The One Where I Nearly Killed My Ex
: pn lip 13, 2026 7:12 pm
I'm missing all these memories
maybe they were never mine
— Dziewczyny, nie piję już więcej, bo jutro nie wstanę. — Paris uniosła dłoń, odganiając jedną z przyjaciółek, podstawiającą jej drinka pod sam nos. Lubiła imprezować. Ba, można nawet powiedzieć, że uwielbiała to robić, bo właśnie na tego typu eventach, wpadała na te najbardziej głupie i szalone pomysły. Nie chciała jednak zaliczyć tej nocy black outa, bo miały fajne plany na jutrzejszy poranek, o ile reszta będzie w stanie w ogóle podnieść się z łóżka. Poza tym Rissy nienawidziła kaca; starała się przestać pić w momencie, gdy kręciło jej się w głowie. Wtedy wiedziała, że musiała zwolnić i chociaż połowicznie wytrzeźwieć, zanim położy się do łóżka. To był jej jedyny działający trik, żeby nie umierać przez cały kolejny dzień po intensywnym piciu. Dlatego chwiejnym krokiem, uciekła z rąk kumpel, by ruszyć ścieżką w kierunku pensjonatu, w którym zatrzymały się na te trzy dni, by uciec od obowiązków i szarego świata. To był ich przedostatni dzień; Paris niczego nie potrzebowała tak bardzo, jak tego resetu.
Zaciskając palce na pasku torebki, Kingsley oddaliła się od swoich koleżanek. Droga do noclegu nie była długa, ale przez te parę drinków, na pewno może jej się wydłużyć. Zwykle Paris niczego się nie bała — w jej odczuciu, to inni powinni bać się właśnie jej. Poza tym miała gaz pieprzowy w torebce, lepiej jej nie prowokować, bo nigdy wcześniej go nie testowała. Co, jeśli nie działa? Tego już akurat nie wzięła pod uwagę. Po piętnastu minutach spaceru, dziewczyna przystanęła pod jakimś budynkiem, żeby zapalić papierosa. Uniosła zapalniczkę, rozglądając się spokojnie po ulicy; w oddali dostrzegła sylwetkę jakiegoś mężczyzny, ale zignorowała ten fakt, bo przecież nie była cholerną paranoiczką. Zaciągnęła się dymem, po czym na nowo ruszyła w stronę pensjonatu, czując jak po jej ciele przechodzą dreszcze, ilekroć zawiał choć odrobinę silniejszy wiatr. Papieros jarzył się w jej palcach, a ona szła zupełnie bezstresowo, dopóki nie usłyszała tych kroków bliżej siebie. Dlaczego ta osoba jej nie wyprzedzała?
Dziewczyna rzuciła niedopałek na ulicę i przyspieszyła tempo. Serce podeszło jej nieco do gardła, a oddech znacznie przyspieszył; na samą myśl o tym, chciało jej się śmiać. Tego typu adrenaliny, nie odczuła od bardzo, bardzo dawna. Miała ochotę zacząć uciekać na swoich wysokich obcasach, żeby poczuć jeszcze większe drżenie serca. Dopiero parę metrów od pensjonatu, Paris odwróciła się na pięcie, ciskając torebką prosto w mężczyznę, który szedł za nią od parunastu dobrych minut.
— Chcesz się bić?! — krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści, prawie łamiąc sobie przy tym paznokcie. Dopiero, gdy odsunęła nieznacznie ręce od swojej twarzy, dostrzegła znajome rysy. Paris opuściła palce, patrząc na niego z niedowierzaniem. — Leo? — wydusiła. Nie powinna być zaskoczona, bo słyszała, że mieszka w Toronto, jednak kompletnie nie spodziewała się, że na niego trafi. Nie była na to jeszcze gotowa. — Oszalałeś?! Mogłabym ci wydłubać niechcący oczy! — rzuciła głośno. Nie było to powitanie, które zawsze myślała, że rzuci w jego stronę, kiedy w końcu spotkają się po takim czasie. — Ty… Co tu robisz? — wydusiła w końcu, gdy zdołała nieco ochłonąć.
Leo był… Mężczyzną, którego zapamiętała na lata. Osobą, za którą się oglądała, o której bezustannie myślała, którego pocałunki na wiele miesięcy pozostały w jej pamięci. Miała wrażenie, że swoją obecnością namieszał jej w głowie do tego stopnia, że nie potrafiła spojrzeć na nikogo innego w ten sam sposób; jak była młoda i głupia, nie potrafiła się do końca obudzić z tego transu. A potem odszedł, wybierając karierę i inne życie zamiast jej.
hello, dear
maybe they were never mine
— Dziewczyny, nie piję już więcej, bo jutro nie wstanę. — Paris uniosła dłoń, odganiając jedną z przyjaciółek, podstawiającą jej drinka pod sam nos. Lubiła imprezować. Ba, można nawet powiedzieć, że uwielbiała to robić, bo właśnie na tego typu eventach, wpadała na te najbardziej głupie i szalone pomysły. Nie chciała jednak zaliczyć tej nocy black outa, bo miały fajne plany na jutrzejszy poranek, o ile reszta będzie w stanie w ogóle podnieść się z łóżka. Poza tym Rissy nienawidziła kaca; starała się przestać pić w momencie, gdy kręciło jej się w głowie. Wtedy wiedziała, że musiała zwolnić i chociaż połowicznie wytrzeźwieć, zanim położy się do łóżka. To był jej jedyny działający trik, żeby nie umierać przez cały kolejny dzień po intensywnym piciu. Dlatego chwiejnym krokiem, uciekła z rąk kumpel, by ruszyć ścieżką w kierunku pensjonatu, w którym zatrzymały się na te trzy dni, by uciec od obowiązków i szarego świata. To był ich przedostatni dzień; Paris niczego nie potrzebowała tak bardzo, jak tego resetu.
Zaciskając palce na pasku torebki, Kingsley oddaliła się od swoich koleżanek. Droga do noclegu nie była długa, ale przez te parę drinków, na pewno może jej się wydłużyć. Zwykle Paris niczego się nie bała — w jej odczuciu, to inni powinni bać się właśnie jej. Poza tym miała gaz pieprzowy w torebce, lepiej jej nie prowokować, bo nigdy wcześniej go nie testowała. Co, jeśli nie działa? Tego już akurat nie wzięła pod uwagę. Po piętnastu minutach spaceru, dziewczyna przystanęła pod jakimś budynkiem, żeby zapalić papierosa. Uniosła zapalniczkę, rozglądając się spokojnie po ulicy; w oddali dostrzegła sylwetkę jakiegoś mężczyzny, ale zignorowała ten fakt, bo przecież nie była cholerną paranoiczką. Zaciągnęła się dymem, po czym na nowo ruszyła w stronę pensjonatu, czując jak po jej ciele przechodzą dreszcze, ilekroć zawiał choć odrobinę silniejszy wiatr. Papieros jarzył się w jej palcach, a ona szła zupełnie bezstresowo, dopóki nie usłyszała tych kroków bliżej siebie. Dlaczego ta osoba jej nie wyprzedzała?
Dziewczyna rzuciła niedopałek na ulicę i przyspieszyła tempo. Serce podeszło jej nieco do gardła, a oddech znacznie przyspieszył; na samą myśl o tym, chciało jej się śmiać. Tego typu adrenaliny, nie odczuła od bardzo, bardzo dawna. Miała ochotę zacząć uciekać na swoich wysokich obcasach, żeby poczuć jeszcze większe drżenie serca. Dopiero parę metrów od pensjonatu, Paris odwróciła się na pięcie, ciskając torebką prosto w mężczyznę, który szedł za nią od parunastu dobrych minut.
— Chcesz się bić?! — krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści, prawie łamiąc sobie przy tym paznokcie. Dopiero, gdy odsunęła nieznacznie ręce od swojej twarzy, dostrzegła znajome rysy. Paris opuściła palce, patrząc na niego z niedowierzaniem. — Leo? — wydusiła. Nie powinna być zaskoczona, bo słyszała, że mieszka w Toronto, jednak kompletnie nie spodziewała się, że na niego trafi. Nie była na to jeszcze gotowa. — Oszalałeś?! Mogłabym ci wydłubać niechcący oczy! — rzuciła głośno. Nie było to powitanie, które zawsze myślała, że rzuci w jego stronę, kiedy w końcu spotkają się po takim czasie. — Ty… Co tu robisz? — wydusiła w końcu, gdy zdołała nieco ochłonąć.
Leo był… Mężczyzną, którego zapamiętała na lata. Osobą, za którą się oglądała, o której bezustannie myślała, którego pocałunki na wiele miesięcy pozostały w jej pamięci. Miała wrażenie, że swoją obecnością namieszał jej w głowie do tego stopnia, że nie potrafiła spojrzeć na nikogo innego w ten sam sposób; jak była młoda i głupia, nie potrafiła się do końca obudzić z tego transu. A potem odszedł, wybierając karierę i inne życie zamiast jej.
hello, dear