Strona 1 z 1

We kept mistaking unfinished for forever.

: ndz lip 05, 2026 10:30 pm
autor: Briony Hawthorne
Lipcowe wieczory w Toronto miały w sobie miękkość, której przez ostatni rok zdążyła się nauczyć. Dzień nie kończył się nagle. Powoli ustępował miejsca ciepłemu zmierzchowi, a powietrze wciąż nosiło zapach rozgrzanego asfaltu, kwitnących lip i wilgoci znad jeziora. Światła restauracji odbijały się w witrynach, a ludzie zajmowali stoliki na tarasach z taką swobodą, jakby lato miało trwać jeszcze wiele miesięcy. Lubiła obserwować miasto właśnie o tej porze. Wieczorem Toronto wydawało się łagodniejsze, mniej nachalne i pozwalało zgubić się w tłumie, nie oczekując niczego w zamian.
Kiedy Ethan zaproponował wspólną kolację, zgodziła się bez większego wahania. Znali się z uniwersytetu od kilku miesięcy. Studiował na tym samym roku co Jayce, choć dla Briony pozostawał przede wszystkim mężczyzną, którego regularnie spotykała w jednej z uniwersyteckich kawiarni. Początkowo wymieniali jedynie uprzejme powitania. Z czasem ich rozmowy zaczęły się wydłużać. Odkryli, że oboje potrafią zatrzymać się przed budynkiem biblioteki tylko po to, by przez kilkanaście minut rozmawiać o architekturze, książkach albo nowych wystawach organizowanych w mieście. Ethan nie znał historii sztuki tak dobrze jak ona, ale słuchał z autentycznym zainteresowaniem, a kiedy opowiadał o anatomii czy fizjoterapii, robił to z taką pasją, że nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia stawały się zrozumiałe. Nie próbował nikogo olśnić ani zagłuszać ciszy tylko dlatego, że wydawała mu się niewygodna. Przy nim wszystko było zwyczajnie spokojne. Nie było miejsca na niedopowiedzenia, znikanie bez słowa czy nieustanne zastanawianie się, co kryje się pod kolejnym spojrzeniem. Po prostu rozmawiali, a dla Briony ta prostota zaczynała mieć wartość, której wcześniej nie doceniała.
Przez chwilę stała przed otwartą szafą, przesuwając opuszkami palców po miękkich tkaninach. Ostatecznie wybrała satynową sukienkę w odcieniu ciepłej kości słoniowej. Delikatnie opływała sylwetkę i kończyła się w połowie łydki, a cienkie ramiączka i subtelnie odkryte plecy nadawały jej nowoczesnej elegancji, która nie potrzebowała zbędnych ozdób. Do tego dobrała czarne skórzane sandały na smukłym obcasie, niewielkie złote kolczyki i cienki zegarek na skórzanym pasku. Przez ramię przewiesiła małą czarną kopertówkę, a na chłodniejsze wnętrze restauracji zabrała prosty czarny żakiet. Włosy upięła w niski kok, pozwalając kilku jasnym pasmom swobodnie wymknąć się przy twarzy.Przez ułamek sekundy, poprawiając kolczyk przed lustrem, pomyślała, że od bardzo dawna nie przygotowywała się na spotkanie z myślą wyłącznie o sobie. Ta refleksja przyszła cicho. I równie cicho została odsunięta.
Nie chciała zastanawiać się, kiedy ostatni raz wybierając sukienkę, mimowolnie wyobrażała sobie cudze spojrzenie. Nie chciała wracać do miesięcy, które nauczyły ją czekać na wiadomości przychodzące o zaskakujących porach ani do ciszy, która potrafiła trwać równie długo jak ich rozmowy.
Od miesiąca nie widziała Jayce'a. Ta myśl przemknęła przez jej głowę niemal niezauważenie.
Miesiąc. Wystarczająco długo, by przestać liczyć dni. Za krótko, by całkowicie odzwyczaić się od wspomnień. Zamknęła drzwi mieszkania i zeszła na ulicę. Wieczór był zbyt piękny, by oddawać go komuś, kto od dawna nie prosił o jej obecność.
Kiedy wysiadła z taksówki, Ethan czekał już przed wejściem. Na jej widok uśmiechnął się z wyraźnym uznaniem.
- Wyglądasz pięknie. Chyba zacznę żałować, że zaprosiłem cię do miejsca, w którym wszyscy będą patrzeć tylko na ciebie.
Uniosła lekko kącik ust.
– W takim razie pozostaje mieć nadzieję, że kuchnia skutecznie odwróci ich uwagę.
Roześmiał się cicho i otworzył przed nią drzwi.
Restauracja tonęła w bursztynowym świetle. Kryształowe lampy odbijały się w kieliszkach, ciemne drewno kontrastowało z jasnym kamieniem, a kompozycje z białych orchidei subtelnie pachniały gdzieś pomiędzy stolikami. Fortepian sączył spokojną melodię, niemal ginąc w szmerze rozmów prowadzonych półgłosem.
Kelner zaprowadził ich do stolika przy wysokim oknie. Ethan odsunął dla niej krzesło, po czym usiadł naprzeciwko. Rozmowa wróciła dokładnie tam, gdzie skończyli ją kilka dni wcześniej. Opowiadał o zajęciach, o profesorze, który z niemal maniakalną dokładnością analizował każdy ruch ludzkiego ciała, przez co sam coraz częściej przyłapywał się na obserwowaniu przechodniów i ocenianiu ich postawy. Briony śmiała się szczerze, odpowiadając historiami z muzeum. Opowiedziała o grupie dzieci przekonanych, że renesansowy portret przedstawia wampira, oraz o starszym mężczyźnie, który przez dobrych kilkanaście minut próbował wmówić jej, że siedemnastowieczny pejzaż ukazuje okolice Toronto.
Przez pierwsze kilkanaście minut wszystko płynęło z zadziwiającą lekkością. Ethan był dokładnie taki, jakim go zapamiętała z uniwersytetu. Uśmiechnięty, inteligentny i swobodny. Dopiero z czasem zaczęła dostrzegać drobiazgi, które wcześniej umykały jej uwadze.
Kiedy kelner wrócił z kartami, Ethan zamknął swoją niemal od razu.
– Dla mnie ribeye. Medium rare. A dla pani... - spojrzał na Briony z uśmiechem. - Weźmie sałatkę z kozim serem. Jest podobno świetna.
Uniosła na niego wzrok z lekkim zaskoczeniem.
– Właściwie myślałam o...
– Zaufaj mi. Kobiety zwykle właśnie to zamawiają. - Powiedział to z uśmiechem, jakby była to całkowicie niewinna uwaga.
Briony odwzajemniła uśmiech, choć nieco bledszy.
– Chyba jednak zdecyduję się na halibuta.
– Ryba na pierwszej randce? Odważnie. - Zaśmiał się cicho.
Ona również. Bardziej z uprzejmości niż rozbawienia.
Nie chodziło o wybór dania. Ani nawet o sam komentarz. Coś w sposobie, w jaki wypowiedział te słowa, sprawiło, że przez krótką chwilę poczuła się bardziej oceniana niż pytana o zdanie.
Rozmowa potoczyła się dalej.
Ethan mówił dużo. Z pasją opowiadał o studiach, o planach na przyszłość i o własnych ambicjach. Briony słuchała z zainteresowaniem, lecz po pewnym czasie zauważyła, że coraz trudniej było jej dokończyć własną myśl. Gdy próbowała opowiedzieć o nowej wystawie, wszedł jej w słowo, by podzielić się historią z uczelni. Kiedy wspomniała o Anglii, natychmiast zaczął opowiadać o swoich planach wyjazdu do Europy. Nie robił tego z wyrachowaniem. Sprawiał raczej wrażenie człowieka, który tak bardzo lubił mówić, że nie zauważał, kiedy przestawał słuchać.
Briony nie miała mu tego za złe. Po prostu coraz wyraźniej czuła, że obraz, który zbudowała sobie przez ostatnie miesiące, zaczyna delikatnie pękać.
Był dobrym człowiekiem. Miłym. Inteligentnym. Ale chyba bardziej zakochanym we własnych opowieściach niż w rozmowie. Ta myśl pojawiła się niespodziewanie i równie szybko została odsunięta. Nie chciała oceniać go po pierwszym spotkaniu. Sama przecież nie lubiła, gdy ludzie wyciągali pochopne wnioski. Mimo wszystko od tamtej chwili coraz częściej łapała się na tym, że zamiast wsłuchiwać się w kolejne zdania Ethana, jej spojrzenie wędrowało ku wejściu restauracji.
Nie dlatego, że na kogoś czekała. W tej samej chwili, gdy kolejny raz jej wzrok uciekł w tamtą stronę, ciężkie drzwi restauracji otworzyły się ponownie. Briony odruchowo uniosła wzrok.

Jayce Byrne

We kept mistaking unfinished for forever.

: sob lip 11, 2026 3:29 pm
autor: Jayce Byrne
006.
Rutyna popołudnia była dla niego skuteczną kotwicą. Wdzierała się głęboko w grunt, zaczepiając go na mocnych fundamentach codzienności. Nie była koniecznością, była jednak dobrowolnym ograniczeniem, które Jayce na siebie nakładał i na które dzień za dniem się godził, by na rauszu zwykle impulsywnych decyzji to jedno – uwielbienie do treningów i własną obecność na siłowni zaraz po uczelni i pracy – pozostawić jako niemal jedyną swoją stałą dnia. Ruch gościł w jego grafiku codziennych czynności jako jego najczęstszy i najmilszy kompan, opowiadał przy tym własną historię, zamkniętą w maszynerii wypracowanego sumiennie ciała. Ruch także, co ważne, dawał tej historii wybrzmieć nie tylko w formie działania, ale również w efektach, gdy sylwetka Jayce’a, rozrosła i pulsująca od wniesionego w ciało wysiłku – napompowana pięknie od ciężkiej pracy mięśni – naprężała się nieznacznie. Tonęła w łunach padającego na niego słońca przez szerokie okiennice sali podczas ćwiczeń.
Lubił ten stan. Ciężkość oddechu, gwałtownie rozprężającego płuca przy większym obciążeniu; pracę serca, które malało pod żebrami i rozkurczało się cyklicznie, bijąc zaciekle w żywo uruchamiających się trybikach jego ciała. Uwielbiał to, jak kolejna dawka endorfin ocierała się o neuroprzekaźniki, i jak gładko wchodziła w obieg jego myśli. Stanowczość decyzji, autodyscyplina i chęć działania pozostawały przy tym kluczowym czynnikiem, pobudzającym go do systematycznej pracy nad sobą, pomimo tego, że już teraz wyglądał dobrze. Zdrowo i z odpowiednimi wzniosłościami i krzywiznami ciała, jak przystało na trenera personalnego.
Pod koniec dnia, gdy promienie słońca rozpłaszczały się na pasach asfaltu, nadając powierzchni stosownego ciepła, sam czuł na sobie podobną gorączkę. Rozgrzany przez ruch i wysiłek pozwalał wtedy, by zaróżowione plamy wypieków obiegły jego twarz, przysłoniły mankamenty usłanych pojedynczymi piegami policzków i towarzyszyły mu do czasu orzeźwiającego prysznica, podczas którego ściągał z siebie pot i ostatki ciążącego mu wysiłku. Dopiero wtedy mógł planować dalszy przebieg dnia. A raczej już wieczoru. Kiedy bowiem wracał do domu, zjadał obiad i brał kąpiel, czas nie robił dla niego wyjątków – nie zatrzymywał się specjalnie dla niego. Posuwał się niechybnie szybko do przodu, kurcząc się wraz z każdą kolejną godziną spędzoną wcześniej na siłowni.
Było to poświęcenie, z którym się liczył.
Ruch i nauka na studiach stanowiły jego główne zajęcie, pozostałe aktywności traktował z mniejszą dokładnością – były one ledwie dopełnieniem dnia. Dzisiaj ostatnie wolne godziny postanowił wypełnić wizytą w barze ze znajomymi. Umówiony z nimi na spotkanie w godzinach wieczornych przyszykował się szybko, nakładając na siebie casualowy, niczym nie wyróżniający się outfit. Luźna, biała koszulka opływała swobodnie ciało, zakrywając mięśnie Jayce'a niemal w całości, i jedynie uwydatnione bicepsy, wychylające się zza krawędzi rękawków, stanowiły podpowiedź tego, co może ukrywać pod materiałem. Więcej uwydatniały spodenki, kończące się jeszcze nad kolanem, choć wybór ten był przy upalnym, duszącym powietrzu, charakterystycznym dla kanadyjskiego lata, prawie koniecznością.
Z przyjemnością wchodził do klimatyzowanego wnętrza Miller Tavern, już na wejściu czując, jak chłodny prąd powietrza zatrzymuje się na skórze, łaskocząc odkryte przedramiona i nogi. Wzrok w automatyzmie chwili przesunął się po wnętrzu, w poszukiwaniu znajomych twarzy, żadnej z tych, które oczekiwał spotkać, nie rozpoznał jednak w obliczach przebywających w barze gości.
Była za to ona.
Briony Hawthorne dawno nie prezentowała się tak dobrze, jak dziś. Z cienkim materiałem satyny oblekającej ciało, która mieniła się nieznacznie z odległości, jakby coś wyjątkowo krnąbrnego i kapryśnego – jakaś złośliwość losu – miała ściągać jego wzrok ku niej wbrew jego woli. Lgnął do niej nieświadomie, porwany w nurt niebezpiecznej obserwacji, prawie tak, jak ćma do światła, spalając obręcz swoich jasnych oczu w poszczególnych kształtach jej sylwetki. W subtelnych obłościach drobnych piersi Briony i kontrastujących z tym, uwielbianych przez niego szerszych bioder, które nadawały jej ciału kobiecości i stanowiły solidny fundament dla długich, zgrabnych nóg, dziś ukrytych pod sukienką.
Kurwa... — krótkie, ciche przekleństwo szybko odnalazło drogę do ust, gdy przypadkiem, zbyt skoncentrowany na jej obecności, uderzył biodrem o stojące przy barze krzesło. Mebel zadrżał, poruszył się z chrobotliwym jękiem po podłożu, szurając nóżkami o drewniane deski podłogi, gdy Jayce przytrzymał oparcie dłonią, ratując krzesło przed przewróceniem.
Miał ochotę przekląć znów, gdy tylko cień towarzystwa Briony przemknął w kątach jego oczu, zamiast tego prychnął cicho, odwracając głowę w kierunku barmana.
Nie miał prawa być na nią zły za dobór towarzystwa, sam przecież opuścił szalupę ich historii, kończąc tę relację przeszło miesiąc temu. Mimo tego, między tkankami twardego ciała właśnie utknęła mu metaforyczna szpila, i za nic nie chciała z niego wyleźć. Werżnięta w trzon korpusu i trzon jayce'owych myśli stanowiła wyjątkowo upierdliwego gościa.
O Ethanie, choć studiowali na tym samym roku, wiedział tylko tyle, że jest irytujący, i że w żadnym stopniu nie może równać się z kimś takim, jak Hawthorne. Nie był wprawdzie pewien, co dokładnie przywiodło Briony i Ethana do wspólnego stolika, sądząc po jej ubiorze podejrzewał jednak, że chodziło o randkę, a tego... nie życzył jej z całego serca. Nie tylko z egoistycznych pobudek.
Po kilku minutach cichej, skoncentrowanej wręcz obserwacji, podczas której sączył przy barze wolno drinka, potrafił bowiem określić jednoznacznie, że nie pasują do siebie.
Powidok bladego uśmiechu Briony, który nie wyglądał mu na szczery, jeszcze długo siedział mu w głowie, gdy ostatecznie przerzucił wzrok na mężczyznę. Ten z kolei wydawał się wyjątkowo zadowolony z siebie. Ożywiony i gadatliwy, z ustami, które nie robiły zbyt dużych przerw. Jayce oparł się plecami o blat baru tylko po to, by znaleźć chociaż jedną dłuższą pauzę w jego monologu. Poza pojedynczymi chwilami, w której pozwalał jej zadać pytanie, czy powiedzieć parę słów, nie widział jednak stosownych przystanków. Może poza jednym... gdy Ethan wstał, udając się w kierunku łazienek.
Wykorzystał tę chwilę niemal natychmiast. Bezwiednie, bezrefleksyjnie.
Ciało ruszyło w jej kierunku, wciąż trzymając w dłoniach drinka, i gdy tylko dotarł do stolika, przy którym pozostała Briony, jego obecność uwydatniło szuranie odsuniętego krzesła i stukot dna kieliszka, postawionego na blacie stołu.
Założę się, że skończycie te randkę z niesmakiem jeszcze przed deserem.
Głos wybrzmiał z pozorną lekkością, na końcach języka czuć było jednak znajomą jej uszom kpinę. Briony musiała wiedzieć, że zwykle przykrywał nią wszystko, czego nie chciał nazwać, ani do czego nie chciał się przyznać. Jak fakt, że obecność innego mężczyzny przy jej boku wytrącała z niego spokój, czy to, że zamiast puścić ją wolno, czuł wyraźnie, jak właśnie rośnie w nim chęć dotknięcia jej. Głos kierującego nim głodu, leżącego znacznie głębiej, niż w samym żołądku, nie chciał przy tym niknąć. Pragnął objąć znajomą delikatność jej ciała, a pozostała między nimi odległość tylko tę potrzebę wzmagała – Briony była wręcz nieprzyzwoicie blisko niego. Za blisko, by mógł ją zignorować, choć przecież sam postarał się o to, by tę przestrzeń zminimalizować, gdy tylko zdecydował się usiąść z nią w stoliku.
Jayce nie należał do ludzi, którzy pozwalali emocjom przejmować ster. Zbyt długo budował wizerunek człowieka, dla którego wszystko było prostsze: przelotne znajomości, szybkie decyzje, brak zobowiązań i jeszcze mniej powodów, by oglądać się za siebie. Wmawiał sobie, że właśnie dlatego odszedł. Bo mógł. Bo chciał. Bo tak było wygodniej.
A jednak coś w nim na moment stężało. Zmarszczył ledwie dostrzegalnie brwi i oparł teatralnie przedramię o blat stołu, jakby cała ta chwila była jedynie kolejną zaczepką, niczym więcej. Potrzebował paru sekund, by wrócić do meritum rozmowy.
Możesz wyjść już teraz — podpowiedział jej.
Uśmiech wrócił na swoje miejsce chwilę później z wyćwiczoną łatwością, swobodny i odrobinę bezczelny.

Briony Hawthorne

We kept mistaking unfinished for forever.

: wt lip 14, 2026 1:02 pm
autor: Briony Hawthorne
Briony dostrzegła go niemal natychmiast. Nie dlatego, że szukała go wzrokiem. Przynajmniej od kilkunastu minut usilnie próbowała wmówić sobie, że to właśnie robiła najrzadziej. Mimo to wystarczyło jedno nieostrożne spojrzenie w stronę wejścia, by rozpoznać znajomą sylwetkę jeszcze zanim twarz wyłoniła się spomiędzy gości. Jakby pamięć ciała była szybsza od pamięci umysłu.
Na krótką chwilę zapomniała, o czym mówił Ethan. Słowa docierały do niej przytłumione, mieszały się z fortepianem sączącym się z głośników i cichym brzękiem szkła. Skinęła głową we właściwym momencie, uśmiechnęła się nawet, gdy wypadało, ale nie potrafiła później przypomnieć sobie, na co właściwie odpowiadała.
Jayce.
Stał przy barze, z pozoru zajęty czymś zupełnie innym. Powinna była odwrócić wzrok. I zrobiła to niemal natychmiast.
Wróciła do Ethana, poprawiła delikatnie serwetkę na kolanach i zmusiła się, by ponownie wsłuchać się w jego opowieść o jednym z wykładowców. Nie chciała patrzeć drugi raz. Nie chciała dawać sobie nawet najmniejszego powodu, by uwierzyć, że jego obecność nadal cokolwiek w niej porusza.
Minął przecież miesiąc. Nie pierwszy raz znikał. Ale pierwszy raz zrobił to w taki sposób. Bez słowa. Bez choćby jednego zdania, które mogłoby zamknąć tę historię, choćby na chwilę. Zostawił po sobie ciszę inną od wszystkich poprzednich. Cięższą. Taką, która nie wydawała się przerwą między kolejnymi powrotami, lecz końcem.
Przynajmniej tak próbowała to sobie tłumaczyć. Miała nadzieję, że on również to rozumiał. Że posiadał w sobie choć odrobinę przyzwoitości. Odrobinę wstydu. Że widząc ją z kimś innym, zwyczajnie odwróci się i pozwoli jej spędzić ten wieczór w spokoju. Czy naprawdę oczekiwała od niego aż tak wiele?
Jej spojrzenie ponownie powędrowało ku barowi.
Nieświadomie.
Jayce stał oparty o blat z drinkiem w dłoni. Biała koszulka ukrywała większość tego, co znała aż nazbyt dobrze, ale pamięć nie potrzebowała odsłoniętej skóry. Doskonale pamiętała szerokie przedramiona, na których jeszcze niedawno zaciskała palce, gdy z trudem łapała oddech. Pamiętała ciężar jego dłoni na swoich biodrach, ciepło jego skóry i sposób, w jaki potrafił przyciągnąć ją do siebie, jakby między nimi istniała siła, której żadne z nich nie umiało nazwać.
Odwróciła wzrok szybciej, niż zdążyła zatrzymać go na dłużej. To było niedorzeczne. Minął miesiąc! Powinna pamiętać przede wszystkim pustkę po jego zniknięciu. A jednak umysł, jak na przekór rozsądkowi, znacznie chętniej przechowywał wspomnienia miękkiej pościeli, poplątanych prześcieradeł i śladów własnych paznokci pozostawianych na jego barkach.
- Briony?
Zamrugała.
- Przepraszam... zamyśliłam się.
Ethan uśmiechnął się pobłażliwie i wrócił do opowieści, nie zauważając nawet, że od kilku minut mówi niemal wyłącznie o sobie. Im dłużej trwał wieczór, tym mniej przypominał mężczyznę, którego poznała na kampusie. Coraz częściej przerywał jej w połowie zdania, coraz chętniej kończył myśli za nią, a kiedy kelner przyniósł dania, bez zastanowienia przesunął jej kieliszek nieco dalej od talerza.
- Tak będzie ci wygodniej.
Podziękowała cicho.
Nie dlatego, że rzeczywiście było. Po prostu nie miała ochoty tłumaczyć, że doskonale potrafi sama zdecydować, gdzie postawić własny kieliszek. To nie była zła randka. Po prostu nie była dobra. A jednak Ethan siedział naprzeciwko. Był obecny. Nie znikał na tygodnie, zostawiając po sobie jedynie domysły. Nie sprawiał, że każda wiadomość zaczynała przypominać nagrodę, a każda cisza karę.
Ta myśl powinna była przynieść ulgę. Nie przyniosła. Poczuła ją dopiero wtedy, gdy Ethan przeprosił na moment i odszedł w stronę łazienek. Westchnęła cicho, opierając dłoń o kieliszek z wodą. Dopiero teraz pozwoliła sobie jeszcze raz spojrzeć w stronę baru. Za późno. Jayce już się poruszył. Nie szedł szybko. Nie musiał. Każdy jego krok wydawał się skracać odległość znacznie bardziej, niż pozwalały na to metry dzielące ich stoliki. Serce uderzyło mocniej. Nienawidziła tego.
Nienawidziła, że jej ciało rozpoznawało go szybciej niż rozsądek. Że pojedynczy dreszcz przebiegł po karku, a cienki materiał satynowej sukienki nagle wydał się lżejszy niż przed chwilą. Czuła, jak oddech nieznacznie zwalnia, a zdradliwa wrażliwość własnego ciała przypomina o sobie w sposób, którego nie potrafiła kontrolować. Zacisnęła delikatnie palce na brzegu obrusa, jakby ten drobny gest miał przywrócić jej panowanie nad sobą.
Nie daj mu tego zobaczyć. To była jedyna myśl, która wybrzmiała wyraźnie.
Uniosła podbródek dopiero wtedy, gdy usłyszała szuranie odsuwanego krzesła. Spojrzała na niego spokojniej, niż się czuła.
- Masz wyjątkowe wyczucie czasu - odezwała się cicho, zatrzymując na nim spojrzenie o ułamek sekundy dłużej. - Myślałam, że tym razem zniknąłeś już na dobre..
A potem się odzwał...
Przez chwilę milczała, pozwalając, by jego słowa wybrzmiały między nimi. Nie odwróciła wzroku. Przeciwnie, przyglądała mu się z uważnością, której kiedyś poświęcała całe wieczory. Dopiero teraz dostrzegała, jak bardzo brakowało jej w nim choćby cienia zakłopotania.
Westchnęła cicho.
- To zabawne... - odezwała się w końcu, niemal łagodnie. - Jeszcze przed chwilą Ethan próbował przekonać mnie, co powinnam zamówić i gdzie będzie mi najwygodniej postawić kieliszek. - Jej spojrzenie na moment opadło na blat stołu, a smukłe palce przesunęły kieliszek dokładnie tam, gdzie sama chciała go mieć. - A teraz ty pojawiasz się po miesiącu ciszy i mówisz mi, że mogę już wyjść.
Na jej twarzy pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Nie był jednak ciepły. Przypominał raczej pogodzenie się z czymś, czego od dawna nie potrafiła zmienić.
– Wygląda na to, że dzisiejszy wieczór obfituje w mężczyzn, którzy są przekonani, że wiedzą lepiej ode mnie, czego potrzebuję. - Briony odchyliła się nieznacznie na krześle, po czym, zupełnie mimochodem, uniosła wzrok ponad jego ramieniem. Przez chwilę przyglądała się sali, jakby rzeczywiście kogoś szukała. Dopiero po chwili wróciła spojrzeniem do Jayce'a.
– Czeka tu na ciebie ktoś? – zapytała, wracając do niego wzrokiem. – Czy twoja randka po prostu się spóźnia? A może po prostu zobaczyłeś mnie z kimś innym... i to wystarczyło?

Jayce Byrne

We kept mistaking unfinished for forever.

: ndz lip 19, 2026 3:15 pm
autor: Jayce Byrne
Wstyd to ostatnie, co można było mu przypisać. Sprawy bliskie ludziom, i ta charakterystyczna dla większości nieśmiałość, wniesiona w gesty, czy niepewność raz podjętych decyzji – a przy tym także ciągła potrzeba usprawiedliwiania się przed kimś – dla niego stanowiła ledwie skrzep społecznych naleciałości, którym sprawnie umykał. Szmer wątpliwości gasł w nim szybciej, niż prąd działania. Nie był lekkomyślny – przynajmniej nie zawsze – ale impulsywność, wraz z siłą temperamentu, prowadziły nim przez większość życia. Cecha ta sprawiała, że zwyczajnie nie miał czasu – ani ochoty – kłaniać się tak skromnym emocjom, jak pokora, czy powściągliwość. Być może zresztą zbyt dużo emocji tliło się w nim samym, by panować nad zapalonym lontem własnych pomysłów, i zabezpieczać każdą rozognioną w nim p o t r z e b ę. Jedną z nich dzisiaj stanowiło jej towarzystwo, czego nie bał się wyrażać choćby przez podtrzymany z nią kontakt wzrokowy.
Był wyjątkowo głodny jej obecności, być może za sprawą długiego „postu”, który sam sobie narzucił... a może chodziło bardziej o to, by nie dopuścić do niej kogoś tak banalnego jak Ethan? Efekt był ten sam: potrzebował jej (dziś wieczór).
Przyglądał jej się spokojnie, ale również intensywnie, jakby chciał ją zawstydzić, choć wiedział, że prawdopodobnie jest to niemożliwe. Jasne tęczówki Jayce'a chwyciły w swą obręcz jej łagodną twarz, w tym także dziewczęce rysy szczęki, które przez subtelne krawędzie zdawały się dodawać jej młodzieńczej aury. Gdyby jej nie znał, prawdopodobnie nie dałby jej więcej niż 20 lat. Wyglądała świeżo, i jedynie dojrzały wybór sukienki, nieco zbyt poważnej jak na nastolatkę, stawał się podpowiedzią dla jej wieku.
Ciebie też dobrze widzieć... pięknie wyglądasz — zignorował zupełnie uszczypliwy ton Briony, w zamian ją komplementując. Opierając się przedramionami o blat stołu, koncentrował się na tych aspektach spotkania, które interesowały go najbardziej: jej wyglądzie, ich wzajemnej energii, i wciąż istniejącym między nimi napięciem.
Jego uwadze nie umknęło również to, jak przesunęła kieliszek wzdłuż płaszczyzny blatu, przestawiając go prawdopodobnie w bardziej wygodne dla siebie miejsce. Sam w tym czasie podniósł szklankę z własnym drinkiem, upijając nieco jego zawartość. Pod wpływem ciepłego dotyku parę drobnym kropel ściekło wzdłuż ścianki szkła, zostawiając wilgoć na opuszkach Jayce. Chwilę później, nieświadomie, wtarł je w kosmyki włosów, z nawyku przeczesując włosy. Nawet siedząc, miał tendencję do poruszania się – wachlarz gestów, jakimi zwykle karmił otoczenie, był szeroki. Na tyle szeroki, że niektórzy mogli go uznać albo za charyzmatycznego, albo atencyjnego.
„Możesz”, słowo-klucz. Nigdy nie zmuszałem Cię do niczego... — uśmiechnął się, stosunkowo szybko odnajdując się w rozmowie, nawet wtedy, gdy ona starała się go zbić z tropu — Chyba, że wspólne noce uważasz za wymuszone... Chociaż nie tego spodziewałbym się po kimś kto... — zawiesił głos na moment, przez krótką chwilę zastanawiając się, jak daleko chce zajść wypowiedzią — Kto, tak ładnie jęczy — dokończył.
Ostatecznie wzmiankę o jękach uznał za delikatną prowokację, którą jeśli tylko Briony chciała, mogła zgasić kontrargumentem lub autoironią. Zerknął przy okazji na wibrujący w kieszeni telefon, odczytując serię kilku wiadomości.
O wilku mowa... — nawiązywał tym samym do jej pytania — Znajomi właśnie napisali, że zebrali się do domu wcześniej
Podobne słowa w obecnej sytuacji były bardzo wygodne... i bardzo nieszczere ze strony Jayce'a. Tak naprawdę bowiem z SMS'ów wyczytał, że zmienili bar na inny i że może dołączyć. Szybko napisał krótkie: „Dzięki, może innym razem”, powracając spojrzeniem do panny Hawthorne.
Czyli mam cały wieczór dla CIEBIE. — oparł się w krześle, krzyżując ręce, by z perspektywy kilkunastu dodatkowych centymetrów przygotować się na dalszą rozmowę. Nie wyglądał na zestresowanego, ale... nikt tak skutecznie nie wpływał na pracę jego serca, co Briony. Mógł panować nad uśmiechem, tonem głosu i tym, co mówił. Nie panował jednak nad naturalnymi reakcjami ciała, jak przyspieszone bicie serca, czy dreszcz emocji, przebiegający przez ciało na myśl o ich wcześniejszych nocach.

Briony Hawthorne