Strona 1 z 1

Je ne veux que ton âme divagant sur ma peau

: wt cze 30, 2026 10:45 pm
autor: Theodore Tellier
Gdy Theodore zasiadł ponownie za kierownicą wydawał się już całkiem opanowany. Samochód gładko sunął po ulicach Toronto, a jego wzrok nie odrywał się od drogi. Prawie. Czasem zerkał w tylne lusterko, jakby chcąc się upewnić, że dwójka najbliższych osób mu osób na śweicie wciąż tam jest, cała i bezpieczna. Wydawało się, że nie pozostało w nim już nic z wcześniejszego wybuchu, bo ani na jego twarzy, ani w postawie nie pozostał żaden odcisk po wcześniejszym wzburzeniu. Jednak jego myśli wirowały wciąż wokół tematu Franceski i jej prześladowcy. Uparcie wracając do zasłyszanych fragmentów…
Miałam słać wiadomość na drugi koniec świata Valowi, że się boję? Więc bała się go? Jak dziwnie musiał się zachowywać ten mężczyzna, skoro wprawił w niepokój kobietę, która potrafiła uciąć zaczepki natrętów jednym gestem?
Zaczęło się cztery miesiące temu. C z t e r y miesiące nękania i znoszenia jego ekscentryczności, nachodzenia i prezentów, których nie sposób było uciąć ani ostrym słowem, ani wymierzonym policzkiem. Nie potrafił sobie wyobrazić Franceski bezradnej i przez to jeszcze bardziej nie umiał pogodzić się z myślą, że dźwigała ten ciężar sama i nie powiedziała o nim żadnemu z nich.
Choć nie przyznał tego głośno, jakaś cząstka niego cieszyła się z tego, że facet był martwy i już jej nie zagrażał. Wolał nie myśleć o tym, gdzie mogłaby zaprowadzić ich ta historia, gdyby wciąż miał się dobrze i mógł działać dalej. Po raz pierwszy poczuł się również tak bliski pierwotnemu, irracjonalnemu gniewowi, który zwykle nosił w sobie Valentin i który krzyczał, by działać, a nie stać z boku i zimno próbując, próbując rozstrzygnąć sytuację jak kolejną, wyrachowaną partię szachów. (Nie)stety ze względu na okoliczności nie mógł już go wyładować, a jego pogłos wciąż wypełniał jego żebra i powodował poczucie subtelnej sztywności w karku i ramionach.
Gdy zajechali pod kamienicę Theodore nie tracił czasu, wysiadł pospiesznie z samochodu i otworzył tylne drzwi, by móc ułatwić wyjście swoim kochankom. Szybkim krokiem przemierzyli ulicę, a następnie wpadli do klatki zanim drzwi zdołały się zamknąć za sąsiadem, który właśnie wychodził z kamienicy. Gdy Valentin gmerał kluczami przy zamku dłoń Theo wślizgnęła się pod jego bluzkę i zaczęła gładzić dół jego pleców, a prawe ramię owinęło się wokół Franceski, by przyciągnąć jej drobne ciało do swojego torsu. Potrzebował ich fizycznej obecności i choćby zwykłego dotyku, by móc odzyskać utracony spokój, który tylko pozornie zdołał osiągnąć za kierownicą i który okazał się jedynie cienką warstwą opanowania, podczas gdy w jego wnętrzu wciąż buzował gniew, strach i bezsilność. Gdy przekroczyli próg domu, poczuł się w końcu dobrze. Ciepło bijące od ich ciał i zapach mieszkania – mieszanki ich perfum, drewna starych podłóg, książek i bibelotów zniesionych z pchlich targów przez brunetkę – otuliły go niczym koc i pozwoliły zapomnieć o tym, że za drzwiami była jakaś inna rzeczywistość.

Ta, w której Francesca znalazła trupa swojego prześladowcy.

– Głodna? – zapytał odgarniając zabłąkany kosmyk z twarzy kobiety. – Mogę ci coś przyrządzić lub zamówić. Może masz ochotę na te chińskie pierożki z tej nowej knajpki na rogu? – Zrzucił buty ze stóp, nie schylając się nawet po to, by porządnie rozsznurować sznurowadła i ściągnął płaszcz pozostając w białym long sleeve. – Albo przyrządzić ci kąpiel, skarbie? – troska rozbrzmiewała w słowach zmiękczanych francuskim akcentem.
– Et toi, mon amour… dis-moi, je peux faire quelque chose pour toi? – zwrócił się do Valentina.

Francesca de Villiers Valentin Vega