Strona 1 z 4

wherever you go, i go there too

: wt lip 07, 2026 10:41 pm
autor: Rhys Madden
and late at night when we lay our heads
we build this life gold brick by brick
Ostatnie dni zlały się w jeden ciąg wydarzeń bez początku i końca, w których nie potrafił określić co wydarzyło się w jakiej kolejności.
Wiedział, że w pewnym momencie karcące spojrzenia pielęgniarek przekształciły się w werbalne błagania, które wygoniły go ze szpitala zmuszając do powrotu do mieszkania, zmycia resztek krwi i odświeżenia na tyle, na ile było to w ogóle możliwe. W innym wrócił do niego z kubkami kawy i śniadaniem, które akceptowała, wciskając się pomiędzy pochód kolegów i koleżanek z pracy, odwiedzających ją na zmianę. W kolejnym zaś zawiózł samochód do myjni, choć na czarnej tapicerce ślady szkarłatu niemal dały się zignorować i wbrew jej słowom, wcale nie zahaczyła palcami o sufit.
W następnym spoglądając na rząd kwiatów zostawionych na parapecie jej sali gdy spała, odnalazł podrzucony tam bukiet, z którego wystawało parę chryzantem. Korzystając z jej chwilowej nieprzytomności i starając się zdusić budzącą się w nim wściekłość, wyrzucił podpisany przez Collinsa podarunek wraz z tandetną karteczką wracaj do zdrowia, mający na celu wyłącznie wyprowadzić ją z równowagi.
Gdy w r e s z c i e otwierał jej drzwi swojego samochodu parę dni później, świat był skąpany w blasku popołudniowego słońca.
Na jej miejscu nie potrafiłby wysiedzieć, protestowałby, natychmiast pragnął wrócić do pracy - a jednak wciąż w tej hodowanej pieczołowicie naiwności liczył na to, że uda mu się utrzymać ją we względnym spokoju, przynajmniej jeszcze na parę dni.
I ta naiwność zadrżała, gdy docierając do drzwi jej mieszkania, dostrzegł wsuniętą pod jej wycieraczkę teczkę, w której rozpoznał oznaczenia ich własnego komisariatu.
- Nie potrafią dać ci spokoju ani na moment - rzucił ostrożnie, choć gdy pochylił się, wysuwając ją spod dywanika, jego wzrok przemknął po pliku akt z podejrzliwością. Był przekonany, że mogą to być kolejne niespodzianki zostawione im przez Collinsa i tylko gdy dostrzegł brak zaskoczenia na twarzy Margo, wręczył jej teczkę gdy otwierała drzwi.
- Nie wiem, czy powinnaś się tak wysilać - mruknął, pół żartem, pół serio, gdy wkroczyli do wnętrza jej mieszkania i sięgnęła do połów kurtki, którą natychmiast zaoferował, że zdejmie. Gdy tylko opuścili szpitalne progi atmosfera stała się nieco lżejsza ale dopiero teraz, gdy znaleźli się w d o m u, fakt tego, że opuściła tamtą salę stał się rzeczywisty. - Zamówiłem ludzkie jedzenie, od którego mogłaś już odwyknąć - dodał, odwieszając jej kurtkę na haczyk, choć jego zainteresowanie sprawdzaniem statusu zamówienia zniknęło gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły.
Zatrzymało się na n i e j.
Wciąż czuł w powietrzu szpitalny zapach, który zabrali ze sobą gdy zbliżył się, owijając ramieniem jej talię na tyle ostrożnie, na ile był w stanie. Dziki instynkt zaszyty w jego podświadomości pragnął zaciągnąć ją prosto pod prysznic, zedrzeć z niej smród antyseptyków, sprawić, by wspomnienie ostatnich dni zniknęło razem z mydlaną wodą.
- Na co masz ochotę? - mruknął, pochylając się do jej skroni, zostawiając na niej krótki pocałunek, jakby on miał dać ujście tęsknocie, która rozdzierała go odkąd weszła do swojego auta i ruszyła przed siebie. - Co robią ludzie postrzeleni? - dodał zawadiacko, jakby samemu nigdy wcześniej tego nie doświadczył.
Bo może nie powinna wiedzieć, jak on w tamtym czasie spędzał czas - ignorując zalecenia lekarzy i rzucając się w wir pracy.

margo mercer

wherever you go, i go there too

: śr lip 08, 2026 9:15 am
autor: margo mercer
Pragnęła wyjść ze szpitala właściwie od chwili, w której lekarze zaczęli stopniowo zmniejszać dawki leków przeciwbólowych. Kiedy przestały otumaniać jej umysł na tyle, by przesypiała większą część dnia, każda kolejna godzina spędzona pomiędzy sterylnymi ścianami stawała się udręką. Nienawidziła tego miejsca, zapachu, ciszy przerywanej wyłącznie pikaniem aparatury. Tego, że nie mogła zrobić absolutnie nic. Że to inni decydowali, kiedy mogła wstać, kiedy powinna odpocząć i ile kroków wolno jej było zrobić. Nigdy nie potrafiła funkcjonować pod czyjąś kontrolą, a już na pewno nie wtedy, gdy sama tej kontroli nie posiadała.
Po kilku dniach nawet sen przestał być jej sprzymierzeńcem. Pierwsze noce przesypiała niemal bez przerwy, wycieńczona operacją, bólem i lekami, później jednak organizm przestał domagać się odpoczynku. Leżała z szeroko otwartymi oczami, wsłuchując się w kroki pielęgniarek na korytarzu, skrzypienie wózków, w przytłumione rozmowy dochodzące zza ścian. Bezsenność była znacznie gorsza od bólu, bo pozostawiała ją sam na sam z własnymi myślami.
A ona nie potrafiła przestać myśleć o Collinsie, Carbonie, ludziach zamkniętych w kontenerze. Choć Rhys skrzętnie ukrył przed nią fakt, że jeden z bukietów stojących w sali przysłał właśnie Collins i bez tego jego obecność nie opuszczała jej ani na moment. Wystarczyło zamknąć oczy, by znowu zobaczyć jego twarz i usłyszeć tamte słowa wypowiedziane tuż przy jej uchu.
Musiała czymś zająć umysł, bo inaczej naprawdę by zwariowała.
Pierwszego dnia wydawało jej się, że odpuściła, że postrzał, ból i świadomość, jak niewiele brakowało, by wszystko się skończyło, skutecznie odebrały jej siłę do dalszej walki. Z każdym kolejnym wracała do tego samego wniosku - Sergio Carbone musiał mieć słaby punkt. Musiał istnieć ktoś, kto potrafił go pogrążyć, coś czego jeszcze nie dostrzegli.
Dlatego zadzwoniła do Evansa, prosząc go o jedną przysługę. Chciała dokumentację ludzi, których nazwiska przewijały się gdzieś na obrzeżach śledztw. Takich, których ścieżki przecinały się z innymi grupami przestępczymi, z przemytem, handlem ludźmi i praniem pieniędzy.
Szukała c z e g o k o l w i e k. Jednego nazwiska, które mogłoby pociągnąć za sobą całą lawinę i paradoksalnie właśnie to pomagało jej przetrwać zamknięcie. Dawało złudzenie, że nadal coś robiła i nie była jedynie pacjentką czekającą na wypis.
Dlatego ulga, którą poczuła w dniu wyjścia ze szpitala była niemal namacalna. Nawet perspektywa kolejnych kilku dni spędzonych zamkniętą w mieszkaniu wydawała się lepsza od dalszego leżenia na szpitalnym łóżku. Kiedy zatrzymali się pod mieszkaniem i dostrzegła teczkę wsuniętą pod wycieraczkę, wiedziała od razu czym była. - A co nazywasz wysiłkiem? - zapytała, odbierając od niego dokumenty. Nie powiedziała mu ani słowa o tym, że już od kilku dni prowadziła własne poszukiwania. Wiedziała, że oszalałby ze złości. Zrobiłby w s z y s t k o, żeby odsunąć ją od Ventresci choćby na kolejny tydzień. - Ta teczka waży może kilkanaście gramów. Nie zmęczę się od jej niesienia - uśmiechnęła się z przekąsem, doskonale wiedząc, że nie o to mu chodziło. - Znacznie trudniejszym zadaniem jest znoszenie twojego ego w pobliżu.
W r ó c i ł a. W jej głosie nie było śladu kobiety, która jeszcze kilka dni wcześniej walczyła o każdy oddech. Znowu wróciła - uparta, złośliwa i przekonana, że zawsze musi postawić na swoim.
Odrzuciła akta niedbale na komodę, uznając je za chwilowo za nieistotne. Mogły poczekać, wszystko mogło poczekać, skoro wreszcie byli s a m i. - Nie wiem. Jestem niedoświadczona - mruknęła, oplatając ramionami jego szyję. Skrzywiła się lekko, bo gwałtowniejszy ruch przypomniał jej o gojącej się ranie, ale nawet to nie zmusiło jej do odsunięcia się. - Wydaje mi się, że kobiety oczekują od swojego faceta czegoś więcej niż tego marnego pocałunku w c z o ł o - westchnęła teatralnie, nie odrywając spojrzenia od jego ust.
- W ten sposób witał się ze mną Evans podczas odwiedzin - uniosła brew z niewinną prowokacją. - Naprawdę nie stać cię na nic więcej?

Rhys Madden

wherever you go, i go there too

: śr lip 08, 2026 12:32 pm
autor: Rhys Madden
W r ó c i ł a.
Jego wrodzony pesymista nie był w stanie w to uwierzyć póki drzwi nie zamknęły się za nimi z cichym stukotem. Póki nie znalazła się tutaj, w bezpiecznych i znajomych czterech ścianach jej własnego mieszkania, jakby do samego końca coś mogło pójść nie tak. Jakby Carbone miał przypomnieć sobie o ich istnieniu, krążący po ulicach miasta Moretti złożyć im wizytę bądź przechwycić w trakcie powrotu do domu.
Nic z tych rzeczy się nie stała, a jednak to wszystko i tak wydawało mu się nierealistyczne. Pozorny spokój w jego głosie czy gestach maskował zaszyty strach o to, że coś, mimo wszystko, mu ją o d b i e r z e.
- Słyszę, że twoje ego ma się za to bardzo dobrze - prychnął, po raz pierwszy od samego początku ich znajomości ciesząc się z tej złośliwości, która wróciła do niej tak naturalnie, jakby nigdy nie zniknęła. - Już się bałem, że szpital mógł cię naprawić.
Sprzeczność była domeną ich relacji.
W tym momencie objawiła się w tej desperackiej potrzebie bliskości, która zostawiła w jego mięśniach napięcie gdy kobieta odwróciła się, unosząc ku niemu swoje ramiona - po to, by zaraz zniknąć, ugaszona skrzywieniem widocznym na jej twarzy. Ten sam strach, który nieustannie przekonywał go o tym, że coś mogło pójść nie tak, pragnął teraz wsadzić ją do łóżka i przykryć kołdrą.
I ten sam strach rozmywał się w kontakcie z jej prowokacją, z gorącem jej ciała będącym na wyciągnięcie ręki.
- Evans całuje wszystkie, postrzelone koleżanki z pracy? - prychnął, z brwią mknącą w górę w reakcji na nazwisko mężczyzny, którym posługiwała się zdecydowanie zbyt często. - Czy może zrobił wyjątek dla ciebie?
W r ó c i ł a.
Jego dłonie ześlizgnęły się w dół, odrywając od jej ciała na wysokości schowanego pod materiałem opatrunku po to, by zaraz do niego wrócić. Zatrzymały się na jej biodrach, palce wpiły w materiał spodni gdy przyciągnął ją bliżej, nieco zbyt mocno, zbyt porywczo w porównaniu do tego, w jaki sposób to zaplanował.
- Nie stać mnie - mruknął, wbrew temu pochylając głowę niżej, na tyle, że ich czoła zetknęły się ze sobą, usta znalazły w marginalnej odległości od siebie. - Bo nie mam pojęcia, czy potrafiłbym się zatrzymać.
Żadne z nich nie należało do osób rozsądnych, jednak on był pieprzonym ekspertem we wmawianiu sobie, że w jej kwestii kiedykolwiek potrafił to zrobić i jakby na potwierdzenie tego, jego dłonie, zamiast odsunąć się, zamiast pozostać w tym jednym miejscu, przyciągnęły ją bliżej, szukając punktu styku.
- Lekarz kazał ci odpoczywać - prychnął, czując jej ciało na własnym i w przebłysku trzeźwości unosząc głowę, zwiększając dystans dzielący go od jej ust, niekonsekwentnie utrzymując ten, który dzielił go od jej bioder. - Nie prowokuj mnie.

margo mercer

wherever you go, i go there too

: śr lip 08, 2026 1:09 pm
autor: margo mercer
Z n o w u był tak naiwny, by wierzyć, że pozwoli mu trzymać się od siebie z daleka?
Mieli za sobą piekielnie trudny czas. Wiedziała również, że ten malujący się przed nimi wcale nie miał być łatwiejszy do przejścia. Teraz istniała tylko ta jedna chwila, utrzymująca ich z dala od ponurej rzeczywistości, która prędzej czy później i tak miała się o nich upomnieć.
Każdy z takich momentów był dla niej najważniejszy. Każdy chciała wykorzystać do samego końca, w każdym zamierzała być blisko. Całować go, przytulać i nie wypuszczać z ramion. Pozwalać mu się dotykać i kochać, a jeśli on z jakiegoś powodu nie zamierzał tego robić - ona zamierzała go do tego z m u s i ć.
- Nie wydaje mi się - pokręciła głową z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. - Zdaje się, że zawsze byłam dla niego wyjątkowa. Dlaczego miałoby się to zmienić? - była s t ę s k n i o n a. Pragnęła każdej pojedynczej emocji, którą odebrali sobie nawzajem na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni. Tęskniła za ich sprzeczkami, za tym niekończącym się przeciąganiem liny, które jakimś sposobem wynieśli na zupełnie inny poziom, czyniąc z niego coś co należało wyłącznie do nich. Tęskniła za jego bliskością. Tą emocjonalną, gdy mogła bez końca powtarzać mu, że go kocha, że jest dla niej najważniejszy i że pragnie, aby ich życia już na zawsze pozostały ze sobą splątane.
Tęskniła również za tą drugą. Za chwilami, w których jego usta odnajdywały jej własne, wyznaczając drogę od pocałunku do pocałunku. Za jego dłońmi zaciskającymi się na jej biodrach, przyciągającymi ją do siebie z tą charakterystyczną stanowczością, której nigdy nie potrafiła się oprzeć. Za spojrzeniami pełnymi pożądania, głodnymi i niecierpliwymi, od których miękły jej kolana zanim jeszcze zdążył zrobić cokolwiek więcej.
Tęskniła za wieczorami spędzanymi razem. Za nocami ciągnącymi się aż do pierwszych promieni słońca, kiedy wreszcie zmęczeni zasypiali wtuleni w siebie.
Chciała tego w s z y s t k i e g o.
Dlatego kiedy on robił krok w tył, ona robiła krok do przodu. Gdy odsunął się od niej odrobinę, wspięła się na palce, owiewając ciepłym oddechem wrażliwe miejsce tuż za jego uchem. - Nie prowokuję - zaprzeczyła cicho, muskając to samo miejsce krótkim pocałunkiem. - Widziałam twoje blizny. Na pewno potrafisz szyć - bez najmniejszego skrępowania wsunęła dłonie pod materiał jego koszulki, opuszkami palców, a później paznokciami, sunąc powoli po skórze jego pleców.
- Jeśli trochę przesadzimy... - ponownie wspięła się na palce i jeszcze raz odnalazła jego usta, doskonale wiedząc jak cienka była granica jego cierpliwości. - ...weźmiesz igłę i wszystko naprawisz - wycofała się dopiero wtedy. Powoli, ani na moment nie odrywając od niego spojrzenia. Zrobiła kilka kroków w stronę łazienki, pozwalając, by prowokacyjny uśmiech jeszcze przez chwilę błąkał się po jej twarzy. Po drodze zaczęła niedbale pozbywać się kolejnych ubrań, drocząc się z nim.
Doskonale wiedziała, że jeśli chciał zachować między nimi jakikolwiek dystans właśnie bardzo skutecznie mu to utrudniała.

Rhys Madden

wherever you go, i go there too

: śr lip 08, 2026 3:32 pm
autor: Rhys Madden
Rozłąka nie potrafiła pomieścić wszystkiego, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich dni.
Mieli wiele okresów, w których jedno musiało trzymać się od drugiego z dala - może wręcz z b y t wiele jak na relację o zaledwie paromiesięcznym stażu. Pod wieloma względami ten tydzień był lepszy od pozostałych, ponieważ wciąż byli obok siebie, choć w szpitalnej sali. Madden nie miotał się po własnym mieszkaniu samotnie, podczas gdy ona szukała oddechu po drugiej stronie kraju, udając odwiedziny u poszkodowanego brata.
Ale równie dobrze mógłby.
Gdzieś w tej nieskończonej studni poczucia winy wywołanego jej postrzeleniem, jego kłamstwami, szpital skutecznie tworzył między nimi barierę. Nie chciał widzieć cierpienia na jej twarzy wtedy, gdy się poprawiała, gdy siadała wyżej by zjeść i gdy usiłowała szturchnąć go w rozmowie, nieopatrznie podnosząc nie tę rękę, którą mogła podnieść. W tej bliskości, której pragnął, jednocześnie powstrzymywało go nieustannie śledzenie jej mimiki, upewnianie się, że była nieinwazyjna. Chwycenie dłoni, ułożenie się na krawędzi łóżka, delikatne owinięcie jej swoim ramieniem.
I choć spędzali ze sobą każdy dzień, ogień w jego trzewiach wrzał coraz mocniej.
Jego dłonie zacisnęły się mocniej na materiale spodni gdy poczuł kobiecy oddech na swojej szyi, zastąpiony chwilę później muśnięciem ust. Każde jej słowo, każdy gest był pieprzoną prowokacją, z której ona czerpała ogromną satysfakcję - a która doprowadzała go do szewskiej pasji zarazem. I znów, gdy tylko zapragnął jej odpowiedzieć, ona wyślizgnęła się z jego uścisku i wyminęła go, ruszając w stronę łazienki.
- Zaszyć powinno ci się przede wszystkim usta - wycedził, nawet nie rozważając jej absurdalnego pomysłu. Odwrócił się, odprowadzając ją spojrzeniem w płonnej nadziei na to, że mimo wszystko zamierzała wziąć lekarskie zalecenia pod uwagę.
Choć gdzieś w głębi ducha pragnął, by wyrzuciła je przez okno tak samo, jak w chwili przejścia przez próg zrobił to on.
W tej upartości tkwił przez chwilę w miejscu - czy ten sposób nie był najprostszy na pozbawienie jej kontroli nad sytuacją? Wystarczyło przecież nie dać się sprowokować i właśnie to z powodzeniem robił, przez długie parę sekund tkwiąc w miejscu podczas gdy jego wzrok pożerał oddalającą się sylwetkę. Sunął za jej palcami, chwytającymi materiał odzieży, patrzył, jak kolejne jej warstwy odsłaniały jej gładkie, jędrne ciało.
Jego nogi poderwały się z miejsca w kompletnym oddaleniu od umysłu, chwytającego ostatnich strzępów racjonalnego myślenia. Nie spostrzegł też, gdzie wylądowała jego kurtka - wcześniej wciąż tkwiąca na ramionach, w całkowitym przeniesieniu swojej uwagi na kobietę.
- Margo - warknął ostrzegawczo, nagle znajdując się obok, gdy jej dłoń sięgnęła do klamki drzwi prowadzących do łazienki. Męska dłoń wystrzeliła do przodu, zatrzymując skrzydło drzwi nim zdążyła je uchylić i wślizgnąć się do środka. Ostrzeżenie, które wymknęło się z jego ust znów stanęło w sprzeczności ze zdradzającym go ciałem, stającym za jej plecami, zbyt blisko, by mogła ze swobodą się odwrócić. Jego oddech musnął nagą skórę na kobiecym karku. - Tkwiłaś w tym szpitalu tyle, pieprzonych dni, że przestaję pamiętać jak się zachowuje rozsądny człowiek.

margo mercer

wherever you go, i go there too

: śr lip 08, 2026 7:34 pm
autor: margo mercer
Powrót do normalności był pieprzonym zbawieniem.
W szpitalu nawet jej zdrowie psychiczne zdawało się kuleć, pomimo towarzystwa, które zapewniał jej Rhys i czasu, który próbowała wypełniać papierkową pracą. Sam fakt bycia zależną od innych, przykutej do łóżka w miejscu, które nie miało w sobie nawet namiastki domu, sprawiał, że czuła się ź l e. Fizycznie z każdym dniem dochodziła do siebie, ale psychicznie gasła coraz bardziej.
Pierwszy naprawdę głęboki oddech wzięła dopiero tutaj, w swoim miejscu. Tutaj poczuła, że wszystkie elementy układanki rozsypanej w chwili, gdy Collins pociągnął za spust, powoli zaczynały wracać na swoje miejsce. Nadal byli razem, nadal dzielili między sobą każdą wolną chwilę, tak jak wcześniej. A jednak miała wrażenie, że zmieniło się wszystko. Czuła energię wracającą do ciała, nie odczuwała bólu przy każdym ruchu, nie męczyło jej przejście kilku kroków jak jeszcze kilka dni temu na szpitalnym korytarzu.
Szła spokojnie w stronę łazienki, niedbale zrzucając z siebie części garderoby. Bez zawahania uniosła n i e tę rękę, przeciągnęła koszulkę przez głowę i nie zastanawiała się, czy ruch nie okaże się zbyt gwałtowny. W szpitalu pomagał jej przy każdej podobnej czynności. W domu robiła to sama - nie potknęła się o zsuwające się do kostek dresowe spodnie, nie zachwiała równowagi, nie musiała łapać się ściany. Czuła się d o b r z e.
Fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Komfort rozgościł się w niej na nowo, a powrót do ich codzienności przyszedł z zadziwiającą łatwością. Jakby wystarczyło przekroczyć próg mieszkania, by wszystko, co wydarzyło się wcześniej przestało mieć znaczenie. Jakby ich świat, choć połatany i daleki od ideału, wciąż potrafił odnaleźć właściwy rytm.
- Rhys - przekrzywiła lekko głowę, stojąc przed nim niemal n a g a, kiedy zagrodził jej drogę. Nie mogła wejść do łazienki ani wyminąć go i zniknąć w sypialni. Jej usta wygięły się w powolnym uśmiechu, gdy poczuła jego obecność tuż za sobą. Minęło kilka, a może kilkanaście długich sekund zanim odwróciła się do niego twarzą. Oparła plecy o chłodne drzwi łazienki, zupełnie nieświadomie wypinając klatkę piersiową do przodu.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - pokręciła głową z niewinną miną. - Chciałam tylko wziąć kąpiel - uparcie nie spuszczała wzroku niżej, nie chciała patrzeć na bliznę, która od tej pory miała już zawsze przypominać jej o tamtym dniu. Zamiast tego, z charakterystycznym błyskiem w oku - tym samym, za którym podobno tak bardzo tęsknił, patrzyła prosto w jego zielone tęczówki. Powoli przesunęła dłonią po własnym boku, sunąc opuszkami palców niżej, aż zahaczyły o cienką gumkę bielizny - jedyny skrawek materiału, który wciąż oddzielał ją od jego spojrzenia.
- Czy rozsądny człowiek nie powinien przede wszystkim dbać o komfort ukochanej osoby? - zapytała, wcale nie próbując ukrywać prowokacji ozdabiającej jej głos. - Spełniać jej zachcianek? - wymieniała. - Być na k a ż d e zawołanie?

Rhys Madden

wherever you go, i go there too

: czw lip 09, 2026 12:13 am
autor: Rhys Madden
Tydzień równie dobrze mógł być wiecznością.
Tam, gdzie jej zdrowie psychiczne kulało w czterech ścianach szpitala, tam jego własne mury obronne wznosiły się coraz wyżej, zaś myśli umykały na każdą stronę. W przeszłość, naznaczoną nagłym hukiem wystrzału w zamkniętym, starym magazynie. Teraźniejszość, z Morettim grasującym po ulicach, potencjalnie oddelegowanym do zerwania tych luźnych wątków, które sobą reprezentowali. Przyszłość, mającą zakończyć się nieuniknionym rozlewem krwi po każdej ze stron.
Od zawsze miał do tego łatwość - do ciągłego mielenia problemów, które mieli przed sobą i poszukiwania rozwiązań. Do tkwienia w ciszy, w ostoi własnego umysłu, w której kontemplował wszystkie opcje i walczył z poczuciem winy. Ciszy, z której zawsze go wyciągała, swoim nieznośnym uporem, szerokim uśmiechem i impulsywnością, której żadne z nich nie było w stanie przewidzieć.
I choć opuścili szpital godzinę temu, dopiero teraz poczuł, jak on sam opuszcza skorupę, która wyrosła wokół niego przez ostatnie dni. Zmiana była subtelna, z początku nierozpoznawalna gdy szli jej klatką schodową, by teraz uderzyła go z całą swoją mocą.
Ponieważ właśnie t a k wyglądało ich życie gdy do niego wracali. Nie było ciągłym widmem zemsty unoszącym się nad ich głowami, ani trudnymi wspomnieniami, w których którekolwiek się zamykało.
Było jej śmiechem, bezczelnym i złośliwym, który powinien działać mu na nerwy a zamiast tego topił lodowaty mur, którym zdążył obudować to, co zostało z jego serca.
- Prysznic, żadnych kąpieli - wyrecytował w odpowiedzi, walcząc z potrzebą przesunięcia dłonią wzdłuż jej nagiego ciała i przyciśnięcia jej do zamkniętych drzwi łazienki, jeszcze gdy zwrócona była ku niemu plecami. - Do czasu zagojenia się rany.
Nie spostrzegł, kiedy obie jego dłonie znalazły się oparte o drzwi łazienki. Wiedział tylko, że gdy obracała się w miejscu by zwrócić w jego kierunku, kobiece włosy musnęły jego skórę sprawiając, że od tego błahego gestu jego ciało zesztywniało.
- Żadnego dźwigania - westchnął, każde słowo wypowiadane z coraz większym trudem gdy jego wzrok przesunął się po półnagim ciele, którego n i e powinna prezentować, bo powinna o d p o c z y w a ć. - Żadnych gwałtownych ruchów. - przysunął się, wbrew logice sobie, wbrew wszystkim recytowanym przez niego zaleceniom lekarza, wsuwając kolano między jej nogi by je rozsunąć, by znaleźć się bliżej. - I absolutny zakaz wysiłku fizycznego.
Nigdy nie potrafił się jej oprzeć.
Nie potrafił tego zrobić na samym początku, gdy oferowała mu wyłącznie swoją wściekłość i nienawistne słowa - tym bardziej nie potrafił zrobić tego teraz, gdy widział ten bezczelny uśmiech na jej twarzy, którego tak cholernie mu brakowało. Uśmiech, który należał do tej Margo, którą znał - nie tej, która tkwiła w szpitalnym łóżku, zapadając się w sobie.
Kątem oka dostrzegał zaszytą ranę, zdobiącą jej ciało w sposób, na który z pewnością miała w przyszłości narzekać. Nie pozwolił jednak, by jego spojrzenie zatrzymało się na niej w tej pożądliwej podróży od jednego skrawka materiału do drugiego, która przeniosła się na pełne, kobiece usta. Jedna z jego dłoni oderwała się od łazienkowych drzwi, sięgnęła do jej podbródka, unosząc go w górę.
- Jakie zachcianki chciałabyś, żebym spełnił? - jego pytanie zawisło w tej wąskiej przestrzeni, w której jej oddech łączył się z jego, wypełniając powietrze drżeniem antycypacji.

margo mercer

wherever you go, i go there too

: czw lip 09, 2026 8:09 am
autor: margo mercer
Parsknęła cichym śmiechem, bo nie potrafiła traktować jego zakazów poważnie, zwłaszcza kiedy każdy kolejny wypowiadany przez niego wyraz stał w jawnej sprzeczności z tym co robił. Gdyby naprawdę zamierzał pilnować wszystkich zaleceń lekarzy, powinien stać teraz po drugiej stronie mieszkania, a nie niemal przygniatać ją do drzwi łazienki swoim ciałem, skutecznie odcinając każdą drogę ucieczki. Dlatego słuchała go z rozbawieniem, unosząc jedynie brew, jakby właśnie wygłaszał najbardziej absurdalny wykład świata.
- Prysznic? - powtórzyła z udawanym zastanowieniem. - A jeśli naleję wody tylko tyle... - uniosła dłoń i zaznaczyła niewielką wysokość gdzieś poniżej własnego brzucha. - żeby nawet nie miała szans dotknąć szwów? - wzruszyła niewinnie ramionami. Uśmiech tylko poszerzył się na jej twarzy, kiedy zaczął wyliczać następne zakazy. Żadnego dźwigania, żadnych gwałtownych ruchów, żadnego wysiłku - wszystko to podczas, gdy ona planowała wrócić do pracy w następnym tygodniu. - Nie wiedziałam, że w ciągu tygodnia zrobiłeś dyplom z medycyny - spojrzała na niego z udawanym podziwem. - Powinnam zacząć mówić do ciebie doktorze Madden? - jej brew zadarła się ku górze.
Czuła jego kolano wsunięte pomiędzy jej nogi i dłonie oparte po obu stronach jej głowy. Dokładnie tak wyglądało to zawsze - jedno z nich prowokowało, drugie próbowało zachować rozsądek. Jedno wzniecało ogień, drugie z uporem udawało, że jeszcze potrafi go ugasić.
Mimowolny dreszcz przebiegł po jej karku. Znała ten układ aż za dobrze, wiedziała, że teraz lina przeciągnięta była na jego stronę. To on prowadził, a ona wyjątkowo nie miała nic przeciwko temu. Pozwoliła, by ujął ją za podbródek, lekko uniosła głowę, przymykając powieki, jakby całkowicie naturalnym następstwem tego gestu miał być pocałunek. Czekała na niego kilka uderzeń serca zanim ponownie otworzyła oczy i spojrzała prosto w jego tęczówki. - To będzie bardzo długa lista - powoli uniosła dłoń i oparła ją o jego klatkę piersiową, kreśląc opuszkami palców leniwe, niemal niewyczuwalne linie na materiale jego koszulki.
- Najpierw chciałabym, żebyś mnie pocałował - urwała na moment w oczekiwaniu, że właśnie to zrobi. - Później... - jej spojrzenie mimowolnie powędrowało niżej, tam gdzie jego dłoń mogłaby bez trudu odnaleźć jej talię. - żebyś wreszcie przestał udawać, że jestem z porcelany - uśmiechnęła się znowu, bezczelnie z tą charakterystyczną dla siebie iskrą. - Potem możesz mnie dobrze nakarmić, bo szpitalne jedzenie było zbrodnią przeciwko ludzkości - wymieniała dalej. - Zrobisz mi masaż, skoro podobno jesteś już lekarzem. Obejrzysz ze mną Pamiętnik, choć będziesz marudził przez pierwsze pół filmu - wspięła się odrobinę wyżej, skracając dzielącą ich odległość niemal do zera. - A kiedy już skończy się ten cały dramat przypomnisz mi, z jakiego powodu tak bardzo zwariowałam na twoim punkcie.
Nie odsunęła się ani o centymetr. Delikatnie musnęła nosem jego policzek, pozostając w tej samej odległości z której wystarczyłby jeden, naprawdę niewielki ruch, by ich usta znowu się spotkały. Uśmiechała się przy tym tak, jakby doskonale wiedziała, że cała jego samokontrola właśnie przegrywała walkę z każdą kolejną sekundą spędzoną tak blisko niej.

Rhys Madden

wherever you go, i go there too

: czw lip 09, 2026 2:39 pm
autor: Rhys Madden
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer

wherever you go, i go there too

: czw lip 09, 2026 7:13 pm
autor: margo mercer
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description