Now it's time to hear what the dead have to say
: pn lip 06, 2026 1:17 pm
Nie od dzisiaj było wiadomo, że Cassie miewała szalone pomysły, które niekoniecznie miały coś wspólnego z typową, ludzką logiką. Zdarzało się, że wychodziła ze strefy własnego komfortu, byleby tylko coś sprawdzić, upewnić się, że za tym kryje się znacznie więcej. Przecież podwodna jaskinia nie może być jedynie jaskinią - tam z pewnością jest jakiś piracki skarb, który ukryto dawno temu, chcąc po latach po niego wrócić. Normalnym było, że szpital psychiatryczny nie był opuszczony tylko dlatego, że go przeniesiono - pewnie popełniono tam morderstwo lub zadomowiły się tam na dobre duchy To samo tyczyło się wszelkiego rodzaju posiadłości, które z jakiegoś powodu nie miały mieć już nigdy więcej lokatorów, stojąc samotnie pośród pędzącego naprzód świata, nie zrażone czasem. Zatrzymały się we własnej epoce, żyjąc na własnych zasadach. Tych samych, które chciało się poznać.
Dzisiaj to właśnie miał być punkt zaczepienia wiolonczelistki, która korzystała z dnia wolnego. Mało kiedy miała taki cały, chyba, że aktualnie trzeba było stawić się na próbę orkiestry lub na zastępstwo w księgarni. Była zabiegana, ale nie narzekała. Uwielbiała, kiedy wokół niej działo się naprawdę dużo. Potrafiła być chaotyczna i chaosu tego niemal łaknęła, odnajdując się w spokoju tylko, jeśli pozwalała smyczkowi ocierać się pieszczotliwie o struny ukochanego instrumentu lub zatracając się w rysunku, który powoli nabierał kształtów w szkicowniku.
Chcąc wykorzystać dobrą pogodę, oraz kilka wolnych chwil mających natchnąć ją do wykreowania artystycznego dzieła, Wildbird postanowiła wybrać się na wycieczkę. Musiała znaleźć tylko odpowiedni punkt zaczepienia, czerpiąc z wyjazdy jak najwięcej.
O nawiedzonym szpitalu przeczytała przypadkiem. Gdzieś wyskoczyła jej informacja, a później poleciało samo - szukanie, grzebanie, sprawdzanie. Zamknięto go dość dawno, nawet bardzo. Podobno w nim straszyło. Jasne, że trzeba było to sprawdzić. Toż to kolejna tajemnica do rozwiązania, a one aż prosiły się o to, by człowiek się w nich zatracił, dążąc do rozwiązania. Zresztą kto wie! Może w końcu uda jej się zobaczyć jakiegoś ducha, bo chociaż zjawiska paranormalne lubiła, tak nie miała tej przyjemności, żeby stanąć twarzą w twarz ze zjawą z zaświatów. Zapewne jej przyjaciele powiedzieliby, że jest nienormalna, bo ostatecznie nikt się nie pchał tam, gdzie straszyć mogło. Kim jednak by była, gdyby sama z siebie nie postanowiła przezwyciężyć własnych słabości, co? Upartość miała we krwi, dumnie broniąc pod tym względem honoru rudowłosych.
Nie była pewna, co podkusiło ją do napisania do Danny’ego, ale irracjonalnie wydał jej się kompanem idealnym. Albert był zajęty, Clementine podobnie, a Benjamin, cóż, z nim to nie duchów szło się szukać, a półnagich nimf, które można było podziwiać.
Spakowała do plecaka latarkę, linę (lepiej nie pytać), scyzoryk, który znalazła w jednym z pudełek, igłę z nitką (też nie wiadomo po co), lusterko i kilka opakowań żelków.
Dumna z siebie wyszła przed dom, czekając na chłopaka. Niech tylko nie myśli o tym, żeby się spóźniać, bo nie dostanie jedzenia.
Danielis Stones
Dzisiaj to właśnie miał być punkt zaczepienia wiolonczelistki, która korzystała z dnia wolnego. Mało kiedy miała taki cały, chyba, że aktualnie trzeba było stawić się na próbę orkiestry lub na zastępstwo w księgarni. Była zabiegana, ale nie narzekała. Uwielbiała, kiedy wokół niej działo się naprawdę dużo. Potrafiła być chaotyczna i chaosu tego niemal łaknęła, odnajdując się w spokoju tylko, jeśli pozwalała smyczkowi ocierać się pieszczotliwie o struny ukochanego instrumentu lub zatracając się w rysunku, który powoli nabierał kształtów w szkicowniku.
Chcąc wykorzystać dobrą pogodę, oraz kilka wolnych chwil mających natchnąć ją do wykreowania artystycznego dzieła, Wildbird postanowiła wybrać się na wycieczkę. Musiała znaleźć tylko odpowiedni punkt zaczepienia, czerpiąc z wyjazdy jak najwięcej.
O nawiedzonym szpitalu przeczytała przypadkiem. Gdzieś wyskoczyła jej informacja, a później poleciało samo - szukanie, grzebanie, sprawdzanie. Zamknięto go dość dawno, nawet bardzo. Podobno w nim straszyło. Jasne, że trzeba było to sprawdzić. Toż to kolejna tajemnica do rozwiązania, a one aż prosiły się o to, by człowiek się w nich zatracił, dążąc do rozwiązania. Zresztą kto wie! Może w końcu uda jej się zobaczyć jakiegoś ducha, bo chociaż zjawiska paranormalne lubiła, tak nie miała tej przyjemności, żeby stanąć twarzą w twarz ze zjawą z zaświatów. Zapewne jej przyjaciele powiedzieliby, że jest nienormalna, bo ostatecznie nikt się nie pchał tam, gdzie straszyć mogło. Kim jednak by była, gdyby sama z siebie nie postanowiła przezwyciężyć własnych słabości, co? Upartość miała we krwi, dumnie broniąc pod tym względem honoru rudowłosych.
Nie była pewna, co podkusiło ją do napisania do Danny’ego, ale irracjonalnie wydał jej się kompanem idealnym. Albert był zajęty, Clementine podobnie, a Benjamin, cóż, z nim to nie duchów szło się szukać, a półnagich nimf, które można było podziwiać.
Spakowała do plecaka latarkę, linę (lepiej nie pytać), scyzoryk, który znalazła w jednym z pudełek, igłę z nitką (też nie wiadomo po co), lusterko i kilka opakowań żelków.
Dumna z siebie wyszła przed dom, czekając na chłopaka. Niech tylko nie myśli o tym, żeby się spóźniać, bo nie dostanie jedzenia.
Danielis Stones