showed up and now the weight of the world ain't so bad
: pn lip 13, 2026 8:39 pm
Przyjedź do mnie.
Lina trochę zbyt długo wpatrywała się w wyświetlacz, na którym pokazywały się jej własne słowa i krótka odpowiedź poniżej, na którą odpisała wysyłając adres. W głowie miała mętlik, który jednak nie powstrzymał jej przed złożeniem tej propozycji. A mimo to teraz poczuła niepewność, chociaż nie dlatego, że nagle pożałowała swojego zaproszenia. Jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna wiadomość pewnie w ogóle nie przyszłaby jej do głowy. Zapraszanie kogoś do swojego mieszkania oznaczało wpuszczenie go do jedynego miejsca, nad którym miała pełną kontrolę. To tutaj wracała po gorszych dniach, tutaj zrzucała z siebie cały zewnętrzny świat i nie musiała niczego udawać. Horacy miał za chwilę przekroczyć próg tej niewielkiej przestrzeni, zobaczyć ją taką, jakiej nie oglądał nikt przypadkowy. Co zaskakujące, zamiast szukać wymówki, żeby odwołać zaproszenie, złapała się na tym, że zaczęła zastanawiać się, czy zdąży coś ugotować, zanim zapuka do drzwi.
Co się z nią działo?
Doskoczyła do lodówki, by zajrzeć do środka i zastanowić się, co mogłaby zrobić na kolację. Na co dzień mało gotowała, zazwyczaj żywiła się gotowcami, które pewnie nawet nie stały koło pełnowartościowych posiłków. Szybki rzut oka na to, co miała w lodówce wyklarował jej pomysł, za co zaczęła się od razu brać, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Sięgnęła po telefon i uruchomiła pierwszą lepszą playlistę. Z głośników popłynęła cicha muzyka, bardziej wypełniająca ciszę niż domagająca się uwagi. Gotując, co jakiś czas zerkała na zegarek, bardziej niecierpliwie, niż chciałaby się do tego przyznać. Nikogo nie zapraszała do tego mieszkania. Z mężczyznami zazwyczaj spotykała się u nich, koleżanki z pracy pewnie nawet nie wiedziały, gdzie Lina mieszka. Sąsiadów kojarzyła tyle o ile, bo z nikim się nie spoufalała. Czy była inna przestrzeń, która byłaby bardziej jej? Nie formalnie, bo przecież to miejsce nie należało do niej, ale na ten moment było jej domem. Na fotelu leżała niedbale przewieszona przez oparcie bluza, na blacie leżało rozkręcone małe radio, które któryś z sąsiadów wyrzucił, a Lina teraz próbowała dać mu drugie życie. Nie było nigdzie żadnych zdjęć, niczego, co mogłoby cokolwiek zdradzać jej przeszłość bądź pochodzenie, ale poza tym wszędzie walały się dowody jej obecności.
Kiedy w końcu usłyszała dzwonek do drzwi, otarła dłonie o kuchenną ścierkę i ruszyła w stronę przedpokoju. Otworzyła niemal od razu.
– Bez obrazy, ale wyglądasz jak siedem nieszczęść. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie ciebie po długim dyżurze – rzuciła na powitanie z mieszaniną rozbawienia i czegoś, co u normalnego człowieka nazwałoby się troską, ale Lina absolutnie nie chciała tak o tym myśleć. – Wejdź – dodała miękko, przesuwając się, by wpuścić go do środka i zamknąć za nim drzwi. – Kolacja jeszcze nie jest gotowa, ale już niedługo. No i nie są to zimne frytki, więc myślę, że warto poczekać. – Uśmiechnęła się, czując jakieś dziwne ciepło, które rozlało się w okolicy jej klatki piersiowej.
Horacy Bell
Lina trochę zbyt długo wpatrywała się w wyświetlacz, na którym pokazywały się jej własne słowa i krótka odpowiedź poniżej, na którą odpisała wysyłając adres. W głowie miała mętlik, który jednak nie powstrzymał jej przed złożeniem tej propozycji. A mimo to teraz poczuła niepewność, chociaż nie dlatego, że nagle pożałowała swojego zaproszenia. Jeszcze kilka tygodni wcześniej podobna wiadomość pewnie w ogóle nie przyszłaby jej do głowy. Zapraszanie kogoś do swojego mieszkania oznaczało wpuszczenie go do jedynego miejsca, nad którym miała pełną kontrolę. To tutaj wracała po gorszych dniach, tutaj zrzucała z siebie cały zewnętrzny świat i nie musiała niczego udawać. Horacy miał za chwilę przekroczyć próg tej niewielkiej przestrzeni, zobaczyć ją taką, jakiej nie oglądał nikt przypadkowy. Co zaskakujące, zamiast szukać wymówki, żeby odwołać zaproszenie, złapała się na tym, że zaczęła zastanawiać się, czy zdąży coś ugotować, zanim zapuka do drzwi.
Co się z nią działo?
Doskoczyła do lodówki, by zajrzeć do środka i zastanowić się, co mogłaby zrobić na kolację. Na co dzień mało gotowała, zazwyczaj żywiła się gotowcami, które pewnie nawet nie stały koło pełnowartościowych posiłków. Szybki rzut oka na to, co miała w lodówce wyklarował jej pomysł, za co zaczęła się od razu brać, żeby się ze wszystkim wyrobić.
Sięgnęła po telefon i uruchomiła pierwszą lepszą playlistę. Z głośników popłynęła cicha muzyka, bardziej wypełniająca ciszę niż domagająca się uwagi. Gotując, co jakiś czas zerkała na zegarek, bardziej niecierpliwie, niż chciałaby się do tego przyznać. Nikogo nie zapraszała do tego mieszkania. Z mężczyznami zazwyczaj spotykała się u nich, koleżanki z pracy pewnie nawet nie wiedziały, gdzie Lina mieszka. Sąsiadów kojarzyła tyle o ile, bo z nikim się nie spoufalała. Czy była inna przestrzeń, która byłaby bardziej jej? Nie formalnie, bo przecież to miejsce nie należało do niej, ale na ten moment było jej domem. Na fotelu leżała niedbale przewieszona przez oparcie bluza, na blacie leżało rozkręcone małe radio, które któryś z sąsiadów wyrzucił, a Lina teraz próbowała dać mu drugie życie. Nie było nigdzie żadnych zdjęć, niczego, co mogłoby cokolwiek zdradzać jej przeszłość bądź pochodzenie, ale poza tym wszędzie walały się dowody jej obecności.
Kiedy w końcu usłyszała dzwonek do drzwi, otarła dłonie o kuchenną ścierkę i ruszyła w stronę przedpokoju. Otworzyła niemal od razu.
– Bez obrazy, ale wyglądasz jak siedem nieszczęść. Dokładnie tak, jak wyobrażałam sobie ciebie po długim dyżurze – rzuciła na powitanie z mieszaniną rozbawienia i czegoś, co u normalnego człowieka nazwałoby się troską, ale Lina absolutnie nie chciała tak o tym myśleć. – Wejdź – dodała miękko, przesuwając się, by wpuścić go do środka i zamknąć za nim drzwi. – Kolacja jeszcze nie jest gotowa, ale już niedługo. No i nie są to zimne frytki, więc myślę, że warto poczekać. – Uśmiechnęła się, czując jakieś dziwne ciepło, które rozlało się w okolicy jej klatki piersiowej.
Horacy Bell