Strona 1 z 1

I messed it all up again

: wt cze 30, 2026 12:55 pm
autor: Alexis Bennett
017.
Zaczynał lubić pracę w kuchni i doskonale wiedział dlaczego. Nawet ze swojej pozycji, takiego nikogo, który tylko mieszał, kroił i podążał za prostymi instrukcjami, praca w kuchni była chaotyczna, szybka, zajmowała jego całą głowę. I bardzo dobrze. Nie mógł sobie pozwolić na myślenie o własnym życiu zbyt często czy zbyt długo, bo mógłby zwariować, albo po raz kolejny rozpaść się na kawałki, co wychodziło mu niesamowicie dobrze ostatnimi czasy.
Nadal nosił tą pieprzoną obrączkę i w tej kwestii, nie, nadal nie wiedział dlaczego. Nie znaczyła już nic, prawda? Przypominała tylko o kobiecie, której chciał dać wszystko, a dla której stanowił wyraźnie tylko wspomnienie o jakimś dawnym sentymencie, coś, co bardzo szybko okazało się niewystarczające. Kawałek złotego metalu na palcu przypominał mu o złamanej obietnicy i jego własnej porażce na całkowicie nowej wyżynie; już nie tylko jako syn, jako brat, jako pracownik własnej rodzinnej restauracji, a jako mężczyzna i partner. Wiedział już dokładnie czego w życiu chciał, w końcu to znalazł, nareszcie wiedział, że chce swoją własną małą rodzinę, taką prawdziwą, z życiowym partnerem, jakimiś futrzakami i może małą bandą gówniarzy, kiedyś.. Tyle że do tego tanga trzeba było dwojga, prawda? I chuj i cześć, na co mu były te głupie pragnienia?
Kiwał lekko głową w rytm muzyki puszczonej z głośnika w kuchni przez jednego z tych prawdziwych kucharzy, tych którzy zajmowali się przygotowaniem bardziej odpowiedzialnych rzeczy, a jemu zostawiali to, czego nie dało się spierdolić. Poprosił ich o to sam, kiedy wprosił się na ich teren, grzecznie pytając o przyzwolenie, nie będąc w stanie znieść kontynuowania barmańskiego życia. Zaczął od operowania zlewu, słysząc od szefa kuchni, że każdy tam zaczynał i jeśli nie był w stanie ogarnąć brudnych naczyń, to nie będzie w stanie ogarnąć przygotowania potraw. Fair. Przez kilka tygodni nie ruszał się ze swojego miejsca, od czasu do czasu biegając do magazynu czy chłodni, by przynieść coś "na cito", ale tak poza tym, to zlew był jego królestwem. Powoli dochodziły do tego inne, mniejsze i większe zadania, kiedy brygada przyzwyczajała się do jego obecności i z tygodnia na tydzień ufała mu z coraz to nowymi rzeczami. Jeszcze daleko mu było do kucharzenia.. Ale hey, bycie częścią jakiejś grupy, która mogła zająć mu znaczną część dnia? Nie najgorszy układ. Ten czas przed otwarciem był jego ulubionym, jeszcze przed pojawieniem się kelnerów, kiedy kuchnia rządziła się sama i nikt nie kazał im być trochę ciszej, szef nie szczekał komend i kolejnych zamówień, a atmosfera była znacznie bardziej luźna. Czas w którym czuł się jak część tej mieszanki outcastów, którzy z tego czy innego powodu wybierali nie mieć życia poza kuchnią i ostrzejszą imprezą po pracy, jeśli akurat wypadały im dwa kolejne dni wolne w grafiku... Szedł na każde, bo alkohol całkiem nieźle go usypiał. Na cholerę mu ta trzeźwość? Depresja w końcu całkiem się z alkoholem lubiła, a czując się lepiej na bani nie ciągnęło go aż tak do innych, cięższych używek, nawet jeśli świadomość, że większość kucharzy jechała na energetykach i kokainie czasami bzyczała mu koło ucha jak uparta mucha. Nawet domyślał się kto z brygady mógłby mieć coś zabawnego..
"Lexie!" dotarło do niego za późno i nie, nie zdążył się uchylić przed ścierką która zatrzymała się na jego głowie. Wydał z siebie oburzone puffnięcie, zanim odwrócił się w stronę jednego z szefów, który z uniesionymi brwiami wskazywał na piszczący obok piekarnik. Oh. Okay. Nie zauważył. Potrząsnął głową, wyłączając pikające cholerstwo, przesuwając nieco swoją listę priorytetów, by zająć się porcjowaniem, zanim wróci do krojenia potrzebnych na później składników. Chwilę później kuchenny chaos ucichł odrobinę, co zwykle oznaczało, że na tyłach pojawił się jakiś gość; czasem był to kelner, czasem któreś z jego dziadków, a czasem... - ...hey, Cathy. - mruknął, zerkając lekko przez ramię, gdy jego siostra pojawiła się w pobliżu. Unikał jej. Przyznałby bez zająknięcia, że bał się tej rozmowy, którą musieli w końcu odbyć o.. Cóż, wszystkim. Nie był na nią gotowy, wątpił, żeby kiedykolwiek był i, zupełnie szczerze mówiąc, wydawało mu się, że obecność osoby kogoś, kto znał go zbyt dobrze i z łatwością mógł przedrzeć się przez wszystkie maski... Nie, nie sprawi magicznie, że poczuje się lepiej. Wręcz przeciwnie. - Potrzebujesz czegoś? - dodał, łudząc się, że może nie miała czasu złapać niczego do jedzenia zanim przyszła do pracy. Zdarzało się, prawda? Może wcale nie używała faktu, że z pracy nie mógł uciec, by zagonić go w róg i zmusić do pracy..? Nie zrobiłaby mu tego.. prawda?

Catherine Bennett