Strona 1 z 1

are you reaching out?

: czw lip 02, 2026 8:04 pm
autor: caspian marshall
but i look up until i lose the light...
Cholera, minęły już dwa miesiące, odkąd poznał łabądka.
Godnego sobie przeciwnika, dla którego stracił głowę i jakikolwiek rozum. Caspian sprzed dwóch miesięcy spojrzałby na siebie, uniósł brew i z kpiącym uśmieszkiem kopnąłby go zdrową nogą, dorzucając coś w stylu, że ten widok był żałosny. Teraz? Teraz nie potrafił przestać myśleć o baletnicy o kruchym ciele. Wszystko mu się w niej podobało. To, z jaką swobodą i złośliwością odpowiadała mu nawet po tylu tygodniach. To, jak go dotykała, jak go całowała, udając, że wcale, ale to wcale nie działał na nią tak, jak ona działała na niego. No stracił głowę. Przepadł. Może jeszcze się zakochał? Nie no, tego, kurwa, było już za wiele.

Wiedział jedno. Nie mógł zaprzepaścić tej szansy, zwłaszcza po tamtej nocy, po której dzień w dzień próbował nie tylko jej to wynagrodzić, ale też wybaczyć samemu sobie. Przepracowywał to u terapeutki, która, o ironio, przez jedną noc była jego kochanką. To życie było jakimś niekończącym się żartem od losu, tylko że Caspian? Caspian zapomniał się śmiać. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo Elena tęskniła za swoim krajem. Nigdy właściwie nie rozmawiali o swoich rodzinach, więc pomyślał, że może dobrze im zrobi, jeśli wyrwą się z torontońskiej metropolii, przepełnionej oparami, samochodami i wysokimi wieżowcami, do czegoś znacznie milszego. Do zielonych zakątków Portofino, przepełnionych barwami, zajebiście dobrym winem, jedzeniem i, co najważniejsze, pięknym towarzystwem.

Czekając na nią na lotnisku, oparł się o swoją nową laskę, którą specjalnie zamówił, a po chwili uśmiechnął się szeroko, kiedy ją zobaczył. - Piccolina!- krzyknął z zadowoleniem. - Zobacz moją laskę! - Uniósł laskę ku górze dokładnie w momencie, w którym poczuł uderzenie w bok czymś cholernie ciężkim.- Zboczeniec! - rzuciła jakaś babuszka, przyciągając z powrotem do siebie skórzaną torebkę, którą najprawdopodobniej przed chwilą mu przygrzmociła. - Cholera, nie tę laskę. - dostanie później, pomyślał, ale nie odważył się powiedzieć tego przy Elenie, bo jeszcze mocniej by mu przywaliła, tam gdzie by później ostro pożałował. Parsknął tylko pod nosem, odwrócił się do niej, przyciągnął ją do siebie i złożył długi pocałunek na jej ustach. - Widzisz, jak zapowiada się nasza podróż? Już jestem atakowany - mruknął z rozbawieniem, po czym skinął głową w stronę Eleny, żeby obsługa lotniska podeszła i wzięła od niej torby. Chwycił ją za dłoń i razem ruszyli powoli w kierunku odprawy.

Po jakichś dwóch godzinach siedzieli już w samolocie lecącym w stronę Włoch. Caspian poprosił dla nich po lampce wina, a kiedy stewardessa wręczyła im kieliszki, zerknął na Elenę z lekko bezczelnym uśmieszkiem, - Come ti senti a tornare nella tua terra natale, mia dolcezza?

𝐦𝐢𝐚 𝐝𝐨𝐥𝐜𝐞𝐳𝐳𝐚 ˚.⋆

are you reaching out?

: pn lip 06, 2026 10:55 pm
autor: Elena Santorini
she's so dark, you couldn't believe it
nothing but pain and lore and lust
Minęły dwa miesiące odkąd pieszczotliwie nazwała go cucciolo. Caspian niczego nie zmieniał w jej życiu. Był chwilową rozrywką, która p r z y p a ł ę t a ł a się pod drzwi jej teatru i zaoferowała jej papierosa, którego Santorini następnie przyjęła. Był kolejnym, przystojnym mężczyzną, którego wzrok pragnęła czuć na sobie. Kolejnym adoratorem, którego zadaniem było sprawiać, że czuła się dopieszczona.
Potrzebowała patrzeć na to w ten sposób. Okłamywać samą siebie gdy porywał ją z prób i występów, gdy wsiadali do wnętrza pierwszej, lepszej taksówki i zmierzali do jego mieszkania no bo przecież nie do jej. Ta perspektywa, choć fałszywa, była dla niej z r o z u m i a ł a i pozwalała jej cieszyć się każdą chwilą bez żadnych reperkusji, bez potrzeby odpowiadania na pytania, na które nie chciała znać odpowiedzi.
Nie wiedziała, dlaczego jej serce gubiło swój rytm gdy znajdywał się blisko. Dlaczego wciąż wracała myślami do t a m t e j nocy, do znajomego przerażenia w jego oczach i cichych próśb, którymi usiłował sprawić, by wyszła.
A także do tego, że tego nie zrobiła.
Uczucia były niebezpieczne, a nie potrafiła ukryć, że była nim zauroczona. Było w nim coś dzikiego i spokojnego zarazem, w sposób, który powinien się wykluczać. Ogromna pasja zderzała się w jego głosie z czymś innym, czymś boleśnie znajomym, co inni ludzie nazwaliby smutkiem.
Ona nie podzielała ich zdania. Smutek było płytkim uproszczeniem pieprzonego kryzysu egzystencjalnego, który rozdzierał jej serce na pół od ostatniego roku i choć wątpiła, by to samo przeżycie tkwiło w przeszłości Caspiana jak cierń, jednocześnie bała się o to spytać.
Pozwoliła, by ta cicha nić porozumienia pozostała między nimi nienazwana.

Marshall z pewnością wyzwalał w niej głupotę zuchwałość. Santorini szczyciła się swoją ostrożnością, kalkulacją, z którą egzystowała na przestrzeni miesięcy spędzonych w Toronto - a jednak w jakiś sposób usuwał tę ostrożność, jak zbędną warstwę, w którą nie powinna być przy nim owinięta.
W młodzieńczy, głupi sposób wsiadła z nim, nieznajomym, do taksówki, która zawiozła ją na dach obcej restauracji. W ten sam sposób przyjechała do jego mieszkania i została w jego wnętrzu nawet, gdy jego palce zacisnęły się na jej szyi.
I tego rodzaju głupota była upajająca - bo była właśnie taka, młodzieńcza. Santorini nie miała zbyt wielu lat na karku, a jednak czuła się przy nim młodo. Czuła się znów dzika, przekonana o własnej nieśmiertelności, błąkająca po uliczkach znajomego miasta z przekonaniem, że nic nie mogło jej dotknąć.
W Mediolanie stała za tym renoma jej nazwiska.
W Toronto stał się tym Caspian.
I może dlatego zgodziła się na ten kolejny, g ł u p i plan powrotu do ojczystego kraju niespełna rok po tym, gdy opuściła go w pośpiechu. I choć nerwowość nie odpuszczała jej od samego rana, choć to ona ściskała uchwyt jej torby nieco zbyt mocno, jednocześnie od razu wyparowała na widok idącego w jej stronę mężczyzny. Był cholernie przystojny - to zdążyła pomyśleć, nim niespodziewanie obca kobieta zdzieliła go z całej swojej mocy torebką.
- Jesteś obrzydliwy - odpowiedziała rzeczowo, udając, że również zrozumiała jego słowa w dokładnie ten sposób. Jej wzrok prześlizgnął się po pięknie zdobionej rączce laski z uznaniem, wbrew słowom, które nie potrafiły być w pełni przekonujące, nim wspięła się na palce, lgnąc do czekającego na nią pocałunku.
Potrzebowała go poczuć, by jej warga przestała nerwowo drżeć.

Nawet on miał jednak swoje granice.
Gdy wpatrywała się w umykającą spod jej stóp ziemię, gdy samolot podrywał się do lotu, jej dłonie zaciskały się mocno na podłokietnikach. Tak wiele zrobiła by uciec z Mediolanu, czy naprawdę właśnie do niego w r a c a ł a?
Giovanni ją zabije.
Niewinna myśl była niemal pokrzepiająca w złośliwy sposób, ale wyłącznie dlatego, że Santorini nie wiedziała jeszcze co odbyło się na weselu Salvatore'a. Gdyby wiedziała, kompletnie by na ten temat nie żartowała, nawet w myślach.
Głos Marshalla przebił się przez szum silników, wybijając ją z transu. Przywdziała na usta swój uśmiech nim odwróciła głowę w jego stronę, choć rozluźnienie dłoni wymagało od niej fizycznej świadomości tego, co wcześniej z nimi robiła.
- Non sono sicuro - odrzuciła zdawkowo, choć na widok stewardessy rozluźniła się nieco - a gdy wręczony został jej szampan, wypiła zdecydowanie większego łyka niż powinna. - Co, jeśli jest gorsza niż ją zapamiętałam?
Lubiła słyszeć jego głos. Lubiła czuć jego obecność obok. Lubiła to, że jej dłonie rozluźniały się same gdy przenosiła ku niemu swój wzrok. Lgnęła do tego, do tej ucieczki przed racjonalnością. Lgnęła do tego tak mocno, że jej palce odnalazły zapięcie pasa bezwiednie, a dłoń odstawiła szampana na stolik obok.
- La strada verso casa è così lunga - westchnęła, wspinając się na jego kolana, ignorując pas wciąż trzymający mężczyznę w miejscu. Jej ciemnozielona sukienka uniosła się nieznacznie gdy siadała gdzieś na środku jego ud, w bezpiecznej odległości - by zaraz ją skrócić, pochylając się w jego stronę. - Już mi się nudzi.

──・。☽*🐶・。──

are you reaching out?

: czw lip 09, 2026 1:51 pm
autor: caspian marshall
Parsknął śmiechem, wciąż trzymając dłoń przy boku, w który przed chwilą oberwał torebką. Cholera jasna, ledwo zaczęli tę podróż, a on już zdążył zostać pobity przez babuszkę na lotnisku. I to w dodatku za własną głupotę, co chyba bolało najbardziej, bo było absolutnie zasłużone, kinda. - Obrzydliwy? - powtórzył, unosząc brew, kiedy Elena wspięła się na palce i przylgnęła do jego ust. - Piccolina, ja jestem n i e z r o z u m i a n y. To ogromna różnica. - Uśmiechnął się przy jej wargach, ale ten uśmiech na moment złagodniał, kiedy poczuł delikatne drżenie jej ust. Nie skomentował tego. Nie zapytał, czy wszystko w porządku. Nie zrobił z tego wielkiej, poważnej sceny na środku lotniska, bo ostatnie, czego jego(prawie) silna kobieta potrzebowała, to litości w miejscu publicznym. Zamiast tego objął ją w talii mocniej i przytrzymał przy sobie odrobinę dłużej, niż było to potrzebne. - A tak poza tym naprawdę chciałem pokazać ci laskę - dodał, odsuwając się tylko na tyle, by unieść zdobioną rączkę ku górze. - Zobacz, jaka elegancka. Ja tam nie wiem o co wam chodzi... to przecież absolutna niewinność... To inni mają brudne myśli, nie ja. - Zerknął znacząco w stronę starszej kobiety, która nadal patrzyła na niego tak, jakby zaraz miała poprawić drugim ciosem, po czym pochylił się do Eleny z bezczelnym uśmieszkiem. - Se ti mettessi una mano sul sedere e iniziassi a baciarti, pensi che mi meriterei un altro schiaffo?

Nie puścił jej dłoni przez całą drogę do odprawy - jakieś dwie godziny później siedzieli już w samolocie, a kiedy ziemia zaczęła znikać pod nimi, zauważył jej dłonie zaciśnięte na podłokietnikach. Zauważył też uśmiech, który założyła na twarz, gdy na niego spojrzała. p e r f e k c y j n y. I ani trochę niewystarczający, żeby go oszukać...

''Co, jeśli jest gorsza niż ją zapamiętałam?''

Przez chwilę milczał, obracając kieliszek między palcami. -To uznamy, że to Włochy mają problem, nie ty - powiedział w końcu spokojnie. - e poi farò tutto il possibile affinché tu possa creare nuovi ricordi in quel posto. -Uniósł wzrok akurat w chwili, gdy jej palce odnalazły zapięcie pasa. No tak.Jego łabądek postanowił poradzić sobie ze strachem w najrozsądniejszy możliwy sposób, czyli wchodząc mu na kolana w samolocie. - Już ci się nudzi? - mruknął, kiedy usiadła na środku jego ud. Jego wzrok na moment opadł na sukienkę, która uniosła się nieznacznie, gdy wspinała się na niego. Czy naprawdę sądziła, że był w stanie myśleć przy niej r o z s ą d n i e? Nie no, ona chyba miała w planach, żeby cały jego misterny plan, by zachowywać się jak prawdziwy, odpowiedzialny mężczyzna poszedł w cholere... - Minęło dwadzieścia minut lotu, moja słodka. Starsza pani z lotniska miała rację... i'm a gone man. - Przesunal dłonią po jej talii, jeszcze jej do siebie nie przyciągając. Dopiero po chwili odsunął włosy z jej szyi. - La strada verso casa è così lunga - powtórzył za nią cicho, nachylając się do jej ucha. - Brzmi to jak skarga. Albo z a p r o s z e n i e. - Musnął ustami miejsce tuż pod jej uchem. Potem niżej, przy szyi. Raz... drugi... w o l n i e j. - Na co miałabyś ochotę, żeby skrócić tę podróż? - zapytał, przesuwając kciukiem po materiale jej sukienki. Uniósł głowę, patrząc jej prosto w oczy. Pocałował ją pod linią szczęki. Wolniej niż wcześniej. - Dimmi solo, mia bella, fino a che punto saresti in grado di proteggermi se venissi attaccato di nuovo, eh? - mruknął przy jej skórze. Jego dłoń zsunęła się niżej, pod materiał sukienki, na wewnętrzną stronę jej uda. Powoli, bez pośpiechu, testując na ile mu jego towarzyszka pozwoli. Opuszkami palców musnął jej gładką skórę, potem przesunął się odrobinę wyżej, zahaczając delikatnie o koronkę bielizny.

𝓶𝓲𝓪 𝓭𝓸𝓵𝓬𝓮𝔃𝔃𝓪

are you reaching out?

: pt lip 10, 2026 1:21 am
autor: Elena Santorini
Słowa mężczyzny były lekiem na jej strapioną duszę. Wypowiedziane w ojczystym języku, obiecywały wszystko to, w co pragnęła uwierzyć - możliwość stworzenia wspomnień, które zatarłyby te, z którymi zostawiła Mediolan rok temu. Sprawienia, by to, co niegdyś sprawiało jej największą radość znów zaczęło kojarzyć się z czymś innym niż strach, gorycz i smutek.
Pragnęła, by to było rzeczywistością.
Pragnęła n o r m a l n o ś c i, pragnęła cieszenia się z wycieczki, na którą ją zabierał w sposób, w jaki powinna. Chciała, by jej jedynym zmartwieniem były ubrania, które powinna założyć bądź kupić, okolice, które mogliby odwiedzić na miejscu. Cholera, chciała nawet, by jej jedynym problemem było to k i m byli i co właściwie do niego czuła.
Ale jak mogłaby czuć do niego coś prawdziwego, gdy cała jej przeszłość była przykryta kłamstwem?
I jak miałaby mu wytłumaczyć kim była wcześniej w sposób, który nie zniszczyłby ich obojga?
Z rosnącym przekonaniem, że to wszystko było jedną, wielką pomyłką mrugnęła, jakby dzięki temu jej myśli mogły powrócić do tu i teraz, zamiast tkwić we wszystkich, czekających na nią problemach.
Bo tu i teraz na powierzchni było mężczyzną wpatrującym się w nią w sposób, od którego c z u ł a się uwielbiana.
A w głębi, tu i teraz było spojrzeniem osoby, który, nie wiedząc kim była wcześniej, jednocześnie wiedział kim była w t e j chwili, t y m życiu i każdym innym. I pośród wszystkich ludzi, których udało jej się poznać w Toronto, wszystkich mężczyzn zabierających ją na wycieczki i randki, to przy nim pierwszy raz czuła się w i d z i a n a.
- Boję się latania - szepnęła, kłamstwo spłynęło jej z ust z absolutną łatwością. Ten powód był r a c j o n a l n y, w ten mógłby uwierzyć nawet, gdyby bardzo starał się dostrzec w tym przekręt.
Lgnęła do niego, do ust muskających skórę jej karku, do palców przesuwających się po materiale sukienki. Jej własne spoczęły na noszonej przez niego koszuli, niemal nieświadomie zaczepiając się o jeden z guzików. Bezpieczny dystans, który obrała wcześniej, nagle zaczynał się skracać gdy przesuwała się na jego nogach, pragnąc zniknąć w jego ramionach jakby własnoręcznie mógł osłonić ją przed wszystkim tym, czego się bała.
Pragnąc poczuć zapach jego perfum, ciepło jego ciała, dotyk dłoni wsuwającej pod materiał sukienki.
- Ti sbagli, tesoro mio - westchnęła, pochylając się w dół. Kaskada ciemnych włosów odgrodziła ich od reszty świata gdy ona odnalazła ustami jego skroń, składając na niej pierwszy, niemal nieśmiały pocałunek. - Voi - dodała dobitnie, zatrzymując się dla efektu nim jej usta zsunęły się na jego policzek. - Dovresti essere il mio protettore.
W uśmiechu, który rozświetlił jej twarz nie było żadnego fałszu. Wyprostowała się, umykając przed jego wargami jeśli ruszyły jej na spotkanie - tym samym jeszcze bardziej przesuwając się w jego nogach.
- Sei un uomo, no? - dodała zaczepnie, z figlarnym błyskiem w ciemnym spojrzeniu.

il mio protettore

are you reaching out?

: pn lip 13, 2026 4:25 pm
autor: caspian marshall
Na krótką chwilę jego uśmiech przygasł. - Boisz się latania? - powtórzył ciszej, a dłoń wsunięta pod materiał jej sukienki znieruchomiała na wewnętrznej stronie jej uda. No pięknie. Widział przecież wcześniej jej palce zaciśnięte na podłokietnikach. Widział ten perfekcyjny uśmiech, którym próbowała przykryć napięcie. Widział, że od momentu startu była jakaś taka za bardzo skupiona i spokojna… - Mogłaś powiedzieć wcześniej, piccolina - mruknął, przesuwając delikatnie kciukiem po jej udzie, - nie wiem co by to zmieniło, ale może wypilibyśmy parę drinków więcej na lotnisku? Przyniósłbym jakiś modlitewnik, różaniec? - w tamtym momencie po prostu róbował ją rozbawić. Nie zamierzał robić z niej porcelanowej figurki ani szeptać uspokajających formułek, bo wiedział, że była silną kobietą i nie potrzebowała czegoś takiego, a jeżeli miała się bać, to przynajmniej przy nim. Na nim. Z jego dłonią trzymającą ją pewnie, jakby cały ten cholerny samolot mógł się zatrząść, a on i tak nie pozwoliłby jej z siebie spaść.
Chciał ją chronić.
Kiedy pochyliła się i pocałowała go w skroń, coś w nim ucichło, na jeden krótki moment, - Sono un uomo? - Kącik jego ust uniósł się powoli. - Posso ricordartelo, mia dolcezza - odpowiedział nisko, chwytajac jej dłoń, kładąc ją sobie na swoim kroczu. W żadnym wypadku nie był nabrzmiały w całej swojej okazałości, ale mogła poczuć go przez materiał spodni, w koncu Elena była piękną i ponętną kobietą i działała na niego nawet, kiedy starał się z tym walczyć. Dłoń na jej udzie przesunęła się odrobinę wyżej, leniwie muskając koronkę bielizny. Tylko tyle, żeby wiedziała, że zrobił to specjalnie. Drugą ręką puścił jej nadgarstek i wsunął za jej plecy. Najpierw objął ją w talii, niby grzecznie(starał się, okej?), niby tylko po to, żeby mogła oprzeć się stabilniej, ale po chwili palce zsunęły się niżej, pod tył jej sukienki. Zacisnął mocno dłoń na jej pośladku. Wystarczająco mocno, żeby jej ciało musiało zapamiętać ten gest na cały lot… może przez moment nie będzie się bała, eh? - Dovrei essere il tuo protettore? - mruknął przy jej ustach, nie całując jej jeszcze. - Dobrze. Ale musisz wiedzieć jedną rzecz, mia bella. - Przyciągnął ją bliżej, aż między nimi zostało tylko ciepło ich oddechów - Nie wszystko, co chroni, wygląda tak niewinnie. - Musnął jej dolną wargę, potem ominął usta i przesunął pocałunek na linię szczęki. Niżej. Do szyi. Nie spieszył się. Chciał ucałować każdy milimetr jej skóry, która w tamtym momencie, z resztą jak i zawsze smakowała tak cholernie słodko, - Ti proteggerò da tutto - powiedział cicho. - Jeżeli się boisz, patrz na mnie, nie rozkojarzaj się i nie mysl o niczym innym, hm? - Dłoń na jej pośladku zacisnęła się mocniej, a palce drugiej przesunęły się po jej udzie o kilka drażniących milimetrów.

Wtedy obok nich zatrzymał się cień. - Przepraszam państwa - głos stewardessy zabrzmiał zbyt blisko i donoście - Za chwilę możemy wejść w strefę turbulencji. Proszę wrócić na swoje miejsce i zapiąć pasy. - Przez sekundę się nie poruszył. Uniósł tylko wzrok na Elenę po czym westchnął ciężko, przewracając oczami, - Słyszałaś, piccolina - mruknął tak cicho, żeby tylko ona mogła go usłyszeć. - Chcą, żebyś wróciła na swoje miejsce. - Puścił ją powoli. Najpierw udo.. potem pośladek, choć zanim cofnął dłoń, zacisnął palce jeszcze raz, jakby chciał zapamiętać na opuszkach palców jak idealnie gładka jej skóra była. Spojrzał na stewardessę z niemal niewinnym uśmieszkiem, - Oczywiście. Bezpieczeństwo przede wszystkim. - ale kiedy znów spojrzał na Elenę, niewinność zniknęła bez śladu. Po chwili odezwał się tonem, który nie zostawiał miejsca na negojcacje, - ti divorerò più tardi.

𝓶𝓲𝓪 𝓭𝓸𝓵𝓬𝓮𝔃𝔃𝓪

are you reaching out?

: czw lip 16, 2026 12:28 am
autor: Elena Santorini
To było tak m i ł e, zobaczyć troskę na jego twarzy gdy wspomniała o swoim strachu przed lataniem.
Nie urocze, m i ł e. Z tak wielu powodów, których nie potrafiłaby mu wytłumaczyć nawet, gdyby posiadała tajemną umiejętność wypowiadania się na temat własnych emocji.
Miło było dostrzec potwierdzenie swojego kłamstwa wymalowane w jego oczach. Zupełnie tak, jakby dzięki temu nabrało ono prawdziwej nuty, fałsz był tak przekonujący, że odbity w jego tęczówkach wyglądał na niepodważalny fakt. Sprawiał, że i ona zaczynała w to wierzyć - w to, że powód jej nerwów mógł być tak błahy i prosty. Że mogło chodzić t y l k o o latanie.
W głębi duszy jednak bardziej m i ł o było dostrzec w nim troskę. Strach przed lataniem wydawał jej się tak absurdalną drobnostką, że gdyby ktoś jej o nim powiedział, nie była pewna, czy potrafiłaby wziąć to na poważnie. A jednak, choć nie była porcelanową lalką, świadomość tego, że był obok, biorąc każde jej słowo do serca, zalewała jej serce łagodnością, której dawno temu się wyzbyła.
Czuła to. Czuła, że chciał ją o c h r o n i ć.
A choć pragmatyzm i zaszyty w jej wnętrzu nihilizm wiedział, że to niemożliwe, niczego w tej chwili bardziej nie pragnęła niż mu na to pozwolić.
Był taką k u s z ą c ą ucieczką, ze swoimi niegrzecznymi słowami i dłonią wędrującą po jej ciele. Każde wypowiadane przez niego zdanie sprawiało, że jej oddech przyspieszał, nogi mocniej zaciskały się na jego udach. Pragnęła tego, pragnęła palców błądzących po koronkowym materiale jej bielizny, pragnęła jego bliskości, twardej od pożądania gdy przyciągnął ją do siebie bliżej, m o c n i e j.
Z jej ust wydostało się ciche westchnienie gdy zawadiackie słowa wybrzmiały we wnętrzu prywatnego samolotu. Była k u l t u r a l n ą kobietą, a jednak przy nim zapragnęła o tym zapomnieć - tak, jak chciała zapomnieć o stewerdessach wciąż obecnych na pokładzie.
- Non lo so - mruknęła, wprost do jego ucha, jej wargi musnęły jego płatek. - Fose devi ricordarmelo.
Nie miała wiele nienawiści w swoim sercu. To znaczy, nie miała jej do t e r a z - bo gdy jedna z kobiet wreszcie stanęła tuż przy nich, wyczuła jej obecność jeszcze zanim się odezwała.
- Czy posiadanie prywatnego samolotu nie powinno wiązać się z odrobiną p r y w a t n o ś c i? - mrukęła niezadowolona, zsuwając się z jego kolan lecz dopiero wtedy, gdy jego ręka wreszcie puściła kobiecy pośladek.
Na miejscu, jej dłoń odruchowo ruszyła do porzuconego kieliszka szampana, dopijając jego zawartość w dwóch, małych łykach.
- Czy tak wygląda twoje życie? - wyrwało się z jej ust gdy, z niezadowoleniem, zapinała swój pas z powrotem. - Jako zamożnego Marshalla?

caspian marshall

are you reaching out?

: śr lip 22, 2026 3:15 pm
autor: caspian marshall
Przez ostatnie miesiące zdążył poznać Elenę. A przynajmniej tak mu się wydawało. Kiedyś był sceptycznie nastawiony do czegokolwiek związanego ze sprawami sercowymi. Wydawały mu się trywialne, może nawet trochę żałosne, czymś z pokroju legend i mitów, w które wierzyli tylko naiwni ludzie karmiący się bajkami o miłości. Teraz jednak wszystko zaczynało nabierać zupełnie innego znaczenia. Za każdym razem, gdy jego wzrok zatrzymywał się na tej z pozoru niewinnej, drobnej kobiecie, uśmiech sam pojawiał się na jego twarzy, a szybsze bicie serca świadczyło o tym, że cholera, chyba jednak się w niej zakochiwał.
O ile już się nie z a k o c h a ł.
Nie wiedział. Nie miał w tym żadnego doświadczenia. Bliskość z kobietami do tej pory ograniczała się głównie do nic nieznaczącego seksu, w którym lubił zaznaczać własną kontrolę i przewagę. Tak jak w życiu. Dopuszczał do swojego świata tylko te osoby, które wydawały mu się warte jakiejkolwiek uwagi, ale pierwszy raz faktycznie chciał być częścią czyjegoś życia. Jej życia. Powoli zaczynało mu przeszkadzać, że wciąż wiedział o niej tak niewiele. Miał nadzieję, że ten wyjazd coś zmieni. Że może uda mu się sprawdzić, co naprawdę gnieździło się w tej jej pięknej główce... Może nawet sam odważy się powiedzieć jej, że chciałby, żeby była już tylko jego.

No, ale zobaczymy. Nigdy tego nie robił, OKEJ?

Cholernie chciał mieć ją przy sobie. Troszczyć się o nią. Chronić ją tak, jak tylko potrafił, nawet jeżeli jego sposoby bywały średnio eleganckie... Przy niej jednak tracił wszystkie zmysły, a te jej ciche pomruki, ta seksowna barwa głosu, kiedy mówiła do niego w ojczystym języku, działały na niego jak płachta na byka. Przełknął ślinę, zatracając się w tej miękkiej nucie szeptu, zanim musnęła wargami jego płatek ucha. Zacisnął wtedy mocniej dłoń na jej pośladku, jakby sam ten gest miał mu pomóc utrzymać resztki kontroli. I właśnie wtedy stewardessa postanowiła im przerwać.

Zmarszczył brwi, przyglądając się, jak Elena zsuwała się z niego z powrotem na swoje miejsce. - Mia bella, avremo ancora molta intimità - powiedział cicho, po czym zerknął na plakietkę stewardessy i uśmiechnął się krzywo. - A pani Gabriela stara się wykonywać swoją pracę. - wymusił z siebie uprzejmy uśmiech bo środku przeklinał kobietę w mundurku w kilku językach, które znal za zrujnowanie tego momentu.

Anyways.

Kiedy Elena zapięła pas, sam sięgnął po kieliszek, który stewardessa zdążyła wcześniej uzupełnić, i przysunął go do ust. Upił łyk, ale jego spojrzenie cały czas wracało do niej, - A myślisz, że mogłabyś się do tego przyzwyczaić? - zapytał po chwili, unosząc kącik ust. - W sumie nie wiem, ile jeszcze wytrzymam w tej firmie - przyznał, wzruszając ramionami, odwracając wzrok gdzieś na bok. - Myślałem, żeby założyć coś swojego. - Przeniósł wzrok z powrotem na nią. - A ty? - zapytał spokojniej, wpatrując się w jej brązowe tęczówki z prawdziwym zaciekawieniem. - Nigdy właściwie nie opowiedziałaś mi, jak wygląda twoja praca. Te występy masz tylko w Toronto czy musisz jeździć po całym świecie? - Zerknął na zegarek, po czym znów spojrzał na nią z lekkim, zaczepnym uśmiechem. - tra una quindicina di minuti atterreremo, quindi hai tutto il tempo per raccontarmi tutto.

𝓶𝓲𝓪 𝓭𝓸𝓵𝓬𝓮𝔃𝔃𝓪

are you reaching out?

: pt lip 24, 2026 8:45 pm
autor: Elena Santorini
Przez ostatnie miesiące zdążyła pokazać mu znacznie więcej siebie, niż komukolwiek innemu.
Oczywiście, z perspektywy osoby n o r m a l n e j, tego typu stwierdzenie brzmiało wręcz żałośnie. Caspian tak naprawdę nie wiedział nic na jej temat. Nie wiedział, jak spędzała swoje dni, nie wiedział, czy miała jakąś rodzinę, przyjaciół w Toronto - nikogo z nich nie poznał. Nie wiedział, czym zajmowali się jej rodzice i dlaczego wyjechała z Włoch. Cholera, nie miał nawet pojęcia o tym, że gdy jego taksówka zabierała ją pod jeden z wysokich wieżowców w Downtown, tak naprawdę wysadzała ją pod adresem Rohana Kima - a nie jej własnym.
Jej własny był w Parkdale, w ciasnym mieszkaniu o wątpliwej jakości, nieszczelnych oknach i niedziałającym poprawnie ogrzewaniu w zimie, za to w lecie nagrzewającym się do piekielnych temperatur.
Ale w sposób, którego nie potrafiła wytłumaczyć, pokazywała mu s i e b i e.
Tą prawdziwą, nieidealną, pełną skaz na perfekcyjnie wypolerowanym wizerunku. Pokazywała mu swój strach i to nienazwane uczucie chowające się w głębi ich tęczówek, łączące ich w sposób, w który nigdy wcześniej nie była połączona z nikim. Pokazywała też swoją energię, dziecięcą wręcz radość i przekorę, mającą fundament w jej włoskich korzeniach, które, jak wszystkie elementy swojej przeszłości, za wszelką cenę starała się wyplenić w relacjach z innymi ludźmi.
Nie poznał jej całej - ale dla niej, poznał jej na tyle, że zaczynało ją to przerażać.
- Mia cara, sono nata abituata a questo - mruknęła, przeciągając się w fotelu jak kot, jakby te kilkanaście - kilkadziesiąt? - minut w fotelu, w którym i tak nie potrafiła usiedzieć w miejscu, już niesamowicie ją męczyło. Jednocześnie chciała już być na miejscu i bała się tego momentu. - Co swojego chciałby robić zamożny, wybitny pan Marshall? - dodała, odwracając się w miejscu do niego na tyle, na ile była w stanie.
Pas dalej oplatał ją swoim nieznośnym uściskiem, ale jej policzek przykleił się do oparcia fotela, dłoń sięgnęła do jego podłokietnika. Palce powoli wędrowały po jego powierzchni, zmierzając do znajdującego się obok, męskiego ramienia gdy Santorini powoli uświadamiała sobie, że faktycznie, jak na poziom ich n i e z d r o w e j zażyłości, wiedzieli o sobie bardzo mało.
- Myślisz, że jestem członkiem jakiejś cyrkowej trupy? - cmoknęła złośliwie, bo w jej wysublimowanym środowisku, balety jeżdżące z miasta do miasta należały do tych znacznie mniej prestiżowych. - La gente paga per vedermi. Non sono io ad andare a trovare loro.
Nie była to do końca prawda - wielokrotnie otrzymywała zaproszenia na występy w innych częściach świata i w jej branży, gościnne występy i pokazy były czymś bardzo popularnym.
Odmawiała wszystkim.
- Tańczę odkąd skończyłam trzy lata. Tańczyłam wcześniej w Teatro Alla Scala - wyznała wreszcie, po tym, gdy jej umysł przeanalizował ten fakt na swój temat i uznał, że podzielenie się nim nie będzie szkodliwe. Wraz z nim wymknęło się jednak coś innego, jak pasażer na gapę, którego nie była w stanie powstrzymać: - Mio padre considererebbe Toronto un passo indietro.


sai già troppo