Strona 1 z 1

baby, it's 3:00 AM

: pn lip 13, 2026 10:38 pm
autor: Charlie Marshall
Baby it's 3:00 AM
Had you on my mind


Okej, minęły dwa dni. Dwa cholerne dni, od kiedy Blair rzuciła w niego pierścionkiem, a on opuścił ich wspólny apartament*. Obiecał sobie, że da jej przestrzeń, okej? Chciał być silny, dać jej czas na oddech i na przetrawienie tego wszystkiego… Kochał ją nad życie i wiedział, że teraz jego największym dowodem miłości mogła być tylko i wyłącznie cierpliwość. Okay, he can do this.

No dobra, tylko jak to zrobić, kiedy ona - zaledwie czterdzieści osiem godzin po ich rozstaniu - zaczęła robić potworne głupoty?

Kiedy na ekranie jego telefonu pojawiło się pierwsze powiadomienie, zacisnął mu się żołądek. A potem… gdy już sobie uświadomił, że była pijana… zaczął się martwić. Już nawet nie chodziło o te teksty o SINGLE ERA albo kochankach, które miały wprawić go w poczucie winy - martwił się, dlaczego ona, do cholery jasnej, szlajała się po nocach?! Oczywiście, że sprawdził jej lokalizację na iPhonie, bo udostępniali ją sobie od… zawsze, i oczywiście, że dziękował niebiosom, iż Blair zapomniała, że wciąż mógł sprawdzić, gdzie się podziewała, dzięki apce Find.

No i nie za bardzo spodobało mu się to, co zobaczył. Był środek nocy, ciemność, a ona szlajała się po parku tuż nad brzegiem jeziora Ontario? To było lekkomyślne i w ogóle nie pasowało do Blair. Charlie był przekonany, że wyszła z jakimiś koleżankami i upiła się z nimi nad wodą. Czy mogło być gorzej?


Baby if I could tell you, if I could tell you
How much I care, I'm in despair
Are you still there?


Ano, mogło być gorzej. W ostatniej wiadomości napisała mu, że kładzie się do łóżka, mimo że nie wróciła do domu. Był zły, że go okłamała, ale z drugiej strony… cóż, ona miała lepsze powody do złości. Westchnął ciężko. Martwił się o nią, serio. A potem przyszło mu do głowy, że skoro i tak miała zamawiać zaraz taksówkę i wracać nocą przez pół miasta z obcym facetem za kółkiem, to sto razy bezpieczniej będzie, jak sam odwiezie ją do domu. Choćby miała na niego wrzeszczeć albo znów go uderzyć, wolał mieć pewność, że trafi do łóżka cała i zdrowa.

Wsiadł w auto, rzucił telefon na siedzenie pasażera i ruszył. Droga na miejsce zajęła mu jakieś pół godziny - dokładnie trzydzieści dwie minuty nerwowej jazdy przez puste ulice. Dochodziła trzecia, gdy zaparkował na skrzyżowaniu obok wejścia do parku. Zgasił silnik, po czym odblokował telefon i wysłał do Blair wiadomość, że czeka za rogiem. Zaraz zacisnął dłonie na kierownicy i zaczął wpatrywać się w lusterko wsteczne, gdzie widział wejście do parku. Każda sekunda dłużyła się niemiłosiernie… No gdzie ona była? Znowu zerknął na jej pinezkę. Hm, była blisko.

Ale gdzie?

Oparł głowę o zagłówek fotela i uchylił szybę od strony kierowcy, wpuszczając do środka chłodne, nocne powietrze. Tak lepiej.

Jezu, tak bardzo chciał ją zobaczyć, nawet jeśli nie wsiadłaby razem z nim do auta.


'Cuz baby if I find a way, I'm sure of it this love won't stray
Just give me a chance to stay
I love you
𝑙𝑖𝑡𝑡𝑙𝑒 𝑟𝑒𝑏𝑒𝑙

*PS. Chwilowo mieszkał z Caspianem i mu się nie podobało.

baby, it's 3:00 AM

: śr lip 15, 2026 3:27 am
autor: Blair Mayfield
We had a kind of love
I thought that it would never end
Oh, my lover, oh, my other, oh, my friend


Czas leczy rany, prawda?

Dwa dni to było zdecydowanie za mało, żeby mogła zapomnieć o tym, co się wydarzyło; że straciła najważniejszą osobę w jej życiu zaledwie poprzez pstryknięcie palcami. Marzyła, aby przejść już przez ten etap uzdrowienia i zacząć zapominać o ich relacji, o tych przykrościach, które ją spotkały, a także o samym fakcie zdrady. Chciała już nie pamiętać, że słyszała od niego, że była całym jego światem, a jednocześnie okazała się niewystarczająca.

Taka myśl chodziła jej po głowie przez ostatnie dwa dni. Miała naprawdę dość swojego overthinkingu, tym bardziej jeśli zawsze umiała chłodno i zadaniowo podejść do świata. Umiała przyjąć na twarz maskę pozbawioną emocji i brnąć do celu, a teraz… tym razem przezwyciężyły emocje. Jej obojętność zniknęła wraz z pierwszą łzą, a coraz to kolejne myśli sprawiały, że wybuchała jej głowa. Potrzebowała bodźca, który odciągnąłby uwagę od jej rozpaczy i prawdopodobnie wymodliła to do jakiegoś bożka makaronowego, skoro nagle na jej instagramie pojawiła się grupka randomowych dziewczyn — nie znała żadnej, oprócz Cory. Z początku nie dostrzegła okazji, która się jej napatoczyła i chciała wrzucić dziewczyny to spamu, ignorując nachodzące wiadomości z przedstawieniem się, a potem… potem postanowiła zaryzykować.

I w ten sposób wylądowała w parku, i kończyła w ten sposób — z dobry humorem, upita prosecco i szczęśliwa, że miała nowe koleżanki, które były powiewem świeżości w porównaniu do jej pilatesowych kumpel, które w głowie miały więcej matchy niż rozumu. Wychodziła z dominującą myślą, że na początku swojej ery uzdrowienia, powinna zrobić porządek w relacjach; pożegnać to, co było toksyczne i nieprzyjemne, a zrobić miejsce dla osób, dzięki którym na jej twarzy gościł uśmiech, a alkohol w środku tygodnia o trzeciej w nocy nie był problemem. A dlaczego już wychodziła? Bo teoretycznie miała zamówioną taksówkę, a w praktyce przyjechał on.

Chryste, naprawdę powinny skonfiskować jej telefon.

Chciała się nieco podroczyć, zagrać mu na nerwach, a jednocześnie boleśnie o sobie przypomnieć. Chciała wiedzieć, czy to wszystko bolało go tak bardzo jak ją i czy… czy tęsknił? Bo Blair, zmierzając w kierunku auta, czuła przeogromną tęsknotę, a on nie pomagał jej w uleczeniu siebie samej, dbając o nią i przyjeżdżając kompletnie nie proszenie, w środku nocy, zapewne mając na twarzy tę zmartwioną minę, którą znała bardzo dobrze A mimo to cieszyła się, tak bardzo była zadowolona, że nie wyszła głównym wyjściem z parku, a jedynie jakąś boczną mniejszą furtką, zastanawiając się, gdzie było to za rogiem, aż dostrzegła dobrze znane auto. Miała tak po prostu wsiąść? Dać za wygraną? Ulec mu, że nawet jeśli nie byli już razem, to on mógł być tak władczy i samodzielnie podejmować decyzje? Uwielbiała go w takiej odsłonie… dlatego tym bardziej musiała podejść zdystansowana, aby przypadkiem nie popełnić dzisiaj żadnego błędu. Czyste, strategiczne zagrania. Zero przypadków. Przemyślane wypowiedzi. I te miliony bąbelków, które kręciły się w jej głowie.

Nie da rady.

Zauważyła otwartą szybę od strony kierowcy, więc podeszła do niego, łokciami opierając się o drzwi i trochę schylając głowę, żeby całkiem pojawić się w oknie. Podparła podróbek na nadgarstku i uśmiechnęła się do niego — tak zwyczajnie, po prostu, mimo że jej serducho waliło jak oszalałe na jego widok. — Czeka pan na kogoś? — zapytała słodko. — Nie kojarzę, żeby w okolicy była gdzieś jakaś zagubiona piguła — udała, że się zastanawiała, a tak naprawdę myślała, czy przypadkiem któraś z jej nowych koleżanek nie powiedziała, że pracuje w szpitalu… chyba nie? Oby! Inaczej będzie musiała z nią inaczej porozmawiać. — A poza tym, napisałam, że jestem już w łóżku — rzuciła sceptycznie, marszcząc brwi i mierząc go uważnym spojrzeniem. — Śledzi mnie pan, panie Marshall? — wymierzyła w niego oskarżycielsko palcem. Kompletnie nie pamiętała, że miała udostępnioną lokalizację, przecież wisiała ona od lat, w razie najgorszej potrzeby. Więc czy umiała sensownie wytłumaczyć fakt, że Charlie po prostu tu był? Nie.

I loved you to the moon and back again
You gave everything this golden glow
Now turn off all the stars 'cause this I know


Czy cieszyła się, że go widzi? Tak.
A mimo to, jego widok tak okropnie bolał…

That it hurts like so
To let somebody go
bodyguard of drunken princess

baby, it's 3:00 AM

: pt lip 17, 2026 1:56 pm
autor: Charlie Marshall
I don't wanna fall asleep
'Cause I'd miss you, baby


Oczywiście, że za nią tęsknił. Tęsknił za jej obecnością, za zapachem jej perfum, za każdym smsem wysłanym w ciągu dnia, nawet jeśli było to tylko głupie emoji. Do tej pory wspólne śniadanie było elementem obowiązkowym każdego dnia, tak samo jak obecność Blair w łóżku tuż obok niego, jej miarowy oddech i ciepło jej ciała, do którego mógł się przytulić. Wspólne wyjście wieczorem, szybki lunch w biegu w ciągu dnia… Tęsknił za każdą z ich wspólnych chwil i odczuwał ich brak na każdym kroku.

Tęsknił nawet za czekaniem na nią ze świadomością, że niedługo miała wrócić do domu albo wyjść z pracy.


Heh, głupi był.

Dalej wpatrywał się w lusterko wsteczne, próbując dostrzec Mayfield na tle ciemnego parku. Każda sekunda dłużyła się w nieskończoność - gdzie ona, do cholery, była? Wyobraźnia zaczęła podsumować mu naprawdę czarne scenariusze, ale chyba tylko człowiek z sercem z kamienia by się nie przejął, że kobieta, którą kochał, znajdowała się gdzieś w parku nad wodą, w środku nocy, na pewno ledwo trzymając się na nogach, biedna i bezbronna. Co jeśli potknęła się na kamieniach? Co jeśli ktoś ją zaczepił? Nerwowo bębnił palcami o kierownicę. Jeszcze trzydzieści trzy sekundy i wyjdzie z auta. Zacisnął usta i zerknął na zegarek. Dwadzieścia sekund. Na pewno coś jej się stało. Trzynaście sekund. Okej, nie wytrzymasz, wstawaj, Charlie.

Akurat łapał za klamkę od strony kierowcy, kiedy w końcu dostrzegł jej sylwetkę na końcu ulicy, więc… no, jednak nie ruszył się z miejsca i postanowił grzecznie zaczekać. Normalnie kamień spadł mu z serca. Szła powoli, lekko chwiejnym krokiem, wyłaniając się z zupełnie innej strony, niż zakładał. Musiała wyjść jakimś bocznym, słabo oświetlonym wyjściem z parku, omijając główną aleję... Ale dlaczego wyszła bocznym, słabo oświetlonym wyjściem i ominęła główną aleję?! Uch, wyluzuj, Marshall. Była przecież cała i zdrowa, tak? I… hm, kompletnie pijana? Cóż. He’s gonna handle this. Wpatrywał się w ciemnowłosą bez słowa, gdy zbliżyła się do samochodu i pochyliła nad uchyloną szybą. Z jednej strony cieszył się jak głupi, że nic się jej nie stało, a z drugiej był zły, bo go okłamała i szlajała się po nocach. Skrajnie. Nieodpowiedzialna. Kobieta. - Szukam narzeczonej, która miała grzecznie leżeć w łóżku i spać - odpowiedział, zanim zdążył ugryźć się w język. Nazwał ją narzeczoną. Uch. Pierwszy strike. Nie zamierzał się jednak poprawiać, a tak w ogóle to zawsze istniała szansa, że Blair nawet nie zauważy tego przejęzyczenia. Jednak nikt nie powinien mu się dziwić - tak długo nazywał ją swoją narzeczoną i to było tak głęboko zakorzenione w ich relacji, że naprawdę ciężko mu było pojąć, że nie miał już prawa nazywać jej w ten sposób. Cholera. Oho, i jeszcze ten zjadliwy komentarz o pigułach? No tak, nie zamierzała pozwolić mu zapomnieć o tym, co zrobił. Charlie postanowił jednak kulturalnie przyjąć ten tekst na klatę i go zignorować. Tłumaczenie się po raz kolejny nie miało sensu.

A poza tym, napisałam, że jestem już w łóżku. Uniósł do góry jedną brew, a w kąciku jego ust pojawił się cień uśmiechu. - A jesteś w łóżku, panno Mayfield? - spytał spokojnie, posyłając jej znaczące spojrzenie. To było odrobinę zabawne, dobra? Stała tuż przed nim, opierała się łokciami o drzwi auta i wyglądała, jakby zaraz miała tu zasnąć, ale dalej uparcie twierdziła, że przecież mu napisała, że jest już w łóżku? Ciekawe, ile dziś wypiła? Kurczę, jakby co to też nie było tak, że nigdy nie widział jej pijanej - im też zdarzało się zabalować do białego rana i śmiać się z najgłupszych rzeczy, zwłaszcza na wakacjach - ale ten widok był tak rzadki, że czuł potrzebę, aby się nią zaopiekować i zapakować do łóżka. A gdy zapytała, czy ją śledził, przestał się uśmiechać i westchnął. Nie zamierzał jej mówić o lokalizacji, bo znowu dostałby przez łeb. Zamiast tego złapał za klamkę, otworzył delikatnie drzwi od strony kierowcy i wysiadł. Obszedł auto, żeby otworzyć drzwi od strony pasażera i gestem zaprosić Blair do środka. - Byłem w okolicy, wsiadaj - powiedział odrobinę chłodniej i bardziej szorstko, niż zamierzał. Okej, trochę przesadził, ale zaczął się bać, że jak pozwoli sobie na odrobinę czułości, to padnie i nie wstanie (i nie poweride). Poza tym chyba trochę musiał grać bad cop, żeby zmusić Blair do uległości, bo miał wrażenie, że dobrowolnie do tego samochodu nie wsiądzie.

No chyba że wydarzyłby się cud nad Wisłą, czyli Mayfield uwiesiłaby mu się na szyi i zaczęła chichotać, ale wtedy Charlie uznałby, że świat się kończy.

Albo naprawdę porządnie się upiła.

A tak w ogóle to wyglądała pięknie i był tak spragniony jej osoby, że musiał się powstrzymywać, żeby jej nie objąć i nie pocałować w czoło. Um.

To on już lepiej zostanie przy byciu bad cop.

Don't wanna close my eyes
Don't wanna fall asleep, yeah
I don't want to miss a thing


𝑑𝑟𝑢𝑛𝑘𝑒𝑛 𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒𝑠𝑠

baby, it's 3:00 AM

: ndz lip 19, 2026 11:19 pm
autor: Blair Mayfield
Hate that I made you love me
Sorry if I made me your type
Yeah, I, I hate that I made you love me


Mieszkanie samej okazało się tak trudne, jak sobie wyobrażała, skoro na każdym kroku gdzieś go widziała. Nie zabrał wszystkich swoich rzeczy, więc gdzieś napotykała się na jego szpargały porozkładane w różnych miejscach apartamentu, przerzuconą koszulę przez fotel w ich sypialni, ale najgorsza była pościel. Cholerna pościel, która tak bardzo nim pachniała, że w środku nocy robiła wielkie przebieranie poszewki. Niewiele to dało, bo po tak wielu wspólnie spędzonych latach, wżarł się praktycznie w każde miejsce, ale także w jej własny umysł, który boleśnie nie pozwalał zapomnieć jej o otulającym zapachu, który przez większość jej dorosłego życia kojarzył się z bezpieczeństwem. I mając przeświadczenie, że czekało na nią chłodne łóżko i przerażająca cisza, to nie chciała dziś szybko wracać do domu.

Dom.

Nawet to słowo straciło swoją moc. Miejsce, w którym budowali swoją wspólną przyszłość, zostało czterema ścianami, które obecnie służyły jej za nocleg. Wiedziała, że jutro jak tylko się… wygrzebie, to pójdzie do pracy albo zje coś na mieście, byle nie musieć siedzieć tam więcej niż potrzebuje, tj. wyspać się i ogarnąć do funkcjonowania. Mogła się wyprowadzić, mogła przenieść się nawet do Cory albo pójść do cholernego hotelu, ale coś trzymało ją w tym mieszkaniu i kompletnie nie chciało puścić. Może po tej odpowiedniej dawce alkoholu będzie jej lepiej? Może rozmowa z Charliem uświadomi jej, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i pora ruszyć do przodu, skoro on ten krok próbował zrobić już dużo wcześniej?

Ale jak miała nie płakać za nim, skoro tu był? Kompletnie nieproszony, ze spojrzeniem, w którym dalej widziała czułość i zmartwienie, które rozdzierało jej serce na pół? Widziała to nawet teraz, chociaż zastanawiała się, czy alkohol krążący w jej żyłach czasami nie zaburzał jej perspektywy i nie dawał jakiegoś dziwnego poglądu na świat. Może sobie to wszystko wmawiała? Może przyjechał tu z poczucia obowiązku, bo przecież ona sama pierwsza do niego napisała? Zrobiło jej się wstyd, przez co wygięła lekko usta w podkówkę — pijana nawet nie potrafiła zrozumieć, że Marshall nie był już jej narzeczonym.

Cóż, niektórzy nawet na trzeźwo nie umieli się przestawić.

Blair po chwili lekko uniosła brwi i spojrzała na niego, przełykając ciężko ślinę. Dlaczego jej serce zaczęło bić tak szybko? Uwielbiała kiedyś, gdy mówił o niej per narzeczona. Nawet po dwóch latach od ich zaręczyn czuła te cholerne motyle w brzuchu i teraz nie chciało być inaczej. — Szybko poszło — rzuciła, przyjmując strategię, aby nawiązać do jego kochanki. — Już o mnie zapomniałeś? Masz nową narzeczoną? — Te słowa boleśnie zapiekły ją w język. Nie, Charlie którego znała taki nie był. Charlie, którego znała i kochała nie ranił tak bardzo osób, na których mu zależało. Charlie… ten Charlie gdzieś dawno jej się zagubił. I choć mężczyzna, który siedział w aucie wyglądał zupełnie tak jak on, to mógł nim nie być. Mógł być tym facetem, który na ich własnym tarasie złamał jej serce, spowiadając się ze swojego najgorszego grzechu, nawet jeśli wydawało się, że żałował… Nie, nie mogła go usprawiedliwiać. Musiała z tym skończyć, bo era wybielania swojego EX narzeczonego nie pasowała do jej nowej single era, którą rozpoczęła ledwie dwa dni temu.

— Nie musisz mnie sprawdzać, nie jestem małym dzieckiem — powiedziała naburmuszona, kiedy jeszcze uśmiechnął się na jej słowa; jakby była niegrzeczną nastolatką, uciekającą z domu. Cóż, niewiele się to różniło, bo w zasadzie uciekała z domu, ale nie przed rodzicami, a przed wszystkimi wspomnieniami, które ją tam atakowały. Nie pomyślała o tym, że mógł mieć jej lokalizację — to byłaby zbyt duża analiza jak na jej obecny stan. W każdym razie, musiał mieć jakieś tajne kontakty, które ją wysprzęgliły. — Boże — rzuciła poruszona, podnosząc się nieco, kiedy w tym samym momencie Charlie postanowił wyjść z auta. — Cora ci powiedziała, gdzie jestem?! Nie, to nie ma sensu, przecież prędzej by cię udusiła gołymi rękoma — wyrzuciła z siebie tę absurdalną myśl i spojrzała w kierunku parku, zastanawiając się, czy jej siostra nie z krwi i nie z kości, postanowiła jednak zdradzić ich żeńską komitywę. Na pewno nie, nie było na to szans. Zaraz przeniosła spojrzenie na Marshalla, który obszedł auto, otworzył jej drzwi i kulturalnie zaprosił do środka, na co parsknęła śmiechem. — Mówisz do mnie takim tonem i jeszcze myślisz, że wsiądę z tobą do auta? — zapytała, kręcąc z niedowierzaniem głową. Oparła się rękoma o górę samochodu, stojąc nadal po drugiej stronie pojazdu. Nie chciała mu ulec — poprawka, nie mogła mu ulec, bo gdzieś część jej ciała rwała się, żeby rzeczywiście uwiesić się na jego szyi i po prostu się do niego przytulić; żeby zapomnieć o krzywdzie, którą jej wyrządził i po raz ostatni zrobić największy błąd swojego życia i po prostu… pożegnać się z nim. Nie pamiętałaby tego, czy to nie było dobre rozwiązanie?

A jednak nie mogła. Stała twardo, wpatrując się w niego jasnym oczami, które wyglądały na naprawdę uparte w swoim postanowieniu. — Nie potrzebuję niańki — westchnęła, wyciągając telefon z torebki i oparła z powrotem ręce na samochodzie, mrużąc lekko oczy, kiedy wyświetlacz rozbłysnął. — Miło z twojej strony, że zajechałeś po drodze, pewnie piguła nie jest zadowolona, że spotykasz się w środku nocy ze swoją byłą. A może teraz ona o tym nie wie? Nieważne. Zamówię sobie taksówkę, misiaczku, nie martw się o mnie — rzuciła beztrosko, zaraz odwracając się na pięcie i idąc w bliżej nieznanym kierunku. Po prostu, żeby odejść od niego i nie mieć na przeciwko siebie tych przenikliwych, czekoladowych oczu, które jednym spojrzeniem mogą sprawić, że najzwyczajniej w świecie ulegnie.

handsome taxi driver

baby, it's 3:00 AM

: śr lip 22, 2026 7:36 pm
autor: Charlie Marshall
I love you still
And you know I always will
Till the end of time
I won't change my mind


Tęsknił za nią. Tęsknił do niej.

Tęsknił za jej głosem i leniwie wypowiedzianym "dzień dobry" każdego ranka, gdy jeszcze nie otworzyła oczu, a Charlie wracał z porannego biegu. Za zapachem jej ulubionych perfum, który zostawał na jej ubraniach. Za cichym śmiechem, który rozświetlał najbardziej ponure dni. Za tym, jak mimowolnie szukała jego dłoni pod stołem podczas rodzinnych obiadów. Za pewnością, że niezależnie od tego, co się działo, na koniec dnia zawsze wracali do siebie. Zaledwie czterdzieści osiem godzin bez niej sprawiło, że czuł się, jakby ktoś wyrwał z jego piersi serce i w zamian zostawił pustkę.

Byli dla siebie nawzajem domem i wszystkim, co w życiu miało jakąkolwiek wartość, a on to spieprzył. Poczucie winy na dobre rozgościło się w jego klatce piersiowej i rozpychało się w bardzo nieprzyjemny sposób, gniotąc wszystko inne. Czy Blair kiedykolwiek będzie w stanie mu wybaczyć? Nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób miałby to osiągnąć, przez jaki ogień musiałby przejść i ile win odkupić, ale wiedział jedno - chciał to osiągnąć za wszelką cenę. Nie wyobrażał sobie reszty życia bez niej, a ona… Już o mnie zapomniałeś? Masz nową narzeczoną? Ech. Powstrzymał się od przekręcenia oczami. - Mówiłem o tobie, wybacz - rzucił krótko i westchnął. Oczywiście, że to wyłapała. Była zbyt bystra, zbyt spostrzegawcza. Zawsze uwielbiał jej błyskotliwy umysł - podkreślał to nie raz - ale w tej konkretnej chwili chwycił go żal. Żałował, że wierzyła mu bezgranicznie i nie odkryła zdrady zanim było za późno. Gdyby przyłapała go wcześniej, konsekwencje pewnie nie byłyby aż tak dotkliwe, prawda? Dalej byliby razem. Chwila, moment, co? Kurwa, znowu myślał jak egoista. Już zapomniał o tym, jak mydlił jej oczy, gdy dopytywała, co się działo? Oczywiście, że kobieca intuicja podpowiadała jej, że coś było nie tak, a on rozwiewał każdą wątpliwość następnym kłamstwem. To była tylko i wyłącznie jego wina.

Jego rozmyślania przerwały kolejne słowa Blair. Nie miał śmiałości, żeby jej przerywać. Nie musisz mnie sprawdzać, nie jestem małym dzieckiem. Boże. Cora ci powiedziała, gdzie jestem?! Nie, to nie ma sensu, przecież prędzej by cię udusiła gołymi rękoma. Mówisz do mnie takim tonem i jeszcze myślisz, że wsiądę z tobą do auta? Nie potrzebuję niańki. Nie odpowiedział ani słowem. Oparł dłoń o chłodny dach BMW, stał nieruchomo i po prostu na nią patrzył, stojąc przy otwartych drzwiach pasażera, jakby miał nadzieję, że to wszystko to był tylko żart. Jednak… cóż, to nie był żart. - Blair - upomniał ją w końcu, posyłając jej niezbyt cierpliwe spojrzenie. Wypowiedział jej imię ostrzegawczym tonem, dokładnie tym samym, którego używał zawsze, gdy zaczynał się niepotrzebnie denerwować. Jednak zamiast wybuchnąć, odetchnął głęboko i rozejrzał się na boki. Wpatrywał się przez chwilę w ciemne korony drzew po drugiej stronie ulicy, jakby spodziewał się znaleźć tam instrukcję obsługi, jak postępować ze zdradzoną kobietą, którą kochało się nad życie.

Kurwa, nigdy nie sądził, że brakowało mu empatii, ale czuł się teraz jak największy egoista, bo w głębi duszy pragnął tylko jednego - żeby to wszystko odkręcić i żeby wszystko wróciło do normy JUŻ. No i za każdym razem jak pojawiała się taka samolubna myśl, rozpraszał ją lęk, że Blair już nigdy nie będzie chciała z nim być. I ten strach powoli niszczył go od środka.

Miło z twojej strony, że zajechałeś po drodze, pewnie piguła nie jest zadowolona, że spotykasz się w środku nocy ze swoją byłą. A może teraz ona o tym nie wie? Nieważne. Zamówię sobie taksówkę, misiaczku, nie martw się o mnie. Tych słów również wysłuchał w milczeniu. A gdy rzuciła to cyniczne "misiaczku", aż się wzdrygnął, bo w jej ustach to słowo brzmiało obco i sztucznie. Nigdy tak do niego nie mówiła, nawet na samym początku, gdy dopiero zaczynali być razem i wszystko było świeże. A kiedy odwróciła się na pięcie i zaczęła odchodzić, odepchnął się dłonią od dachu i od razu ruszył za nią. Nie chciał, żeby wracała sama w środku nocy. Nie ma mowy. Czy jej pijany umysł mógł przetrawić jedną myśl, że po prostu się o nią martwił i naprawdę chciał dla niej dobrze? Kurwa. - Blair, do cholery - zawołał za nią, a jego głos poniósł się echem po opustoszałej ulicy. No i to był jego moment kapitulacji.

Dobrze. It's time.


Obiecał sobie, że będzie z nią szczery, tak? No to nie było na co czekać. Koniec gierek. Koniec udawania twardziela i bezpiecznego dystansu. Szedł za Mayfield szybkim, zdecydowanym krokiem, minął maskę BMW i zrównał się z nią po dwóch sekundach. Nie zamierzał jej szarpać ani używać siły, bo nie miał do tego żadnego prawa, ale wyprzedził ją, zaszedł jej drogę i stanął bezpośrednio przed nią, by zmusić ją do zatrzymania się. Spojrzał na nią z góry, a w jego ciemnych oczach nie było już chłodu, tylko bezsilność, poczucie winy i miłość, bo mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, dalej kurewsko mocno ją kochał. Utkwił wzrok w jej błękitnych oczach i… przepadł.

Niedobrze. Wziął głęboki wdech. - Zacznijmy od początku - mruknął. - Cora nic mi nie powiedziała, nikt mnie nie przysłał i z nikim się nie spotykam - wyrzucił z siebie, podnosząc dłonie w obronnym geście, jakby chciał jej pokazać, że nie miał żadnych złych intencji. - Mam twoją lokalizację w telefonie, zapomniałaś? Jak do mnie napisałaś, to sprawdziłem, gdzie jesteś, no i… byłaś w parku nad wodą - wyjaśnił jej, akcentując przy tym ostatnie trzy słowa. No chyba domyślała się, co mogło wydarzyć się w parku nad wodą w jej stanie, prawda? Chyba nie była aż tak pijana, żeby nie rozumieć, jak bardzo go to przerażało? Przełknął z trudem ślinę i zrobił pół kroku w jej stronę. Nawet… cóż, wyciągnął swoje ramię w lewo, jakby spodziewał się, że właśnie z tej strony będzie próbowała go wyminąć i iść dalej. - Proszę cię, Blair. Nie musisz ze mną rozmawiać, nie musisz nawet na mnie patrzeć, po prostu odwiozę cię bezpiecznie do domu - westchnął i wyciągnął drugie ramię w bok, blokując jej drogę, gdyby tym razem chciała ominąć go z drugiej strony.

Serce waliło mu jak młotem. Był tak potwornie zmęczony tym dystansem między nimi i własnymi błędami, że każda komórka jego ciała walczyła z pragnieniem, żeby ją najzwyczajniej w świecie przytulić. No ale nie mógł. Mógł tylko stać i błagać. - Proszę - powiedział już ciszej i znowu spojrzał w jej błękitne tęczówki, w których tonął, oj tonął, myśli nie myślały, mózg nie mózgował, oops. Została tylko i wyłącznie bezgraniczna miłość do kobiety, która stała tuż przed nim i również patrzyła mu głęboko w oczy.

Modlił się w duchu, żeby jej bunt ustąpił na jedną, krótką chwilę, podczas której zapakuje ją do auta i zawiezie do domu.

Love you, I'll be here
I will never disappear
Said forever, I swear
So I will be there


𝑑𝑟𝑢𝑛𝑘𝑒𝑛 𝑝𝑟𝑖𝑛𝑐𝑒𝑠𝑠

baby, it's 3:00 AM

: pt lip 24, 2026 2:33 am
autor: Blair Mayfield
Pick me up, walk me home
Man, it feels like God threw me a bone
Sticky sweet, tangerine
Would you sit and keep me company?


Oczywiście, że wiedziała, że mówił o niej, ale zgryźliwy komentarz był o wiele bardziej kuszący niż formalne poprawienie go. Nie była już jego narzeczoną, chociaż nadal łapała się na tym, że kciukiem przejeżdżała po swoim serdecznym palcu, doszukując się pierścionka albo że spoglądała na pustą dłoń, która jeszcze do niedawna była pięknie ozdobiona. Były to odruchy bezwarunkowe, które przez dwa lata wykonywała kompletnie nieświadomie, w losowych momentach — kiedy się skupiała, kiedy ją coś nudziło, ale także kiedy myślała o nim, uśmiechając się do siebie w myślach i nie mogąc doczekać się, aż wróci do domu. Teraz to wszystko zniknęło, a ostatnie dwa dni miały w sobie niewyobrażalną pustkę, która odbijała się głucho od ścian ich mieszkania, ale również w jej sercu.

I love you, baby, I promise
And I hope I never see what your face looks like going
A face I swear that I could spend my whole life knowing
Here's to hoping

Nie odpowiadał jej na wywody i monologi, co tylko ją niepotrzebnie irytowało. Przecież to nie tak, że nie miał w głowie żadnej myśli, bo ta prezesowa łepetyna ciągle pracowała na pełnych obrotach! Chciała wiedzieć, co myślał, chciała, żeby wykrzyczał jej w twarz, co o tym wszystkim sądził, skrytykował ją za nieodpowiedzialne zachowania i chciała… chciała usłyszeć, jak za nią tęsknił. Chciała usłyszeć również coś miłego, przez co poczuje nieznośne ukłucie serca i przez co poczuje się jak ostatnia debilka, że go odrzuciła. Po co? No właśnie — po co? Miała powód, żeby być na niego zła, zdradził ją. I to wszystko nadal wydawało się być na tyle absurdalne, że czasami zapomniała o tym, co zrobił, a po chwili uderzała ją chwila realizacji i ciężka rzeczywistość. Jego ostrzegawcze Blair sprawiło, że spojrzała na niego spod byka jak rozzłoszczona pięciolatka, ale miała nadzieję, że był to tylko początek jakiegoś wielkiego wywodu. Cóż, przeliczyła się.

Choć kusiło ją gadać jak katarynka, tak finalnie postanowiła grać w jego milczącą grę, zwłaszcza jeśli po raz kolejny nie usłyszała ani słowa. Odwróciła się na pięcie i przez chwilę zrobiło jej się niewyobrażalnie przykro. Po co on w ogóle tutaj przyjechał? Poszczuć ją swoją osobą? Spojrzeć na nią swoimi czekoladowymi oczami i sprawić, że przez chwilę zacznie kwestionować całą ich napiętą relację? Że była o krok od wskoczenia mu w ramiona, bo tak bardzo za nim tęskniła i marzyła, żeby już nigdy więcej jej nie puścił? Chciała jego uwagi, a cały czas wmawiała sobie, że tylko z kimś przegrywała. Miała uczucie, że nie był tylko jej Charliem, a ona nie miała zamiaru się dzielić. Wszystkim, tylko nie nim.
I może właśnie dlatego postanowiła się kulturalnie pożegnać, obrócić na pięcie i włożyć wszelkie starania w to, aby grawitacja tym razem była po jej stronie. Chciała pokazać, że naprawdę nie potrzebowała opiekunki — była dorosła, potrafiła o siebie zadbać, a gdyby ktoś chciał ją zaatakować, to była mała i zwinna, więc z pewnością pokazałaby zbrodniarzowi tajne sztuki kobiecego taekwondo.

Blair, do cholery.

Usłyszała za sobą, przez co przyspieszyła kroku i byłaby skłonna zacząć powoli truchtać przed siebie, ale ta żyrafa dogoniła ją w kilku dłuższych krokach, stając przed nią i blokując jej przejście. Nie ułatwiał jej zadania, chciała o nim zapomnieć — nie żeby sama nie zaczęła dzisiaj z nim rozmowy, ale po prostu… po prostu chciała się podroczyć, a nie sprawiać, że nagle postanowi być nadopiekuńczym ex narzeczonym. Świat nie był po jej stronie, nawet głupi podmuch wiatru, który sprawił, że z tak bliskiej odległości wyraźnie czuła otulający zapach jego perfum. Była na granicy zdrowego rozsądku, a i tak postanowiła grać nie uległą. Zadarła nieco brodę, dostrzegając parę pięknych oczu wpatrujących się w nią intensywnie. Serce zaczęło jej bić niebezpiecznie szybko, kiedy tak stał na wyciągnięcie jej ręki, a ona nie mogła uczynić nawet najmniejszego kroku lub gestu. Zacznijmy od początku. Oho. Uniosła lekko brwi, finalnie skupiając się na tym, co interesowało ją najbardziej. Z nikim się nie spotykam. Wpatrywała się w niego uważnie, a z jej serca spadł niewyobrażalnie wielki ciężar. Mam twoją lokalizację w telefonie, zapomniałaś? Co?! Kompletnie zapomniała, bo było to dla niej oczywiste jak oddychanie. Jednak po ich rozstaniu czasami zapominała, jak się poprawnie oddycha, więc takie pierdoły również jej umknęły. Uniesione brwi nagle zostały zmarszczone, kiedy wyraźnie zaakcentował ostatnie słowa. — I co z tego, że byłam w parku nad wodą? — zapytała, wolno mrugając i patrząc na niego niezrozumiałym spojrzeniem. — Myślałeś, że postanowię rzucić się do jeziora Ontario w środku nocy? Trzeba było przyjechać z wędką — wymamrotała, wywracając oczami. Nie była głupia; a przynajmniej nie wtedy, jak była trzeźwa. Prawda była jednak taka, że upita alkoholem i z takim wesołym towarzystwem, mogło się różnie skończyć, ALE miała solidne kumpelki, które od razu na pewno by ją wyciągnęły. No, jeśli same przy okazji nie wpadłyby do wody, a to już byłaby masowa tragedia.

To wszystko było jakieś chore, nie chciała już dłużej tego słuchać, więc zrobiła krok w lewo, dokładnie w momencie, kiedy przed nią pojawiła się ręka. Oczywiście, że wiedział, jak zareaguje. I musiał też wiedzieć, w którą stronę zdecyduje się ulotnić, co dobiło ją… jeszcze bardziej. W obecnej sytuacji nawet siedzenie z nim w jednym, ciasnym pomieszczeniu było wyzwaniem. Nie chciała z nim rozmawiać, a nawet nie chciała bezpiecznie dojeżdżać do domu. Wiedziała jednak, że szwędanie się nocą po Toronto nie było najrozsądniejszym wyborem, skoro co rusz mogła natrafić na jakieś różne… barwne postacie. Teraz po prostu nie chciała stać na przeciwko niego, być otoczona zapachem jego perfum, czuć na sobie jego troskliwe spojrzenie i poczucie, że nadal mu na niej zależało.


Baby boy, honeybee
God, I love the way you look at me


Cholera.
Chciała go wyminąć od drugiej strony, a znowu zasłonił jej drogę ucieczki, przez co spojrzała na niego zdenerwowana, z nieco zaszklonymi oczami, bo niezmiernie irytowało ją to, że tak dobrze ją znał — że z łatwością przewidywał jej następne kroki i był w stanie zareagować, nim zdążyła pomyśleć. Teraz stał zagradzając jej drogę, z rozłożonymi na boki ramionami, zupełnie jakby tym sposobem zachęcał ją do przytulenia się do niego. Czy to była impulsywna myśl? Czy to był zły odruch, że po prostu pokonała ten dzielący ich krok i na kilka sekund objęła go ciasno w talii, spełniając nie tylko swoje pragnienie, ale także jego? Nos zatopiła w jego koszuli, która cały czas pachniała ich wspólnym domem i to tylko pogorszyło jej stan, kiedy poczuła się tak bardzo otulona jego bliskością. Aż w końcu się odsunęła, wyrywając się z jego uścisku (o ile zdecydował się ją przez tą chwilę objąć) i ocierając spod oka jakąś łzę, która śmiała uciec. — Przypomniałam sobie o smutnych pieskach w schronisku. Okropne, że muszą tam siedzieć, w momencie, kiedy inne śpią teraz na kanapach lub w łóżkach — wytłumaczyła najgłupszą wymówką, żeby czasami nie pomyślał, że płacze przez niego! W końcu była w swojej single era, tak?! — Czemu ci tak na tym tak bardzo zależy? — była nieugięta. Cofnęła się od niego o dwa kroki, żeby nieco mniej zadzierać głowę, ale także żeby ograniczyć sobie możliwość ponownego zatonięcia w jego ramionach. — Nie jestem nieodpowiedzialna, umiem o siebie zadbać — rzuciła rozgoryczona, wydymając lekko dolną wargę. — A wiesz co mnie najbardziej denerwuje? — zapytała i nawet nie czekała, aż jej odpowie, w obawie, że nagle rzuci jej krótkie nie. — Że pojawiasz się tutaj, dwa dni po tym, jak powiedziałeś mi, że mnie zdradziłeś, kompletnie nieproszony, a ja nie potrafię cię pogonić. Nie potrafię ci się oprzeć i przytulam się do ciebie jak jakaś idiotka. Mam sobie to kompletnie za złe! Charles Marshall, wynoś się z mojego serca — wyrzuciła z siebie praktycznie na jednym oddechu, nie dbając o to, co mówiła. Nie zwracała uwagi, że właśnie między słowami przyznawała, że dalej go kocha.

Odwróciła się znowu na pięcie, ale nie uciekała. Zmierzała w kierunku auta, gdzie wsiadła na miejsce pasażera, jak na passenger princess przystało i zatrzasnęła za sobą drzwi. Była zła, jednak w tym momencie bardziej na siebie niż na niego. Przez swój nagły wybuch niekontrolowanych emocji i słów. Przez mieszankę tak sprzecznych uczuć, które mieszały nie tylko w jej głowie, ale również w sercu. Chciała być teraz w domu, ale jednocześnie nie chciała, żeby ją zostawiał. Świadomość samotnego pójścia do ich apartamentu była zbyt dobijająca, już wolałaby całą noc spędzić w garażu. W pewnym momencie uświadomiła sobie coś ważnego — nie miała kluczy. Gdzieś zaplątały się jej podczas otwierania któregoś z alkoholi i miała w głowie przebłysk sceny, w której Cora zgarnęła je do swojej torebki. — Cora ma moje klucze — oznajmiła jedynie, patrząc przez przednią szybę i miała cichą nadzieję, że… że Charlie nadal miał gdzieś pod ręką swój komplet.

maybe I need you