Strona 1 z 1

I’m pretending you ain’t been on my mind

: śr lip 01, 2026 2:01 am
autor: Bonnie Miller
Bonnie zabierała się za napisanie wiadomości zdecydowanie dłużej niż powinna. Było to co prawda dużo łatwiejsze niż gdyby miała jako pierwsza zagadać do Coven na żywo (o jakimkolwiek flircie już nie wspominając), ale nadal, z jakiegoś powodu sprawiało pannie Miller trudność. W to południe, będąc w pracy, próbowała zebrać się na odwagę i w końcu się odezwać. Bo przecież dziewczyna sama ją o to na odchodne poprosiła! Uznała, że minęło wystarczająco dużo czasu, by nie wyszła na jakąś napaloną psycholkę. Kilka razy brała do rąk telefon i zastygała na moment z kciukami zawieszonymi nad dotykową klawiaturą, ale zaraz potem odkładała go, poirytowana własnym zachowaniem. Bo co w tym trudnego, by napisać „hej, co tam”? Absolutnie nic! Niepotrzebnie się tak spinała i denerwowała. To tylko dziewczyna - powtarzała sobie w myślach, choć w niczym to jej nie pomagało. Najtrudniejszym okazało się jednak wysłanie pierwszego SMSa, bo potem poszło już z górki! Doszła do wniosku, że nie powinna tak analizować każdego słowa i każdej emotki, których używała. Przy mężczyznach nie miała aż takich problemów - umówienie się z facetem było może i prostsze, ale też nie rajcowało jej równie mocno co perspektywa romansu z kobietą.
Pocieszała się tym, że w przypadku takiej formy komunikacji, Bremers prawdopodobnie nie będzie w stanie nawet wyczuć jej zdenerwowania. Wątpliwości Bonnie pojawiły się oczywiście również przy propozycji wspólnego wyjścia. Zastanawiała się czy w głowie Coven zabrzmi to odpowiednio „na luzie” i wcale nie tak, jakby zależało jej za bardzo. Na szczęście szybko się zgodziła, co niestety nie sprawiło, że Miller przestała się stresować, ale wiedziała, że odrobina alkoholu powinna jej pomóc, gdy już zjawi się w umówionym miejscu. Ot, cała tajemnica dlaczego akurat zasugerowała bar.
Cieszyła się. Naprawdę się cieszyła. Podekscytowanie spotkaniem z nową znajomą o dziwo zaczęło z czasem zagłuszać nerwy. Nic złego przecież nie mogło się stać, a przynajmniej to próbowała sobie wmawiać. Nie chciała już na wstępie wyraźnie dawać Coven do zrozumienia, że jej się spodobała. Nie robiła też sobie wielkich nadziei, bo przecież mogło się jeszcze okazać - co pewnie bardzo by jej nie zdziwiło - że dziewczyna wcale nie była zainteresowana, nie tylko Millerówną, ale w ogóle tą samą płcią. Chciała ją jednak poznać, tak po prostu. W najgorszym wypadku (co wbrew pozorom nie byłoby takie złe), mogła zyskać fajną znajomą… No dobra, przez kilka dni miałaby pewnie doła, ale Bremers nie byłaby pierwszą laską po której przechodziłaby żałobę.
Po skończonej zmianie, wyleciała z kawiarni jak z procy. Miała wprawdzie kilka godzin na ogarnięcie się, ale to nieważne, bo i tak uważała, że to niewystarczająco dużo, by mogła zrobić się na bóstwo. Choć może bez przesady, bo przecież to wcale nie była randka. Sprawa była skomplikowana! Nie mogła narzucić na siebie pierwszej lepszej kiecki i już. Strój musiał być idealny - coś w czym wyglądała lepiej niż tylko „dobrze”, ale równocześnie coś, w czym teoretycznie można było spotkać ją na co dzień i co nie krzyczałoby „właśnie spędziłam dwie godziny przekopując wszystkie szafki”. Postawiła między innymi na nowe spodnie, które wybrała dla niej sama Bremers. Te obcisłe, w których jej tyłek wyglądał zaskakująco dobrze.
Do Mimmo’s Place zawitała wcześniej niż to konieczne. Wolała być przed czasem niż się spóźnić, co w sumie mogło się zdarzyć, gdyby jeszcze kilka razy zmieniła zdanie co do stroju i sterczała dłużej przed lustrem. Na pojawienie się Coven, zdecydowała się poczekać siedząc przy barze.


coven bremers

I’m pretending you ain’t been on my mind

: śr lip 01, 2026 10:43 am
autor: coven bremers
007.
Obrazek
Była totalnie podjarana wizją spotkania z Bonnie. Powoli zaczynała już tracić nadzieję, że dziewczyna w ogóle do niej napisze. Niby obserwowały się wzajemnie na Instagramie i Coven mogła sama odezwać się pierwsza, ale chyba po prostu nie chciała się narzucać. A może zwyczajnie obawiała się odrzucenia? Cholera wie. Istniało przecież całkiem realne prawdopodobieństwo, że Miller zignorowałaby jej wiadomość, a kontakt wzięła tylko po to, żeby Bremers nie zrobiło się przykro. Swoją drogą, czy to nie zabawny zbieg okoliczności, że nazywała się dokładnie tak samo jak jej sąsiad Lucas? Ten sam, któremu Covie kiedyś zalała mieszkanie, gdy walczyła z awarią pralki. Oczywiście to musiała być zbieżność nazwisk, przecież Millerów pewnie w Toronto jak mrówek!
Ale w końcu dostała upragnioną wiadomość i aż jej się wywrócił żołądek na lewą stronę. Bo nie dość, że Bonnie o niej pamiętała, to jeszcze zaproponowała wspólne wyjście do baru! No najlepsze uczucie na świecie! Pewnie wymanifestowała tę randkę myślami! Nie, zaraz. Nie mogła patrzeć na to w kategoriach randki. To było zwykłe, koleżeńskie wyjście. Dokładnie tak. Co nie oznaczało, że Bremers miała wyglądać na nim źle. Nie chciała też jakoś przesadzać, więc postawiła po prostu na długą, kwiecistą spódnicę, która idealnie wpasowywała się w letni klimat i krótki, biały top, który pewnie odsłaniał więcej niż zasłaniał. W każdym razie to nie było nic, czego nie założyłaby na co dzień. Darowała sobie jednak obcasy, bo co, jeśli w którymś momencie przyjdzie jej uciekać przez popełnione gafy? Nie, ni powinna tak myśleć. Trampki były po prostu wygodne. I na pewno wygodniej w nich będzie się przemieszczać, jeśli postanowią nagle zmienić lokalizację. W okolicy było mnóstwo innych barów. I mieszkanie Coven, do którego wcale nie zamierzały zaglądać, prawda? Oby, bo miała tam straszny burdel!
Do Mimmo's Place wpadła spóźniona. Nie jakoś drastycznie, zmieściła się w studenckim kwadransie, ale studentką nigdy nie była. Ale nie trzeba być przecież turystą, żeby jeść konserwę turystyczną i można jeść Merci, nawet jeśli nikt ci nie podziękował. Przez chwilę rozglądała się po wnętrzu, próbując zlokalizować Bonnie. W końcu dostrzegła ją przy barze. Zanim jednak zdecydowała się podejść, wygładziła materiał spódnicy i poprawiła włosy. Powinna jeszcze skontrolować makijaż, czy przypadkiem gdzieś się nie rozmazała, ale musiała liczyć na to, że od jej wyjścia z domu nic takiego się nie wydarzyło. Przeszła zaledwie dwie przecznicę, nie mogło być aż tak źle. A przede wszystkim to powinna wziąć się w garść i przestać histeryzować.
Cześć! — przywitała się natychmiast, kiedy tylko usiadła na wysokim barowym stołku. — Mam twoją kurtkę — oznajmiła, wyciągając spod pachy odzienie wierzchnie, które Miller zostawiła w lumpeksie. — Wiem, że miałaś ją odebrać przy okazji, a teraz jest zdecydowanie za gorąco, żeby ją zakładać, ale pomyślałam, że może ci się przydać i że może po tym spotkaniu nie będziesz chciała mnie więcej widzieć, więc nie będę miała jak jej zwrócić, dodała już tylko w głowie. — Co pijesz? Już ustaliłyśmy, że nie jesteś alkoholiczką, więc powiedz przynajmniej, czy sączysz jednego drinka przez pół wieczoru, czy raczej stawiasz na szoty? — zapytała, po czym uświadomiła sobie, że z tą alkoholiczką mogła sobie darować. Jak tak dalej pójdzie, Bonnie zaraz sobie stąd wyjdzie.

Bonnie Miller

I’m pretending you ain’t been on my mind

: wt lip 07, 2026 11:45 pm
autor: Bonnie Miller
Te wszystkie przemyślenia - głównie wątpliwości i tworzenie w głowach możliwie najgorszych scenariuszy - były chyba nieodłącznym elementem pierwszych spotkań i poznawania kogoś nowego. Na pewno dla Bonnie. Była kimś, kto mocno starał się podchodzić do życia optymistycznie i roznosić wokół siebie wyłącznie pozytywną energię, ale niestety zdarzały jej się również momenty zwątpienia i wyjątkowego czarnowidztwa. Jedną z sytuacji, w których szczególnie się to u niej objawiało, było nawiązywanie znajomości. W dzieciństwie szło to jej o niebo lepiej, niż teraz i w sumie jej to nie dziwiło. Wiedziała też, że pewnie nie ona jedna miała takie odczucia, bo przecież kiedyś wystarczyło po prostu podejść do kogoś i powiedzieć „Cześć! Jestem Bonnie. Pobawimy się razem?” albo „Chcesz być moją koleżanką?” i już! Sprawa załatwiona - przyjaciółki na zawsze… albo chociaż na jakiś czas. Czemu nie mogło być to tak proste w ich wieku? Gdyby dziś się w ten sposób do kogoś odezwała, zostałaby uznana za wariatkę! Słusznie. Sama zresztą pewnie też nie doceniłaby podobnego tekstu…
Może rzeczywiście za bardzo się wszystkim przejmowała? Ciągle zastanawiała się nad tym co powiedzieć i zrobić, by zostać odebraną jak najlepiej i przez to niepotrzebnie komplikowała sobie życie? A może właśnie to było tak łatwe? „Hej, Coven. Podobasz mi się. Pójdziesz ze mną na randkę?” Nie ma szans! Wcześniej zdążyłaby z pięć razy zejść na zawał.
Radosne powitanie oderwało ją w końcu od tych fascynujących przemyśleń, jednak dzięki nim, nawet nie zarejestrowała tego, że Coven spóźniła się choćby minutę. I dobrze! Bo inaczej pewnie już dawno zaczęłaby panikować i podejrzewać, że została wystawiona do wiatru. Okropne, w dodatku na pierwszej randce!
Nie, to przecież nie randka - wciąż musiała sobie o tym przypominać.
Natychmiast odwróciła się w stronę dziewczyny i nim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Bremers zajęła miejsce i podała Bonnie kurtkę, którą ta ostatnio przypadkowo zostawiła w lumpeksie.
Och, moja zguba, dzięki! — uśmiechnęła się, odkładając ciuch na kolana. Oczywiście wcześniej przeszło jej przez myśl, że był to dobry powód do odwiedzenia Coven w miejscu pracy, ale nie wypowiedziała tego na głos, nie chcąc przede wszystkim wyjść na niewdzięczną, ale też na kogoś tak żałosnego, kto potrzebował specjalnego pretekstu, by móc przyjść i z nią pogadać.
Dziś postawiłabym na drinki, ale jeśli wolisz szoty, to się dostosuję — odpowiedziała, jak jej się wydawało, bezpiecznie. Nie chciała wstawić się zbyt szybko, a wiedziała, że tak właśnie będzie w przypadku szotów, choć z drugiej strony nie potrafiła sączyć drinka w żółwim tempie przez pół wieczora. Nieważne na co się zdecydują, będzie musiała po prostu uważać - pijana Bonnie miała jeszcze większą tendencję do mówienia głupstw.
Lepiej powiedz co ty preferujesz — dodała zaraz, uznajac, ze jest jej naprawde wszystko jedno. Znała się na alkoholach, miała nawet swoich ulubieńców, ale gdy jesteś biedny jak mysz kościelna, uczysz się z czasem tego, że nie wolno wybrzydzać. Zwykle więc kierowała się zasadą „byle co - byle sponiewierało”, ale nie dziś. Dziś miała być grzeczna.


coven bremers

I’m pretending you ain’t been on my mind

: śr lip 08, 2026 12:24 pm
autor: coven bremers
W sumie teraz też można byłoby nawiązywać relacje w podobny sposób, prawda? "Hej, mam kredyt, zalegam z czynszem i ledwo wiążę koniec z końcem. Chcesz się zaprzyjaźnić?"
Istniało spore prawdopodobieństwo, że za którymś razem trafiłoby się na swoją bratnią duszę, która zmaga się z podobnymi problemami. A potem już do końca życia wspólnie klepałoby się tę słodką biedę. Ale nieważne! Najważniejsze, że razem!
Coven bardzo starała się nie myśleć o tym, że spotkanie z Bonnie było prawdziwą randką, jednocześnie w głębi duszy mocno na to licząc. Czy miała rozdwojenie jaźni? Być może. Nie mogła nic poradzić na to, że przez Miller czuła milion różnych rzeczy, których nie potrafiła nawet sensownie zdefiniować. Co było zabawne, bo przecież właściwie w ogóle się nie znały. Dlaczego więc tak bardzo przejmowała się tym, czy spodoba jej się spódnica, którą założyła tego wieczoru i stresowała się niemiłosiernie, że w najmniej odpowiednim momencie znowu palnie coś głupiego? Trzeba pamiętać, że w wymienionych wiadomościach nie padło słowo klucz. Pisały od drinku, ale nie o randce, a sam drink jeszcze o niczym nie świadczył. Bo co, jeśli Bremers za dużo sobie wyobrażała i totalnie mylnie odbierała sygnały, które wysyłała jej Bonnie?
A może najpierw kolejka szotów, a potem drinki? Czy takie mieszanie to kompletny idiotyzm? — spojrzała niepewnie na Miller. Potrzebowała czegoś mocniejszego na odwagę. Sama nie rozumiała, dlaczego aż tak stresowała się tym spotkaniem. Umawiała się już z różnymi ludźmi i nigdy wcześniej nie była aż tak spięta ani nie pilnowała się na każdym kroku, żeby przypadkiem nie zacząć paplać bez sensu. A to przecież było nieuniknione. Coven mówiła dużo, często bez ładu i składu. Nie zamierzała jednak udawać przy Bonnie kogoś, kim nie była. Fajnie byłoby tylko nie skompromitować się już na samym początku.
Robią tutaj rewelacyjne Sour Shots, ale jeśli wolisz zostać przy drinkach, to polecam Lemon Drop. Lubisz takie kwaśne smaki? — zapytała, bo przecież Miller mogła mieć zupełnie inne preferencje. Może była tradycjonalistką i wolała zamówić gin z tonikiem albo Pina Coladę? A może w ogóle miała uczulenie na cytrusy i Bremers właśnie próbowała ją nieświadomie zabić? O matko, to byłaby dopiero nieudana randka-nierandka.
Równie dobrze możemy coś wylosować — zaproponowała, sięgając po kartę z listą drinków. Tym samym chciała dać Miller do zrozumienia, że naprawdę było jej wszystko jedno, co będą sączyć przez resztę wieczoru. Byle klepało! To znaczy, byle dobrze im się rozmawiało i żeby Bonnie nie zwracała aż tak dużej uwagi na jej gadanie. Może nawet pod koniec spotkania nie uzna jej za kompletną wariatkę? To byłby już spory sukces. — Albo powiedz mi, czego nigdy nie piłaś, a bardzo chciałabyś spróbować — uśmiechnęła się do niej znad karty. Zaraz jednak uznała, że do podjęcia takiej decyzji Miller też powinna mieć dostęp do listy alkoholi. Poprawiła się więc na barowym stołku, położyła menu na ladzie i nachyliła się, odruchowo opierając dłoń na ramieniu dziewczyny.

Bonnie Miller

I’m pretending you ain’t been on my mind

: wt lip 14, 2026 12:07 am
autor: Bonnie Miller
Ależ oczywiście, wszystkie chwyty dozwolone! No… chyba, że jest się kimś takim jak Bonnie Miller, która jest profesjonalnym ludziozadowalaczem, analizuje każdy swój krok i panicznie wręcz boi się odrzucenia. Zdarzało jej się czasem wyluzować i mówić rzeczy totalnie od czapy (im większy stan upojenia alkoholowego, tym bardziej!), za co zwykle w przypływie chwili, bardzo z siebie dumna, klepała się po ramieniu. Dopiero potem przychodziło otrzeźwienie - dosłownie i w przenośni, a co za tym idzie, rozmyślanie po nocach o tym co jednak mogła zrobić lub powiedzieć inaczej, by wypaść… korzystniej i nie wyjść na totalnie szurniętą babę.
Cóż, nie próbowała jeszcze podrywu na podobne teksty o długach, niewystarczająco dobrze płatnej pracy i niespełnionych ambicjach. Może powinna spróbować? Może właśnie Coven to ta bratnia dusza, która zrozumiałaby jej codzienne zmagania z tymi wszystkimi, bardzo dorosłymi problemami i od tej pory żyłyby sobie długo i szczęśliwie… co prawda nadal w biedzie, ale przynajmniej razem! A jak wiadomo, w kupie siła! Czy coś.
Kolejka szotów, a potem drinki… — powtórzyła cicho, stukając palcem wskazującym o brodę i mrużąc przez chwilę oczy, jakby rzeczywiście zastanawiała się nad tym, czy to dobry pomysł. Mieszanka alkoholi może nie była bezpieczną opcją, szczególnie gdy Bonnie obiecała sobie, że zachowa się tego wieczoru jak na grzeczną dziewczynkę przystało, ale… co złego mogło się stać? — Rzeczywiście brzmi jak kompletny idiotyzm. Wchodzę w to! — wykrzyknęła zdecydowanie. Trudno, Miller najwyżej się zbłaźni, Coven zaraz po wyjściu z baru zablokuje jej numer i już zawsze będzie musiała omijać jej lumpeks szerokim łukiem.
Dopiero w tamtym momencie, po zamówieniu kwaśnych szotów u barmana, które Bonnie swoją drogą uwielbiała i chętnie przystała na tę propozycję, pozwoliła sobie zawiesić wzrok na dziewczynie nieco dłużej. Podziwiała oczywiście strój! Bo przecież na pewno nie to co odsłaniał krótki top, jaki jej towarzyszka miała na sobie. Po chwili, uniosła spojrzenie na twarz Coven, zdając sobie sprawę, że właśnie na swoim bezczelnym gapieniu się została przyłapana.
Świetnie wyglądasz — powiedziała, nie tylko dlatego, by jakoś wyjść z tego z twarzą, ale naprawdę tak uważała! Bremers zawsze wyglądała świetnie. Nawet zanim jeszcze zaczęły ze sobą rozmawiać, już nie raz zdarzało się jej podziwiać z daleka jej outfity… a przy okazji jej sylwetkę i uderzająco piękną twarz, ale o tym już nie musiała wiedzieć.
Na pytanie Coven o to czego zawsze chciała spróbować, z zaciekawieniem sięgnęła po kartę, gdzie były rozpisane wszystkie dostępne kompozycje. Skanowała wzrokiem listy, szukając tej jednej pozycji, która już jakiś czas temu ją zaintrygowała, ale jakoś nigdy nie miała okazji, by to zamówić. Gdy w końcu ją znalazła, wskazała palcem na odpowiednią nazwę w karcie i chciała nachylić się bliżej ku dziewczynie, ale Bremers sama zrobiła to jako pierwsza, opierając się dodatkowo o ramię Bonnie — O, jest! Widziałaś to? Mają tu szoty, które nazywają się Cheeseburger. To tequila, sok z kiszonek i sok pomidorowy - wszystko podawane w oddzielnych kieliszkach i pije się to dokładnie w tej kolejności. Brzmi może trochę obleśnie, ale jestem ciekawa czy rzeczywiście smakuje choć trochę, tak jak burger — Miller brzmiała na naprawdę podekscytowaną. Chyba trochę się zapominając, zwróciła głowę w stronę Coven, a ich twarze przez moment znalazły się bardzo blisko siebie. Może za blisko. Bonnie zaśmiała się nerwowo i powoli odsuwając się, odłożyła kartę na ladę — Jak już zamówimy drinki, to możemy pójść pograć — zaproponowała, wskazując kciukiem w bok na stół bilardowy, gdy barman postawił przed nimi kieliszki z cytrusowym trunkiem. By trochę rozładować napięcie, od razu chwyciła za szkło i znów spojrzała na Coven — Za nas? To znaczy, no… nasze zdrowie!


coven bremers