Strona 1 z 1

the horrors persist... but so do i

: wt lip 07, 2026 11:19 pm
autor: Indie Caldwell
14
✩ ✩ ✩
To nie tak, że Indie kiedykolwiek łudziła się, że przetransportowanie podwójnego materaca w pojedynkę miało być łatwe. Aż tak durna nie była — od początku doskonale wiedziała, że był to fatalny pomysł. Rzecz w tym, że nie bardzo miała jakikolwiek wybór.
Na opłacenie dostawy była zbyt spłukana, a sprawa jednak nie mogła zaczekać do przyjazdu wujka, który zobowiązał się w weekend przywieźć jej samochód z Whitby, bo okazało się, że pożyczony od nowej współlokatorki dmuchany materac był już tak dziurawy, że Caldwell równie dobrze mogła od razu pościelić sobie na podłodze. Na ogół ta sytuacja nie byłaby dla niej większym problemem — może nie wyglądała, ale była naprawdę zaradną osobą. Potrafiła ruszyć głową, kombinować, nie wstydziła się rozmawiać, pytać, czasem poprosić o przysługę też nie, więc poradziłaby sobie, serio. Wymyśliłaby coś lepszego, gdyby nie jeden kłopot: fakt, że nie miała tu nikogo. Zupełnie.
W Toronto oficjalnie nie mieszkała jeszcze nawet trzech dni, dlatego nie było ani jednej osoby, do której mogłaby zwrócić się z prośbą o pomoc, nikogo, kto mógłby kogoś znać albo jakkolwiek jej podpowiedzieć. Została z tym sama, ale... o to w tym wszystkim trochę chodziło, nie? Tego właśnie chciała: rzucić w cholerę to całe Vancouver, dokładnie tak, jak zaledwie kilka miesięcy wcześniej rzuciła w cholerę Whitby. Przyjeżdżając tu wiedziała, że mogła polegać tylko na sobie, więc pogodziła się z tym dosyć szybko. Innych opcji nie było. Musiała zrobić to sama, nawet jeśli miał być to absolutny koszmar.
I był. Materac rzeczywiście był ciężki, ale chociaż tyle, że nowy, zwinięty — niosło się go jej okropnie trudno, ale niosło, więc to nie byłby koniec świata, gdyby problemy nagle nie zaczęły się mnożyć. Najpierw padł jej telefon, potem skończyły się fajki, a ostatnim gwoździem do trumny był fakt, że spędziła dokładnie czterdzieści minut czołgając się z tobołami do konkretnej stacji metra, z której miało być jej najłatwiej dotrzeć potem do mieszkania... tylko po to, żeby na miejscu dowiedzieć się, że cała pierdolona linia była tymczasowo wyłączona z ruchu z powodu jakiegoś wypadku.
To już było o jedną przeciwność losu za dużo, nawet dla Indie.
Kurwa, ale miała dosyć. Niewyobrażalnie. Nawet nie miała siły szukać ławki — przerwy potrzebowała teraz, zaraz, więc zrobiła to na chodniku, gdzie przysiadła sobie na tym pożal się Boże materacu, tuż po tym, jak bezceremonialnie pozwoliła mu upaść z łoskotem na ziemię. O niczym nie marzyła teraz bardziej niż szybkim powrocie do mieszkania, ale perspektywy na to były nędzne, o ile jakiekolwiek. Przecież nawet nie wiedziała, jak się tam dostać.
Aha. No właśnie. Ale na to przynajmniej mogła coś poradzić.
W pobliżu było trochę ludzi, głównie tych, którzy też musieli uporać się z konsekwencjami nieczynnego metra. Rozejrzała się po wszystkich krótko, zanim zdecydowała się zaczepić stojącą kilka(naście?) metrów dalej dziewczynę, głównie dlatego, że jako jedna z nielicznych wyglądała na podobny wiek.
Ejjj — zagaiła, dosyć głośno, ale chyba nie do końca wiadomo było, do kogo dokładnie mówiła, więc musiała spróbować jeszcze raz, inaczej. — Ej, Ty! Siouxsie — poprawiła się, licząc, że to rozwiąże problem. — No no, tak, Siouxs, Ty. Do Ciebie mówię — potwierdziła, kiedy udało jej się zwrócić uwagę dziewczyny i skrzyżować z nią spojrzenia. Ciężko powiedzieć, czy zadziałał zwrot, czy po prostu fakt, że była ordynarnie głośna, zwłaszcza, że razem z nią spojrzało się kilka innych osób, ale najważniejsze, że się udało. — Tutejsza jesteś może?

sioux

the horrors persist... but so do i

: śr lip 08, 2026 1:30 am
autor: Erika Lindberg
Toronto było wielkim miastem, które obfitowało w przeróżne widoki, doświadczenia i sposobności na nawiązanie nowych znajomości. Czego można było nie uwielbiać w tym miejscu? Miało w sobie dosłownie wszystko, co było tylko potrzebne człowiekowi do szczęścia.
Niemniej, Erika Lindberg z pewnością nawet nie podejrzewała, że ten w miarę spokojny dzień stanie się początkiem jakiegoś nowego rozdziału w jej życiu... Może i brzmiało to nieco zbyt dramatycznie, ale jak inaczej miałaby opisać sytuację, w której poznała swoją dobrą znajomą? Tym bardziej, że nic nie zapowiadało takiego wielkiego wydarzenia.
Prawie całe swoje życie spędziła w Toronto. To właśnie tutaj miała najwięcej znajomych, a czasami była przekonana, że nawet największe dziwactwo jej nie zaskoczy, ale jednak wszechświat uwielbiam udowadniać jej, że jednak może być zupełnie inaczej. Właśnie tak było tego jednego dnia, który nie wyróżniał się jakoś szczególnie na tle innych. Był całkiem przeciętny, a ona nie miała praktycznie nic do roboty. Wracała właśnie z jednego ze sklepów, w którym obkupywały się nerdy i była pogrążona we własnych myślach, gdy nagle usłyszała głos, który wzywał legendarną wokalistkę brytyjskiego zespołu postpunkowego założonego w 1976 roku, Siouxsie Sioux z Siouxsie and the Banshees. Przez moment mogła mieć pewne wątpliwości, co do tego kogo wzywa nieznajoma, ale szybkie rozejrzenie się po najbliższej okolicy utwierdziło ją w przekonaniu, że jest jedyną osoba jakoś odpowiadającą temu opisowi.
Spojrzała zatem w kierunku siedzącej na ogromnym materacu dziewczyny, która wydawała się być mniej więcej jej rówieśniczką. Przez moment miała wrażenie, że była ona posiadaczką najbardziej przenikliwych lodowato niebieskich oczu jakie widziała i może właśnie ten fakt sprawił, że Erikę przebiegł dreszcz wywołujący posłuch.
- Tutejsza, a pomóc ci w czymś? - odpowiedziała, podchodząc bliżej i chowając przy okazji telefon do kieszeni spodni.
Nie miała absolutnie pojęcia o co mogło chodzić, ale jeśli było to tylko coś z czym mogła się okazać pomocna to nie zamierzała się wzbraniać.

Indie Caldwell

the horrors persist... but so do i

: czw lip 09, 2026 7:56 pm
autor: Indie Caldwell
W teorii szukanie kogoś tutejszego nie było konieczne, skoro po pomoc Indie mogła zwrócić się praktycznie do kogokolwiek, jeśli tylko miał przy sobie działający telefon. Niby żadna filozofia otworzyć mapy i sprawdzić opcje dojazdów, to też zrobiłoby robotę, ale jeśli miała taką możliwość, dużo bardziej wolała poradzić się kogoś miejscowego. Zdawała sobie sprawę z tego, że Toronto było na tyle duże, że dziewczyna mogła nie znać tej trasy konkretnie, ale nie musiała — wystarczył sam fakt, że znała miasto i miała doświadczenie w nawigowaniu go. Nie miała najmniejszej ochoty natknąć się na kolejną wyłączoną z użytku linię albo inny remont stacji, a jeśli ktokolwiek mógłby wiedzieć o większych zakłóceniach lub mieć dla niej jakąś cenną podpowiedź, to właśnie ktoś, kto poruszał się po Toronto na porządku dziennym.
O, zajebiście — ucieszyła się szczerze, zadowolona, że udało jej się za pierwszym razem zaczepić kogoś miejscowego, w dodatku jeszcze skłonnego do pomocy. Dzisiejszy dzień był na tyle nieudany, że była w stanie docenić teraz każdy sukces, nawet ten najmniejszy. — No, jakbyś mogła, poproszę — odparła, kiwając twierdząco głową. — Bo słuchaj… — nie planowała zajmować dziewczynie za dużo czasu, więc natychmiast przeszła do wyjaśnień: — nowa tu jestem, tu w sensie w Toronto, znaczy, no i miałam to wszystko obcykane, wiesz, przejść kawałek, ale za to potem jedno metro do domu i git, łatwo, nie? Ale widzisz sama, że… no, że chuj bombki strzelił, po prostu, tak — relacjonowała nieznajomej bez najmniejszego skrępowania, co najmniej tak, jakby poznała ją pół roku temu, a nie pół minuty temu. Nie przejmowała się zbędnymi formalnościami — nawet do głowy jej nie przyszło, że może dobrze byłoby w pierwszej kolejności się przedstawić. A zaraz potem na przykład spytać o jej imię, bo coś czuła, że jednak nie było to Siouxsie.
Więc dwa pytania. — W końcu przeszła do rzeczy. — Po pierwsze — mogłabyś mi proszę powiedzieć, jak najłatwiej się stąd dostać do Parkdale? — spytała. — A drugie... w skali od jednego od dziesięciu, jak bardzo mam Twoim zdaniem przesrane, jeśli muszę tam dostać też to? — Wskazała na materac, na którym niezmiennie siedziała. Chociaż się na coś przyda... Wychodziła z założenia, że nie było powodu podnosić się z niego wcześniej, niż było to naprawdę konieczne, zwłaszcza zważywszy na to, jak bardzo zmęczyło ją niesienie go przez ostatnie czterdzieści minut.

Erika Lindberg

the horrors persist... but so do i

: sob lip 11, 2026 9:29 am
autor: Erika Lindberg
Jedno mogło być pewne: Erika była tutejsza, ale na pewno nie nie można było powiedzieć, żeby była ogarnięta. Zapewne dziewczyna wyszłaby o wiele lepiej na tym, gdyby jednak zaczepiła kogoś innego niż oderwaną od rzeczywistości gotkę. Niestety gotowość do niesienia pomocy nie zawsze szła w parze z kompetencjami.
Na razie nieznajoma się cieszyła z tego jak dobrze trafiła, ale czy faktycznie było tak zajebiście jeszcze się okaże. Lindberg wciąż nie miała pojęcia o co chodziło, ale zaczęła wsłuchiwać się w jej tłumaczenie tego o co w zasadzie chodziło z tym ogromnym materacem, na którym dziewczyna siedziała niczym luksusowa squaterka.
- Czyli jednak taki większy kawałek - mruknęła, zastanawiając się jakim cudem w ogóle możliwe byłoby wtarabanienie się do środka z czymś tak ogromnym jak ten materac.
Nie miała nic przeciwko temu, że nieznajoma nawet nie pomyślała o tym, aby się przedstawić. Sytuacja nietypowa to też odbiegała od zwyczajowych schematów pierwszego spotkania. Zresztą, Erika często zostawiała i tak ten etap na później przez co niejednokrotnie uświadamiała sobie, że nie ma pojęcia jak nazywa się osoba, z którą przegadała ostatni kwadrans.
- A gdzie dokładnie w tym Parkdale? - zapytała, wyciągając już telefon, aby w razie czego móc wpisać w mapy podany przez dziewczynę adres.
Znajdowały się dosyć spory kawałek od dzielnicy, do której materacowiczka chciała się udać, więc dokładniejsza lokalizacja pomogłaby w ustaleniu bardziej korzystnej trasy, którą mogłyby obrać... Chwila: mogłyby? Czy Erika właśnie zakładała, że wybierze się z nią w tę skomplikowaną podróż? Być może. Nie miała w końcu nic lepszego do roboty po tym jak odwołano jej sesję D&D, bo jeden z graczy się obudził z gorączką. Także zamiast ratować księstwo Finistere mogła wziąć udział w Matress Madness.
- Masz lekko przejebane, koleżanko, ale nie martw się: ogarniemy - obiecała jej, kiwając głową. - A w skali dałabym jakieś dwanaście. To jednak ogromne bydlę.
Lawirowanie z tym środkami transportu publicznego będzie prawdziwą udręką. Jednak we dwie osoby na pewno dałoby radę ogarnąć to jakoś sprawniej. Czuła się zatem w moralnym obowiązku, aby jednak dziewczynie pomóc. To był czyn na miarę prawdziwej bohaterki.

Indie Caldwell