeśli na rynku pojawiły się produkty z niepewnego źródła czy skażone to chciała wiedzieć kto był za to odpowiedzialny. Dla własnego spokoju oraz dobra swoich klientów. Z pewnością pewnym osobom również zależałoby na tym, aby ich klientela nie zaczęła się przerzedzać z powodu wprowadzenia do obiegu substancji, po których padali jak muchy.
Nie miała pojęcia jak wyglądała hierarchia w szeregach ludzi Vincenta. Zależało jej zwyczajnie na dotarciu do tego kto mógł mieć wpływ na chodzących po okolicy dealerów. Mógł to być równie dobrze manager the Rapture, jak i ktoś zupełnie inny. Szczęście spisywało jej jednak na tyle, że osobą, która miała jej wyjść naprzeciw był sam właściciel klubu.
Ophelia czekała cierpliwie. Jej spojrzenie podążyło za chłopakiem, którego posłała po przełożonego. Na chwilę straciła go z oczu, ale po chwili znów dojrzała jego sylwetkę. Wraz z wyraźnie niezadowolonym mężczyzną, który wkrótce skierował swoje kroki w jej stronę. Normalnie może i powitałaby go uśmiechem, ale zdecydowanie nie była to jedna z tych sytuacji, gdy mogła sobie zezwolić na zwyczajną dawkę kurtuazji.
- Nie po raz pierwszy, a pan powinien nieco lepiej orientować się w konkurencji - odpowiedziała, odwracając się w stronę Monroe. - Ophelia Attwood. Z Tranzac.
Dała mu chwilę na to, aby mógł skojarzyć zarówno ją jak i lokal. W międzyczasie lustrowała uważnym spojrzeniem jego sylwetkę, starając się wyczytać coś więcej z jego postawy oraz dosyć oszczędnej mimiki, która nie świadczyła o tym, że był zadowolony z jej wizyty. Może wykorzystała również ten czas na swoistą ocenę zagrożenia. Nie wystarczyło to jednak, aby zniechęcić ją w jakikolwiek sposób.
- Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie to, że pański człowiek postanowił nasrać na moim podwórku, a to może zaszkodzić nam obojgu - powiedziała, wpatrując się uparcie w oczy właściciela the Rapture po czym uniosła teczkę, w której znajdowały się zdjęcia dealera z monitoringu. - Ale może o tym lepiej byłoby porozmawiać w ustronniejszym miejscu.
Może i faktycznie mało kto zwracał na nich uwagę w tej chwili, ale z pewnością nie chciała, aby przypadkiem ktoś posłuchał rozmowy na dosyć drażliwy temat. Zwłaszcza jeśli miałby to być ktoś niepowołany.
Vincent Monroe
Control your poison, babe
: ndz lip 12, 2026 12:09 am
autor: Vincent Monroe
Przytyk rzucony mu już na samym wstępie przez Ophelię Atwood sprawił, że brew Monroe mimowolnie powędrowała w górę, lecz zaraz po tym w jej ślad poszedł kącik ust unoszący się wyżej. Bezczelność jej przywitania niemal wzbudzała w nim pewien rodzaj respektu - szczególnie, że istotnie znał jej imię i nazwisko, lecz nie znał przypisanej do nich twarzy.
Tranzac nie był w jego oczach całkowitą konkurencją. Jego profil był nieco inny od profilu klientów Rapture, choć nie dało się ukryć, że operowali w dokładnie tym samym rodzaju działalności.
- Musi mi pani wybaczyć - zaczął, wyjątkowo kulturalnie jak na siebie, choć w jego głosie nie brzmiały szczere przeprosiny. - Zostawiam takie rzeczy mojemu managerowi - dodał, nieświadom tego, że gdzieś za jego plecami Avis właśnie wylatywał wściekły z zaplecza, widząc, że pozbawiony doświadczenia barman kłopotał jej osobą Monroe, zamiast przyjść z tym do niego. - Vincent Monroe.
Jego ręka wysunęła się do przodu w kurtuazyjnym geście, który równie dobrze mógł być samym testem sprawdzającym to, na ile kobieta była skłonna bawić się w tego typu gierki, a na ile zamierzała przejść do konkretów schowanych wewnątrz jej tajemniczej teczki.
Avis mignął mu w polu widzenia, spojrzeniem usiłując wybadać, czy powinien ją przejąć. Wzrok Monroe zerknął na bruneta nim wrócił do siedzącej naprzeciw blondynki, w subtelnym choć wyraźnym geście oznaczającym, że nie potrzebował w tej chwili pomocy.
Jej bezczelność skutecznie zwróciła jego uwagę.
- Musi pani uwierzyć, że moi ludzie potrafią odnaleźć toaletę na czas - odrzucił, z niemałym rozbawieniem słysząc jej poważne słowa, choć gdzieś z tyłu głowy rozbłysła czerwona lampka. Oczywiście, że Attwood nie mówiła tego dosłownie. I oczywiście, że nie zamierzał od razu przechodzić do konkretów, choćby przez to, że to ona miała c z e l n o ś ć przychodzić tu i zajmować mu czas, dlatego on w odwecie planował zmarnować trochę tego należącego do niej. - Oczywiście. Nie chciałbym, żeby nieprzyjemne rozmowy rozniosły się po klubie - przytaknął, choć wraz z jego bardzo kulturalną odpowiedzią, w oczach pojawił się drapieżny błysk. - Proszę za mną.
Rapture miało główną salę, ale też sekcję dla VIPów - znacznie mniejszą, z własnym barem, sceną jak i ustawionymi pod ścianami lożami. Nawet o tej porze dnia kręciło się w niej sporo osób, w tym paru ochroniarzy, którzy właśnie przekraczali drzwi prowadzące na zaplecze gdy on prowadził blondynkę przez pomieszczenie.
Wyminął scenę, bar jak i większość loży, nawet tych, które były puste. Prowadził ją na sam, ostatni i odległy koniec zamkniętej sekcji, do ostatniej możliwej loży - jak najdalej od wyjścia.
Na wypadek, gdyby miała stanowić problem.
- Zakładam, że nie chodzi pani o dosłowne gówno - rzucił beztrosko, jakby nieświadom tego, do jakiego stopnia ustronne miejsce wybrał. Wskazał jej lożę i pozwolił jej usiąść jako pierwszej nim samemu zajął miejsce naprzeciw, stawiając na blacie szklankę z wódką. - Co jest w tej teczce?
Ophelia Attwood
Control your poison, babe
: wt lip 14, 2026 1:20 am
autor: Ophelia Attwood
Pewność siebie i swoista bezczelność wydawały jej się być kluczem do załatwienia tej sprawy. Byciem miłą i nadmiernie dyplomatyczną zapewne nie zaskarbiłaby uwagi kogoś takiego jak Vincent Monroe. Musiała zamiast tego pokazać, że jest twarda i wie czego chce.
Dotychczas nie mieli ze sobą do czynienia. Obracali się w tej samej branży, działali w jednej dzielnicy, ale nie wchodzili sobie w drogę. Każdy miał swój profil i przyciągał różną klientelę. Żadne z nich nie byłoby w stanie ugościć wszystkich możliwych imprezowiczów, którzy wychodzili na miasto. Nie było zatem po co ze sobą agresywnie konkurować. Jednak ten jeden wybryk sprawił, że musiała zainterweniować.
- A jednak zdobyłam pańską uwagę, panie Monroe - odpowiedziała, ujmując jego dłoń, gdy tylko mężczyzna przedstawił jej się. - Powiedziałabym, że miło mi pana poznać, ale wolałabym tego dokonać w innych okolicznościach.
Na pewno dogodnymi warunkami nie była sytuacja, gdy jakaś imprezowiczka wyzionęła ducha na jej progu. Nie miała też pojęcia jak wiele osób mogły spotkać dosyć przykre konsekwencje ze względu na to, że postanowiła pojawić się w klubie i zwrócić się do Vincenta w sprawie trefnego towaru.
- Na pana miejscu jednak zainwestowałabym w pieluchy - odparła, nie rezygnując na razie z zabawy wybraną wcześniej metaforą.
Była gotowa poświęcić swój czas w dowolnej ilości byle tylko udało jej się wszystko załatwić i nakłonić właściciela the Rapture, aby jego ludzie nie przychodzili do jej lokalu, aby sprawiać problemy. Jeśli chcieli sprzedawa lewy towar to byle nie w jej lokalu. Nie zamierzała się wpieprzać im w interesy, ale musiała pilnować swojego.
chociaż wcale nie musiała to przytaknęła, że nie chodzi o rzeczywisty incydent kałowy. Chociaż z tego co słyszała to brytyjski klub Acapulco w Halifax miał rzekomo problem z defekacją tajemniczego sprawcy na parkiecie. Nie słyszała jednak o tym, aby ktokolwiek w Toronto czy okolicy borykał się z podobnym problemem.[/akapit]
Wstała z zajmowanego hokera i ruszyła za Vincentem, który przeprowadzi ją przez klub do wyznaczonej strefy dla VIPów. Z pewnością było tu spokojniej, a widok tej luksusowej strefy robił wrażenie. Nie zamierzała jednak skupiać się wyłącznie na tym, bo w końcu miała przed sobą zadanie do wykonania.
Przeszła do loży, przy której zatrzymał się mężczyzna i usiadła na znajdującej się tam kanapie, przygotowując się do tej istotnej rozmowy. Folder ze zdjęciami rzuciła przed sobą na blat i
- Zgadza się. Chodzi raczej o metaforyczne gówno - przyznała, otwierając teczkę i prezentując mu wydruki z nagrań. - Parę dni temu w moim klubie zmarła młoda studentka. Zatruła się skażonymi prochami... Słyszałam już o innych niefortunnych przypadkach, ale ten jest pierwszym śmiertelnym.
Podsunęła jeszcze w stronę Monroe wydruk, na którym całkiem wyraźnie widać było znajdującego się w kadrze mężczyznę, który rozmawiał z roześmianą brunetką. ej własne spojrzenie nie opuszczało twarzy właściciela the Rapture, próbując wyłapać jego reakcje na ten widok.
- Z tego, co kojarzę to twój chłopak... Dlatego przyszłam rosić, żebyście mi nie rozjebywali interesu takimi akcjami, bo żadne z nas chyba nie chce mieć na karku psów - podsumowała jeszcze, aby nie było, co do tego wątpliwości.
Vincent Monroe
Control your poison, babe
: czw lip 16, 2026 12:29 am
autor: Vincent Monroe
Istotnie, Ophelia Atwood zdobyła jego uwagę.
Mógłby jednak odpowiedzieć, że mogłaby to zrobić na wiele sposobów, niekoniecznie związanych z butą i swego rodzaju bezczelnością. Zwróciłby na nią uwagę nawet gdyby machnęła ku niemu siedząc przy barze i wtedy, gdy opróżniała kieliszek wódki z wprawą osoby, która nie robiła tego po raz pierwszy. Jej jasne włosy, ostre rysy twarzy i to coś schowane w enigmatycznym spojrzeniu zderzały się z prostotą i bezpośredniością jej słów, tworząc pewną mieszankę, którą trudno było zignorować.
Podejrzewał, że kobieta jej pokroju często przykuwała uwagę. Wydawała mu się intrygująca, specyficzna w ten sposób, który mógłby być wyłącznie komplementem. Nawet metafory, którymi się posługiwała były co najmniej oryginalne, stale unosząc kącik jego ust w półuśmiechu.
Niemniej, dziś przybyła do Rapture w i n t e r e s a c h.
Spoglądał na te i n t e r e s y z zainteresowaniem gdy otwierała swoją teczkę, wyciągając ze środka zdjęcie z kamery monitoringu. Jej otwartość, znów, okazała się zaskakująca - a także, na swój sposób, podejrzana. Ponieważ czy właśnie nie zarzuciła mu wprost, że handlował narkotykami?
Obrzucił spojrzeniem zdjęcie, które przysunęła do niego, wzrokiem pozbawionym szczególnego zainteresowania. Jego plecy opadły na oparcie kanapy w loży, lód w trzymanej szklance zabębnił o jej ścianki gdy unosił ją w górę, nieśpiesznym ruchem upijając łyka czystej wódki.
- Obawiam się, że nie znam tego człowieka - oznajmił, zresztą zgodnie z prawdą. Nie zajmował się takimi rzeczami w szczególe, nie znał wszystkich osób pracujących gdzieś pod nim - od tego, jak od większości rzeczy w Rapture jak i poza nim miał swoich ludzi. - Przykro mi, że taki incydent miał miejsce w pani klubie, panno Atwood.
Jego głos nie wybrzmiał szczególnie szczerze, lecz wątpił, by Ophelia tej szczerości się spodziewała. Brakowało w nim też empatii dla dziewczyny, która straciła swoje życie - roześmianej brunetki ze zdjęcia, o ile dobrze zrozumiał słowa menadżerki. Nie, żeby ona szczególnie jej żałowała.
- Niemniej, nie wiem czy to szczególnie eleganckie szukać winnego u konkurencji - odparł z przekorą, własnym rodzajem bezczelności, bo podejrzewał, że Atwood dokonała skrupulatnego prześwietlenia podejrzanego i miała podstawy by sądzić, że pracował u Monroe, nim postanowiła wejść do paszczy lwa. Nic nie stało jednak na przeszkodzie by ten kłamał jej prosto w twarz. - Może powinni państwo zainwestować w lepszą ochronę. Coś takiego byłoby nie do pomyślenia w moim klubie.
Jego myśli krążyły wokół jej słów i zdjęcia, które pokazała. W jego defensywie nie było czystego fałszu - nie znał tego konkretnego mężczyzny, choć wiedział, że narkotyki docierały również do jej klubu. Ale wedle jego wiedzy były c z y s t e.
Nie było biznesu w umierających klientach i akurat Monroe miał pewność, że jeśli brunetka coś wzięła i to było przyczyną jej śmierci, nie mogło pochodzić od niego.
Ophelia Attwood
Control your poison, babe
: pn lip 20, 2026 4:32 pm
autor: Ophelia Attwood
O wiele bardziej wolałaby teraz znajdować się w swoim klubie. Mogłaby zwyczajnie siedzieć w swojej loży i popijać drinka autorstwa jednego ze swoich barmanów, ale oczywiście nie było jej to w ogóle dane. Zamiast tego musiała siedzieć naprzeciw przeszywającego ją swoim spojrzeniem diabła, licząc na to, ze uda jej się rozwiązać dzięki temu jeden z problemów w Tranzac.
Była zdeterminowana i nie zamierzała się wycofać. Zwłaszcza w momencie, gdy udało jej się dotrzeć do samego Monroe, a nie któregokolwiek z jego pomagierów, którzy mogliby okazać się mniej skutecznie. Najważniejsze było dla niej to, aby Vincent jej nie zignorował. Miała jego uwagę i musiała ją wykorzystać tak, aby stał się skłonny do zrobienia dokładnie tego o co go prosiła.
Zielone tęczówki pozostawały wbite w postać właściciela the Rapture. Przyglądała mu się badawczo, chcąc wychwycić choćby najmniejszą zmianę w jego mimice czy napięciu mięśni. Na razie niczego nie zdradzał. Wiedziała, że taki atak był niespodziewany z jej strony, ale na pewno nie posądzałaby go o udział w sprzedaży prochów, gdyby nie miała, co do tego pewności. Orientowała się w tym, bo wiedziała, że taka wiedza będzie przydatna. Poza tym sama brała jakieś lżejsze specyfiki i była zaznajomiona przez to z paroma dilerami. Zaskarbiła sobie ich zaufanie jaki wieloletnia i bezproblemowa klientka zatem mogli czasem się z nią czymś podzielić.
- Doprawdy? Bo z tego, co ja się dowiedziałam to biega dla Rapture. Chyba, że pana takie płotki nie zajmują, panie Monroe - odpowiedziała, nie pozwalając się zbić z pantałyku. - Mi również jest przykro i mam nadzieję, że coś takiego już się więcej nie powtórzy.
Mówiąc to, patrzyła wprost na Vincenta, aby miał świadomość tego, że liczy, iż to właśnie on dopilnuje, aby podobna taka tragedia nie miała już miejsca w Tranzac. W końcu to jego diler był odpowiedzialny za to, co się stało. Ophelia naprawdę żałowała tej dziewczyny, ale w tej chwili nie mogła się skupiać na tym jak ciężko było jej z tym, że ktoś zmarł na jej zmianie. Zamiast tego miała to ogarnąć i nie dopuścić do tego, aby więcej takich ofiar pojawiło się w jej klubie. Właśnie na tym powinna się skupić.
- Proszę wybaczyć niegrzeczność, panie Monroe, ale uznałam bezpośredniość za najlepsze podejście - powiedziała, czując wyraźnie, że mężczyzna chce jej zamydlić oczy. - A jeśli chodzi to the Rapture to taka sytuacja jest nie do pomyślenia tak długo jak pańscy ludzie faktycznie będą roznosić trefny towar po innych lokalach niż własny.
Może jeszcze nie zdawali sobie sprawy z tego, że mieli skażone prochy, a może umyślnie dawali je gdzieś indziej, aby się ich pozbyć. Ile jednak czasu minie nim ktoś pomyli zapasy? No właśnie.
Vincent Monroe
Control your poison, babe
: pt lip 24, 2026 11:01 pm
autor: Vincent Monroe
Wiele z rzeczy, które powiedział, było czystą prawdą.
Przede wszystkim - nie znał tego człowieka, przez Rapture przewalało się zbyt wiele ludzi, gości, pracowników legalnych i tych nie by był w stanie spamiętać każdą twarz, każde nazwisko. Równie dobrze mogłaby pokazywać mu w tej chwili losowego człowieka, który nie miał z nim nic wspólnego - ale coś w postawie Attwood sprawiało, że nie był skłonny w to uwierzyć.
Wydawała się przekonana, a przede wszystkim - p r z y g o t o w a n a. Nie rzucała swoich oskarżeń na wiatr, wręcz przeciwnie - nie rzucała ich wcale, wykorzystywała je jedynie jako anegdotkę, sposób na podparcie swoich argumentów, jakby sprzedaż prochów przez jego ludzi nie była dla niej niczym szczególnym.
Inna prawda leżała w czystości prochów. Być może nie znał tego mężczyzny, ale znał każdą osobę, z którą dokonywał targów i wiedział, skąd pochodzi sprzedawany przez nich towar - towar, który miał mieć gwarancję swojej jakości, a który teraz przyczynił się do zbędnego problemu ciała w konkurencyjnym klubie. Nie było interesu w sprzedawaniu narkotyków, które zabijały - a on nie należał do tych pomniejszych biznesmenów, którzy mieszali właściwy towar z tańszym gównem i zostawiali za sobą stertę zwłok zamiast klientów.
Dlatego tego, mimo tego wszystkiego i mimo tego, jak bardzo łatwo mógł pannę Attwood spławić, Monroe przyglądał jej się wewnątrz tej loży, obracając w dłoni szklankę z wódką.
- W moim fachu bezpośredniość jest... odświeżająca - przyznał znad krawędzi naczynia, które uniósł by upić z niego małego łyka. - Oraz niecodzienna.
Szczególnie gdy musiał handlować z Włochami. Jeden z powodów, dla których otaczał się ludźmi był taki, że byli lepsi w te klocki. Byli lepsi od planowania, od gadania, od wychwytywania tych niuansów, w które opakowane były słowa pracujących z nim ludzi - niuansów, które pozbawiały go cierpliwości i sprawiały, że sięgał po przemoc znacznie częściej, niż powinien.
- Ale czegoś nie rozumiem, panno Attwood - przyznał, znów odstawiając szklankę na stół i podnosząc ku niej swoje spojrzenie. - Skoro tyle się pani dowiedziała na temat mojego interesu i ludzi, którzy dla mnie "biegają", dlaczego przychodzi z tym pani do mnie?
Jego ramiona drgnęły lekko, kącik ust uniósł się w szelmowskim wyrazie, ale w głębi ciemnego spojrzenia błysnęła autentyczna ciekawość. Spojrzenia, którym teraz omiatał jej profil, jasną cerę i równie jasne włosy, bystry wzrok i usta, które wiedziały, jakie słowa wypowiedzieć.
- Znacznie mądrzej byłoby wziąć zebrane przez panią informacje i udać się na policję - zasugerował. Ktoś mógłby powiedzieć, że podrzucał jej w tej chwili niebezpieczne pomysły do głowy ale szczerze wątpił, by Ophelia nie była tego świadoma - a to oznaczało, że miała w tym swój powód. - Może nawet udałoby się pani pozbyć konkurencji za jednym zamachem.
Ophelia Attwood
Control your poison, babe
: śr lip 29, 2026 3:28 pm
autor: Ophelia Attwood
Nie znała go wciąż na tyle dobrze, aby móc ocenić kiedy blefował i na ile. W tej kwestii musiała wyłącznie ufać swojej intuicji. Zwłaszcza, że Monroe nie zamierzał jej ułatwiać tego zadania. Musiała go na pewno lepiej poznać, aby móc ocenić jego prawdomówność.
Na razie wiedziała jedynie tyle ile udało jej się ustalić w trakcie swoich poszukiwań. Była przekonana, co do prawdziwości swoich informacji i nie zamierzała odpuszczać. Nawet jeśli mogłoby to się okazać dla niej zgubne. W końcu miała to wszystko załatwić, prawda?
Przygotowała się jak mogła i niezależnie od tego, co Vincent mógł jej powiedzieć, nie zamierzała wierzyć w żadne słowo, które mogło mydlić jej oczy. Nawet jeśli sam nie znał osobiście tego człowieka to na pewno miał możliwości, aby go sprawdzić i potwierdzić jego tożsamość.
Sama przez jakiś czas nie wierzyła w to wszystko. Była świadoma, że czasami na terenie Tranzac dochodziło do pomniejszych transakcji, sama nawet kupowała, ale nigdy nie było z tym żadnego problemu. Towar był dobrej jakości, czysty, a za jej kadencji nie było większego kłopotu z gośćmi, którzy brali. Przynajmniej do czasu, gdy nie pojawił się ten konkretny dealer.
- Sądziłam, że tak będzie lepiej niż tańczyć wokół tematu - odpowiedziała, przyglądając się temu jak mężczyzna obraca w dłoniach szklankę z alkoholem, a sama upiła łyk ze swojego drinka. - Mam nadzieję, że pan ją docenia, panie Monroe.
Pewnie mogła podejść do tego nieco bardziej dyplomatycznie, ale wpierw należało w ogóle dostać się do kogoś, kto był odpowiedzialny za owy handel i zwrócić jego uwagę na to, co się wydarzyło. To już udało jej się zrobić. Wystarczyło teraz tylko rozmówić się z właścicielem the Rapture i zadbać o to, aby podobna akcja już się nie powtórzyła.
Uniosła lekko brwi, gdy tylko mężczyzna stwierdził, że czegoś w tym wszystkim nie rozumie. Nie była w stanie pojąć, co może mu nie odpowiadać w tej sytuacji. Dopiero późniejsze słowa były w stanie rozjaśnić jej, co takiego nie miało sensu według jego pojmowania.
- Nie jestem kablem, panie Monroe - oświadczyła w końcu. - Nie jestem też święta i sama także czasem zażywam... lżejsze specyfiki. Chcę się jedynie upewnić, że cała sytuacja się nie powtórzy, a nasza dwójka będzie mogła sobie spokojnie koegzystować w ramach jednej dzielnicy.
Powoli odstawiła swojego drinka na stolik i pochyliła się w stronę właściciela klubu, aby wbić swoje spojrzenie prosto w ciemne oczy mężczyzny. Nie chciała, aby umknęło jej cokolwiek, co mogłoby się w nich odbić.
- Czyżby miał pan wątpliwości, co do mojej motywacji? - zapytała jeszcze.
Sytuacja z pewnością była nietypowa. Mogłaby zrozumieć, gdyby Monroe obawiał się, że tak naprawdę przyszła, aby go zdemaskować przed wymiarem prawa. Co prawda obcisła sukienka w kolorze kości słoniowej o wydatnym dekolcie raczej nie byłaby w stanie zamaskować ewentualnego podsłuchu jaki można byłoby zamontować, ale miała w sobie na tyle uporu, że mogłaby udowodnić, że z pewnością niczego pod nią nie ma.
Vincent Monroe
Control your poison, babe
: śr lip 29, 2026 11:01 pm
autor: Vincent Monroe
Nie sądził, by była kablem.
Niekoniecznie dlatego, że nie w ten sposób wyobrażał sobie przedstawicielki prawa, choć podejrzewał, że do ról pod przykrywką wybierano ludzi o nieco mniej wybijającej się aparycji. Attwood wyróżniała się nie tylko nienaturalnie jasnymi, długimi włosami okalającymi jej osobę niczym drugi, osobny byt, ale też ostrymi rysami twarzy stojącymi w kontraście z tą anielską cechą. Jej charakter wydawał się twardy, zdecydowany i pełen buty, a sposób, w jaki wyzerowała kieliszek z wódką powiedział mu już więcej na jej temat, niż byłaby w stanie sama mu przekazać.
Nie wątpił, że pracowała w ich branży. Miała tę charakterystyczną pewność siebie i swoisty brak przejmowania się rzeczami, które obchodziły klientów miejsc takich jak to. Nie bała się wmaszerować przez salę i zażądać spotkania z właścicielem tak, jak nie zawahała się przed przejściem z nim na zaplecze.
Nie był to jednak podstawowy powód, dla którego nie uważał, by była kablem.
Gdyby Ophelia Attwood wiedziała, z kim rozmawia, z pewnością nie przyszłaby w to miejsce sama, w swojej kusej sukience, by wprost oskarżać go o rozprowadzanie brudnych narkotyków w konkurencyjnym klubie.
W chwili, w której wreszcie doścignie go sprawiedliwość, przedstawiciele prawa wtargną do Rapture w znacznie większej ilości i w znacznie grubszym odzieniu, uzbrojeni po zęby i nieskłonni do dyplomatycznej konwersacji, którą obecnie prowadzili.
- Tego rodzaju problem byłby potknięciem z mojej strony - odpowiedział z wolna, sięgając do teczki by zamknąć ją i przysunąć do krawędzi stolika. - Z reguły ludzie lubią wykorzystywać potknięcia by coś dla siebie ugrać.
Jeden z mężczyzn, którzy nieustannie tkwili w pobliżu, dostrzegł ten ruch i zgarnął teczkę - z pewnością też słyszał każde słowo z ich rozmowy. Gdy to zrobił, poła jego marynarki uniosły się nieco, odsłaniając schowany za paskiem pistolet. Broń błysnęła zaledwie na ułamek sekundy, wystarczająco jednak, by spostrzegawcze oko Attwood je dostrzegło.
- Jeśli jest tak, jak pani mówi a jeden z moich ludzi rozprowadza towar wadliwej jakości, zajęcie się tym jest również w moim interesie - dodał, potwierdzając to samo, co mówiła mu wcześniej. - Ale obrazy z waszej kamery nie mówią mi wiele. Nie chciałbym oskarżać niewinnego człowieka o coś, czego nie zrobił.
Przekrzywił głowę, przyglądając jej się przez długość loży.
- Czy mogłaby pani go zidentyfikować, gdyby stanął przed panią?
Ophelia Attwood