dzień, w którym ten, co nie choruje – zachorował
: ndz lip 05, 2026 8:37 pm
Nieprosto było przyzwyczaić się do dwóch, kompletnie różnych rzeczy.
Pierwszej – do funkcjonowania ze świadomością, że jej rodziców już nie ma. Że wraca do domu, w którym – jak zazwyczaj – ich nie ma, ale teraz z przykrą świadomością, że już nie będzie. Bo oczywiście – Lennoxów więcej nie było, niż byli w The Beaches, ale pojawiali się, kiedy mogli i kiedy było trzeba – na święta, na jej urodziny, w czasie przerwy na wykopaliskach lub między kontraktami. Ta nieobecność była wtedy akceptowalna, bo z warunkiem zmiany. Ta nowa… była bolesna, ciężka i niestety prawdziwa.
Drugiej – do funkcjonowania ze świadomością, że obok niej, w mniej lub bardziej widoczny sposób, jest ktoś. Nie partner, nie przyjaciel, nie osoba bliska. Kompletnie obcy, który zajmował jej przestrzeń i orbitował w niej czy jej się to podobało czy nie.
Interweniowała u Giovanniego Salvatore – najpierw musiano ją wynosić z piętra należącego do sekretariatu Avalon Industries, a później z gabinetu mężczyzny, który wzięła szturmem i podstępem. Salvatore wysłuchał jej – nie była ani obcesowa, ani nie pyskowała, ale nie przychylił się do jej prośby i powtórzył praktycznie to samo, co powiedział jej mężczyzna, który wtargnął do jej domu.
Jej rodzice o to poprosili. To dla jej bezpieczeństwa.
Obcy nieszczególnie jej przeszkadzał, jeśli miałaby być szczera – jego obecność nie była inwazyjna, ale chodziło o fakt, że była. I że była jego. A chociaż była wobec niego uprzejma, to nie potrafiła pozbyć się tego nieprzyjemnego poczucia, z jakim zapoznał ją przy pierwszej wizycie. Ani bólu w plecach, ani wyobrażenia nacisku na gardło, ilekroć tylko zauważyła, że napiął mięśnie bardziej, niż to naturalne.
Starała się go zaakceptować – w końcu nie miała wyboru. Podawała mu jedzenie, nawet jadła z nim – choć zwykle w ciszy. Potem zwykle znikała w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ale nie mogąc się pozbyć przeczucia, że przez cały czas stał dosłownie za nimi.
Znajomi coraz intensywniej próbowali zaprosić ją na pomniejsze wydarzenia, żeby wyszła do ludzi. Początkowo dalej, konsekwentnie odmawiała, wybierając zacisze domowe i (wątpliwą) samotność, ale kiedy jedna z przyjaciółek szturmem wzięła jej dom, cudem rozmijając się z jej ochroniarzem, po czasie po prostu uległa i dała się zaprosić na piątkowe wyjście w kameralnym towarzystwie.
Nie na imprezę, ale posiedzieć i porozmawiać. Przy matchy i dobrym jedzeniu.
Zgodziła się chyba tylko dla świętego spokoju.
Ubrała się schludnie – a nie w powyciągany dresżałobny, nawet pomalowała, choć w podstępnym stylu makeup-no-makeup; uczesała nawet ładnie, a następnie, choć nie bez dyskomfortu wywołanego świadomością, że nie idzie sama i do końca nie wie jak to miałoby wyglądać w przestrzeni publicznej, przeszła do garażu, aby wsiąść do samochodu – najpewniej ze swoim ochroniarzem – i pojechała na miejsce.
Miała tyle szczęścia, że nawet nie szukała szczególnie długo miejsca parkingowego – choć powszechnie wiadomo, że piątkowy wieczór, centrum miasta, to tak naprawdę przepis na długie minuty krążenia po okolicy, by w końcu się poddać, zrezygnować i ostatecznie zaparkować i tak daleko od miejsca docelowego. I mieć walk of shame. Dwa razy.
Spotkała się z trójką koleżanek, z czego jedna była nadpobudliwa i szczebiotała za pozostałe. Maelle raczej nie udzielała się za bardzo, ale słuchała. I naprawdę starała się brać czynny udział w spotkaniu, a także powiedzieć więcej niż dwa czy trzy słowa. Zwykle limit miała znacznie większy.
Ale uśmiechnęła się parę razy nawet, co nie przeszło niezauważone.
Jej sympatyczny towarzysz był w pobliżu. Zakonotowała to, że zajął miejsce w innym lokalu, ale również na zewnątrz i popijał… W zasadzie nawet nie wiedziała co. Nie obczajała go, okej?
Damon Tae
Pierwszej – do funkcjonowania ze świadomością, że jej rodziców już nie ma. Że wraca do domu, w którym – jak zazwyczaj – ich nie ma, ale teraz z przykrą świadomością, że już nie będzie. Bo oczywiście – Lennoxów więcej nie było, niż byli w The Beaches, ale pojawiali się, kiedy mogli i kiedy było trzeba – na święta, na jej urodziny, w czasie przerwy na wykopaliskach lub między kontraktami. Ta nieobecność była wtedy akceptowalna, bo z warunkiem zmiany. Ta nowa… była bolesna, ciężka i niestety prawdziwa.
Drugiej – do funkcjonowania ze świadomością, że obok niej, w mniej lub bardziej widoczny sposób, jest ktoś. Nie partner, nie przyjaciel, nie osoba bliska. Kompletnie obcy, który zajmował jej przestrzeń i orbitował w niej czy jej się to podobało czy nie.
Interweniowała u Giovanniego Salvatore – najpierw musiano ją wynosić z piętra należącego do sekretariatu Avalon Industries, a później z gabinetu mężczyzny, który wzięła szturmem i podstępem. Salvatore wysłuchał jej – nie była ani obcesowa, ani nie pyskowała, ale nie przychylił się do jej prośby i powtórzył praktycznie to samo, co powiedział jej mężczyzna, który wtargnął do jej domu.
Jej rodzice o to poprosili. To dla jej bezpieczeństwa.
Obcy nieszczególnie jej przeszkadzał, jeśli miałaby być szczera – jego obecność nie była inwazyjna, ale chodziło o fakt, że była. I że była jego. A chociaż była wobec niego uprzejma, to nie potrafiła pozbyć się tego nieprzyjemnego poczucia, z jakim zapoznał ją przy pierwszej wizycie. Ani bólu w plecach, ani wyobrażenia nacisku na gardło, ilekroć tylko zauważyła, że napiął mięśnie bardziej, niż to naturalne.
Starała się go zaakceptować – w końcu nie miała wyboru. Podawała mu jedzenie, nawet jadła z nim – choć zwykle w ciszy. Potem zwykle znikała w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, ale nie mogąc się pozbyć przeczucia, że przez cały czas stał dosłownie za nimi.
Znajomi coraz intensywniej próbowali zaprosić ją na pomniejsze wydarzenia, żeby wyszła do ludzi. Początkowo dalej, konsekwentnie odmawiała, wybierając zacisze domowe i (wątpliwą) samotność, ale kiedy jedna z przyjaciółek szturmem wzięła jej dom, cudem rozmijając się z jej ochroniarzem, po czasie po prostu uległa i dała się zaprosić na piątkowe wyjście w kameralnym towarzystwie.
Nie na imprezę, ale posiedzieć i porozmawiać. Przy matchy i dobrym jedzeniu.
Zgodziła się chyba tylko dla świętego spokoju.
Ubrała się schludnie – a nie w powyciągany dres
Miała tyle szczęścia, że nawet nie szukała szczególnie długo miejsca parkingowego – choć powszechnie wiadomo, że piątkowy wieczór, centrum miasta, to tak naprawdę przepis na długie minuty krążenia po okolicy, by w końcu się poddać, zrezygnować i ostatecznie zaparkować i tak daleko od miejsca docelowego. I mieć walk of shame. Dwa razy.
Spotkała się z trójką koleżanek, z czego jedna była nadpobudliwa i szczebiotała za pozostałe. Maelle raczej nie udzielała się za bardzo, ale słuchała. I naprawdę starała się brać czynny udział w spotkaniu, a także powiedzieć więcej niż dwa czy trzy słowa. Zwykle limit miała znacznie większy.
Ale uśmiechnęła się parę razy nawet, co nie przeszło niezauważone.
Jej sympatyczny towarzysz był w pobliżu. Zakonotowała to, że zajął miejsce w innym lokalu, ale również na zewnątrz i popijał… W zasadzie nawet nie wiedziała co. Nie obczajała go, okej?
Damon Tae