If one wish could be realized, would you grant me the light?
: czw lip 02, 2026 2:32 pm
Przeczesał dłonią włosy, wpatrując się w telefon. Jego wzrok wodził po krótkich wiadomościach, które wysłał mu Benjamin. Początkowo Kieran sądził, że chłopak pomylił numery, wszak nazwał go Williamem, a tak nie miał nawet na drugie. W następstwie tych słów wywiązała się jednak konwersacja, która doprowadziła do zaoferowania przez prawnika pomocy w odstawieniu pijanego chłopaka do domu, czego zaczął żałować.
Czy na pewno?
Westchnął. Po co zawracał sobie nim głowę? Powinien skupić się na referacie, od którego w dużej mierze zależało wcześniejsze podejście do egzaminu. Chciał zaliczyć wszystko jak najszybciej, mając więcej czasu na praktyki, które miały przygotować go do życia na salach sądowych. Tak, jak było mu pisane.
Cholerny Thallman po raz kolejny odwiódł go od nauki, stosując sztuczkę, obok której Burreau nie mógł przejść obojętnie, dając wciągnąć się w gry starszego chłopaka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Benjamin pod wpływem alkoholu potrącił lub zabił przypadkowego przechodnia.
Nie wybaczyłby sobie, gdyby i jemu coś się stało. Ostatecznie wiedział, że może wsiąść do samochodu po alkoholu. Zdecydowanie o to chodziło. Nie miał z tym nic wspólnego fakt, że zaczął się przyzwyczajać do jego obecności.
Zaczynał go l u b i ć.
Westchnął ponownie, wystukując kolejne wiadomości, usilnie ignorując jedno ze zdjęć, które od niego dostał. Niemoralne, nieetyczne, nachalne. To podchodziło pod molestowanie! A jednak kącik ust prawnika lekko powędrował ku górze w niekontrolowanym grymasie, wyrażając… no właśnie, co takiego? Kolejna wątpliwość, nad którą zaczął się rozwodzić. Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz widzi nagie ciało mężczyzny. Fakt faktem, należało do niego. Może o to chodziło? To przed nim było obce, było nieznane, było jego.
Pokręcił głową. Na litość wszechświata, czemu Thallman musiał być tak niereformowalnym człowiekiem, który wpychał się do życia Burreau? Sam obiecał sobie nie ingerować w sprawy innych, a jednak teraz ubierał się i z kluczykami w dłoni szedł do samochodu rad, że rodziców nie było w domu. Nie chciał im się spowiadać, nie chciał wyjaśniać dokąd jedzie.
Nie chciał, żeby wiedzieli o Benjaminie.
Przymknął oczy, biorąc głęboki oddech. Coś było z nim nie tak. W głowie powinny mu wirować kolejne punkty z kodeksu karnego, a nie rzeczy dotyczące ludzi.
Wsiadł i odpalił pojazd mając nadzieję, że chłopak nigdzie się nie ruszał. Nie miał czasu, aby jeździć za nim po całym mieście. Miał jeszcze do dokończenia referat. Ach, aż go wewnętrznie cisnęło, żeby uraczyć swojego rozmówcę kolejnymi pouczeniami jakby w nadziei, że na coś się to zda.
Zaparkował możliwie jak najbliżej parku obawiając się, że grawitacja dzisiejszego dnia nie będzie sprzymierzeńcem.
Co ty tu właściwie robisz? Zadał kolejne pytanie w głowie.
Wypełniam moralny obowiązek.
Tak sobie wmawiał.
Chwilę zajęło mu odnalezienie pijanego kolegi, który postanowił uciąć sobie drzemkę na trawie. Na wszechświat, oby nie zasnął snem kamiennym.
-Benjamin? - powiedział, stając nad nim. Oddychał, to było na plus. - Naprawdę, jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - lekko brwi zmarszczył, cicho wzdychając.
Kucnął przy chłopaku, szturchając go w ramię.
-Jak zaraz nie wstaniesz, zostawię cię tutaj. Obaj wiemy, że nie jestem wystarczająco silny, by cię unieść - przyznał.
niereformowalny imprezowicz
Czy na pewno?
Westchnął. Po co zawracał sobie nim głowę? Powinien skupić się na referacie, od którego w dużej mierze zależało wcześniejsze podejście do egzaminu. Chciał zaliczyć wszystko jak najszybciej, mając więcej czasu na praktyki, które miały przygotować go do życia na salach sądowych. Tak, jak było mu pisane.
Cholerny Thallman po raz kolejny odwiódł go od nauki, stosując sztuczkę, obok której Burreau nie mógł przejść obojętnie, dając wciągnąć się w gry starszego chłopaka. Nie wybaczyłby sobie, gdyby Benjamin pod wpływem alkoholu potrącił lub zabił przypadkowego przechodnia.
Nie wybaczyłby sobie, gdyby i jemu coś się stało. Ostatecznie wiedział, że może wsiąść do samochodu po alkoholu. Zdecydowanie o to chodziło. Nie miał z tym nic wspólnego fakt, że zaczął się przyzwyczajać do jego obecności.
Zaczynał go l u b i ć.
Westchnął ponownie, wystukując kolejne wiadomości, usilnie ignorując jedno ze zdjęć, które od niego dostał. Niemoralne, nieetyczne, nachalne. To podchodziło pod molestowanie! A jednak kącik ust prawnika lekko powędrował ku górze w niekontrolowanym grymasie, wyrażając… no właśnie, co takiego? Kolejna wątpliwość, nad którą zaczął się rozwodzić. Przecież nie pierwszy i nie ostatni raz widzi nagie ciało mężczyzny. Fakt faktem, należało do niego. Może o to chodziło? To przed nim było obce, było nieznane, było jego.
Pokręcił głową. Na litość wszechświata, czemu Thallman musiał być tak niereformowalnym człowiekiem, który wpychał się do życia Burreau? Sam obiecał sobie nie ingerować w sprawy innych, a jednak teraz ubierał się i z kluczykami w dłoni szedł do samochodu rad, że rodziców nie było w domu. Nie chciał im się spowiadać, nie chciał wyjaśniać dokąd jedzie.
Nie chciał, żeby wiedzieli o Benjaminie.
Przymknął oczy, biorąc głęboki oddech. Coś było z nim nie tak. W głowie powinny mu wirować kolejne punkty z kodeksu karnego, a nie rzeczy dotyczące ludzi.
Wsiadł i odpalił pojazd mając nadzieję, że chłopak nigdzie się nie ruszał. Nie miał czasu, aby jeździć za nim po całym mieście. Miał jeszcze do dokończenia referat. Ach, aż go wewnętrznie cisnęło, żeby uraczyć swojego rozmówcę kolejnymi pouczeniami jakby w nadziei, że na coś się to zda.
Zaparkował możliwie jak najbliżej parku obawiając się, że grawitacja dzisiejszego dnia nie będzie sprzymierzeńcem.
Co ty tu właściwie robisz? Zadał kolejne pytanie w głowie.
Wypełniam moralny obowiązek.
Tak sobie wmawiał.
Chwilę zajęło mu odnalezienie pijanego kolegi, który postanowił uciąć sobie drzemkę na trawie. Na wszechświat, oby nie zasnął snem kamiennym.
-Benjamin? - powiedział, stając nad nim. Oddychał, to było na plus. - Naprawdę, jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? - lekko brwi zmarszczył, cicho wzdychając.
Kucnął przy chłopaku, szturchając go w ramię.
-Jak zaraz nie wstaniesz, zostawię cię tutaj. Obaj wiemy, że nie jestem wystarczająco silny, by cię unieść - przyznał.
niereformowalny imprezowicz