Neon gravestones try to call
: pn lip 13, 2026 6:26 pm
czerwiec 2021, Fashion Week, Barcelona
Nienawidził bieli.
Z tego powodu już podczas krótkiej podróży przez Barcelonę, gdy deszcz wisiał w powietrzu i groził ulewą, jedyną rzeczą na jakiej temat on i Serena wymienili kilka słów była pogoda. Marlow od rana była w nieprzysiadalnym humorze i Lian unikał ją przez większość dnia, ale gdy w standardowy plan mieszczący się w tym co ustalone wkradło się coś, co jej zdaniem miało być jedynie kurtuazyjną wizytą estymowaną na górą godzinę, nie wytrzymał.
Awantury coraz częściej przeplatały się z typowym harmonogramem ich pracy i nikt się już szczególnie nie dziwił kiedy wspólna przestrzeń rozkwitała bukietem wyzwisk, głównie jego autorstwa, z wstawkami rodzimego języka gdy angielski przestawał wystarczać i stawał się zbyt zubożały. Jego wściekłość na ogół posiadała jednak bardzo krótki żywot bo Lian szybko rozeznawał się w jej bezcelowości, tracił werwę i ochotę, a wreszcie markotniał i wszyscy udawali, że element wyrażanej przez niego zgody był obligatoryjny. Być może po to by poczuł się lepiej.
Niezależność odsiewali mu przez całe życie, więc koniec końców Lian uśmiechał się i kiwał głową. Tego od niego oczekiwano, przecież był Kimś przed duże „K“, a to obligowało do poświęceń.
Czy poza ciszą miał jeszcze cokolwiek swojego, co mógłby poświęcić pod dyktando scenariusza pisanego dla niego obcymi rękami?
Podobnie uśmiechał się i kiwał głową gdy ustalali mu nowe cudowne diety, skracali odstępy pomiędzy występami i ubierali w to, co pasowało do okazji i aktualnej wizji. Bo przecież musiał się zgodzić - luksusu odmowy nie posiadał. Myśl o takiej ewentualności, czysto teoretyczna i abstrakcyjna ważyła tonę i w odczuciu była jak kontrabanda do jakiej nie miał prawa.
A teraz, biały od stóp do głów i przepychany do przodu pomiędzy rozgrzany tłum paznokciami Sereny wbijającymi mu się w plecy, czuł się cholernie samotnie wśród niemal setki osób garnącej zewsząd dookoła. Nawet gdy ktoś zdawał się patrzeć mu prosto w oczy Lian wiedział, że widzi produkt. Nikt nie widział jego.
Poruszając się jak duch w ludzkiej skórze podążał w kierunku w którym popychała go Marlow, słysząc urywki śmiechów, rozmów i wykrzykiwanych imion, ale nie widząc twarzy rozmywających mu się przed oczami ze zmęczenia. Nie miał pojęcia kiedy trafił na piętro willi zdającej się być luksusowym labiryntem pokoi, korytarzy i poziomów, ani co stało się z Marlow po drodze. Uczepiony kurczowo balustrady obserwował przez chwilę bezkształtny tłum przypominający mu z tej perspektywy niespokojne morze i nagle zapragnął naprawdę je zobaczyć, choć przecież nigdy nie było na to czasu.
一 Lian?! O boże, myślałam, że zostajesz w hotelu czy... fajnie, że jesteś. Ale pamiętasz mnie, co nie?
Głos wydawał się być znajomy i dopiero po dłuższej chwili jego spojrzenie pojaśniało jakimś wewnętrznym zrozumieniem. Uśmiechnął się nawet blado, jednocześnie po czasie orientując się, że w jednej dłoni zamiast poręczy trzyma pełną szklankę.
一 Tina. Pamiętam, pewnie, ja...
一 CO?
一 Pamiętam! Tina Levitt, spotkaliśmy się w zeszłym roku w Nowym Jorku! 一 Głośna muzyka wymusiła podniesienie głosu, a ogólna niechęć znajdowania się tego wieczora wśród ludzi skłoniła go do zajrzenia do szklanki. Levitt z zaskoczeniem obserwowała jak Mei osuszył ją prawie do spodu, ale dopiero gdy uśmiechnął się do niej szeroko - na tyle, że poczuł to aż w odrętwiałych policzkach - zmarszczyła subtelnie pociągnięte fioletem brwi.
一 Oho. Ciężka noc?
一 Prawdopodobnie 一 zgodził się, wychylając lekko przez barierkę. Kilka pasm włosów wyplątało się z wystylizowanego kucyka i przykleiło do różowiejących od gorąca i alkoholu skroni. 一 Jeszcze nie wiem.
Po ponad kwadransie zaskakująco klejącej się rozmowy i kolejnej szklance czegoś, co krążyło wśród gości jak krew w krwioobiegu Lian finalnie zdołał się rozluźnić na tyle by zobaczyć lepsze perspektywy na wieczór. Marlow nie wspominała o Seungyeon, która zdaniem Levitt miała przynajmniej pokazać się po północy i Lian odkrył nagle, że właściwie to chciałby ją zobaczyć. Na godzinę, pół, choćby pięć minut.
一 Chcesz usłyszeć coś ciekawego? 一 zagaił w przypływie lepszego humoru i chwilowej odwagi podbitej alkoholem. 一 Pewnie, że chcesz.
一 Plotki?
一 Nie. Lepiej, coś zupełnie na pewno. 一 Pokręcił lekko głową, a ciemne włosy liznęły jego bladą twarz z kontrastującymi na niej niezdrowo wypiekami. W różowo-fioletowym świetle opływającym salę cienie pod jego oczami zdawały się żyć własnym życiem jeszcze bardziej upodabniając go do pokutującej zjawy w brokacie. 一 Ten typ na drugim balkonie. Widzisz go? Siedzi w środku, poważny jak w żałobie.
一 No widzę. Co z nim? 一 Tina przysunęła się i stuknęła go łokciem w ramię by przesunął się i zrobił jej trochę miejsca. 一 To nie ten z... nie wiem. Nie ma jakiegoś małego atelier?
一 Ma. I wcale nie małe.
一 Pierdolisz! Skąd wiesz?
一 Bo to jest mój plan na najbliższe dwie godziny 一 obwieścił wylewnie, zapijając gorycz tym co zostało w szklance. Kiedy i to nie przyniosło spodziewanego efektu ulgi Lian przechylił się i wyciągnął rękę po to, co Levitt ogrzewała w kieliszku od ostatnich dziesięciu minut.
一 W sensie, że co?
一 W sensie, że muszę się do niego koniecznie pofatygować, mrugnąć i słowem zrobić co się da, żeby zerżnął mnie gdzieś na boku.
Po krótkiej, mocno wymownej ciszy Tina parsknęła śmiechem, on zresztą też, głośniejszym nawet i przebijającym się przez muzykę. Ktoś prawie wytrącił mu drinka Levitt z ręki, ale cudem udało mu się nie wypuścić go na grupkę siedzącą piętro niżej.
一 A tak poważnie, to jest właśnie zajebisty plan mojej agentki. To zawsze wygląda tak samo, wiesz jak jest. Zawsze... hmm, rozumiesz 一 odezwał się wreszcie już bez sztucznej wesołości i tylko mocniej wsparł się o barierkę, jakby jego ciało zaczynało mu ciążyć.
一 Właściwie to nie rozumiem 一 mruknęła w odpowiedzi i przez parę kolejnych minut obydwoje szukali tematu, który mógłby zatrzeć tę przypadkowo udzieloną niezręczność spontanicznej wylewności. Widząc jak Levitt skubie wargę stuknął ją łokciem w ramię, a na widok jej urażonego, pytającego spojrzenia uśmiechnął się już znacznie mniej sztucznie, jakby ta chwila normalności wystarczyła by nabrał sił na resztę wieczoru.
一 Nie musisz, tylko żartowałem.
Krótko po północy było po wszystkim.
Biel dokuczała mu teraz bardziej, choć komplet leżał na nim bez zarzutu, zwłaszcza gdy Asher w swej uprzejmości zszył mu naderwany kołnierz i skompletował guziki. Pachniał jego cytrusowo-gorzkimi perfumami i nawet gdy na ślepo krążył co najmniej dwadzieścia minut w duchocie, gęstym dymie i wśród mnogości innych zapachów by znaleźć drogę do stolika Seungyeon, pod koniec wciąż czuł je na sobie jakby wsiąkły mu w skórę. Czuł również drżenie obolałych, omdlewających mięśni, więc z ulgą wcisnął się na kanapę. Spojrzeniem odnalazł jej twarz, na krótko nawiązał kontakt wzrokowy tęskniąc chyba za czymś znajomym, a palcami prawej ręki musnął ledwie jej nadgarstek pod osłoną szerokiego, błyszczącego blatu. Nie dołączył do rozmowy - zamiast tego uśmiechnął się przepraszająco wymawiając od konwersacji zmęczeniem i bólem głowy, poinformował, że przyszedł wyłącznie potowarzyszyć jej przez chwilę i z wytłumionym, bezgłośnym westchnieniem opadł ostrożnie na oparcie kanapy.
Dopiero teraz pozwolił sobie na moment zamknąć oczy.
Seungyeon Han
Nienawidził bieli.
Z tego powodu już podczas krótkiej podróży przez Barcelonę, gdy deszcz wisiał w powietrzu i groził ulewą, jedyną rzeczą na jakiej temat on i Serena wymienili kilka słów była pogoda. Marlow od rana była w nieprzysiadalnym humorze i Lian unikał ją przez większość dnia, ale gdy w standardowy plan mieszczący się w tym co ustalone wkradło się coś, co jej zdaniem miało być jedynie kurtuazyjną wizytą estymowaną na górą godzinę, nie wytrzymał.
Awantury coraz częściej przeplatały się z typowym harmonogramem ich pracy i nikt się już szczególnie nie dziwił kiedy wspólna przestrzeń rozkwitała bukietem wyzwisk, głównie jego autorstwa, z wstawkami rodzimego języka gdy angielski przestawał wystarczać i stawał się zbyt zubożały. Jego wściekłość na ogół posiadała jednak bardzo krótki żywot bo Lian szybko rozeznawał się w jej bezcelowości, tracił werwę i ochotę, a wreszcie markotniał i wszyscy udawali, że element wyrażanej przez niego zgody był obligatoryjny. Być może po to by poczuł się lepiej.
Niezależność odsiewali mu przez całe życie, więc koniec końców Lian uśmiechał się i kiwał głową. Tego od niego oczekiwano, przecież był Kimś przed duże „K“, a to obligowało do poświęceń.
Czy poza ciszą miał jeszcze cokolwiek swojego, co mógłby poświęcić pod dyktando scenariusza pisanego dla niego obcymi rękami?
Podobnie uśmiechał się i kiwał głową gdy ustalali mu nowe cudowne diety, skracali odstępy pomiędzy występami i ubierali w to, co pasowało do okazji i aktualnej wizji. Bo przecież musiał się zgodzić - luksusu odmowy nie posiadał. Myśl o takiej ewentualności, czysto teoretyczna i abstrakcyjna ważyła tonę i w odczuciu była jak kontrabanda do jakiej nie miał prawa.
A teraz, biały od stóp do głów i przepychany do przodu pomiędzy rozgrzany tłum paznokciami Sereny wbijającymi mu się w plecy, czuł się cholernie samotnie wśród niemal setki osób garnącej zewsząd dookoła. Nawet gdy ktoś zdawał się patrzeć mu prosto w oczy Lian wiedział, że widzi produkt. Nikt nie widział jego.
Poruszając się jak duch w ludzkiej skórze podążał w kierunku w którym popychała go Marlow, słysząc urywki śmiechów, rozmów i wykrzykiwanych imion, ale nie widząc twarzy rozmywających mu się przed oczami ze zmęczenia. Nie miał pojęcia kiedy trafił na piętro willi zdającej się być luksusowym labiryntem pokoi, korytarzy i poziomów, ani co stało się z Marlow po drodze. Uczepiony kurczowo balustrady obserwował przez chwilę bezkształtny tłum przypominający mu z tej perspektywy niespokojne morze i nagle zapragnął naprawdę je zobaczyć, choć przecież nigdy nie było na to czasu.
一 Lian?! O boże, myślałam, że zostajesz w hotelu czy... fajnie, że jesteś. Ale pamiętasz mnie, co nie?
Głos wydawał się być znajomy i dopiero po dłuższej chwili jego spojrzenie pojaśniało jakimś wewnętrznym zrozumieniem. Uśmiechnął się nawet blado, jednocześnie po czasie orientując się, że w jednej dłoni zamiast poręczy trzyma pełną szklankę.
一 Tina. Pamiętam, pewnie, ja...
一 CO?
一 Pamiętam! Tina Levitt, spotkaliśmy się w zeszłym roku w Nowym Jorku! 一 Głośna muzyka wymusiła podniesienie głosu, a ogólna niechęć znajdowania się tego wieczora wśród ludzi skłoniła go do zajrzenia do szklanki. Levitt z zaskoczeniem obserwowała jak Mei osuszył ją prawie do spodu, ale dopiero gdy uśmiechnął się do niej szeroko - na tyle, że poczuł to aż w odrętwiałych policzkach - zmarszczyła subtelnie pociągnięte fioletem brwi.
一 Oho. Ciężka noc?
一 Prawdopodobnie 一 zgodził się, wychylając lekko przez barierkę. Kilka pasm włosów wyplątało się z wystylizowanego kucyka i przykleiło do różowiejących od gorąca i alkoholu skroni. 一 Jeszcze nie wiem.
Po ponad kwadransie zaskakująco klejącej się rozmowy i kolejnej szklance czegoś, co krążyło wśród gości jak krew w krwioobiegu Lian finalnie zdołał się rozluźnić na tyle by zobaczyć lepsze perspektywy na wieczór. Marlow nie wspominała o Seungyeon, która zdaniem Levitt miała przynajmniej pokazać się po północy i Lian odkrył nagle, że właściwie to chciałby ją zobaczyć. Na godzinę, pół, choćby pięć minut.
一 Chcesz usłyszeć coś ciekawego? 一 zagaił w przypływie lepszego humoru i chwilowej odwagi podbitej alkoholem. 一 Pewnie, że chcesz.
一 Plotki?
一 Nie. Lepiej, coś zupełnie na pewno. 一 Pokręcił lekko głową, a ciemne włosy liznęły jego bladą twarz z kontrastującymi na niej niezdrowo wypiekami. W różowo-fioletowym świetle opływającym salę cienie pod jego oczami zdawały się żyć własnym życiem jeszcze bardziej upodabniając go do pokutującej zjawy w brokacie. 一 Ten typ na drugim balkonie. Widzisz go? Siedzi w środku, poważny jak w żałobie.
一 No widzę. Co z nim? 一 Tina przysunęła się i stuknęła go łokciem w ramię by przesunął się i zrobił jej trochę miejsca. 一 To nie ten z... nie wiem. Nie ma jakiegoś małego atelier?
一 Ma. I wcale nie małe.
一 Pierdolisz! Skąd wiesz?
一 Bo to jest mój plan na najbliższe dwie godziny 一 obwieścił wylewnie, zapijając gorycz tym co zostało w szklance. Kiedy i to nie przyniosło spodziewanego efektu ulgi Lian przechylił się i wyciągnął rękę po to, co Levitt ogrzewała w kieliszku od ostatnich dziesięciu minut.
一 W sensie, że co?
一 W sensie, że muszę się do niego koniecznie pofatygować, mrugnąć i słowem zrobić co się da, żeby zerżnął mnie gdzieś na boku.
Po krótkiej, mocno wymownej ciszy Tina parsknęła śmiechem, on zresztą też, głośniejszym nawet i przebijającym się przez muzykę. Ktoś prawie wytrącił mu drinka Levitt z ręki, ale cudem udało mu się nie wypuścić go na grupkę siedzącą piętro niżej.
一 A tak poważnie, to jest właśnie zajebisty plan mojej agentki. To zawsze wygląda tak samo, wiesz jak jest. Zawsze... hmm, rozumiesz 一 odezwał się wreszcie już bez sztucznej wesołości i tylko mocniej wsparł się o barierkę, jakby jego ciało zaczynało mu ciążyć.
一 Właściwie to nie rozumiem 一 mruknęła w odpowiedzi i przez parę kolejnych minut obydwoje szukali tematu, który mógłby zatrzeć tę przypadkowo udzieloną niezręczność spontanicznej wylewności. Widząc jak Levitt skubie wargę stuknął ją łokciem w ramię, a na widok jej urażonego, pytającego spojrzenia uśmiechnął się już znacznie mniej sztucznie, jakby ta chwila normalności wystarczyła by nabrał sił na resztę wieczoru.
一 Nie musisz, tylko żartowałem.
Krótko po północy było po wszystkim.
Biel dokuczała mu teraz bardziej, choć komplet leżał na nim bez zarzutu, zwłaszcza gdy Asher w swej uprzejmości zszył mu naderwany kołnierz i skompletował guziki. Pachniał jego cytrusowo-gorzkimi perfumami i nawet gdy na ślepo krążył co najmniej dwadzieścia minut w duchocie, gęstym dymie i wśród mnogości innych zapachów by znaleźć drogę do stolika Seungyeon, pod koniec wciąż czuł je na sobie jakby wsiąkły mu w skórę. Czuł również drżenie obolałych, omdlewających mięśni, więc z ulgą wcisnął się na kanapę. Spojrzeniem odnalazł jej twarz, na krótko nawiązał kontakt wzrokowy tęskniąc chyba za czymś znajomym, a palcami prawej ręki musnął ledwie jej nadgarstek pod osłoną szerokiego, błyszczącego blatu. Nie dołączył do rozmowy - zamiast tego uśmiechnął się przepraszająco wymawiając od konwersacji zmęczeniem i bólem głowy, poinformował, że przyszedł wyłącznie potowarzyszyć jej przez chwilę i z wytłumionym, bezgłośnym westchnieniem opadł ostrożnie na oparcie kanapy.
Dopiero teraz pozwolił sobie na moment zamknąć oczy.
Seungyeon Han