Worries for another day
: sob lip 04, 2026 3:41 pm
Włosy dosychały mu leżąc płasko na ręczniku przewieszonym przez ramiona, a drobny, mały deszcz zraszał trawnik i mącił powierzchnię oczka wodnego, w którym leniwie orbitowały plamiste karpie. Od godziny był w domu, a mimo że walizki wciąż stały nietknięte w przedpokoju i wydawałoby się, że lada moment miał szykować się do kolejnego wyjazdu, Lian w nietrwałej ciszy dopijał mocną czarną kawę.
Jego kardiolog poczęstowałby go pewnie skrupulatnym wyliczeniem lat, którymi ryzykował doprowadzając serce do stanów przedzawałowych, choć w obliczu innych przewinień kofeina była jednym z jego mniejszych problemów.
Przez duże kuchenne drzwi uchylone wąsko na ogród czuł znajomy, wilgotny zapach ziemi przekopanej niedawno pod nowe sadzonki piwonii, czuł petrichor i, to już w sposób bardziej intuicyjny, nadchodzącą zmianę. Podskórnie już odbierał ten ruch, zdawało mu się, że dostrzega znaki, ale wciąż było za wcześnie by stwierdzić z przekonaniem w którą stronę biegł ten nowy nurt. Wiosna tego roku zdawała się nieść nie tylko przykry obowiązek rozliczenia się z podatku, opłacenia ubezpieczeń i rozplanowania tych koncertów, których nie obejmował piekielny kontrakt z TRN, ale również coś, czego brakowało mu odkąd pamiętał. Jedynie nie potrafił tego nazwać.
Powietrze stało się rzadsze, noce przykrótkie, choć te nawet w swoim pełnym wymiarze nie były w stanie pomieścić jego bezsenności. Oglądał więc różowe, chłodne poranki, podlewał się pachnącymi cierpko ziołowymi herbatami i kiedy wreszcie czuł, że być może jakimś fortelem wymodlił sobie kilka godzin płytkiego snu domykał okno, kładł się na kanapie w salonie i owijał ciasno grubym kocem.
Gruby grafitowy szlafrok zsuwał mu się z ramion razem z opitym wody ręcznikiem, więc ściągnął go i przewiesił przez oparcie kuchennego krzesła. Odstawił filiżankę tylko po to by poprawić pas utrzymujący wszystko w ryzach, pod spodem dodatkowa warstwa swetra i grubych dresowych spodni grzała, choć niewystarczająco by Mei odczuł ulgę. Zawsze było mu zimno, zupełnie jakby chłód mieszkał w jego kościach i czuł się tam na tyle dobrze by nie chcieć dać się tak łatwo przegnać tak prostym źródłom ciepła.
Małym dylematem, który wstrzymał go w miejscu w trakcie przygotowań - dokładnie w połowie schodów, gdzie przystanął i spojrzał na trzymaną w rękach poduszkę - był wybór miejsca, a ten ostatecznie padł na salon wypierając opcję sypialni. Nie korzystał z niej co prawda, ostatnim rezydentem był Daniel, mimo to wrodzona paranoja i jakaś wewnętrzna niewygoda podskubująca go wątpliwościami podpowiadały mu, że nie wypadało.
Zbyt sugestywne.
Moore pojawił się w sam raz by uświadczyć go w progu z wielkim kubkiem rooibosa; kanapa w salonie została rozłożona i obrosła w zatrważającą ilość poduszek, a ponieważ Lian wciąż nie był pewien na ile etap podchodów Daniel miał już za sobą, wspaniałomyślnie (choć nie do końca z zadowoleniem) zgodził się na dwa koce zamiast jednego.
一 Dwie i pół godziny, tak?
Daniel Moore