what we shouldn't have started
: ndz lip 12, 2026 3:55 pm
R a n d k a.
Powinien był się roześmiać, obrócić wszystko w żart, zrobić to, co robił od samego początku ich znajomości - uciec, zmienić temat, przesunąć granicę o pół kroku do tyłu, zamiast z uporem przesuwać ją coraz dalej. Tymczasem zrobił coś znacznie gorszego - skinął głową. Zgodził się, jakby była to najbardziej naturalna propozycja na świecie, choć przecież nie była. Była przekroczeniem każdej, pierdolonej granicy, którą sam dla siebie wyznaczył jeszcze zanim pierwszy raz zaparkował przed warsztatem.
Przecież właśnie dlatego przyjechał do Toronto. Miał sprawdzić, jak radzi sobie siostra Garry'ego, upewnić się, że życie nie odebrało jej wszystkiego, a później wrócić do Thunder Bay i zamknąć ten rozdział raz na zawsze. Ani przez moment nie zakładał, że skończy na wymienianiu z nią wiadomości, piciu tej okropnej warsztatowej kawy, prowokowaniu jej kolejnymi zaczepkami i organizowaniu pieprzonej randki. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wyśmiałby samego siebie za podobny scenariusz, uznając go za kompletnie oderwany od rzeczywistości, a jednak rzeczywistość po raz kolejny udowadniała mu, że miała wyjątkowo chore poczucie humoru.
Jeszcze raz, już chyba setny, próbował poukładać sobie w głowie wszystkie argumenty. Nie potrzebował nawet kartki, bo po stronie za panowała kompletna pustka. Nie było tam ani jednego rozsądnego powodu, dla którego powinien był się pojawić pod jej domem. Po stronie przeciw zmieściło się natomiast wszystko - Pauline, kłamstwa, Garry. Obietnice, których nie dotrzymał, własne sumienie, zdrowy rozsądek. Każdy kolejny argument wydawał się wystarczający, by nie przyjechać.
A mimo to był takim kretynem, że punktualnie o umówionej godzinie zaparkował pod wskazanym przez nią adresem. Nie wszedł na górę, nie zadzwonił domofonem i nie napisał nawet krótkiej wiadomości. Oparł się jedynie plecami o samochód, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki i cierpliwie czekał, jakby w ostatniej chwili nadal dawał sobie możliwość odwrotu.
Ta możliwość zniknęła w chwili, gdy wyszła z budynku. Resztki rozsądku, których istnienie jeszcze u siebie podejrzewał, właśnie postanowiły definitywnie go opuścić. Do tej pory widywał ją głównie w roboczych ubraniach, z włosami związanymi byle jak, policzkiem ubrudzonym smarem, przez co tamten obraz zdążył stać się dla niego czymś zupełnie naturalnym. Teraz patrzył na tę samą kobietę i miał wrażenie, że widzi ją pierwszy raz. Była z j a w i s k o w a.
Bez słowa obszedł samochód i otworzył przed nią drzwi od strony pasażera, czekając, aż zajmie miejsce. Dopiero kiedy sam usiadł za kierownicą i ruszył przed siebie, pozwolił sobie na lekki uśmiech. - Czy tak zaczynają się wszystkie dobre randki według Ally Aldridge? - zapytał z rozbawieniem. Nie znał Toronto, więc właściwie ślepo zaufał nawigacji, która pokazywała, że niedaleko plaży znajdowała się niewielka restauracja z drewnianym tarasem wychodzącym na wodę.
Przez pierwszych kilka minut bardziej skupiał się na drodze niż na rozmowie, choć mimowolnie co chwilę zerkał w jej stronę. - Wyglądasz pięknie - odezwał się w końcu. Kącik jego ust uniósł się lekko, gdy ponownie przeniósł wzrok na drogę. - Mam tylko nadzieję, że nie masz wielkich oczekiwań. Wszystkie poradniki o magicznych randkach mówiły o apartamentach w chmurach, jacuzzi i dobrym seksie - parsknął cicho pod nosem, zatrzymując samochód na czerwonym świetle.
- Ja na pierwszej randce nie pozwalam zaciągać się do łóżka - na krótką chwilę zapadła cisza, a on, sam nie wiedząc dlaczego, oderwał jedną dłoń od kierownicy i oparł ją na środkowej konsoli, pozwalając jedynie, by jego palce zatrzymały się niebezpiecznie blisko jej dłoni. Z n o w u sprawdzał, ile jeszcze zostało mu samokontroli.
Ally Aldridge
Powinien był się roześmiać, obrócić wszystko w żart, zrobić to, co robił od samego początku ich znajomości - uciec, zmienić temat, przesunąć granicę o pół kroku do tyłu, zamiast z uporem przesuwać ją coraz dalej. Tymczasem zrobił coś znacznie gorszego - skinął głową. Zgodził się, jakby była to najbardziej naturalna propozycja na świecie, choć przecież nie była. Była przekroczeniem każdej, pierdolonej granicy, którą sam dla siebie wyznaczył jeszcze zanim pierwszy raz zaparkował przed warsztatem.
Przecież właśnie dlatego przyjechał do Toronto. Miał sprawdzić, jak radzi sobie siostra Garry'ego, upewnić się, że życie nie odebrało jej wszystkiego, a później wrócić do Thunder Bay i zamknąć ten rozdział raz na zawsze. Ani przez moment nie zakładał, że skończy na wymienianiu z nią wiadomości, piciu tej okropnej warsztatowej kawy, prowokowaniu jej kolejnymi zaczepkami i organizowaniu pieprzonej randki. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wyśmiałby samego siebie za podobny scenariusz, uznając go za kompletnie oderwany od rzeczywistości, a jednak rzeczywistość po raz kolejny udowadniała mu, że miała wyjątkowo chore poczucie humoru.
Jeszcze raz, już chyba setny, próbował poukładać sobie w głowie wszystkie argumenty. Nie potrzebował nawet kartki, bo po stronie za panowała kompletna pustka. Nie było tam ani jednego rozsądnego powodu, dla którego powinien był się pojawić pod jej domem. Po stronie przeciw zmieściło się natomiast wszystko - Pauline, kłamstwa, Garry. Obietnice, których nie dotrzymał, własne sumienie, zdrowy rozsądek. Każdy kolejny argument wydawał się wystarczający, by nie przyjechać.
A mimo to był takim kretynem, że punktualnie o umówionej godzinie zaparkował pod wskazanym przez nią adresem. Nie wszedł na górę, nie zadzwonił domofonem i nie napisał nawet krótkiej wiadomości. Oparł się jedynie plecami o samochód, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki i cierpliwie czekał, jakby w ostatniej chwili nadal dawał sobie możliwość odwrotu.
Ta możliwość zniknęła w chwili, gdy wyszła z budynku. Resztki rozsądku, których istnienie jeszcze u siebie podejrzewał, właśnie postanowiły definitywnie go opuścić. Do tej pory widywał ją głównie w roboczych ubraniach, z włosami związanymi byle jak, policzkiem ubrudzonym smarem, przez co tamten obraz zdążył stać się dla niego czymś zupełnie naturalnym. Teraz patrzył na tę samą kobietę i miał wrażenie, że widzi ją pierwszy raz. Była z j a w i s k o w a.
Bez słowa obszedł samochód i otworzył przed nią drzwi od strony pasażera, czekając, aż zajmie miejsce. Dopiero kiedy sam usiadł za kierownicą i ruszył przed siebie, pozwolił sobie na lekki uśmiech. - Czy tak zaczynają się wszystkie dobre randki według Ally Aldridge? - zapytał z rozbawieniem. Nie znał Toronto, więc właściwie ślepo zaufał nawigacji, która pokazywała, że niedaleko plaży znajdowała się niewielka restauracja z drewnianym tarasem wychodzącym na wodę.
Przez pierwszych kilka minut bardziej skupiał się na drodze niż na rozmowie, choć mimowolnie co chwilę zerkał w jej stronę. - Wyglądasz pięknie - odezwał się w końcu. Kącik jego ust uniósł się lekko, gdy ponownie przeniósł wzrok na drogę. - Mam tylko nadzieję, że nie masz wielkich oczekiwań. Wszystkie poradniki o magicznych randkach mówiły o apartamentach w chmurach, jacuzzi i dobrym seksie - parsknął cicho pod nosem, zatrzymując samochód na czerwonym świetle.
- Ja na pierwszej randce nie pozwalam zaciągać się do łóżka - na krótką chwilę zapadła cisza, a on, sam nie wiedząc dlaczego, oderwał jedną dłoń od kierownicy i oparł ją na środkowej konsoli, pozwalając jedynie, by jego palce zatrzymały się niebezpiecznie blisko jej dłoni. Z n o w u sprawdzał, ile jeszcze zostało mu samokontroli.
Ally Aldridge