Strona 1 z 1

You're on my mind

: śr lip 15, 2026 12:41 pm
autor: Margaret Voss
W Toronto panowała nieznośna, lepka fala upałów. Nawet w klimatyzowanym, przestronnym domu w York Mills powietrze wydawało się ciężkie od elektryczności. Margaret zrzuciła z siebie eleganckie, jedwabne spodnie i koszulę, w których spędziła cały dzień w biurze. Nie było mowy o żadnych ciężkich ubraniach, marynarkach czy choćby lekkich narzutkach – letnia noc w mieście była zbyt duszna, a powietrze wręcz stało w miejscu. Szybko wsunęła na siebie prostą, czarną sukienkę na ramiączkach z cienkiego, chłodnego jedwabiu, która opływała jej ciało, nie krępując ruchów. Zmierzwiła dłonią lekko wilgotne od stresu włosy, poprawiła minimalistyczny makijaż i zeszła do kuchni. Z małej domowej piwniczki zgarnęła butelkę dobrego, wytrawnego Cabernet – dokładnie tak, jak zasugerował, na wypadek gdyby trudne rozmowy wymagały jakiegoś znieczulenia. Chociaż podświadomie wiedziała, że dzisiejszej nocy żadne z nich nie będzie potrzebowało alkoholu, by stracić głowę.
Droga przez miasto minęła jej jak w transie. Toronto po zmroku wciąż tętniło życiem, a rozgrzany asfalt oddawał ciepło nagromadzone przez cały dzień. Otworzyła lekko szyby w samochodzie, pozwalając, by gorący, miejski wiatr targał jej długie, blond włosy. Gdy zaparkowała pod wskazanym adresem, serce znowu zaczęło obijać się o żebra w szaleńczym rytmie. Budynek był skromny, zupełnie inny niż te, które sprzedawała na co dzień, ale dla niej w tym momencie był jedynym miejscem, które miało jakiekolwiek znaczenie.

Wysiadła z auta, ściskając w jednej dłoni butelkę wina, a w drugiej kluczyki. Ciepłe, nocne powietrze natychmiast oblepiło jej odsłonięte ramiona i dekolt. Podeszła do domofonu, a jej palec na sekundę zawisł nad przyciskiem z jego numerem. Czuła, jak drży. Wiedziała, że gdy tylko przekroczy ten próg, nie będzie już odwrotu. Wcisnęła guzik i czekała na dźwięk otwieranych drzwi.
Brzęczyk odpowiedział niemal natychmiast, długim, głośnym sygnałem, który ponaglił ją do ruchu. Margaret pchnęła ciężkie drzwi wejściowe i weszła na klatkę schodową. Powietrze tutaj było jeszcze bardziej stojące i duszne, przesiąknięte zapachem nagrzanego betonu. Każdy krok na schodach wydawał się jej nienaturalnie głośny. Splot słoneczny palił ją ze stresu, a dłoń zaciśnięta na szyjce Cabernet zdążyła już pokryć szkło wilgocią.
Kiedy stanęła na odpowiednim piętrze, tuż pod drzwiami z numerem jego mieszkania, wyprostowała się odruchowo. Miała sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, była szczupłą, wysoką kobietą, która na co dzień bez trudu dominowała w każdym pomieszczeniu, ale wiedziała, że za tymi drzwiami ta przewaga bezpowrotnie minie. Uniosła lekko podbródek, patrząc na judasz, zanim zdążyła unieść dłoń, by zapukać, zamek szczęknął.

Drzwi ustąpiły, otwierając się do środka, a w progu stanął Matheo.

Krótka rozmowa na FaceTime nie przygotowała jej na to wrażenie na żywo. Theo był ogromny – jego sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i potężna, wybitnie atletyczna, barczysta sylwetka sprawiły, że niemal całkowicie przesłonił światło palące się w głębi jego przedpokoju. Pachniał świeżością, chłodną wodą i mydłem, a jego ciemnoblond, lekko kręcone włosy wciąż były wilgotne po szybkim prysznicu. Jasne, uderzająco błękitne oczy zmierzyły ją uważnie, badając każdy centymetr jej twarzy z powagą, która pozbawiła ją tchu.

Nie odezwał się słowem. Cofnął się o krok w głąb korytarza, otwierając przed nią przejście i gestem dłoni zaprosił ją do środka, pozwalając jej w końcu przekroczyć próg swojego mieszkania.


You're on my mind

: czw lip 16, 2026 7:44 am
autor: Matheo Bachmann
021.
Gorąca woda uderzająca w rozgrzane ciało zmywało ze skóry wspomnienie dnia. Miał absolutnie gdzieś fakt, że w Toronto panowały teraz upały, właściwie to był ich świadomy bardziej niż większość zwykłych ludzi; praktykując w karetce przez następne kilka tygodni czekając na swoją certyfikację, widział co ten upał robił z ludźmi. Omdlenia, odwodnienia, poparzenia, jeśli ktoś zapomniał, że metal nagrzewa się idiotycznie szybko, udary słoneczne.. Najgorzej mieli staruszkowie i dzieci, a serce Theo łamało się nad każdym berbeciem, który cierpiał z tego czy innego powodu. Po to była mu ta praktyka, tak czy siak, żeby skóra stwardniała i nie czuł w gardle dławiącej guli za każdym razem, kiedy radio wzywało do przypadku w którym musiał sobie poradzić z panikującymi opiekunami i z dzieckiem w kryzysie. Nie wiedział nawet, czy będzie w stanie kiedykolwiek aż tak się znieczulić, by spływało to po nim jak po kaczce; paramedycy z którymi praktykował, tych, których cieniem był i którym podawał narzędzia jeśli była taka potrzeba, wydawali się tak bardzo pewni i dorośli w swoich ruchach, a Theo był.. No, wciąż Theo. Jego mózg czasami był chaotyczny. Umiejętność zachowania zimnej krwi w kryzysie miał w sobie od zawsze, ale co ze sobą zrobić, kiedy kryzys minął.. Z tym chyba borykał się każdy, kto postanowił oddać życie ratunkowym siłom, nie ważne czy w ambulansie, wozie strażackim, policyjnym samochodzie czy wojskowym chopperze.

Musiał ogarnąć notatki, te same, które naskrobał na kolanie na szybko w poruszającym się ambulansie, składając sobie samemu raport z każdego przypadku, przy którym był. Wszystko co pamiętał na świeżo, a co z biegiem dnia mogło mu uciec i w dupie to miał, że stary paramedyk uśmiechał się pod nosem drwiąco po drugiej stronie ciasnej karetki, przyglądając się jak wyciąga z kieszeni mały notesik i gorączkowo skrobie. Niech sobie mówi co chce. Bachmannowi zależało, a jak mu zależało, to stawał na rzęsach, żeby być przygotowanym na wszystko. Być podporą i bezpiecznym portem w czyjś najgorszy dzień.
Dlatego musiał ogarnąć notatki, przeglądnąć, przepisać na czysto tak, żeby to miało sens przy użyciu laptopa, zapisać na później, przeglądnąć jeszcze raz co musiał odhaczyć z listy przygotowania do certyfikacji.. O rekrutację do straży się nie obawiał. Została mu tylko rozmowa o pracę, ostatnia część którą musiał "zdać", zanim oficjalnie podpisze papiery i dostanie wytyczne kiedy zaczynał swoje 23 tygodnie w Ontario Fire Academy..

Ale to nie dzisiaj. Nie teraz. Notatki nie uciekną i, tak jak pomyślał przed prysznicem, mógł je równie ogarnąć później albo rano, zanim wyjdzie z domu. Dzisiaj miał na głowie inne rzeczy, nie zaplanowane i chaotyczne, powinien użyć tego prysznica, żeby się ogarnąć i wyzerować, uziemić.. Nie podziałało. Żołądek spinał mu się w chłodnym, nerwowym uścisku, a zerkając na zegarek po prysznicu, w luźnym dresie, boso i bez koszulki odkrył, że Maggie zaraz miała być u niego.
Boże drogi, jak on za nią tęsknił.
Nie wiedział, czy wypada się ubrać, czy jak miał się ubrać i co ze sobą zrobić, więc.. Nie zrobił nic. Dopił swoją już zimną herbatę, ogarnął spojrzeniem minimalistyczną, surową kawalerkę, na dłuższą chwilę spojrzenie zatrzymując na materacu na podłodze we wgłębieniu w kącie, który służył mu za łóżko. Rough but warm. W sumie całkiem do niego pasowało.. Tak czy siak, rozglądał się, żeby znaleźć sobie jakieś zajęcie, coś do posprzątania, ale niestety był na swój sposób pedantem i szlag by go trafił, gdyby zostawił coś "na później", znając się i wiedząc, że to "później" mogło nie nadejść. Just ADHD things.

Dźwięk domofonu.
Maggie.
Wpuścił ją do klatki i tak, oczywiście, że stał tam przy drzwiach, czekając, aż wespnie się na jego piętro.
Otworzył przed nią drzwi nadal w swoim stanie częściowego negliżu i po prostu otworzył je szerzej, wpuszczając ją pod swoim ramieniem opartym o framugę, zanim zamknął ten lichy kawałek sklejki za nią, przekręcając zamek z czystego przyzwyczajenia. Zmarszczył lekko brwi, przez moment zastanawiając się, czy przypadkiem jej nie osacza, ale.. Gdyby nie czuła się bezpiecznie, to by mu powiedziała, prawda? Odetchnął, odwrócił się w jej stronę, opierając lekko o drzwi i dopiero teraz rzeczywiście na nią spojrzał.

Nie zmieniła się za bardzo. Nosiła włosy w ten sam sposób i tak samo robiła makijaż. Jej perfumy były droższe, ale zawierały w sobie tą samą słodko-świeżą nutę. Szczupła, wysoka, dokładnie taka, jaką ją pamiętał, jeśli nie licząc dodatkowych linii na szyi, przy oczach i ustach od połowy życia przeżytej bez niego. Serce zabiło mu w gardle, kiedy podchodził bliżej, utrzymując jej spojrzenie, wyciągnął butelkę z jej dłoni, odkładając ją przy ścianie, na kuchennym blacie powoli. Zapach jej skóry zmieszany z perfumami, ciepło ciała które znał zalały go tak potężną falą emocji, że nie mógł się odezwać. Zamiast tego zrobił to, o co domagało się jego własne ciało; złapał ją w talii, podniósł na kuchenną wyspę, wsuwając się między jej nogi, nie zwracając uwagi na marszczącą się sukienkę, ułożył dłonie na bokach jej szyi, kciukami napierając na krawędź szczęki, by podniosła na niego spojrzenie, kiedy lekko się do niej pochylał, by złączyć ich usta w tęsknym pocałunku.

Margaret Voss

You're on my mind

: czw lip 16, 2026 2:26 pm
autor: Margaret Voss
Dźwięk przekręcanego w zamku klucza uderzył w bębenki uszne Margaret z ostatecznością, której nie dało się już cofnąć. Znalazła się w jego przestrzeni – surowej, minimalistycznej, niemal ascetycznej kawalerce, w której każdy przedmiot zdawał się mieć swoje ściśle określone miejsce. Materac rzucony bezpośrednio na podłogę we wnęce rzucił jej się w oczy jako pierwszy, będąc bolesnym, namacalnym dowodem na to, jak prostego, pozbawionego luksusów życia potrzebował teraz Matheo. Ale nie miała czasu na analizowanie jego wnętrz. Całą jej uwagę zaabsorbował on sam.

Gdy odwrócił się w jej stronę, opierając luźno o zamknięte drzwi, Maggie poczuła, jak jej oddech zamiera w piersi. Theo bez koszulki, boso, w samych dresowych spodniach, wyglądał jak uosobienie wszystkiego, przed czym uciekała i za czym jednocześnie potwornie tęskniła. Ze swoimi blisko dwoma metrami wzrostu, potężnymi, wypracowanymi na siłowni ramionami i szeroką klatką piersiową, całkowicie dominował nad otoczeniem. Pachniał wilgocią, świeżym mydłem i chłodem niedawnego prysznica, ale bił od niego żar, który natychmiast skasował duszność panującą na zewnątrz. Margaret, choć sama była wysoką kobietą, przy jego imponującej sylwetce poczuła się nagle krucha, wręcz maleńka. I po raz pierwszy od szesnastu lat ta bezbronność jej nie przerażała.

Patrzyła w jego uderzająco jasne, błękitne oczy, pozwalając mu badać wzrokiem każdy szczegół swojej twarzy. Czuła na sobie ciężar jego spojrzenia – dojrzałego, skupionego, pozbawionego dawnej, młodzieńczej niezręczności. Kiedy podszedł bliżej, nie potrafiła wykrztusić ani słowa. Jej dłoń bezwiednie wypuściła butelkę Cabernet, gdy Theo sprawnie odebrał ją od niej i odstawił na blat, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

A potem wszystko potoczyło się z prędkością, która odebrała jej resztki racjonalnego myślenia.

Zanim zdążyła jakkolwiek zareagować, jego silne dłonie zacisnęły się na jej talii. Uniósł ją bez najmniejszego wysiłku, jakby ważyła tyle co nic, i posadził na skraju kuchennej wyspy. Cienki, czarny jedwab sukienki natychmiast uniósł się i zmarszczył na jej udach, odsłaniając nogi, gdy Theo wsunął się głęboko między jej kolana. Chłód blatu uderzający w tylną część jej ud stanowił ostry kontrast dla potwornego gorąca, jakie emanowało z jego nagiego torsu. Margaret odruchowo uniosła dłonie, opierając je na jego twardych, napiętych barkach, a jej palce niemal wpięły się w jego skórę, szukając oparcia i bliskości, której tak desperacko potrzebowała.

Gdy jego dłonie powędrowały w górę, na bokach jej szyi, a kciuki z lekkim, zdecydowanym naciskiem oparły się o krawędź szczęki, zmuszając do uniesienia głowy, Maggie przymknęła oczy. Czuła, jak bije mu serce – szybko, miarowo, tuż przy jej własnej piersi. Kiedy pochylił się i ich usta w końcu się połączyły, świat na zewnątrz przestał istnieć.

Pocałunek był ciężki, gęsty od lat milczenia, niewypowiedzianych żali i tęsknoty, która przez ponad dekadę gniła w nich obojgu. Smakował nim – tym samym, a jednak zupełnie nowym, dojrzałym mężczyzną. Margaret oddała się temu do końca, lekko rozchylając wargi i pozwalając, by jego dominacja i ciepło całkowicie ją otuliły, wymazując wszelkie wyrzuty sumienia, lęki i maski, które dotąd tak skrupulatnie nosiła przed całym światem.


You're on my mind

: pt lip 17, 2026 10:44 am
autor: Matheo Bachmann
Było tak, jakby nigdy nie odeszła. Jej skóra pachniała tak samo, usta dawały tą samą miękkość, długa szyja pod palcami posiadała tą samą delikatność, szczęka tą samą ostrą krawędź.. A jednak było zupełnie inaczej. Górował nad nią, wzrostem, wagą, budową, bezkresnym, wyuczonym przez lata spokojem, o który czasem musiał walczyć ze swoją własną głową. Pod swoimi palcami, pod skórą na prawym barku, w miejscu w którym dwa mięśnie się spotykały, mogła wyczuć szeroką bliznę w mięśniach, która nijak nie odbijała się na skórze. Pamiątka po wypadku, z którego uszedł z życiem, jedynie z zerwanym mięśniem w próbach uratowania przyjaciela, ale.. Nie myślał o tym, nie teraz, nie przy niej, nie kiedy miał ją w końcu w swoich dłoniach do których pasowała idealnie.

Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Margaret Voss

You're on my mind

: pt lip 17, 2026 3:50 pm
autor: Margaret Voss
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

You're on my mind

: sob lip 18, 2026 4:14 am
autor: Matheo Bachmann
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

You're on my mind

: ndz lip 19, 2026 9:46 am
autor: Margaret Voss
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

You're on my mind

: śr lip 22, 2026 1:03 am
autor: Matheo Bachmann
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description

You're on my mind

: sob lip 25, 2026 8:40 am
autor: Margaret Voss
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description