full moon outside & things we can't deny
: pt lip 03, 2026 2:05 pm
Nie było żadnej okazji.
Nie były to urodziny Garry'ego, ani rocznica pierwszej misji, powrotu skądkolwiek, złożonej siostrze obietnicy. Nie było w y m ó w k i, by wciąż przychodzić do tego miejsca.
Ally nie miała już żadnego związku z kanadyjskimi siłami zbrojnymi. Nie była już military spouse to-be po Johnym, nie była też siostrą żołnierza. Była nikim w tych ścianach pełnych osób, które oddały wojsku swoje życia. Nikim o żadnym wzniosłym powodzie, by nadal tu przebywać.
A jednak przychodziła - częściej, rzadziej, co w zupełności zależało od tego z jak ciężkim głazem na barkach budziła się tego dnia. Niektóre wydawały niemożliwe do przeżycia - każdy krok naprzód stanowił walkę, jaką skrycie pragnęła przegrać. Przyjąć tę porażkę, ale i skończyć zawody o to, kto kogo wykończy pierwszy - żałoba ją, czy ona żałobę.
Nie było to takie proste, tak jak trzymanie się zdala od tego przeklętego miejsca.
W powietrzu unosił się zapach testosteronu, a popękane hokery przy barze zajmowali ci bardziej samotni.
Może ci, którzy nie mieli do kogo wrócić albo ci, którzy nie mieli dla kogo zostać.
I Ally - nieco zgarbiona nad piwem, które obracane w dłoniach stało zbyt ciepłe. Zamieniła kilka zdań z barmanem i z gościem, który pytał o drogę.
Gdyby tylko nie pracowała z bandą trzeźwych alkoholików, miałaby kogo zabrać ze sobą. Kim się rozproszyć, kim odwracać uwagę. Niestety - przeważnie zostawała sama ze swoimi myślami.
W tych, w ciągu minionego tygodnia, dziwny typ z warsztatu pojawił się ze dwa razy. Pewnie uznał, że w warsztacie funkcjonującym w taki sposób jego cacku mogła się jedynie stać większa krzywda - stąd nagła zmiana zdania i odjazd, po którym nie pojawił się więcej.
I miał już nigdy nie zawitać w jej życiu - co wydawało Ally wnioskiem tak naturalnym, jak oddychanie - dopóki odgarnąwszy kosmyk włosów za ucho nie dostrzegła, że siedział kilka metrów dalej.
W tym samym barze, w tym samym czasie, a jednak kompletnie nieświadomy jej obecności i zajęty swoimi sprawami.
Kusiło, by przyjrzeć się dłużej. Zaspokoić ciekawość - tak niewinną przecież. Czy był tu z kimś?
Tym razem to Ally czuła się jak desperatka, pragnąc uciec od własnej rozpaczy aż tak bardzo, by rozważać nawiązanie kontaktu.
Nie bezpośrednio - to byłoby zbyt proste, zbyt n o r m a l n e.
Dlatego u barmana zamówiła kawę i poprosiła o dostarczenie jej do stolika mężczyzny wraz z serwetką, na której długopisem nabazgrała tylko: live, laugh, love.
gavin calloway
Nie były to urodziny Garry'ego, ani rocznica pierwszej misji, powrotu skądkolwiek, złożonej siostrze obietnicy. Nie było w y m ó w k i, by wciąż przychodzić do tego miejsca.
Ally nie miała już żadnego związku z kanadyjskimi siłami zbrojnymi. Nie była już military spouse to-be po Johnym, nie była też siostrą żołnierza. Była nikim w tych ścianach pełnych osób, które oddały wojsku swoje życia. Nikim o żadnym wzniosłym powodzie, by nadal tu przebywać.
A jednak przychodziła - częściej, rzadziej, co w zupełności zależało od tego z jak ciężkim głazem na barkach budziła się tego dnia. Niektóre wydawały niemożliwe do przeżycia - każdy krok naprzód stanowił walkę, jaką skrycie pragnęła przegrać. Przyjąć tę porażkę, ale i skończyć zawody o to, kto kogo wykończy pierwszy - żałoba ją, czy ona żałobę.
Nie było to takie proste, tak jak trzymanie się zdala od tego przeklętego miejsca.
W powietrzu unosił się zapach testosteronu, a popękane hokery przy barze zajmowali ci bardziej samotni.
Może ci, którzy nie mieli do kogo wrócić albo ci, którzy nie mieli dla kogo zostać.
I Ally - nieco zgarbiona nad piwem, które obracane w dłoniach stało zbyt ciepłe. Zamieniła kilka zdań z barmanem i z gościem, który pytał o drogę.
Gdyby tylko nie pracowała z bandą trzeźwych alkoholików, miałaby kogo zabrać ze sobą. Kim się rozproszyć, kim odwracać uwagę. Niestety - przeważnie zostawała sama ze swoimi myślami.
W tych, w ciągu minionego tygodnia, dziwny typ z warsztatu pojawił się ze dwa razy. Pewnie uznał, że w warsztacie funkcjonującym w taki sposób jego cacku mogła się jedynie stać większa krzywda - stąd nagła zmiana zdania i odjazd, po którym nie pojawił się więcej.
I miał już nigdy nie zawitać w jej życiu - co wydawało Ally wnioskiem tak naturalnym, jak oddychanie - dopóki odgarnąwszy kosmyk włosów za ucho nie dostrzegła, że siedział kilka metrów dalej.
W tym samym barze, w tym samym czasie, a jednak kompletnie nieświadomy jej obecności i zajęty swoimi sprawami.
Kusiło, by przyjrzeć się dłużej. Zaspokoić ciekawość - tak niewinną przecież. Czy był tu z kimś?
Tym razem to Ally czuła się jak desperatka, pragnąc uciec od własnej rozpaczy aż tak bardzo, by rozważać nawiązanie kontaktu.
Nie bezpośrednio - to byłoby zbyt proste, zbyt n o r m a l n e.
Dlatego u barmana zamówiła kawę i poprosiła o dostarczenie jej do stolika mężczyzny wraz z serwetką, na której długopisem nabazgrała tylko: live, laugh, love.
gavin calloway