Hard times make weird friends
: śr lip 15, 2026 12:45 am
Ktokolwiek, kto choć trochę go poznał wiedział, że Magnus nie należał do szczególnie mściwych osób. W jego pierwotnej branży to zawsze prowadziło do niekończącej się spirali zemsty. Każdy był czyimś ojcem, matką, bratem, córką. Każdy miał prawo i później chciał się mścić. Magnus wiedział, kiedy należało po prostu odpuścić. Trzeba było zrobić dość prosty rachunek zysków i strat. Często kierował się logiką w swojej branży. To właśnie to sprawiło, że dożył swojej zasłużonej emerytury. Nie powiedziałby, że nauczył się wartości ludzkiego życia, ale wiedział z czym może wiązać się go odebranie.
Odkąd przeszedł na emeryturę miał o wiele więcej czasu by zająć się swoim legalnym biznesem, który już wcześniej miał się całkiem dobrze, lecz teraz, gdy dostawał więcej jego uwagi naprawdę przeżywał swój boom. W Toronto bywał coraz częściej. W tym momencie trzymała go tu sprawa nierozwiązanego morderstwa jego brata, lecz Toronto było również dobrym rynkiem zbytu dla jego firmy. Na jednym z bankietów dla przedsiębiorców z różnych branż poznał pewnego mężczyznę, który wyjątkowo dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Podpadł Magnusowi. Kilkoma niewybrednymi komentarzami. Ogólną manierą oraz stylem bycia. Zabijał za o wiele mniej. Mógł to zrobić już wtedy na bankiecie, miał nawet obmyślony plan, lecz znów... Wiedział z czym mogłoby się to wiązać.
Zamiast tego postanowił zrobić to, co robili normalni ludzie - odebrać mężczyźnie chęć do życia. Nie było trudno przekonać się o tym, co było dla niego najważniejsze. Doskonale znał ten typ człowieka. Wszystko skupiało się wokół tego, co posiadali. Czy to wpływy, pieniądze, kobiety... Wystarczyło odebrać te składowe by wyrządzić większą krzywdę niż mógł przy pomocy jakiejkolwiek broni. Dlatego przez ostatnie miesiące małymi krokami uszczuplał jego zasoby. Miał czas, potrafił być cierpliwy. Bardziej niż większość społeczeństwa. Podkupował jego firmę małymi firmami, które były tylko frontami. Na kilku aukcjach kupił przedmioty, które nie były mu do niczego potrzebne, lecz wiedział, że dla tego drugiego byłyby symbolami statusu.
Gdy dostał wiadomość od jego żony... Cóż. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Od dłuższego czasu próbował znaleźć coś, co wyjątkowo zajdzie mu za skórę. Zaboli. To wydawało się idealną okazją. Musiał przyznać, że to jego hobby zaczęło przynosić wymierne efekty. Takie podchody robiły się całkiem przyjemne. Przypominało mu to trochę czasy, gdy jeszcze polował. Tym razem nikt nie ginął, ale to zawsze tropienie ofiary było tą najciekawszą częścią.
Dlatego miał się dzisiaj spotkać z Verą w swoim apartamencie w hotelu. Nie miał tutaj żadnego stałego biura. Dopiero nad tym pracowali. Miał ten przywilej, że był prezesem. Do pracy potrzebował tylko swojego telefonu, na którym właśnie siedział, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył go zdalnie odkładając telefon oraz okulary na stolik. Wstał ze swojego wygodnego fotela by powitać swojego gościa w przedsionku. Ubrany, jak zawsze, dość elegancko. Minus marynarka. Tej nie potrzebował w czymś, co nazywał czasem wolnym.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że spotykamy się u mnie w apartamencie. Nie lubię rozmawiać o interesach w miejscach publicznych. - uśmiechnął się łagodnie, uprzejmie wychodząc jej na powitanie.
vera callahan
Odkąd przeszedł na emeryturę miał o wiele więcej czasu by zająć się swoim legalnym biznesem, który już wcześniej miał się całkiem dobrze, lecz teraz, gdy dostawał więcej jego uwagi naprawdę przeżywał swój boom. W Toronto bywał coraz częściej. W tym momencie trzymała go tu sprawa nierozwiązanego morderstwa jego brata, lecz Toronto było również dobrym rynkiem zbytu dla jego firmy. Na jednym z bankietów dla przedsiębiorców z różnych branż poznał pewnego mężczyznę, który wyjątkowo dokonał czegoś, co wydawało się niemożliwe. Podpadł Magnusowi. Kilkoma niewybrednymi komentarzami. Ogólną manierą oraz stylem bycia. Zabijał za o wiele mniej. Mógł to zrobić już wtedy na bankiecie, miał nawet obmyślony plan, lecz znów... Wiedział z czym mogłoby się to wiązać.
Zamiast tego postanowił zrobić to, co robili normalni ludzie - odebrać mężczyźnie chęć do życia. Nie było trudno przekonać się o tym, co było dla niego najważniejsze. Doskonale znał ten typ człowieka. Wszystko skupiało się wokół tego, co posiadali. Czy to wpływy, pieniądze, kobiety... Wystarczyło odebrać te składowe by wyrządzić większą krzywdę niż mógł przy pomocy jakiejkolwiek broni. Dlatego przez ostatnie miesiące małymi krokami uszczuplał jego zasoby. Miał czas, potrafił być cierpliwy. Bardziej niż większość społeczeństwa. Podkupował jego firmę małymi firmami, które były tylko frontami. Na kilku aukcjach kupił przedmioty, które nie były mu do niczego potrzebne, lecz wiedział, że dla tego drugiego byłyby symbolami statusu.
Gdy dostał wiadomość od jego żony... Cóż. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Od dłuższego czasu próbował znaleźć coś, co wyjątkowo zajdzie mu za skórę. Zaboli. To wydawało się idealną okazją. Musiał przyznać, że to jego hobby zaczęło przynosić wymierne efekty. Takie podchody robiły się całkiem przyjemne. Przypominało mu to trochę czasy, gdy jeszcze polował. Tym razem nikt nie ginął, ale to zawsze tropienie ofiary było tą najciekawszą częścią.
Dlatego miał się dzisiaj spotkać z Verą w swoim apartamencie w hotelu. Nie miał tutaj żadnego stałego biura. Dopiero nad tym pracowali. Miał ten przywilej, że był prezesem. Do pracy potrzebował tylko swojego telefonu, na którym właśnie siedział, gdy usłyszał dzwonek do drzwi. Otworzył go zdalnie odkładając telefon oraz okulary na stolik. Wstał ze swojego wygodnego fotela by powitać swojego gościa w przedsionku. Ubrany, jak zawsze, dość elegancko. Minus marynarka. Tej nie potrzebował w czymś, co nazywał czasem wolnym.
- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że spotykamy się u mnie w apartamencie. Nie lubię rozmawiać o interesach w miejscach publicznych. - uśmiechnął się łagodnie, uprzejmie wychodząc jej na powitanie.
vera callahan