Strona 1 z 2
i've been waiting for you
: czw lip 09, 2026 5:23 pm
autor: Vincent Monroe
you bit me once, your fangs go deep in my soul
now i'm the night and i'm loosing control
Jej nazwisko nie wyróżniało się na tle innych, wrzuconych w listę wydarzeń przyklejoną do drzwi na zapleczu. Było zwykłe, proste do zapomnienia, do pominięcia i zupełnym przypadkiem rzuciło mu się w oczy gdy tego wieczora wraz z przebranym w świeżą koszulę managerem kroczył korytarzami przeznaczonymi dla ich pracowników. Tak jak tkwiąca przed nim literka V, zakończona kropką w miejscu, w którym powinno znajdować się imię.
Odnalezienie osoby odpowiedzialnej za zatrudnienie piosenkarki okazało się trudniejszym zadaniem niż zakładał. Szybko okazało się, że nie dotarła do Rapture żadnymi oficjalnymi kanałami, a pracownik odpowiedzialny za ściągnięcie jej na zastępstwo nie kwapił się do przyznania, że zamiast renomowanego zespołu, który nie dotarł na czas, wepchnął na scenę daleką koleżankę, nie pytając wcześniej nikogo o zdanie. Gdy wydusił ten fakt z nowo zatrudnionego, młodego chłopaka pracującego za barem, nie interesowało go jednak wymierzanie jakichkolwiek konsekwencji - potrzebował tylko rozwikłania zagadki tej jednej, pieprzonej literki.
Potrzebował wyłącznie jej imienia.
Jakby to miało rozwiązać jej tajemnicę, a tym samym - uwolnić jego myśli, podstępnie skręcające w jej kierunku choć nie potrafił znaleźć ku temu racjonalnego wytłumaczenia. Haze zagnieździła się w jego czaszce na wzór wbitej w dłoń drzazgi - choć nie sprawiała dużego dyskomfortu, nie potrafił zapomnieć o jej obecności.
Violet Haze, dwadzieścia dziewięć lat, posiadaczka mieszkania w Rexdale. Kariera muzyczna ograniczająca się do zarobkowych występów w restauracjach czy klubach, ślad w internecie znikomy. Nie wiedział, czy bardziej irytował go brak informacji na jej temat, z którym wrócił do niego jeden z jego podwładnych, czy sam fakt tego, że w ogóle tych informacji szukał.
Avis wystosował zaproszenie do jej agenta, zapraszając na występ w następnym tygodniu - nie wspominając przy tym, że zespół, który grywał w ten dzień tygodnia wieczorami został z tego powodu zwolniony ze stałego zlecenia. Monroe uważał, że tego typu powiew świeżości był pożądany w klubie a jego manager wiedział, które decyzje należało podważać, a które wymagały puszczenia wolno.
Siedem dni później Haze została przywitana w Rapture w dokładnie taki sposób, w jaki witano wszystkich, stałych artystów - manager czekał na nią w wejściu przeznaczonym dla pracowników by wskazać prywatną garderobę. Odstępstwem były jedynie czekające w niej kwiaty - ogromny bukiet stojący na toaletce do makijażu wyglądał, jakby ktoś włożył w przygotowanie go sporo wysiłku. Pośród przeważających w nim fiołków mogła znaleźć schowany w środku liścik - Przekazuję najszczersze przeprosiny, A. B.. Tekst na karteczce był poszarpany, jakby ręka polityka drżała gdy go wypisywał, zdradzając lufę broni przyłożonej do jego skroni.
Atmosfera wewnątrz Rapture była inna tego wieczoru. Być może przez ladies night, zorganizowane spontaniczne zaproszenie z darmowym wejściem dla kobiet, których ilość zdecydowanie przeważała w sekcji vipowskiej.
A może przez to, że tym razem wiedział, kto wyjdzie na scenę.
Zajął miejsce przy stoliku na samym końcu sali, w jakiejś irracjonalnej próbie udowodnienia sobie, że jej obecność nie miała tego wieczoru żadnego znaczenia. I nawet przy nim, dostrzegał ją po drugiej stronie wyraźnie gdy stanęła w blasku świateł. Gdy jej miękki głos rozlał się po wnętrzu klubu, zagłuszył nawet huk jego własnych myśli.
W ciszy, która trwała na długo po tym gdy kobieta zeszła ze sceny, nogi zaprowadziły go do baru. Baru, w którym Avis zostawiał czeki z wynagrodzeniem dla artystów. Baru, w którym on w tym momencie zapragnął zdobyć dla siebie
drinka.
Gdy dostrzegł ją pośród innych kobiet, zbliżającą do rozświetlonego w o d o p o j u, tkwił po złej stronie - za ladą, koło przygotowujących napoje dla klientów barmanów, rozporządzając alkoholem wedle własnego uznania by nie odrywać ich od obowiązków. A przynajmniej takie wyjaśnienie brzmiałoby bardzo wiarygodnie, gdy on szukał pretekstu, by przy nim tkwić - a jednocześnie odgrodzić się od odzianych w skąpe ubrania, podpitych kobiet.
- Cieszę się, że twój manager znalazł dla nas czas, panno Haze - słowa przywitania opuściły jego usta w chwili, w której te wygięły się w półuśmiechu. Od początku mówiła do niego per pan, kiedy jego odpowiedzi były czymś pomiędzy kurtuazją a zupełną swobodą, do której posiadania w tym miejscu zdążył przywyknąć. Sięgnął pod spód lady, wyciągając stamtąd butelkę wody niegazowanej, którą postawił na blacie tuż przed nią. - Lodu?
why do you haunt me?
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 12:56 pm
autor: Violet Haze
Stojąc pośrodku g a r d e r o b y, prywatnego pokoju, w którym miała przygotować się do występu, czuła się bardzo, ale to bardzo nie na miejscu. Przez moment mogłoby się wydawać, że jej praca, a konkretniej to jedno zlecenie, uczyniło ją jakąś gwiazdą większego formatu, kimś, komu należał się osobny pokój; jakaś prywatność przed wyjściem na scenę. Jej realia były jednak zupełnie inne. Zazwyczaj jej garderobą był jej własny samochód, ewentualnie kabina toaletowa na miejscu.
Cała oprawa towarzysząca temu jednemu zleceniu dla Rapture była inna. Mocno inna. Niepasująca do niej i przez to przez moment prowadząca nawet do zakwestionowania zasadności jej obecności tutaj.
Przeciągnęła dłonią po czystym blacie toaletki, bardziej z potrzeby zajęcia rąk niż rzeczywistej ciekawości, aż zatrzymała się przy kwiatach.
Jej usta drgnęły, układając się w mieszany grymas – ni to zachwyt, kiedy niemal natychmiast rozpoznała gatunek. Fiołki przy niej były oczywistością, można nawet powiedzieć, że lenistwem. Otrzymanie ich było więc przewidywalne, jeśli wiedziało się, jak miała na imię. Nie zaskakiwały jej i nie zachwycały tak, jak pewnie powinny, choć trudno byłoby też powiedzieć, że sam fakt otrzymania bukietu nie robił na niej żadnego wrażenia. Kwiatów dostawała mało, a właściwie prawie wcale, szczególnie bez okazji, która nie byłaby urodzinami.
Odczytała bilecik, zatrzymując się na inicjałach. Przez chwilę próbowała przypisać je do osoby, ale gdy skojarzenie wskoczyło na właściwe miejsce, protekcjonalny grymas spełzł z jej twarzy, zastąpiony czymś zgoła innym. Niewielkim zdegustowaniem.
Straciła zainteresowanie bukietem niemal natychmiast.
Przy tym występie odczuwała o wiele większą tremę niż przy poprzednim. Poprzedni miał być tylko jednorazowym pojawieniem się totalnego noname’a, który wyjdzie na scenę, zaśpiewa kilka utworów, odbierze pieniądze i zniknie na zawsze. Druga wizyta była cięższa, bo sama w sobie stawiała przed nią wymagania. Oczekiwanie pewnej powtórki czegoś, co najwyraźniej musiało wypaść dostatecznie dobrze, skoro zaproszono ją znowu.
A może to nie sama kwestia występu tak na nią oddziaływała.
Może chodziło o przeświadczenie czyjejś zapowiedzianej obecności.
Nie szukała go specjalnie w tłumie, woląc spróbować przekonać samą siebie, że znów pochłonie go praca, tak jak poprzednim razem. Że może gdzieś zniknie, wyjdzie, zostanie zatrzymany przez cokolwiek, a ona potraktuje to jako zwyczajne zlecenie. Nieco dziwne, ale za to dobrze płatne. No i wciąż – tylko zlecenie.
Do brzegu występu dobrnęła w miarę sprawnie, trzymając się tej myśli z uporem, który pomagał nie pomylić tremy z czymś znacznie bardziej kłopotliwym. Jakąś częścią siebie liczyła, że rozliczenie tym razem będzie szybkie, bezbolesne i już za chwilę znajdzie się poza murami Rapture. Druga część, ta podła i zdradliwa, liczyła, że wcale nie. Liczyła na coś zupełnie innego.
Obecność mężczyzny z loży za barową ladą, do której miała się skierować, odnotowała z dziwną satysfakcją tej drugiej.
— Buonasera, signore. — Postanowiła głośno pochwalić się nie tyle znajomością języka włoskiego, co faktem, że poświęciła kilka minut czasu wolnego w garderobie na otwarcie Google Translate i przesłuchanie, jak lektor odczytuje zwrot. Był to oczywiście niewinny ukłon w stronę ich poprzedniego spotkania, w trakcie którego, kompletnie nieświadoma realiów, w ramach- dla niej: oczywistego – żartu przypisała jego przynależność do którejś z włoskich mafii.
— Widzę, że jest pan człowiekiem wielu talentów — dodała, pijąc subtelnie do zajmowanego przez niego miejsca po drugiej stronie barowej lady. — Dziękuję. — Krótki gest jej dłoni potwierdził uprzejmą odmowę. — I widzę, że jest pan tak samo stanowczy, jak wcześniej – dopiero co mówiłam, że nie umawiam się na drinki czy nawet wodę z nieznajomymi, a tu proszę. — Opuściła wymowne spojrzenie na postawioną przed nią butelkę z napojem.
Tyle, że ta jego forma s t a n o w c z o ś c i mogła uchodzić nawet za coś pociągającego. W przypadku radnego Benneta była to po prostu nachalność i nie potrafiłaby nazwać jej inaczej.
Podniosła spojrzenie na jego twarz, tym razem bez większego problemu zatrzymując je na jego oczach. Dopiero teraz mogła zauważyć, jak ciemne były jego oczy. Ciemne i nieprzyjemnie magnetyczne, choć może to wcale nie była kwestia koloru, a tego, jak patrzył.
Wiedziała też, skąd u niej ta większa śmiałość, pozwolenie sobie na to, czego unikała w loży – sprowadzała ją do pełnego ludzi otoczenia. Kameralność, przebywanie sam na sam, nie tyle co ją zawstydzała, co automatycznie i bez jej własnej decyzji stawiała w sytuacji potencjalnego zagrożenia.
— Kolejny wieczór — Noc. Noc, tak zasadniczo. — pełen pracy?
rsvp
why do you taunt me
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 3:29 pm
autor: Vincent Monroe
Różnica w jej podejściu była zauważalna - zresztą, nie tylko w tej chwili.
Już wcześniej dostrzegł, jak zmieniała się w blasku scenicznych świateł. Być może łatwiej było jej patrzeć na obserwujących ją ludzi gdy byli jedynie ciemną masą w kontraście z ostrym blaskiem lamp. A może muzyka przekształcała ją w osobę dużo pewniejszą siebie, której nie mógłby przyrównać do zaskoczonego na drodze jelonka w przeciwieństwie do tej jej wersji, która tydzień temu wkroczyła do jego loży.
Wtedy, siedząc na samym tyle pomieszczenia, chłonął to zjawisko z daleka, patrząc, jak jego wyobrażenie o pannie Haze przeobraża się w rytm płynącej z jej ust piosenki.
Teraz pozwolił swojemu spojrzeniu prześlizgnąć się po jej ciemnych tęczówkach nim to powróciło do szklanki z drinkiem, który zaczął dla siebie przygotowywać.
- Parlami in inglese - odrzucił z nutą rozbawienia, notując w głowie fakt tego, że zapamiętała ich rozmowę - i ślepy strzał, który okazał się dużo celniejszy niż mogłaby zakładać. Z jego wokabularzu włoskiego zniknęły dwa słówka, których nie wypadało w jej kontekście wymawiać. - Może jeszcze mnie czegoś nauczysz i będę mógł się przebranżowić.
Uniósł szklankę z lodem i wódką - "drink" - do ust, upijając z niej łyka nim odłożył ją na tkwiącą już na blacie butelkę wody. Warunki, w których się spotkali tym razem były kompletnie odwrotne od tych poprzednio - nie tylko przez fakt obecności tylu ludzi wokół nich, ale też przez pożądliwe spojrzenia, przed którymi, wyjątkowo, za ladą chował się o n.
- Obawiam się, że z moim talentem do przyrządzania drinków, najlepsze, co mogę zaoferować to ta butelka wody, którą wzgardziłaś - odrzucił z westchnieniem, ignorując zbliżające się do baru kobiety usiłujące przywołać go intensywnością spojrzenia, nie widząc, że nie był ubrany jak reszta barmanów. W końcu tutaj nie pracował, a przynajmniej nie w ten sposób, co reszta osób po drugiej stronie baru. - Nikt nie powiedział, że jesteśmy umówieni - dodał beztrosko, jego dłonie oparły się o ladę sprawiając, że jego ciało pochyliło się lekko w jej stronę. - Jeszcze
Był świadom czekającego na nią czeku. Tkwił gdzieś pod ladą, jego położenie znane barmanowi obsługującemu ten bar. Powinien po niego poprosić, wręczyć go jej i umożliwić szybką ewakuację.
Ale jakaś uparta cząstka jego charakteru nie chciała tego zrobić. Chciała zatrzymać ją tutaj na dłużej, szczególnie teraz, gdy jej wzrok nie błądził po okolicy, gdy po raz pierwszy zatrzymał się na n i m, a on z trudem odwracał własny.
- Każdy dzień jest pełen pracy w tym miejscu - odrzucił niedbale, jakby na przekór temu unosząc szklankę do ust by napić się gorzkiego napoju, którego zdecydowanie w pracy pić nie powinien.
Jego spojrzenie znów ześlizgnęło się w dół, na tkwiącą obok butelkę wody. Haze była na tyle kulturalna, by nieustannie zwracać się do niego per pan, a jednocześnie dla samej zasady nie zamierzała po nią sięgnąć.
- Skoro nie przyjmujesz napojów od nieznajomych - zaczął, sięgając po butelkę i przestawiając ją tak, by stała równo pomiędzy nimi. - Co musiałoby się zmienić, żebym wpadł w inną definicję?
stranger danger
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 5:12 pm
autor: Violet Haze
Zapłata zdołała zejść na drugi plan.
Ona, która pieniędzmi nie gardziła i zbyt dobrze wiedziała, jak istotną rolę odgrywały teraz w jej życiu, nie przez jakąkolwiek ciągotę do luksusu, a przez zupełnie przyziemną konieczność utrzymania już nie tylko siebie, ale także nieletniej siostry, przestała myśleć o czeku. Jej myśli skręciły w inną stron, na jeden, zaskakująco stabilny tor. W osobie mężczyzny przed nią.
Jego jeszcze zagrało w jej głowie nieprzyzwoicie wyraźnie. Osiadło dokładnie na granicy bardzo rozsądnego nie powinnam tego ciągnąć dalej i dużo mniej rozsądnego faktu, że była nim zafascynowana na tyle, by jednak iść dalej. Do momentu, w którym ciało i umysł znowu w końcu uznają, że robi się zbyt blisko, zbyt nieczytelnie, zbyt niebezpiecznie i nakażą pełną kapitulację. Nie jak Kopciuszek znikający z balu, tylko jak ktoś, kto naprawdę przepadł jak kamień w wodę.
To, co robiła teraz, było irracjonalne, bo znała swoje granice i zawsze sięich trzymała.
Przesunęła nas szybko spojrzeniem po bliższym otoczeniu, chcąc chyba na chwilę zaczepić się o coś innego niż on, i odnotowała dwie rzeczy. Pierwsza: klientela tego wieczoru rzeczywiście była w przeważającej części kobieca. Druga: spora część tych kobiet patrzyła na niego w sposób, którego trudno było nie zauważyć. I zignorować tego, w jaki sposób świdrowały go spojrzeniami Zasadniczo trudno było im się dziwić.
I chyba właśnie dlatego odnotowanie, że mimo tego wszystkiego jego uwaga pozostaje przy niej, było dla niej jednocześnie elektryzująco przyjemne, co niewygodnie szczypiące alarmem, na który bił nie tyle co umysł, co jej własne ciało. To samo, które napinało się niekontrolowanie, nawet jeśli w niewielki sposób, z każdym ruchem w jej stronę. Z każdym pomniejszeniem dystansu, nawet jeśli o milimetry.
— Proszę pana — zaczęła, z przekornością przeciągając te dwa słowa. — I tak powinien był pan docenić, że już od początku robię dla pana wyjątek. — Pozwoliła kącikom ust drgnąć wyraźnie, nie układając ich jednak w niczym większym. — Od dziecka zawsze mi powtarzano, aby nie rozmawiać z nieznajomymi — powiedziała konspiracyjnie, jakby zdradzała mu właśnie ściśle tajny sekret.
Przesunęła dłonie po blacie, powoli, zatrzymując je w bliskim sąsiedztwie butelki z wodą. Nadal jej nie podniosła. Zostawiła między palcami a plastikiem niewielki bufor z barowego blatu.
— Pana imię mi wystarczy, przynajmniej na początek — dodała, rzucając już konkretem i oczekiwaniem niezbyt wielkim.
Oczywiście, że mogłaby spróbować dowiedzieć się sama. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie przeszło jej to przez myśl, zwłaszcza po poprzednim spotkaniu, kiedy nierówność między nimi była aż irytująco wyraźna, a mimo to ją ignorowała i nie miała śmiałości, by poza podkreśleniem jej już na samym początku, próbować ją później złamać.
Ale zupełnie innym ciężarem było zdobycie informacji od kogoś a zupełnie innym otrzymanie jej od niego.
— I mam nadzieję, że nie jest ono tajemnicą z kategorii tych, za których poznanie musiałby pan mnie zabić — dodała niewinnie, z tą miękką zaczepą schowaną nie tylko pomiędzy sylaby, ale także w spojrzeniu, które wciąż łatwiej było zatrzymać na nim dzisiaj, w tym otoczeniu niż w loży.
Kolejny przytyk ze świata mafijnego, który znała wyłącznie z popkultury i którego istnienia nigdy wcześniej nie próbowała doszukiwać się we własnej codzienności. Jej problemem, w jej małym świecie, nie miała być mafia a miała być przy barze, mieć bardzo ciemne oczy i irytująco skuteczny sposób zadawania pytań, przez które sama zaczynała mówić więcej, niż planowała.
rsvp,
caporegime
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 6:30 pm
autor: Vincent Monroe
Miałby wiele odpowiedzi na pytanie dlaczego to akurat nieszukająca towarzystwa przy barze kobieta interesowała go w tej chwili znacznie bardziej niż wszystkie inne. Każdą mógłby oprzeć o zupełnie inny kąt podejścia - na przykład, w nagłym przerzedzeniu męskiego grona, pozostałe klientki wręcz desperacko wypatrywały każdego potencjalnego kandydata do wspólnej zabawy, na którym można było zawiesić oko. Większość mężczyzn wyczułaby tego typu desperację na kilometr i wyłącznie przez wzgląd na nią, odmówiła, szukając dla siebie trudniejszego celu.
Violet Haze była takim trudniejszym celem. Była też znacznie wybitniejszą zdobyczą jako ta jedyna, która dzisiejszego wieczoru zaszczyciła swoją obecnością scenę. Nikt poza nim w tym miejscu nie wiedział, że jej kariera muzyczna wcale nie była huczna, a z kobiety wcale nie była wielka celebrytka. Zdobycie jej mógłby przyrównać do zdobycia klejnotu koronnego w całym morzu zwykłych i pospolitych kamieni.
Z każdym z tych powodów, w ten skrzywiony sposób, w jaki potrafił zwykle myśleć, czułby się komfortowo. Nie wiedział zaś jak miał czuć się z prawdą, według której, Violet Haze nie była dla niego celem do zdobycia.
Nie wiedział do końca, czym była.
Wiedział, że jego wzrok zawieszał się na jej spojrzeniu, na ciemnych włosach okalających jej twarz gdy odwracała się, szukając dla wzroku odpoczynku od ciągłego patrzenia na niego. Wiedział, że wyczuwał jej perfumy z daleka i rozpoznawał, że były dokładnie takie same jak poprzednio. Że ta sukienka podkreślała jej sylwetkę nawet, jeśli zasłaniała wszystkie te miejsca, które w Rapture lubiły być odkryte.
I wiedział też, że chciałby, żeby sięgnęła po tę cholerną butelkę. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się nakłaniać kogoś do napicia się wody.
- Bardzo rozsądna rada - odpowiedział na jej konspiracyjny szept z udawaną powagą, choć coś błysnęło w głębi jego ciemnego spojrzenia. - Szkoda, że nic nie wspomniano o wchodzeniu do obcych loży.
Kąciki jego ust uniosły się w górę, schowane za krawędzią uniesionej w górę szklanki. Chwilę później odstawił ją obok, tym razem nie na niższą, wewnętrzną ladę przeznaczoną do przyrządzana drinków, a na ten blat, na którym tkwiła jej butelka.
Imię było niewinne. Wydawało się też słuszną ceną za nakłonienie kobiety do wzięcia jednej butelki wody - ale z kolei, czy powinien ją do tego w ogóle nakłaniać? Ta przekora była absurdalna, a z jakiegoś powodu wydawała mu się cholernie pociągająca. Haze była łamigłówką, której nie potrafił rozgryźć, nieważne od której strony próbował podejść.
I gdyby nie widział rozbawienia w jej oczach, po którejś, rzuconej w jego stronie uwadze tego typu pomyślałby, że wbrew temu, co mówiła, doskonale wiedziała kim był.
- Możesz być spokojna - odrzucił, kącik jego ust znów podjechał w górę w półuśmiechu mającym swoje źródło w prawdzie, której nie miała prawa znać. - Za samo imię jeszcze nikogo nie zabiłem.
Wyprostował się, odrywając dłonie o blatu, o który się opierał. Skutecznie ignorując grupę klientek, które zgromadziły się za Haze myśląc, że zapoczątkowała kolejkę, wyciągnął ku niej powoli dłoń.
- Vincent - wyznał wreszcie. Jego dłoń była zwrócona w sposób przyjacielski, nie oczekiwał, że poda mu swoją rękę po to, by ucałował jej wierzch. Coś mu podpowiadało, że Haze mogła nawet nie chcieć podać jej w o g ó l e.
bambi
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 8:24 pm
autor: Violet Haze
Vincent.
Obrobiła to imię w głowie nieco dłużekj i uważniej, niż w ogóle powinna. Złapała się nawet na tym, że przymierzała je w różnych wariantach, sprawdzając, jak brzmiałoby wypowiedziane pełnym głosem, a jak w półszeptcie, jak układało się obok jego twarzy, głosu, tej całej niedbałej stanowczości i ciemnego spojrzenia, które od tygodnia, najwyraźniej bez większego wysiłku z własnej strony, zdołało zagnieździć się jej pod czaszką.
Pasowało mu.
— Widzi pan? To nie było wcale takie trudne. — zaczęła, pozwalając sobie raz jeszcze przeciągnąć tytuł z odrobiną miękkiej złośliwości. — I faktycznie – jeszcze żyję.
Złośliwość mógł osłodzić jej niewielki, choć szczery na tyle, by objął również oczy, uśmiech.
Dopiero wtedy spojrzała na jego dłoń.
Z wyczuwalnym głównie dla siebie, milisekundowym, ale wciąż – zawahaniem wyciągnęła własną rękę w jego stronę. Wewnątrz niej była niewielka bitwa. Niewidoczna i prawdopodobnie całkowicie absurdalna dla kogokolwiek, kto patrzyłby z boku. Ot, kobieta podała mężczyźnie dłoń przy barze. Nic więcej, żadna wielka scena, żaden przełom, tylko coś, co w miesjcach jak to, mogłoby szybciej zostać uznane za coś dziecięco słodkiego i niewinnego w tej formie kontaktu. Realia tej batalii znała jednak tylko ona. Koszt tego prostego, naturalnie wyglądającego gestu był większy, niż chciałaby przyznać. Fakt, że nie cofnęła dłoni od razu, kiedy jego skóra zetknęła się z jej własną i ciało, zupełnie nieproszone, spróbowało odczytać ten kontakt jak coś zbyt bliskiego, był małym sukcesem. Takim, do którego nigdy nikomu by się nie przyznała, bo brzmiałby wręcz żałośnie.
— Violet — odwdzięczyła się, podając swoje imię tak, jakby nie znał go już wcześniej. Domyślała się, że mógł już je poznać, choć jakaś część niej była przekonana, że nie była nikim szczególnym, komu poświęciłby czas po zakończeniu ich wcześniejszego spotkania.
W myślach i tak odliczała sekundy tego kontaktu. Nie dramatycznie, ale zwyczajem już, chcąc wytrzymać wystarczająco długo, by uścisk dłoni wyglądał normalnie. Niemal naturalnie. Cofnęła rękę może odrobinę szybciej niż planowała, ale wciąż na granicy przyzwoitości, opuszczając ją z powrotem na blat niedaleko butelki.
— Więc skoro znam już twój wielki sekret, na który kazałeś mi czekać cały tydzień, to chyba jest okazja do wspólnego świętowania. — Objęła butelkę dłonią, czując pod palcami zimno dobrze schłodzonego napoju. Przesunęła ją po blacie, oferując w ramach fajki pokoju, tylko w znacznie mniej doniosłej i znacznie bardziej absurdalnej formie, bo takiej, którą zamiast przypieczętować dymem, należało po prostu odkręcić i wypić.
— Moje zdrowie — dodała niewinnie, z nienaturalną dla siebie pewnością siebie i równie nienaturalną dawką samouwielbienia. — Skoro już i tak uparcie próbujesz mnie namówić na wspólną wodę.
Przechyliła głowę delikatnie na bok, pozwalając, by upchnięty wcześniej za ucho niesforny kosmyk znów wysunął się na wolność.
— Poza tym muszę przecież sprawdzić, czy nie jest zatruta — dodała z miękkim żartem.
Piła do tego, że sam wcześniej zaproponował wodę, w dodatku z zaznaczeniem, że barman otworzy ją na jej oczach. Była to wtedy wręcz przerażająco celna teza postawiona wobec, jakby czytanie jej ostrożności było dla niego od samego początku proste. Teraz zamierzała ją podtrzymać, trochę z przekory, trochę dla ciągłości jego arcytrafnej narracji, którą przyjął już na sam start.
— Ale nie chciałabym też ci zabierać więcej czasu niż to konieczne, wydajesz się mieć... wielki popyt.
Wystarczyło spojrzeć jak dużo się działo po tej stronie przy barze. I jak spory był przemiał i oblężenie.
rsvp,
huntsman
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 9:04 pm
autor: Vincent Monroe
Pan nagle brzmiał szorstko w jej ustach, jakby nie na miejscu - w końcu czy nie podzielił się z nią własnym imieniem? Czy nie mogła już zburzyć tej jednej bariery między nimi, stworzonej pomiędzy dosłownie tysiącem innych, których być może nie widział, ale nieustannie czuł? Drobna złośliwość niemal spotkała się z jego reakcją - jego brew zdążyła unieść się w górę, wzrok pomknął w jej stronę, wcześniej utkwiony w odstawianej na blat szklance.
A wtedy napotkał jej uśmiech.
Uwaga, która cisnęła mu się na usta nagle się na nich zatarła, sprawiając jedynie, że je uchylił i zamknął, w sposób do siebie niepodobny. Chłonął ten widok tak długo, jak miał on szansę trwać - jakby był czymś rzadkim i cennym, bo naturalny uśmiech na jej twarzy właśnie taki się wydawał. I było jej z nim cholernie ładnie - tak ładnie, że zapomniał, co miał jej na to w ogóle odpowiedzieć.
Milisekundowe zawahanie mogło w niesamowity sposób rozciągać się w czasie.
Może to przez to, że go oczekiwał. Do pewnego stopnia nie zdziwiłby się nawet, gdyby odmówiła podania mu ręki, bo ten prosty gest wcale nie wydawał się przy niej taki oczywisty. Dostrzegł wątpliwość, błyszczącą gdzieś na dnie jej ciemnego spojrzenia gdzie nikt nie miał jej dojrzeć w przygaszonym wnętrzu Rapture.
Dlaczego przy niej nawet zwykłe podanie ręki było małym zwycięstwem, które powinien uczcić własną butelką wody?
- Violet - powtórzył za nią, bo choć znał to imię od tygodnia, zorientował się, że nigdy wcześniej nie wypowiedział go na głos. Wybrzmiało miękko w jego głosie, nawykłym do wypowiadania rzeczy w nagły i ostry sposób, od którego w trybie przyśpieszonym odzwyczajał się w jej obecności.
- Czy to sekret, jeśli zwyczajnie nie zapytałaś o to wcześniej? - odbił piłeczkę, patrząc, jak wreszcie sięga po z a m k n i ę t ą butelkę. Kolejne, absurdalne zwycięstwo znalezione w tym drobnym geście, ale podczas gdy, ku jego nieświadomości, Haze uznawała miałkość tych zwycięstw za coś problematycznego, dla niego były na swój sposób u r o c z e.
Myśl, że zamknięta butelka miałaby być zatruta była tylko kolejnym, absurdalnym założeniem rzuconym na całą stertę innych. Uniósł brwi odruchowo, zastanawiając się nad tym, czy potrafiłby odnaleźć się tej pokrętnej logice wymaganej do wystosowania takiego założenia, po czym - zamiast kontynuować te rozważania - uniósł szklankę i dopił jej zawartość jednym, większym łykiem.
- Toast wymaga dwójki osób - stwierdził, co było absolutnym kłamstwem ale wystarczająco wiarygodnym, by uzasadnić fakt tego, że postawił swoją szklankę przy niej w wyraźnej sugestii, by jemu również nalała. - Najwyżej umrzemy wspólnie.
Jego wzrok leniwie prześlizgnął się po kobiecej twarzy, po tym uporczywym kosmyku, który ciągle zakładała za ucho i wreszcie dalej - w stronę stojących za nią kobiet, oczekujących na bycie obsłużonym przy barze. Myśl, że ich obecność miałaby dać jej wymówkę do wyjścia niemal sprawiła, że jego impulsywność zapragnęła je stąd wygonić.
Zamiast tego, wrócił spojrzeniem do niej.
- To źle się składa - przytaknął, pochylając się lekko naprzód gdy oparł łokieć o blat, nie poświęcając reszcie klienteli dalszej uwagi. - Bo nie jestem barmanem.
snow queen
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 11:17 pm
autor: Violet Haze
— Czy to sekret, że podobno to mężczyzna powinien przedstawić się pierwszy kobiecie? — skontrowała, już chyba tylko dla samej satysfakcji, że coś odpowiedziała. I że nie zostawiła mu kolejnego punktu oddanego bez walki, jak poprzednio, gdy wypunktował jej nieszczelność w rodzicielskim wychowaniu, najwyraźniej pomijającym temat wchodzenia do cudzych lóż.
Było w tym jednak coś całkiem komfortowego. W tej atmosferze nieprzerzucania się niczym naprawdę ostrym, tylko drobnymi szpilami, które nie miały za zadanie zranić. W tej niewinnej, wręcz dziecięcej, słownej przepychance.
Podobała się jej. Była dla niej wygodna.
— W porządku, Romeo — odpowiedziała po chwili, wskazując po prostu na niewielkie podobieństwo pomiędzy tym zaproponowanym układem z potencjalną konsekwencją wspólnej śmierci a wszechznanym dramatem Szekspira.
Uzupełniła jego szklankę wodą, odnotowując przy tym, że czuła się dość głupio w chwili, w której częstowała mężczyznę, którego poznała jako kogoś zdecydowanie niesprawiającego wrażenia miłośnika abstynencji, zwyczajną wodą niegazowaną.
W duchu jednak musiała docenić fakt, że w ogóle się na to zgodził.
Starała się też ignorować tlące się pod czaszką zakłopotanie.
Ale nie przez sam toast. Raczej przez dyskomfort wynikły z bycia w centrum uwagi, do którego nigdy w życiu nie dążyła. Ba, raczej bardzo go unikała, zwłaszcza towarzysko, zawsze woląc stać z boku, słuchać, obserwować i nie próbować skraść czegoś, o co inni, w tym wypadku inne, potrafili tak wyraźnie zabiegać. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi, ostatnimi miesiącami nawet jeszcze bardziej.
I nie chodziło tu o jego uwagę. Choć o tę też, w pewnym stopniu.
Jego uwaga skupiona na niej automatycznie przerzucała na nią również uwagę kobiet skupionych na nim. Jakie było kobiety – wiedziała sama najlepiej. A ona nie lubiła być poddawana ocenie, bo wystarczyło, że sama była wobec siebie okrutna.
— Cóż, ten drobny detal zdaje się im nie przeszkadzać — odparła, wpychając na usta niewielki uśmiech, który miał być maską dla zakłopotania. Przysunęła swoją część układu bliżej siebie po barowym blacie. — Zresztą, jak widać, brak etatu za barem nie wyklucza cię z pełnienia funkcji atrakcji lokalu. — Uśmiech, choć wcale nie większy, stał się nieco bardziej wiarygodny i niemal zaczepny.
Wypiła z nim w końcu toast, o który sama poprosiła. Woda przyjemnie spłynęła po gardle, na krótką chwilę kojąc zmęczone występem struny.
Nie smakowała jak zatruta.
Nigdy nie zakładała, że będzie.
— Wydajesz się mieć więcej werwy niż ostatnim razem — zagaiła starając się znaleźć coś, co pozwoli jej nie myśleć o otoczeniu i udawać, że nie słyszy poirytowanych westchnięć obok siebie; jednocześnie sięgając myślami do świeżego jeszcze wspomnienia jego zblazowanej, nieszczególnie chętnej do czegokolwiek twarzy, którą napotkała po wejściu do cudzej – jego – loży. Różnica, nawet jeśli faktycznie jakaś była – nie była ogromna, w zasadzie - łatwa do przeoczenia...
A może to jej percepcja była po prostu przekłamana. W końcu wtedy widziała go przede wszystkim przelotnie, unikając tak jego spojrzenia, jak i radnego Benneta, choć zdecydowanie nie w podobnym stopniu.
where art thou, romeo?
no silver bullets will ever stop me
: sob lip 11, 2026 11:43 pm
autor: Vincent Monroe
Mógł zrzucić na wiele powodów fakt tego, że nie przedstawił jej się po raz pierwszy - począwszy od zaskoczenia, gdy wbiegła do jego loży, przez zmęczenie aż po zwykłe przyzwyczajenie do tego, że każdy rozpoczynający z nim konwersację z reguły to imię znał. Prawda tkwiła jednak w znacznie prostszej odpowiedzi, którą poprzedziło skinienie głową.
- Racja - przyznał, oddając jej ten jeden punkt, choć żadne z nich nie podliczało wyników. - Kiepski ze mnie dżentelmen.
W zasadzie to nawet ż a d e n.
Przy niej zachowywał się najbardziej po dżentelmeńsku w tym klubie od bardzo długiego czasu, o o czym nie miała prawa wiedzieć, a on nie czuł potrzeby wypowiadania tej myśli głośno.
Do miłośnika abstynencji było mu daleko, jednak choć dla niej ta butelka była częścią układu, dla niego ta zawartość nie miała żadnego znaczenia. Liczył się sam gest, wzniesiony w górę toast. Mógłby zastanowić się nad tym, jakiego rodzaju byli ludźmi skoro wspólne wypicie wody niegazowanej dla ich obojga było jakiegoś rodzaju poświęceniem, ale zamiast tego wolał skupić się na tym, w jaki sposób go nazwała.
Do Romeo również było mu bardzo daleko, a jednak podobał mu się sposób, w jaki to określenie układało się w jej ustach.
Uniósł szklankę w niemym toaście, upijając z niej parę łyków. Woda służyła swojej funkcji - nawadniania - choć zostawiała po sobie posmak resztek alkoholu, który tkwił przed nią w szklance.
Ciche westchnienia irytacji dobiegły do niego zza jej pleców, z miejsca, do którego nie sięgał spojrzeniem. To skupione było na jej ramionach, prostujących się nieco w reakcji na te dźwięki, sztywniejących w świadomości obcego oddechu na swoim karku. Irytacja przemknęła znów w jego głowie gdy unosił wzrok znad siedzącej przed nim brunetki na zgromadzone za nią kobiety. W ciemności jego tęczówek błysnął chłód, od którego uśmiech pierwszej z nich zblednął nieco, tracąc na pewności.
- Nic nie poradzę, że jestem tak czarującym mężczyzną - odparł przekornie, choć jego głowa skręciła w bok, palce pstryknęły pod ladą, czego dźwięk utonął w muzyce - dla wszystkich poza tkwiącym obok barmanem, wyczulonym na gesty patrzącego mu na ręce właściciela. Wzrok drugiego mężczyzny skierował się na Vincenta a później, za jego własnym, na tłum kobiet zgromadzonych w nowo stworzonej kolejce. - Każdy nosi swój krzyż - dodał z ironią, wspominając słowa sprzed tygodnia znad szklanki wody niegazowanej.
Barman przykleił do twarzy swój najlepszy uśmiech i krzyknął coś do stojących kobiet. Pierwsze z nich zaczęły odłączać się od tłumu, nawoływane przez pracownika. Po nich, powoli orientując się w sytuacji, dołączały wszystkie inne - te skupione na atrakcji i te, które zabłądziły, ustawiając się za grupą myśląc, że faktycznie stoją w kolejce.
- Ty również - odbił piłeczkę, samemu czując się lżej gdy ilość skupionych na nich oczu zaczęła maleć. - Rapture nie mogło zostawić po sobie aż tak złego wrażenia, skoro twój agent pozwolił ci tutaj wrócić.
call me but love, and I'll be new baptized
no silver bullets will ever stop me
: pn lip 13, 2026 4:20 pm
autor: Violet Haze
— To już drugi czy wciąż ten sam? — rzuciła w przestrzeń między nimi, splatając tę niby mimochodem rzuconą uwagę z niewielkim podniesieniem kącików ust.
O jednym noszonym krzyżu usłyszała równo tydzień temu, więc oczywiście nie potrafiła odmówić sobie możliwości wytknięcia mu powtórzenia. Coraz trudniej w ogóle było jej sobie odmawiać podejmowania z nim interakcji. Wybierania rozmowy zamiast prostego domknięcia zlecenia, odebrania pieniędzy i ulotnienia się z Rapture, zanim to miejsce zdąży znów udowodnić, że nie powinno się mu ufać.
Zdążyła upić nieco wody i odnotować z ulgą, że tłum za nią zaczął się przerzedzać. Nie wiedziała, czemu to przypisać. Może faktycznie wystarczył jeden czarujący uśmiech barmana obok, aby odczarować wianuszek kobiet zaaferowanych atrakcją. W każdym razie oddychało się łatwiej, kiedy nie czuła już za plecami tylu spojrzeń, oddechów i irytacji szukającej ujścia.
Przeniosła spojrzenie z powrotem na Vincenta.
— Nie obiecałam, że to zrobię, ale Rapture miało dostać okazję, by podreperować swój wizerunek — wytknęła, zaczepiając o jedną z ostatnich propozycji, które złożył jej tydzień temu.
Pamiętała każde jego słowo z tamtego wieczoru.
Powinna się tym martwić albo przynajmniej zastanowić nad samą sobą, bo istniała spora różnica pomiędzy zapamiętaniem informacji istotnych dla bezpieczeństwa, a przechowywaniem w głowie dokładnego brzmienia zdań wypowiedzianych przez obcego mężczyznę poznanego całkowicie przypadkiem.
Chwilę potem poczuła najpierw uderzenie ramienia, a potem chłód rozlewający się po szyi, dekolcie i brzuchu. A dopiero na końcu zapach piwa.
Przez sekundę stała w bezruchu.
Kobieta, która się o nią potknęła, była młoda, zdecydowanie pijana i zbudowana głównie z blond włosów, odsłoniętego, bardzo obfitego i zdecydowanie zrobionego, sterczącego biustu. Miała sukienkę wartą prawdopodobnie więcej niż cały dzisiejszy występ Violet, buty, w których nikt normalny nie próbowałby utrzymać równowagi po alkoholu, i twarz osoby, która od dzieciństwa nigdy nie spotkała się z odmową.
— Jezu — rzuciła blondynka, patrząc na mokrą plamę na Violet. — Mogłabyś uważać.
Towarzyszący jej mężczyzna, w tym tygodniu inny od tego, który był przy niej w zeszłym, parsknął śmiechem. Najwyraźniej ten wypadek, którego rzekomym sprawcą miała zostać Violet, wydał mu się bardzo zabawny.
Haze nie wiedziała, jakie uczucie ogarnęło ją w kontekście sukienki kupionej specjalnie na ten wieczór. Niespecjalnie była to złość, bo sukienkę mogła wyprać i nie było to też zażenowanie, bo temu musiałoby towarzyszyć nadszarpnięcie godności, a na to chyba była już zbyt zmęczona i za bardzo było jej wszystko jedno.
Najbliżej było temu do zaskoczenia. Całą sytuacją.
Spojrzała na ubranie. Widoczna, rozległa plama drażniła mniej niż swąd piwa, który wszedł w materiał sukienki, włosy i skórę. Podniosła wzrok na blondynkę, gdy ta akurat marszczyła w obrzydzeniu nos, strzepując resztki piwa z palców, rozchlapując je dookoła, w tym również na Haze.
— Podaj mi w końcu serwetkę, nie stój i nie gap się tak. I zawołał kogoś, kto to posprząta!
Przez moment Violet nawet nie zarejestrowała, że to było skierowane do niej. Może sukienka, którą kupił specjalnie na ten kolejny występ do najdroższych nie należała, ale żeby aż tak ją pomylić? Choć była pewna przeświadczenia, że pomyłka była bardzo intencjonalna. Nawet sięgnęła w stronę serwetnika stojącego na blacie baru – nie z potrzeby uległości, ale ogólno pojętego szoku wywołanego nagłym obrotem sytuacji.
— O mój Boże! — zawołała blondynka, w zupełnie innej, mocno słodszej, tonacji, ignorując serwetkę na rzecz odnotowania obecności kogoś za barem. — Vincent! — Bardzo wysoki, podekscytowany pisk dokonał bezpośredniej ofensywy na bębenkach Violet. Na tyle, że jeszcze przez chwilę dzwoniło jej w uszach. — Nie wiedziałam, że tu będziesz. Tatuś kazał przesłać swoje pozdrowienia.
Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że to cycki jako pierwsze ruszyły mu na powitanie. Potem było długo, długo nic, a dopiero za nimi cała reszta krzyczącej postaci.
rsvp
Jessie J