Strona 1 z 1

Not on my watch.

: wt lip 14, 2026 8:08 am
autor: Diego Castillo
Diego lubił ten moment dnia, kiedy hałas mikserów, syk rozgrzanego tłuszczu i krzyki kelnerów wreszcie cichły, ustępując miejsca głuchej, niemal sterylnej ciszy zamkniętego lokalu. To była jedyna pora, kiedy jego własne myśli nie musiały walczyć o lepsze z kuchennym chaosem. Przetarł twarz ciężką, zmęczoną dłonią, zostawiając na czole smugę szarego popiołu – dopiero co skończył palić papierosa na tyłach budynku, gapiąc się w chłodne, toronckie niebo i próbując zmusić mięśnie karku do rozluźnienia. Kolejny dzień z głowy. Kolejny dzień trzeźwości dopisany do rachunku, który prowadził w pamięci z pedantyczną wręcz dokładnością.
Zwinął brudny fartuch, rzucił go do kosza na pranie pod blatem i już miał zgarnąć z magnetycznej listwy swoje noże, kiedy jego uwagę przykuł monotonny, powtarzalny dźwięk dochodzący ze zmywaka. Szum uderzającej o stal wody i mechaniczne, pozbawione energii tarcie gąbki.

Bennett.

Diego oparł się ciężarem ciała o krawędź metalowego stołu do wydawki, krzyżując ramiona na piersi i zmrużył ciemne oczy, przyglądając się chłopakowi. Normalnie o tej porze pomoc kuchenna powinna już dawno być w drodze do domu albo na jakimś piwie, ale Lexie rósł w tym miejscu jak mebel, odmawiając wyjścia, jakby poza murami Messini czekał na niego wyrok śmierci. I w zasadzie, z tego co Diego zdążył zauważyć przez ostatnie tygodnie, niewiele się pomylił. Widział ten typ rezygnacji setki razy – w lustrze, na spotkaniach AA, w oczach ludzi, którzy uciekali przed własnym życiem w morderczą harówkę, byle tylko nie zostać sam na sam ze transmisją swoich demonów. Diego nie był ślepy. Czuł zapach wczorajszego ciągu maskowany litrami miętówek i widział, jak rano chłopakowi drżały dłonie, kiedy miał tylko obrać pieczone warzywa.
Zetrzesz tę stal na wiór, Bennett, a funduszu na nowe gary w tym miesiącu nie mam – odezwał się niski, chropowaty od nikotyny głos szefa kuchni, przecinając ciszę zmywaka.
Diego podszedł bliżej, krokiem niespiesznym, ale ciężkim, zatrzymując się tuż obok stanowiska młodszego mężczyzny. Nie bawił się w subtelności. Wyciągnął ramię, bezceremonialnie zakręcił kurek z ciepłą wodą, odcinając Lexiego od jego bezpiecznego, monotonnego zajęcia, po czym sam oparł się o krawędź zlewu, zmuszając go, by wreszcie uniósł wzrok. Na tle potężnej, stasowanej sylwetki szefa, chłopak wyglądał teraz jak cień samego siebie.
Koniec zmiany. Zostaw to – rzucił twardo, ale bez napięcia, które zazwyczaj towarzyszyło mu w trakcie serwisu. Sięgnął do kieszeni czarnych spodni, wyciągając z nich paczkę papierosów i zapalniczkę, po czym rzucił je na suchy blat obok zlewu. – Umyj ręce, bierz to i idź na zaplecze. Przyniosę kawę. I nie mów mi, że się spieszysz, bo obaj wiemy, że nikt na ciebie w domu nie czeka.

Sam odwrócił się na pięcie, podchodząc do ekspresu, by nastawić dwa najmocniejsze espresso, na jakie pozwalała ta maszyna. Nie zamierzał go niańczyć, ale też nie miał zamiaru pozwolić, żeby chłopak rozsypał mu się na stanowisku pracy przed jutrzejszym, weekendowym oblężeniem.


Not on my watch.

: wt lip 14, 2026 10:23 am
autor: Alexis Bennett
018.
Nie lubił się z ciszą.

Nigdy, ale w szczególności odkąd jego prawie ex-żona poprosiła o podpisanie rozwodowych papierów i.. Głupi był, mógł po prostu podpisać, prawda? Czy to nie było przypadkiem tak, że związek kończył się w momencie, w którym jedna ze stron się poddawała? Czy w ogóle kiedykolwiek byli w związku..? Od samego początku wszystko szybko, intensywnie, z perspektywy czasu wydawało mu się, że obydwoje próbowali non stop ogarnąć czego ta druga strona chciała i zamiast zapytać, uciekali w fizyczność, która wychodziła im najlepiej. Zero komunikacji. Zero próby rozwiązania czy naprawienia czegokolwiek, albo wyrażenia chęci, by ciągnąć to wszystko w jakiś lepszy sposób. Starał się dla niej, tak, ale.. Przecież to na tym nie polegało, prawda? Nie mógł walczyć z uzależnieniami dla niej, starać się względnie o siebie dbać, żeby być jej, nie powinien stawiać jednej osoby w epicentrum swojego wszechświata, bo nikt nie mógł znieść takiej presji. Też był w tym wszystkim winny; mimo że ostatnim razem, kiedy z nią rozmawiał, powiedział kilka nieprzyjemnych słów i odwrócił kota ogonem, wściekły, że miała kogoś innego. News flash, miała swoje życie i chciała je toczyć dalej. Fair. Gdyby to od niego zależało, też by sobie nie poświęcał czasu.

Znów pił. Nawet tego nie ukrywał, z resztą z tego powodu unikał Cath i wolał pracować na cały zegar udając, że robi to tylko dlatego, by odbić swój dług wobec restauracji. Dług, który, swoją drogą, zaciągnął, by zabrać Vitę (swoją już-prawie-nie-żonę) do Vegas i się z nią ożenić. Bardzo nietrzeźwa decyzja, zaraz po odwyku i.. W sumie nic dziwnego, że wrócił do picia. Od narkotyków wciąż trzymał się z daleka, mimo bolesnej świadomości, że pewnie znalazłby się ktoś nawet w tej kuchni, kto mógłby się podzielić kokainą za odpowiednią cenę..

Woda przestała lecieć.

Zamrugał, drgnął, prostując się; stał z czołem ciężko opartym o metalową suszarkę na plastikowe opakowania nad zlewem, czerwony odcisk na skórze świadczył o tym, że całkiem długo.
- Co..? - mruknął, wyraźnie zdezorientowany, przerzucając spojrzenie na swojego szafa kuchni. Ah. Świetnie. Zmarszczył brwi, zajęło mu moment, zanim jego zmęczony mózg przetrawił, co właśnie usłyszał. Wzruszył lekko jednym ramieniem.
- Znajdzie się, spoko. - dodał nonszalancko, jak na nepo-baby przystało. Koniec końców, Diego mógł się iść poskarżyć do Cath i zażądać więcej funduszu na nowe rzeczy, które jej młodszy brat spierdolił.. albo żeby przestała się użalać nad młodszym Bennettem, wykopała na zbity ryj, to może w końcu nauczy się jakoś za siebie odpowiadać? Nah, na to drugie pewnie nie miałby odwagi.. Czy raczej miał zbyt wiele rozsądku.

Spojrzeniem przesunął za paczką fajek, lekko unosząc brwi. Okay, może nie zdawał sobie sprawy z tego, że Lexie pracował w tym konkretnym miejscu, bo to był rodzinny biznes. Może myślał, że jest jakimś bezdomnym przybłędą. Fair, ostatnio nawet miał taki look.
- Tylko Cath. No, wiesz. Ta która cię zatrudniła? - parsknął krótko, ale nie zamierzał się kłócić. Darowanym fajkom w zęby się nie zagląda czy coś w ten deseń. Odłożył tą biedną patelnię czy inny garnek, który trzymał w dłoni, umył łapy, krzywiąc się lekko, gdy podrażniona chemią skóra na wierzchu zgłosiła sprzeciw. Rączki księżniczki. Zanim zaczął pracę w kuchni, nie spodziewał się, że używali znacznie mocniejszych środków do mycia i że w gruncie rzeczy jego dłonie były nieskalane pracą do tego czasu. Ups.
- Wiem, że mnie nie lubisz i tak dalej, ale jak chcesz się mnie pozbyć, to szybszym sposobem byłoby pójście do Cath. Nie, żeby miała wyrzucić własnego brata, ale to na pewno byłoby szybsze, niż rak. - uśmiechnął się krzywo, podrzucając w dłoni paczkę fajek, ale zamiast skierować kroki na tyły lokalu, został w miejscu, patrząc w stronę baru, gdzie przy ekspresie z kawą stał Castillo. Szkoda, że był cholernie nie-miły i z nim pracował, bo byłby naprawdę dobrym rozproszeniem, gdyby nie fakt, że.. Zerknął na swoją lewą dłoń, gdzie błyszcząca obrączka nadal przypominała o jego obietnicy.. Nawet jeśli był w separacji w drodze do rozwodu, obiecał tej jednej kobiecie, że będzie jej i głęboko w sobie nadal wierzył, że powinien ten celibat utrzymywać. Żadnych przystojnych Latynosów ani ładnych Latynosek. Czy innych grup etnicznych. Tylko ta jedna, która bujała się z jakimś innym fagasem, Vita Benn- Holloway. A, kurwa, do dupy z tym wszystkim.
- Mam swoje, swoją drogą, ale doceniam gest. - dodał, stwierdzając, że pewnie brzmiał niewdzięcznie, kiedy w gruncie rzeczy naprawdę uważał fajkę i kawę za bardzo uroczy gest. - ..byłeś tam na zewnątrz przed chwilą, nie? Dalej skwar? - tak czy siak, wyjść musieli, żeby przysiąść na jakichś paletach na tyłach i rozłożyć się z tą kawą i fajką.. Nawet jeśli w tej fali upałów nie dało się oddychać.

hot stuff

Not on my watch.

: wt lip 14, 2026 6:07 pm
autor: Diego Castillo
Warkot ekspresu ciśnieniowego wypełnił przestrzeń między nimi, a Diego stał tyłem do chłopaka, obserwując, jak gęsty, niemal czarny płyn powoli sączy się do dwóch grubych, ceramicznych filiżanek. Słuchał tego, co Bennett miamlał pod nosem tym swoim lekko pretensjonalnym tonem dzieciaka, który uważa, że cały świat kręci się wokół jego nieszczęścia. Nepo-baby. Castillo niemal prychnął pod wąsem, słysząc tę ukrytą sugestię, że Cath sypnie groszem na nowe gary. Gdyby Lexie wiedział, jak mocno jego siostra musi gimnastykować się z Excelem, żeby spiąć budżet Messini w tym kwartale, może dwa razy zastanowiłby się, zanim palnąłby coś o funduszach. Ale Lexie nie wiedział. Lexie widział tylko czubek własnego, cholernie przystojnego i cholernie ostatnio nieogarniętego nosa.
Kiedy chłopak zaczął swój wywód o tym, że Castillo go nie lubi i że pójście do Cath byłoby szybsze niż rak, Diego nawet się nie odwrócił. Dopiero gdy maszyna syknęła, oznajmiając koniec parzenia, szef kuchni chwycił obie filiżanki w swoje poznaczone bliznami od oparzeń dłonie i odwrócił się na pięcie.
Spojrzał na Bennetta. Chłopak stał tam, uśmiechając się tym irytującym, obronnym uśmieszkiem, z paczką papierosów w dłoni, a Diego przez ułamek sekundy dostrzegł błysk srebra na jego palcu. Obrączka. No jasne. Kolejny, który nosił na szyi albo palcu pętlę z własnych niespełnionych obietnic. Castillo znał ten widok aż za dobrze – sam trzymał w szufladzie stary pierścionek, którego nie potrafił wyrzucić przez dobre dwa lata po tym, jak jego małżeństwo zmieniło się w strefę wojny.
Gdybym chciał cię wyjebać z tej kuchni, Bennett, zrobiłbym to w pierwszym tygodniu i Cath nie miałaby nic do gadania. – rzucił Diego, podchodząc bliżej. Jego głos był spokojny, pozbawiony złości, co czyniło go jeszcze bardziej autorytatywnym. – Więc oszczędź sobie tekstów o raku i mojej rzekomej nienawiści. Nie mam czasu cię nienawidzić. Jesteś po prostu cholernie nieefektywny, kiedy przychodzisz tu na kacu albo niedoćpany.
Postawił jedną z filiżanek na krawędzi stołu roboczego, tuż obok Lexiego, a drugą zatrzymał w dłoni. Uniósł wzrok, kiedy chłopak zapytał o pogodę na zewnątrz.
Skwar? Nie, kurwa, Toronto w lipcu zamienia się w jebaną saunę, a na tyłach pachnie rozgrzanym asfaltem i zdechłym szczurem ze śmietnika obok – odpowiedział ze śmiertelną powagą, choć w oczach błysnęło rozbawienie. Diego skinął głową w stronę ciężkich, metalowych drzwi ewakuacyjnych prowadzących na zaplecze lokalu. Sam pchnął je łokciem, niosąc swoją kawę. Na zewnątrz uderzyło w nich gęste, lepkie powietrze nocy Toronto. Termometry wciąż pokazywały grubo ponad dwadzieścia pięć stopni, a zaduch potęgowały kuchenne wywietrzniki. Castillo podszedł do odwróconej do góry dnem plastikowej skrzynki po warzywach, usiadł na niej ciężko, rozstawiając szeroko nogi i upił łyk wrzącej, gorzkiej kawy.
Wyciągnął z kieszeni własną zapalniczkę, kliknął nią i spojrzał na Lexiego, który stał w progu, wciąż trzymając w palcach rzuconą mu wcześniej paczkę.
Siadaj na tej palecie i gadaj, co znowu odjebałeś, Bennett – rzucił prosto z mostu, wypuszczając kłąb dymu, który leniwie uniósł się w nieruchomym powietrzu zaułka. – I nie mów, że nic, bo od tygodnia wyglądasz, jakbyś szukał dobrego drzewa, żeby w nie wjechać. Żona cię z domu pogoniła, czy po prostu skończyły ci się wymówki, żeby nie wracać do pustego łóżka?


Not on my watch.

: czw lip 16, 2026 6:46 am
autor: Alexis Bennett
Wywrócił oczami słysząc całą tą tyradę o nienawiści i wyrzucaniu. Na żartach się nie znał, kij miał w dupie i to nie w tym dobrym sensie.
- Tak sobie mów, słoneczko. - nieefektywny na zmywaku, ze wszystkich rzeczy? Nah, nah, gówno prawda. Już by mu bardziej uwierzył, gdyby napomknął coś o jego zdolności na prepie, bo tam rzeczywiście czasami posysał. Na swoje usprawiedliwienie, czy raczej wymówkę miał tyle, że naprawdę nie musiał nigdy wcześniej gotować w swoim życiu. Jego siostra gotowała, wcześniej matka i babcia.. Jego umiejętności kończyły się na tostach, herbacie i może jakby się postarał, to rzeczywiście mógłby iść za przepisem i coś stworzyć. Do tego jednak trzeba było mieć checi, a tych mu szczerze brakowało. Dobrze się bawił na prepie w kuchni, tak czy siak, po prostu wciąż się uczył i był trochę jak mała gazela, stawiająca pierwsze niepewne kroki w dorosłym życiu w kuchni, okay? Oczywiście nie miał mu zamiaru tego powiedzieć, bo i po co? Nie lubił się tłumaczyć. Zaśmiał się tylko sucho, dodając: - Hey, gdybym był przyćpany, to pewnie wyszło by na lepsze. Trochę kokainy i zapierdalałbym jak dyliżans. - szczere rozbawienie błysnęło w jego oczach, może też coś więcej w nich było, bo gdyby ktoś zaoferował.. Nie odmówiłby. Powinien i naprawdę czuł by się z tym źle na trzeźwo, ale nie odmówiłby. Znów wzruszył lekko ramionami, rozkładając dłonie w niemym geście mającym znaczyć mniej więcej "it is what it is". Nic nie poradzi.

Roześmiał się natomiast prawdziwie, słysząc gadkę o rodzaju sauny którym było Toronto i zdał sobie sprawę z tego, że Diego miał wyraźny akcent, pewnie nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić do pogody.. chociaż ten rok bił zdecydowanie rekordy i nawet Lexie, mimo że spędził w Kanadzie całe życie, musiał przyznać, że to lato było nieznośne.
- Okay, okay, idę. - podniósł filiżankę i szybko odkrył, że to było po prostu espresso. Nie wiedział, czego się spodziewał po tym mężczyźnie, jak tak na niego zerknął to mocna, prosta kawa rzeczywiście do niego pasowało. - ..tylko zamienię tą siekierę na coś, co nie da mi wrzodów. Zaraz tam będę. - a propos lodówek, musiał sobie znaleźć jakiś słodki syrop (karmelowy pewnie), większy kubek, trochę mleka.. Wszystko to i więcej było w barze, także szybko zmienił swoją czarną siekierę na coś, co dało się pić i było idiotycznie słodkie. Idealnie.

Gdy do niego dołączył, przysiadł na stosie drewnianych palet, siadając po turecku, swoją prawie-kawę na moment odkładając na bok, by wyjąć z paczki papierosa. Rzucił mu pudełko z resztą i poczekał na zapalniczkę.
- Nie, to nie tak. - zmarszczył lekko brwi, słuchając go, kiedy sam się zaciągnął. Przemyślał swoją odpowiedź, przytrzymując dym w płucach, zanim powoli wypuścił powietrze. - Nie mam prawa jazdy, więc wjazd w drzewo odpada, to po pierwsze. - nie byłby sobą, gdyby sobie głupio nie zażartował, prawda? Z drzewa jedyne co mógł zrobić, to zawisnąć, ale to nie byłaby jego preferowana forma samobójstwa. Miał kilka wybranych, ale.. No, nie lubił na ten temat dyskutować, zdecydowanie nie z ludźmi, których ledwo znał. - Ex-żona. Wyprowadziłem się z jej mieszkania, kiedy poprosiła mnie o rozwód. - dodał, wzruszając lekko ramionami, podświadomie zerkając na swoją lewą dłoń. Zmarszczył brwi, prawą dłonią wykonał krótki, niechlujny gest, coś pomiędzy machnięciem ręką, a strzepnięciem nerwów z palców. - Jeśli serio są braki w budżecie, to moja wina. Zabrałem sporo kilka miesięcy temu.. teraz odrabiam. - ta wymówka brzmiała dla niego najbardziej sensownie. Nawiązywała do wzmianki o finansach restauracji i odpowiadała na pytanie dlaczego dużo pracował.. A reszta była nieistotna, prawda?

mr why do you even care

Not on my watch.

: czw lip 16, 2026 1:51 pm
autor: Diego Castillo
Diego nie skomentował tego protekcjonalnego „słoneczko”, choć mięsień na jego żuchwie drgnął nieznacznie. Puścił to mimo uszu tylko dlatego, że w tym jednym słowie usłyszał dokładnie to, czym Bennett próbował się maskować – desperacką, szczeniacką brawurą. Kiedy jednak młodszy palnął o koksie i zapierdalaniu jak dyliżans, Castillo zamarł na ułamek sekundy z filiżanką przy ustach. Ciemne oczy szefa kuchni zwęziły się, lustrując twarz Bennetta z zimną, chirurgiczną precyzją. Widział ten błysk. Znał go z autopsji i z setek pieprzonych nocy, które sam przetrwał tylko dzięki białej kresce usypanej na szafce pracowniczej.

Chcesz pograć w otwarte karty, dzieciaku?

Gdy Bennett wrócił z barowego zaplecza z ulepkiem, który bezczelnie nazywał kawą, Diego tylko pokręcił zrezygnowany głową. Mleko, syrop karmelowy, cukier. Jezu Chryste. Prawdziwy latynoski koszmar zamknięty w plastikowym kubku.
Castillo obserwował, jak chłopak sadowi się na paletach, zwijając nogi po turecku, jakby byli na jakimś pieprzonym pikniku, a nie na brudnym, rozgrzanym zapleczu. Kliknął zapalniczką, podając mu ogień, a potem przejął rzuconą paczkę papierosów, chowając ją z powrotem do swojej kieszeni. Słuchał w ciszy, dym z jego własnego szluga leniwie unosił się ku górze, mieszając się z ciężkim, lipcowym powietrzem.
Brak prawa jazdy to jedyna rzecz, która trzyma cię przy życiu, Bennett? Wow. – rzucił Diego, a jego głos, choć wciąż niski i szorstki, stracił gdzieś ten ostry, mentorski ton z kuchni. Stał się bardziej... ludzki. Zmęczony.

Upił kolejny łyk gorzkiego espresso, trawiąc słowa o eks-żonie i rozwodzie. Czyli jednak trafił. Klasyczny scenariusz, bolesny jak rany po oparzeniach na jego własnych przedramionach. Kiedy Lexie zaczął gęgać o budżecie restauracji, długu i odrabianiu pieniędzy, Castillo uśmiechnął się krzywo, niemal z politowaniem.
Myślisz, że Cath nie ma na gary, bo ty wziąłeś parę tysięcy? – parsknął cicho, kręcąc głową. – Twoja siostra to ogarnia, bo ma twardszy tyłek, niż ci się wydaje. Ale ty... ty nie pracujesz tutaj, żeby spłacić dług, Bennett. Przestań kłamać chociaż samemu sobie. - Diego zeskoczył z plastikowej skrzynki, zrobił dwa kroki i stanął tuż przed paletą, na której siedział chłopak. Castillo wskazał końcem tlącego się papierosa prosto w lewą dłoń Bennetta – tę z błyszczącą obrączką.
Siedzisz tu po godzinach, bo to jedyne miejsce, gdzie ta obrączka nie wydaje się tak cholernie ciężka. – powiedział to prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, ale też bez cienia satysfakcji w głosie. To była sucha, brutalna diagnoza kogoś, kto przeszedł dokładnie tę samą drogę.

Zaciągnął się mocno, wypuścił dym bokiem i spojrzał Lexiemu prosto w oczy.
Rozwód boli, co? Wiem. Moja żona zabrała dzieciaki i zostawiła mnie z pustym kontem i łóżkiem, w którym przez pół roku czułem tylko jej perfumy. Chciałem wtedy zaćpać się na śmierć, żeby tylko zamknąć ten rozdział. Więc nie mów mi o kokainie i zapierdalaniu jak dyliżans, bo obaj wiemy, jak ten dyliżans kończy. W rowie. - zrobił pauzę, pozwalając, by jego słowa zawisły w tej parnej, toronckiej nocy. Oparł dłonie na biodrach, przyglądając się chłopakowi. – Pytanie brzmi: jak długo zamierzasz udawać przed siostrą i przede mną, że wszystko jest w porządku, zanim naprawdę pękniesz i zrobisz coś, z czego już nie wrócisz?

Not on my watch.

: pt lip 17, 2026 9:45 am
autor: Alexis Bennett
trigger warning
suicidal
Szczerze pomyślał, że Diego posłał mu mordercze spojrzenie na wzmiankę o białym proszku, bo był szefem tego bałaganu kuchennego. Musiał mieć doświadczenie w różnych kręgach i doskonale wiedzieć, że półświatek przeplatał się harmonicznie z życiem brygady, a znalezienie kogoś bez mentalnych problemów graniczyło z cudem. Trzeba było być popieprzonym, żeby się odnaleźć w braku życia i piekielnych godzinach, stresie, tempie, masie obowiązków, albo nie mieć innego wyboru. W kuchni na kryminał przymykało się często oko, to nie było niczym nowym, prawda? Castillo prawdopodobnie popatrzył na niego spod byka, nie chcąc, żeby Lexie mu syf z brygady robił.. Jokes on him. Gdyby miał towar to za cholerę by się nie podzielił z resztą, ha.

Zmarszczył brwi, zaraz potem je uniósł, kiedy na jego niewinny żarcik o braku prawa jazdy, zareagował jakby ugryzła go osa. Parsknął krótko pod nosem:
-Założę się, że jest z Ciebie epicentrum każdej imprezy z tym poczuciem humoru. - ironia, jak zawsze, była jego go-to jeśli chodziło o rozmowę, ale zupełnie szczerze mówiąc, uważał, że ten facet powinien trochę popuścić pasa. Żyć trochę? Nie zabiłoby go, gdyby się uśmiechnął od czasu do czasu albo rzucił głupim żartem razem z resztą chłopaków. Alienacja nie pomagała, kij w dupie generalnie był słabym lookiem dla każdego, nie ważne jak przystojna twarz siedziała na karku.
-Naprawdę myślisz, że znasz mnie albo moja rodzona siostrę lepiej ode mnie? Wow, pomyśleć że nigdy nie wierzyłem, że sous i head chiefowie mają głowy we własnej dupie. - wywrócił oczami, bo facet wyraźnie nie wiedział o czym chciał rozmawiać. Czepiał się słówek, nie znał szczegółów, chwytał się jakichś śmiesznych domysłów i generalnie to wszystko kupy się nie kleiło. Lexie wyprostował się na swoim miejscu, na krótki moment zamierając z papierosem w ustach, wstrzymując oddech gdy Latynos nagle wstał, skrócił między nimi dystans zmuszając, by Bennett zadarł głowę, by na niego patrzeć. Zdecydowanie zbyt blisko dla komfortu, w jego piwnych oczach odbił się cień strachu, kiedy przesuwał się w tył na swoich paletach, by zwiększyć między nimi odległość. Nie miał najlepszych doświadczeń z większymi od siebie facetami, których wyraźnie coś ugryzło albo po prostu potrzebowali sobie fizycznie użyć. W jakikolwiek sposób, był na drugim końcu takiego używania sobie, więcej razy niż chciałby to przyznać. Włoski na karku stanęły we wzmożonej czujności, oczy obserwowały dokładnie ruchy dłoni, słuchając połowicznie, bardziej skupiony na zastanawianiu się, czy jest bezpieczny.

Tak czy siak, pierdolił jakieś farmazony, o żonach i dzieciach, narkotykach i dyliżansach. W pełni złapał tylko ostatnie pytanie. Zamrugał szybko, orientując się przy okazji, że zapomniał pociągnąć z papierosa i prawie zgasł, więc szybko się poprawił.
-Co ci do tego? I nie udaje niczego. Nie mam koszulki z napisem „zbieram na samobójstwo”, ale jak tak ci zależy, mogę coś zaimprowizować. - odpowiedział wolno, by panować nad swoim głosem, zachowując spokojny ton. Sam poruszył temat, to była jedna z tych małych rzeczy, które Lexie wyłapał i nie, jego skromnym zdaniem wcale niczego nie udawał. Unikał Cath nie chcąc czuć się jeszcze bardziej winny. Miał kilka opcji skończenia ze sobą, które rozważał, ale jeszcze nie wybrał. Miał absolutnie zero powodów, żeby ciągnąć swój żywot, jedynym byłyby siostry, ale na szczęście miały siebie nawzajem. Alkohol był świetnym kompanem dla jego depresji, a sarkazm i bezczelność całkiem nieźle przykrywały absolutną apatię i beznamiętność.

twat

Not on my watch.

: pt lip 17, 2026 1:18 pm
autor: Diego Castillo
Diego nie poruszył się nawet o milimetr, gdy Lexie cofnął się na paletach. Zauważył ten nagły, zwierzęcy błysk w jego piwnych oczach, to jak chłopak spiął się w sobie, jakby spodziewał się ciosu. Castillo znał ten syndrom. Sam spędził wystarczająco dużo czasu w miejscach, gdzie zbyt bliski dystans oznaczał kłopoty, by teraz nie rozpoznać u kucharza klasycznego odruchu obronnego. Nie miał zamiaru go dotykać ani straszyć. Chciał tylko, żeby ten mały, przemądrzały gówniarz wreszcie przestał rzucać tanimi tekstami z podręcznika dla niespełnionych ironistów.

Słuchał jadowitych uwag o szefach kuchni z głowami we własnej dupie i improwizowaniu koszulek o samobójstwie. Bennett próbował gryźć, warczał jak osaczony pies, ale Diego stał niewzruszony, powoli dopalając swojego papierosa. Kiedy chłopak skończył swoją tyradę, Castillo wypuścił resztki dymu przez nos, rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł go butem.
Gówno mnie obchodzi, co masz na koszulce, Bennett – odezwał się spokojnie, a w jego głosie nie było już nawet grama złości. Zostało tylko chłodne, niemal kliniczne opanowanie. – I masz rację. Nie znam twojej siostry lepiej od ciebie. Rozpoznaje to spojrzenie. To samo, kiedy myślisz, że nikt nie patrzy. Apatia. Wyjebane na wszystko. Przekonanie, że twoje zniknięcie zrobi przysługę światu, bo i tak jesteś tylko ciężarem. - Diego cofnął się o krok, dając chłopakowi przestrzeń, której ten tak rozpaczliwie potrzebował, i znowu oparł się o ścianę budynku, krzyżując ramiona. Uniósł głowę, gapiąc się gdzieś na neon majaczący za rogiem zaułka.

Pytasz, co mi do tego? W zasadzie nic. Nie jestem twoim tatusiem ani kuratorem. Ale nie mam zamiaru patrzeć, jak marnujesz towar w mojej kuchni, ani tym bardziej sprzątać po tym, jak kiedyś nie wstaniesz z łóżka. Cath na to nie zasługuje. I tak ma już wystarczająco dużo na głowie, bez płakania nad twoim trupem – rzucił szorstko, po czym przeniósł wzrok z powrotem na Lexiego. – Chcesz się zapić? Pij. Chcesz skoczyć z mostu? Twoja sprawa. Ale dopóki tu pracujesz, masz być przytomny. Rozumiesz? - sięgnął po swoją filiżankę z zimną już kawą i dopił ją jednym haustem, krzywiąc się lekko. Spojrzał na słodki ulep, który Bennett trzymał w dłoni, i machnął lekko ręką w stronę drzwi.

Zbieraj się. Kończ tego szluga, wypij ten swój karmelowy syrop i zjeżdżaj do domu. Albo gdziekolwiek tam teraz koczujesz. Jutro od rana mamy dostawę mięsa z hurtowni i jak zobaczę, że znowu trzęsą ci się łapy przy krojeniu cebuli, to nie wiem. - odwrócił się, nacisnął klamkę ciężkich, metalowych drzwi i wszedł z powrotem do chłodnego, zdezynfekowanego wnętrza restauracji, zostawiając Lexiego samego na paletach z dogasającym papierosem i gęstą, nocą Toronto.

Alexis Bennett

Not on my watch.

: sob lip 18, 2026 2:22 am
autor: Alexis Bennett
Okay, przez krótki moment myślał, że ma jakieś śmieszne halucynacje. Nie przypominało to interwencji, zdecydowanie nie było kółkiem wsparcia, do ringu też by tego nie porównał. Diego gadał jak najęty, prawił mu morały i.. cokolwiek chciał nimi przekazać, śmigało nad głowa Bennetta, ani trochę nie ladujac takim, gdzie powinno. Ciężko było stwierdzić, w końcu nie wiedział gdzie Castillo próbował zmierzać ze swoim wywodem, oprócz faktu, że wytykał mu jeszcze mocniej jak nie fair jest do swojej starszej siostry. Wiedział to bardziej niż ktokolwiek inny na świecie, naprawdę nie potrzebował przypomnień od losowych osób. Robił mi kawę i częstował papierosem, tylko po to, żeby popchnąć na szali, na której Lexie balansował od dawna? Bardziej w tą ciemną stronę, ta z której, jak to sam nazwał, nie było już powrotu? No, to się spisał.
-…pierdol się.- rzucił prosto, pusto, kiedy tylko Diego skończył swoją tyradę. Tylko tyle, bo w żaden inny sposób nie chciało mu się odpowiadać. Mógłby wytknąć dziury w jego tyradzie, mógłby parsknąć, że żaden z tych sposobów nie był jego wyborem, mógłby może nawet czymś w niego rzucić.. nie ważne. Właściwie to niewiele rzeczy było ważnych w jego życiu tak czy siak i.. potrzebował się napić. Wychylił duszkiem tą swoją słodką kawę, chociaż kalorie z tej cukrzycy zdecydowanie nie pokrywały braku porządnych posiłków i wbił puste spojrzenie w martwy punkt gdzieś przed sobą, spokojnie dopalając fajkę.
Przyznał mu rację w duchu, Cath nie zasługiwała by zaleźć jego trupa; zdecydowanie będzie musiał przemyśleć swój plan dokładniej. I pewnie jej życie nie stanie się lepsze bez niego.. Ale z nim też nie było jakoś specjalnie kolorowe, więc może i wyjdzie na net positive, kiedy po prostu zniknie?
Siedział tak, prawie bez ruchu, myśli kłębiące się wokół tego jednego, ciężkiego tematu, rozważając powoli wszystkie opcje, które rzeczywiście dla siebie widział. Coś, co zabierało mu ostatnio sporo czasu, a co uciszał alkoholem, trzymało go w miejscu na długo po tym, jak Castillo sobie poszedł. Tak czy siak Bennett miał klucze do restauracji, nie było znaczenia kiedy ruszy się z miejsca.

koniec?

asstwat