Does she just like me for the things I do?
: pn lip 06, 2026 11:42 pm
Russell nie należał do ludzi, którzy narzekali na swoją pracę. Bywały dni łatwiejsze i takie, po których człowiek marzył wyłącznie o tym, żeby usiąść w ciszy i przez kilka godzin nie słyszeć absolutnie niczego. Dzisiejsza zmiana zdecydowanie należała do tej drugiej kategorii.
Dwanaście godzin minęło zaskakująco szybko, choć każda kolejna interwencja skutecznie odbierała resztki energii. Jeszcze przed południem wyjazd do kolizji na obwodnicy, chwilę później pomoc starszemu mężczyźnie, który zasłabł podczas pracy w ogrodzie. Po południu alarm dotyczący zadymienia w jednym z bloków, który na szczęście okazał się przypaloną kolacją, ale zanim mieszkańcy wrócili do swoich mieszkań, minęło dobre kilkadziesiąt minut. Później przyszło jeszcze zgłoszenie o wypadku rowerzysty. Nic spektakularnego, nic, co trafiłoby do wiadomości wieczornych, a mimo wszystko pod koniec zmiany czuł znajome zmęczenie osiadające na barkach jak mokry, ciężki płaszcz. Koledzy proponowali wspólne piwo, ale tym razem odmówił. Nie miał dziś ochoty na gwar pubu ani rozmowy o tym, ile jeszcze podobnych dyżurów przed nimi. Potrzebował czegoś znacznie prostszego. Świętego spokoju. Dlatego zamiast od razu wrócić do mieszkania, skręcił w stronę parku. Wieczór był zaskakująco ciepły. Wsunął dłonie do kieszeni cienkiej kurtki i zwolnił krok, pozwalając sobie po raz pierwszy od rana naprawdę odetchnąć. Lubił takie chwile. Bez syren, krótkofalówek i odliczania minut do kolejnego zgłoszenia. Jedynie miarowy szelest liści, odległy śmiech dzieci z placu zabaw i stukot własnych butów o brukowaną ścieżkę. Powoli czuł, jak napięcie opuszcza mięśnie karku. Nawet ból w ramionach stawał się mniej dokuczliwy.
Minął staw i miał już kierować się w stronę wyjścia z parku, kiedy kątem oka zauważył ruch przy jednej z drewnianych ławek. Początkowo nie zwrócił na to większej uwagi. Dopiero po kilku krokach coś nie dawało mu spokoju. Odwrócił głowę. Brunetka siedziała pochylona nad własną dłonią, a wokół niej leżało kilka zgniecionych chusteczek, które z każdą kolejną sekundą coraz bardziej nasiąkały czerwienią. Wyglądało na to, że desperacko próbowała zatamować krwawienie, ale średnio jej to wychodziło. Nawet po zakończonej zmianie zawodowe nawyki najwyraźniej nie zamierzały brać wolnego.
Zmienił kierunek i spokojnym krokiem podszedł do ławki, zatrzymując się w niewielkiej odległości, żeby jej nie wystraszyć. — Hej, wszystko w porządku? — zapytał spokojnym głosem, zerkając najpierw na jej twarz, a dopiero potem na zakrwawione chusteczki. To zdecydowanie nie wyglądało na zwykłe krwawienie. To musiało być czymś poważniejszym.
Inez Wilkinson