airport buddies
: wt lip 07, 2026 8:23 pm
- Reid, upewnij się, że załatwimy naszej kolekcji miejsce na pokazie w Cannes, do cholery! - rzucił zdenerwowany ojciec, który zamiast po imieniu, zwracał się do Calluma po nazwisku. Pieprzony staruch. Tak wielkie miał mniemanie o sobie, że nawet własnego syna nie potrafił nazwać jak należało. Jakby Callum nie był człowiekiem... tylko kolejnym trybikiem w tej chorej, modowej machinie, która od lat kręciła się dokładnie tak, jak chciał jego ojciec. - czego ty ode mnie chcesz, człowieku? Nie wiem, czemu odwołali te cholerne loty! - wyrzucił z siebie zirytowany, po czym rozłączył się, zanim zdążył usłyszeć kolejną pretensję. Stanął naprzeciwko tablic odlotów, na których czerwone komunikaty tylko potwierdzały, że faktycznie coś dzisiaj poszło w diabły. Większość lotów została tak po prostu, z dupy, wykreślona z planu...
No ale nic.
Wzruszył tylko ramionami i zerknął na godzinę. Miał być na miejscu za jakieś szesnaście godzin. Jeżeli tak dalej pójdzie, to będzie błagał sponsorów przez kamerkę, żeby jednak rozważyli kolekcję zaprojektowaną przez jego ojca. Bo co jak co, człowiekiem był chujowym, ale gust modowy miał. Tego Callum nie mógł mu odmówić, chociaż czasami naprawdę bardzo by chciał. Przejechał dłonią po twarzy i skierował się w stronę baru. Skoro wszechświat postanowił zatrzymać go na lotnisku, to przynajmniej mógł zrobić to w towarzystwie alkoholu. Rozsiadł się wygodnie przy ladzie i zamówił whisky. Bez lodu. Potem wyciągnął laptopa i zaczął przeglądać najbliższe możliwe połączenia, by mimo wszystko wyrobić się na czas. Oczywiście wszystko było albo w pełni zarezerwowane, albo odwołane.
Może to był jakiś znak od niebios, że powinien w końcu odejść z firmy ojca i założyć coś swojego? Może powinien nakłonić Charlesa, swojego najlepszego przyjaciela, żeby zrobili to razem. Żeby dać mu do zrozumienia, że byli czymś więcej niż tylko owocami nasienia swoich starych, jakkolwiek obrzydliwie by to nie brzmiało. A może to było po prostu kolejne przypomnienie, że do niczego się nie nadawał. Nie miał na siebie żadnego planu. Był zagubiony. Chciałby któregoś dnia obudzić się, spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie fuck it, I made it. Tylko że na razie był dwudziestoletnim gówniarzem, który ledwo zaznał życia.
Czego on tak naprawdę chciał?
No właśnie.
Popijając alkohol, zerknął na dziewczynę, która usiadła obok niego. Oliwkowa cera, długie ciemne włosy i oczy jak węgielki od razu przykuły jego uwagę. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, ale nie po to, żeby oceniać krągłości. Bardziej zainteresowało go to, co miała na sobie. Chyba pewne zboczenia zostawały w człowieku, kiedy od dziecka siedziało się w takim rodzinnym biznesie. Callum wiedział, że był przystojny. Nie udawał fałszywej skromności i nie wstydził się pewności siebie. Oparł więc ramię o ladę, odwrócił się lekko w jej stronę i posłał jej szarmancki uśmiech,- Gdybyś mogła wybrać jedno miejsce na ziemi i nie byłoby to to, do którego miałaś polecieć… co by to było? - zapytał, unosząc brew. No co? Był ciekawy.
stranger