Strona 1 z 1

I have nowhere left to crawl inside

: śr lip 15, 2026 10:08 pm
autor: Violet Haze
Kolejne zlecenie przyszło dokładnie tydzień później. Pośrodku było sześć długich dni jakby nie wydarzyło się nic szczególnego, jakby nie wymienili się imionami i czymś jeszcze, czego nadal nie potrafiła nazwać bez robienia z tego rzeczy większej, niż prawdopodobnie była i powinna być. Wróciła więc do Rapture, znowu przebrała się w tej samej garderobie, z którą nadal nie umiała się oswoić – tej która nie pasowała do niej tak samo mocno, jak te siedem dni temu.
Mężczyznę dostrzegła jeszcze przed występem, kiedy przechodziła w stronę sali. Stał przy lożach w otoczeniu kilku mężczyzn, którzy wyglądali na takich, którzy zdecydowanie nie przyszli tutaj dla muzyki ani alkoholu. Wyglądali na zbyt poważnych, zbyt skupionych na sobie nawzajem i za mało zainteresowani tym, co działo się dookoła. Chwilę później zniknął razem z nimi za ciężką zasłoną, a ona ruszyła dalej w kierunku miejsca, gdzie i tak miała zacząć swoją p r a c ę.
Sam występ minął bez większych niespodzianek, a nawet więcej – bez obecności radnego Benneta. Zrobiła to, po co przyszła i za co miała otrzymać zapłatę, przetrwała światła, muzykę i świadomość własnego ciała wystawionego na widok ludzi, po czym zeszła ze sceny z ulgą, której nie zamierzała nikomu pokazywać. Garderoba przyjęła ją tym samym chaosem co wcześniej, więc przebrała się możliwie szybko w coś znacznie luźniejszego, ale za co jeszcze by jej nie posądzono o pomylenie klubu nocnego z klubem fitness, zebrała rzeczy i wróciła pod bar po wypłatę.
Manager klubu – Avis, jak raz, miał dla niej czas i jak raz mogła go zobaczyć na własne oczy i to dłużej niż przez kilka sekund. Wręczył jej czek osobiście i nawet zagadał o coś związanego z dalsza współpracą, że w efekcie rozmowa przeciągnęła się o kilka dodatkowych minut. Nie miała nic przeciwko, bo wcale nie spieszyło jej się do domu. Odpowiadała, czasem nawet pytała o coś sama, przeciągała nawet tę rozmowę, i tylko raz – góra trzy – zerknęła ponad jego ramieniem w głąb sali. Tego, którego wcale nie wypatrywała nigdzie nie było, co nie powinno było jej dziwić, skoro widziała go wcześniej zajętego. I skoro sam kiedyś przyznał, że potrafił w wirze pracy dosłownie zniknąć.
A jednak pojawiło się drobne rozczarowanie. Głupie, irytujące ukłucie wynikające z oczekiwania, którego sama przed sobą nie zdążyła przyznać. I dziwna presja, którą czuła na swoich ramionach i która jeszcze nie zdążyła odpowiednio osiąść na niej. Ta sama, przez którą chodziła napięta od kilku dni.
Dopiła wodę, podziękowała Avisowi za czek i rozmowę, po czym zarzuciła torbę na ramię i skierowała się na tyły lokalu z zamiarem jego opuszczenia. Ostatni raz zerknęła przez ramię, by skontrolować tłum, a później już skupiła się na drzwiach wyjściowych.
Na zewnątrz przywitało ją chłodniejsze, rześkie powietrze i cisza, która po klubowym hałasie wydawała się niemal nienaturalna. Ruszyła w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu, grzebiąc w torbie za kluczykami i próbując nie myśleć o tym, że liczyła na kilka dodatkowych minut rozmowy. I to nie z managerem klubu.
Nie dostała ich i świat się od tego nie kończył. Ale mógł. I cały w tym jej problem.
Wsiadła do wysłużonego, ale wciąż niezawodnego Forda i uruchomiła silnik, rozświetlając reflektorami tylną alejkę za klubem. Wyjechała z miejsca parkingowego całkiem sprawnie, po czym włączyła się do ruchu, mijając rząd samochodów zaparkowanych wzdłuż ulicy. Światła jednego z nich zapaliły się zaraz po tym, jak przejechała obok. Nikt jednak do niego nie podszedł ani nie wsiadł, więc kierowca musiał czekać w środku już od dłuższej chwili. Czarny mercedes z przyciemnianymi szybami ruszył chwilę później, szybko zmniejszył dzielący ich dystans i skręcił za Fordem w najbliższą ulicę.
are you still here?

I have nowhere left to crawl inside

: ndz lip 19, 2026 2:08 pm
autor: Vincent Monroe
you wanna know when the trouble starts
when you’re double dark
Sześć dni było kurewsko długim odcinkiem czasu.
Nie istniał żaden, racjonalny powód dla którego powinien być jego upływu t a k świadomy. Życie w Rapture toczyło się własnym rytmem, często niezwiązanym z obowiązującym dniem tygodnia. Godziny otwarcia klubu zmieniały się w zależności od kartki kalendarza, lecz to, co działo się na jego zapleczach nie było z tym związane. Spotkania wyznaczane o różnych porach zmuszały do dostępności dwadzieścia cztery godziny na dobę i czasem nie posiadał nawet świadomości tego, ile czasu minęło.
Nie mówiąc o śledzeniu wewnętrznego harmonogramu wieczornych atrakcji, rozpisanego na wiszącej na zapleczu kartce papieru.
Jego myśli nieustannie krążyły wokół tych dwóch, kompletnie z w y c z a j n y c h wieczorów spędzonych w niepozornym towarzystwie. Wracały do zapachu damskich perfum wypełniających wnętrze łoży. Butelki wody obracanej na blacie baru w akompaniamencie nagle śmiałego spojrzenia. Czerwonych ust wyginających w uśmiechu tak naturalnym, że trud potrzebny do jego powstania stał z tą naturalnością w zupełnym kontraście.
Wracały do n i e j.
W ten nierozsądny sposób sprawdzał zawieszoną na zapleczu kartkę upewniając, że znów jej agent przyjął następne zlecenie. W irracjonalny odczuł, jak coś w jego wnętrzu drgnęło, gdy wreszcie zobaczył na niej nazwisko Haze. W niemal s z c z e n i a c k i zerkał w lustro, poprawiając fryzurę przydługich włosów, które dawno temu już powinien przyciąć, tego samego dnia, gdy miała pojawić się w Rapture. Jeden kosmyk nieustannie umykał z uczesania przy każdym, drobnym ruchu. Denerwował go. Sprawiał, że nie czuł się tak u ł o ż o n y jak być powinien.
Z jakiegoś powodu przy niej pragnął sprawiać taki wrażenie. Pragnął być u ł o ż o n y, normalny wręcz. Może gdyby nie wywoływał w niej strachu, przyjęłaby jego rękę do tańca a on przekonałby się, że nie było w niej zupełnie nic wyjątkowego. Pragnął posmakować jej bliskości, przekonany, że to ten zakazany owoc, w który przeobrażała się Rapture, pozbawiał go skupienia.
Dziś to miało się zmienić. Dziś miał być k u l t u r a l n y i u ł o ż o n y. Dziś miał zaoferować jej sekret za jeden taniec i przekonać się, że jego myślami kierowała wyłącznie ludzka potrzeba zagarnięcia tego, co było dla niego nieosiągalne.
Tkwił w tym przekonaniu gdy wychodziła na scenę. Czuł je w całym swoim ciele gdy obserwował ją w skupieniu, patrząc, jak sięga po tkwiący na niej mikrofon.
A także wtedy, gdy coś z tyłu głowy zaczęło go d r a p a ć.
Wrażenie było z początku delikatne. Subtelne. Nieswoje przeczucie, które mógł zrzucić na karb zbyt małej ilości wypitego alkoholu i własnej świadomości wyczulenia na n i ą, która nie była dla niego komfortowa. Z czasem jednak rosło w sile. Pęczniało, niczym podszept intuicji przekształcający się we wrzask, którego nie mógł już ignorować. Wreszcie jego wzrok oderwał się od kobiecej sylwetki i powiódł po klubie, po wszystkich tych ludziach, którzy również obserwowali jej występ.
Aż natrafił na czwórkę mężczyzn, odzianych w garnitury, oglądających ją z brakiem zainteresowania, nawet nie dygających w rytm muzyki - a jednak niespuszczających jej z oczu.
Kilka minut później jego ludzie dołączali do niego, przychodząc z odpowiedziami. Jedni oferowali pozbycie się mężczyzn, drudzy przynosili informację, których potrzebował. I jedni, i drudzy, wzbudzali w niego coraz większe napięcie i złość gdy, zamiast spoglądając na występującą, wodził wzrokiem po dwóch obserwujących ją mężczyznach.
Było w tej sytuacji wiele absurdu. Należeli do Simmonsa, jednego z jego partnerów biznesowych, podstarzałego mężczyzny, którego córkę upokorzył tydzień wcześniej w Rapture. Wiedział jednak, że Simmons nie wiedział o tym, co wydarzyło się w klubie - lub też sprawiał takie wrażenie, dobijając z nim targów tak, jak robił to zwykle. Albo więc kłamał, a teraz umilał życie swojej córce wysyłając dwójkę osób do nauczenia niewinnej Haze pokory, albo Jessica działała w pojedynkę.
Tak czy inaczej, zamierzał się o tym przekonać.
Nie wyrzucił ich z klubu, choć przecież mógł. Nie zadzwonił do biznesmena celem wyjaśnień. Dopił drinka w trzymanej w dłoni szklance i odbił się od blatu baru gdy oni ruszyli do wyjścia, a Haze zniknęła na zapleczu. Chwycił za kluczyki większego, przestronnego czarnego Mercedesa, którym lubił wozić się Avis, nieszczególnie pytając go o zgodę. Własnego samochodu byłoby mu żal.
Poczucie absurdu, bezczelności i potrzeby uzyskania odpowiedzi pchały go naprzód gdy podążał trasą prowadzącą do mieszkania Haze. To nie ona naprzykrzyłem się blondynce, a on. To jego niedopatrzeniem było zostawienie tej sprawy samej w sobie. To on musiał wiedzieć, czy Simmons okłamywał go prosto w twarz czy też jego pusta córka użyczyła sobie jego ludzi by zrobili krzywdę j e g o piosenkarce.
Wszystkie te powody były racjonalne i sensowne - choć nie na tyle by uzasadniać fakt tego, że to on wsiadł za kierownicę samochodu. I to on znał dokładnie drogę prowadzącą do jej mieszkania. I to w jego sercu było w tej chwili tyle, pieprzonej f u r i i.
Rozpoznał jej auto natychmiast, choć na jednym skrzyżowaniu mu zniknęła i, zirytowany oczekiwaniem w korku, ruszył w innym kierunku. Tkwiło zatrzymane na poboczu, z autem ludzi Simmonsa tkwiącym przed nim - musieli ją wyprzedzić i zmusić ją do zahamowania. Teraz widział dwójkę z nich bardzo wyraźnie, jednego tkwiącego przy otwartych drzwiach od strony kierowcy, wyszarpującego ją z fotela. Drugiego czekającego przy samochodzie, z bronią w ręku.
Ze świadomością tego pieprzonego k o s m y k a włosów ocierającego się o skórę na jego czole, z wściekłością nacisnął na pedał gazu.
Wszystko potoczyło się kurewsko szybko, jakby w kontraście do tego, jak wlokło się ostatnie sześć dni. Jego samochód wyleciał na wąską uliczkę, nie zatrzymując się na widok dwóch, stojących na poboczu aut. Maszyna przecięła asfalt, dając jednemu z ochroniarzy Simmonsa wyłącznie ułamek sekundy - tyle, by zdążył się odwrócić, dostrzec jego nadejście. Sięgnąć po broń i krzyknąć coś do drugiego z mężczyzn nim czarny Mercedes wbił się w bok ich samochodu z impetem, zawłaszczając sobie jego ciało po drodze.
Siła uderzenia wpiła pas w jego pierś, lecz w tej brutalności była odrobina finezji - wystarczająca, by wycelować w tył ich samochodu, uszkodzić jego koła i choć podejrzewał, że Avis nigdy nie wybaczy mu zmiażdżonego przodu, jego własny Mercedes pozostał na chodzie gdy wychodził z jego wnętrza.
Drugiego już nie było.
Nie wiedział, czy zniknął gdy tylko dostrzegł nadciągający samochód, czy umknął dopiero gdy obok rozbrzmiał huk uderzenia. Najważniejsze, że go, kurwa, n i e było, tak samo jak pozostałej dwójki, którą widział w klubie, a która z pewnością już mknęła w ich stronę, jakby część opuściła klub przed nią by ją wyprzedzić, druga zaś podążyła jej tropem. Musiał ją stąd wydostać.
- Violet - obrócił się na pięcie w jej stronę, szukając kobiety gdzieś za otwartymi drzwiami jej samochodu. - Musisz ze mną iść.

i’m not the gentle type

I have nowhere left to crawl inside

: pn lip 20, 2026 3:24 pm
autor: Violet Haze
I pomyśleć, że jeszcze kilka minut wcześniej wracała po prostu do domu, zbyt zajęta własnym, dość żałosnym rozczarowaniem tym, że nie miała okazji do zwykłej rozmowy, żeby od razu potraktować ciemny samochód w lusterku jako coś więcej niż auto jadące tą samą trasą. Zaczęła zwracać na nie uwagę dopiero po którymś zakręcie, potem po następnym, kiedy zwolniło razem z nią, ale nawet wtedy próbowała jeszcze znaleźć dla tego normalne wyjaśnienie, jakby wystarczająco rozsądna interpretacja mogła zapewnić jej bezpieczny powrót do mieszkania.
Nie zapewniła.
Nieznany jej Mercedes zajechał jej drogę, mężczyźni wysiedli, a wszystko, co wydarzyło się później, zmieściło się w kilku bardzo krótkich chwilach. Zaczynając od otwarcia jej drzwi, przez dłoń zaciśniętą na jej ramienium, pas wbijający się w ramię podczas gdy próbowano ją wyszarpnąć z wnętrza pojazdu, na stłumionych przez jej umysł groźbach.
Obcy mężczyzna szarpnął ją ponownie, ona ręką próbowała odepchnąć obce przedramię i nawet nie krzyczała, choć przecież powinna. Jej struny głosowe nauczyły się już doświadczeniem, że krzyk mógł zdenerwować, a ona przecież nie chciała pogorszyć sytuacji. Chciała zrobić wszystko możliwie dobrze, żeby stało się jej możliwie mało krzywdy.
Kolejna sekwencja szybkich wydarzeń spadła na ten moment tak nagle, że później nie potrafiłaby powiedzieć, co właściwie usłyszała jako pierwsze. Ryk silnika, krzyk faceta, który jeszcze chwilę temu się z nią szarpał czy przeraźliwy zgrzyt metalu wciskającego się w metal.
Świadomość wolności, ale wciąż bez świadomości bezpieczeństwa.
A nawet gorzej.
Ktoś szedł w jej stronę i przez pierwszą chwilę widziała tylko k o l e j n e g o dużego mężczyznę. Dużego, złego i z napiętymi ramionami. Jej ciało spięło się więc ponownie, wciskając ją głębiej w fotel, zanim rozpoznała twarz, sylwetkę, a tak właściwie najpierw ten jeden, cholerny kosmyk włosów opadający mu na czoło, zupełnie niepasujący do całej reszty tego mężczyzny z loży; mężczyzny zza baru, którego zapamiętała; który zwykle wyglądał tak, jakby nic w jego otoczeniu nie mogło się położenia bez jego pozwolenia.
Violet. V i n c e n t. Przez moment, przez ten jeden ułamek sekundy przerwy między kolejnymi sylabami poczuła ulgę i to tak głęboką, że niemal zrobiło jej się od niej niedobrze. Tak czystą, pierwotną; taką, której jeszcze nie zdążyła podważyć absurdalność jego obecności w tej sytuacji.
Taką, która momentalnie zniknęła za murem ze słów. Ze słowa.
Musisz ze mną iść.
Cofnęła się – choć bliżej temu było stwierdzenie, że to jej c i a ł o się cofnęło, bez zgody umysłu. To jedno słowo, to musisz, które rozeszło się pod skórą szybciej niż świadomość, że przecież miał absolutną i niepodważalną rację, że nie mogli zostać na środku ulicy i że gdziekolwiek chciał ją zabrać, prawdopodobnie było tam bezpieczniej niż tutaj.
Musisz.
Musisz.
M̵̨̭̔̅̆ū̷̠͙̙̍̎͆s̶̬̮̲̭̓̑̏i̷̜͚͆͆ŝ̵̠z̶̤̩̐
Na krótką chwilę nie było samochodu ani nawet mężczyzny, tylko to jedno słowo i ciało, które znało je zbyt dobrze, zaciskające się od środka, zaplatające trzewia w ciasny supeł; patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, nadal uczepiona kierownicy i nadal nieruchoma, chociaż ta druga jej część, jej rozsądek, już układała kolejne fakty: tamci ludzie mieli broń, było ich dwóch, – ktoś mógł wrócić, Vincent do tej pory nigdy nie zrobił jej krzywdy, choć miał ku temu niejedną okazję.
Dlaczego nie potrafiła przełamać ściany, którą budowało jej własne ciało?
Przecież to on ich zatrzymał. To on sprawił, że żadna dłoń nie zaciskała się już na jej ciele w wymuszającym geście. Wiedziała, że z powinna z nim pójść. Że z n o w u był jej wybawieniem; tym razem znacznie bardziej realnym i świadomym, niż wcześniej.
R̴̨̐́u̴̮̔́s̸͔̮̟̉z̷͙̑̐̍ ̷̼͔̇s̷̫͉̭̀i̸͇̍̓ͅę̸̛̘͛̀ͅ.̷̢̖̉̿̈́͜ Ȓ̷̟ủ̵̘s̷̨̀z̴̢̛ ̸̜̑s̶͚̀ī̵͕ę̶̲̚.̷̜̑R̸u̸s̶z̸ ̸s̶i̸ę̴.̵Rusz się.
Dopiero wtedy, gdy jej wizja się zaostrzyła i przestała być zamglona stresem, kiedy spojrzała na ten jeden kosmyk włosów poza układem, przyszła kolejna, spóźniona myśl, chłodniejsza niż pozostałe i nieprzyjemnie wyraźna, wzierając się w jej czaszkę.
S k ą d wiedział, gdzie jej szukać?
Vincent — potwierdziła oczywistość głosem znacznie cichszym, niż chciała., nie bez drżenia gdzieś na drugiej sylabie Wypowiedzenie tego jednego imienia na głos skutecznie uziemiło jej myśli w teraźniejszości. W tej konkretnej sytuacji. Dopiero teraz poczuła, że przez cały czas napinała się tak mocno, że to aż bolało; że jej łopatki wciskały się w fotel kierowcy, a ciało instynktownie odchylało się w głąb pojazdu, desperacko próbując zwiększyć dystans pomiędzy nią a znanym jej mężczyzną. Tym samym, którego nazwała kiedyś bezpiecznym niebezpieczeństwem, choć jego obecność tutaj, z niezrozumiałego dla niej powodu, odbierała temu określeniu całe bezpieczeństwo.
Czemu tu jesteś? — spytała. Akurat tym razem jej umysł i ciało pozostawały w pełnej zgodzie, wspólnie zbrojąc się przeciwko jego obecności. — Skąd wiedziałeś, gdzie mnie znaleźć? Kim byli ci ludzie? Czego chcieli? — Pytania były celne, pełne sensu i zadawane w najgorszym możliwym momencie, ale nie potrafiła przejść do żadnego następnego, dopóki nie dostała na nie odpowiedzi.
relief wears your face. fear does too.

I have nowhere left to crawl inside

: czw lip 23, 2026 3:40 pm
autor: Vincent Monroe
C z e m u tu był?
Z tyłu głowy, pod mgłą adrenaliny i wypełniającej go wściekłości nieśmiało przemykały prawdziwe, wartościowe odpowiedzi. Każda z nich plasowała się gdzieś na spektrum między racjonalną, zimną logiką a czymś, czego nie potrafił do końca sprecyzować, co zamiast echem myśli odbijało się szarpnięciem w trzewiach.
Przede wszystkim, Violet znajdowała się pod j e g o ochroną.
Ta odpowiedź byłaby racjonalna - zatrudnił ją by śpiewała w jego klubie. Ludzie należący do jego bezpośredniego biznesowego partnera nie mieli prawa podnosić na nią swojej ręki niezależnie od tego, jakie mógłby rościć sobie prawa do zemszczenia za to, w jaki sposób została potraktowana jego córka. Wysłanie za nią uzbrojonych mężczyzn było niczym innym, jak przekroczeniem pewnej granicy, za które Monroe planował wyciągnąć odpowiednie konsekwencje.
By to mógł zrobić, potrzebował jednak mieć pewność, czy to Simmons rozkazał zabranie Haze, czy też zrobiła to pod jego niewiedzą jego córka. Musiał też mieć na to dowody, a samo bierne przyglądanie się występowi brunetki przez jego ludzi nie było wystarczającym naruszeniem granicy by mógł zareagować. Ta kwestia odpowiadała tej zimnej, wyzbytej jakichkolwiek emocji logice, która zwykle włączała się w ciemnych korytarzach zaplecza Rapture, a której nigdy nie potrafił wytrenować by służyła mu także poza nimi.
Żadna z tych odpowiedzi jednak mu nie odpowiadała. Każda wydawała się być marnotrawstwem oddechu gdyby spróbował je zwerbalizować, bo to to uporczywe szarpanie stanowiło paliwo dla jego złości, to ono pchnęło go do samochodu gdy przez myśl przeszło mu, że Haze miałaby zapłacić za to, co o n zrobił.
Bo to o n spierdolił sytuację, to on naiwnie założył, że złość blondynki spadnie na osobę wydającą wyrok, a nie na kogoś, kto w jej oczach był katalizatorem następującego później upokorzenia.
- Nie mamy na to czasu - warknął, bardziej do siebie i swoich myśli niż do wszystkich tych racjonalnych pytań, które miała prawa zadawać.
A może bardziej do tego sposobu, w jaki jej ciało wcisnęło się w fotel kierowcy na jego widok. Jakby nie było żadnej różnicy między nim, a ludźmi, którzy po nią przybyli.
I choć wiedział, że staranowany samochód za jego plecami i broń wsunięta w pasek jego spodni skutecznie potwierdzały, że jej n i e było, jednocześnie ta myśl w dziwny sposób go ubodła.
- Ci ludzie są tutaj żeby cię skrzywdzić - dodał, gorączkowo, słysząc pisk opon wylatującego zza zakrętu gdzieś kilkaset metrów dalej samochodu, w którym w i e d z i a ł, że znajdowały się posiłki. - A ja nie zamierzam im na to pozwolić.
Nie dodał niczego innego.
Ani tego, kim byli, do kogo należeli i dlaczego właściwie Violet znalazła się na ich celowniku.
Ani tego, że to wszystko było z jego, pieprzonej winy.
Uniósł wzrok, nerwowo szukając czającego się szczura, który w chwili jego pojawienia się schował się za najbliższą osłoną i czekał, aż drugi z samochodów do nich dojedzie.
- Violet - powtórzył, zmuszając się do sięgnięcia po zasoby cierpliwości, których nie posiadał do n i k o g o innego w swoim życiu i pracy. Wyciągnął ku niej rękę po raz kolejny - oraz ostatni, świadom warkotu silnika nadciągającego pojazdu. Jego wzrok przeniósł się ku kobiecie, wcześniej omiatając nim swoje otoczenie, ich beznadziejną pozycję i znów, ku swojej najgłębszej irytacji, nie dostrzegając brakującego ochroniarza. Gdy przyrównał ją do zamrożonego w miejscu jelenia, na którego w nocy padły na drodze światła, nigdy nie sądził, że faktycznie się w niego przekształci. - Proszę.


bambi

I have nowhere left to crawl inside

: czw lip 23, 2026 10:07 pm
autor: Violet Haze
To jego proszę było pierwszym pęknięciem w systemie obronnym, który zdążył się już w niej szczelnie zamknąć, zaalarmowany tak dosadnie wyczuwalną nierównością pomiędzy nimi. Ta wynikała przede wszystkim z przeświadczenia, że mężczyzna posiadał wiedzę i prawdopodobnie odpowiedzi na wszystkie zadane przez nią pytania, ale nie zamierzał ich teraz udzielić, spychając je za zasłonę braku czasu. Argument wydawał się logiczny, bo okoliczności były jej wątpliwościom absolutnie niesprzyjające, ale mięśnie Violet nie zawsze chciały rozumieć szeroko pojętą logikę. Czasami – a nawet najczęściej – odruch był szybszy.
To proszę, w parze z wyciągniętą w jej stronę ręką, było czymś, czego nawet nie potrafiła właściwie zaklasyfikować. Było ofertą, ale też niezupełnie wyborem, skoro wszystko dookoła sugerowało, że jedyna rozsądna decyzja została już podjęta za nią. Jednocześnie było też prośbą o zgodę na zaufanie i współpracę, czyli czymś, czego przez ostatnie miesiące, te same, które drastycznie zmieniły to, jaka była i jak reagowała na bliskość innych ludzi, nie uświadczyła zbyt wiele.
Jej spojrzenie zatrzymało się na jego palcach, później przesunęło po przedramieniu i ramieniu aż do twarzy, nie bardzo wiedząc czemu próbowała znaleźć własną możliwość do wyłamania własnego paraliżu gdzieś pomiędzy napięciem w mięśniach jego szczęki a wyjętym spod ułożenia pasmem włosów.
Drgnęła, w jego stronę, jednak jej sukces zniknął w kaskadzie następnych zdarzeń.
Zniknął za warkotem silnika, ale przede wszystkim za trzaskiem.
Huk pierwszego wystrzału niemal zlał się z eksplozją bocznej szyby Forda, która rozsypała się do wnętrza samochodu tysiącami drobnych odłamków, obsypując deskę rozdzielczą i siedzenie kierowcy. Kolejny pocisk z metalicznym brzękiem uderzył w karoserię tuż obok otwartych drzwi, wyrywając z niej iskry i wypychając Violet z auta, zanim sama zdołała zrealizować decyzję podjętą zaledwie ułamek sekundy wcześniej. Trzeci świsnął dokładnie tak samo jak poprzednie, ale nie zatrzymał się ani na szkle, ani na blasze, bo znalazł znacznie bardziej miękki cel. Uderzył i rozerwał tę samą dłoń, którą jeszcze chwilę wcześniej Monroe tak cierpliwie wyciągał w stronę.
Krew bryznęła na jej przedramię i policzek, a jej wzrok automatycznie podążył za czerwienią, zanim zdążyła zrozumieć, co właściwie zobaczyła. Paraliż puścił jej mięśnie natychmiast. Żadna decyzja za tym nie stała – tylko strach wywołany sytuacją i kiełkujące poczucie winy.
Podniosła spojrzenie na jego twarz natychmiastowo; jej wyraz zmienił się diametralnie i jeśli mówić o niewinnym, bezbronnym i pełnym strachu jelenia, to właśnie w tym momencie. Było coś jeszcze – zaufanie, które wypchnęło ją fizycznie w jego stronę.
Nie zdążyła tego zaufania przekuć w to, w co powinna była dobrych kilkadziesiąt sekund temu; tylu ile wystarczyło zaoszczędzić, by ciepła posoka na jej policzku nie przypominała jej, że zadziałała za późno. Nie zdążyła, bo uch pojawił się za jego plecami szybciej, niż była w stanie połączyć go z konkretnym zagrożeniem, bo początkowo zarejestrowała go jedynie jako cień, a dopiero później – znów zbyt późno – jako sylwetkę mężczyzny, który wcześniej zniknął jej z pola widzenia.
Dopadł do postrzelonego Monroe od tyłu, rzucając się na niego bez większego planu poza przewróceniem go na asfalt i okładaniem go czymkolwiek, celem wykorzystania kilku sekund, zanim nieuchronnie nadjeżdżające posiłki dotrą na miejsce, coraz wyraźniej zapowiadane przez warkot silnika.
A ona stała. Tak po prostu. Znów niezdolna do reakcji, znów za ścianą.
lo siento

I have nowhere left to crawl inside

: pt lip 24, 2026 2:55 pm
autor: Vincent Monroe
Huk wystrzału przedarł się przez wąską przestrzeń pomiędzy nimi.
Przestrzeń, która niemal się zmniejszyła gdy kobieta drgnęła w stronę wyciągniętą w jej stronę dłoni. To niemal było cichą, niemal żałosną namiastką deklaracji, którą powinien przeoczyć, a na której jego wzrok skupił się z taką fiksacją, że nie dostrzegł niczego innego.
Nie dostrzegł błysku broni, jak i nie usłyszał pisku opon zatrzymującego się samochodu.
Ból, który rozdarł jego dłoń nadszedł nagle, a zarazem z ułamkosekundowym opóźnieniem. Przed nim pojawia się krew, krople szkarłatu wypełniające powietrze, gwałtowny wdech tkwiącej przy nim kobiety, sztywność jej sylwetki zamierającej w połowie ruchu.
Po nim nastąpiło uderzenie.
Odebrało mu powietrze z płuc gdy jego plecy uderzyły o twardy asfalt z impetem. Pomruk złości z tyłu jego głowy przekształcał się w ogłuszający ryk z każdą, następną sekundą - każdym ciosem, których lawina nagle została na niego zrzucona. Pierwszy trafił w jego szczękę, malując usta nieprzyjemnym grymasem. Drugi wylądował na skroni, zalewając jego łuk brwiowy czymś ciepłym, o metalicznym zapachu.
Frank zawsze zarzucał mu, że nie potrafił ich unikać, że zawsze przyjmował je prosto na siebie.
Adrenalina chwyciła ostry ból i oderwała go od jego świadomości, przekształcając w odległe dudnienie, podczas gdy myśli wkroczyły w przyśpieszony tryb. Każde uderzenie było metodyczne, ale było zbędne. Napastnik posiadał przy sobie broń, widział ją pod połami jego marynarki. Gdyby chciał go zabić, zrobiłby to w inny sposób od prymitywnej szamotaniny na asfalcie.
A to oznaczało, że wiedział, kim był, wiedział, że Monroe był n i e t y k a l n y.
I to dawało mu przewagę.
Dostrzegł błysk noża wystającego z cholewki buta drugiego mężczyzny gdy uchylił głowę, wyjątkowo unikając nadciągającej pięści. Jego ciało szarpnęło, rzucając się w stronę wystającej broni, chwytając za jej rękojeść, zaciskając na niej palce zdrowej dłoni, wciąż niesplamionej posoką. Nim świadomość tego, co zrobił, dotarła do jego napastnika, gwałtownym ruchem pchnął ostrze noża prosto w jego udo.
Pełen wściekłości krzyk zagłuszył pisk hamującego samochodu gdy obracał się na ziemi, zdobywając przewagę. Wyszarpnął ostrze z miękkiej tkanki z nieprzyjemnym plaśnięciem i uderzył na odlew, posyłając go w stronę asfaltu, na którym chwilę wcześniej to on tkwił przygwożdżony. Widział, jak ten sięgał po broń, jak ta znalazła się w jego dłoni. Miał własną. Mógł to zakończyć.
Ale ból pulsujący w jego szczęce, w jego skroni, nie dopuszczały do siebie takiej możliwości.
Koniec był łaską, której nie zamierzał podarować bezczelnemu człowiekowi, który ośmielił się go z a a t a k o w a ć.
Wrzask wydarł się z gardła tkwiącego przed nim mężczyzny gdy ostrze noże przebiło jego nadgarstek, zmuszając palce do rozprostowania się, do wypuszczenia z nich broni, która ze stukotem uderzyła w asfalt. Mężczyzna szarpnął, waląc na oślep, uderzając w jego ramię gdy dopadł do niego, nóż mokry od szkarłatu zagnieżdżając między jego żebrami, aż pełen bólu krzyk z jego płuc przekształcił się w rzężenie.
Jego ciało, odrętwiałe od napięcia, zerwało się w górę. Chwyciło za rękojeść noża, które bezradnie usiłował pochwycić śliskimi dłońmi ugodzony nim mężczyzna. Wyszarpnął go z materiału drogiej koszuli, przesączonej krwią i odwrócił się w stronę stojącego pod samochodem, drugiego napastnika.
Dostrzegł w jego oczach zawahanie, jego dłoń zacisnęła się na broni gdy unosił ją w górę. Wciąż, nawet teraz, nawet z krwią spływającą po jego twarzy i błyskiem szaleństwa w oku, był, kurwa, n i e t y k a l n y.
Odwrócił nóż, zdrową dłonią zamachując się by posłać go w stronę mężczyzny. Nie dbał o to, czy jego ostrze wbije się w jego ciało, czy nie - liczyło się wyłącznie odwrócenie uwagi, którego potrzebował, by dopaść do niego nim on uniesie w jego stronę pistolet. I gdy ten uskoczył, zaskoczony, on znalazł się tuż obok - chwycił dłoń z jego pistoletem i uderzył nią z impetem w maskę samochodu, wyrywając mu ją z dłoni.
- Przekaż Simmonsowi, że ma odwołać swoich ludzi - warknął nisko, zdrową dłoń zaciskając wokół jego gardła gdy drugą, ignorując przeraźliwy ból, sięgnął do tyłu, do połów własnej marynarki i schowanego pod nią pistoletu. - W innym wypadku...
- Ona nie posłucha - wycharczał z trudem mężczyzna, chwytając za nadgarstek trzymającej go za krtań dłoni. - Chce jej, żywej.
Nie zdążył odpowiedzieć, gdy gdzieś z boku, jakby z innego świata, dotarł do niego huk uderzenia, od którego zatrzymał się. Violet. Ból utożsamiał z dźwiękiem.
Z gardłowym warkotem wydostającym się z gardła przyciskanego do asfaltu mężczyzny. Z głośnym krzykiem akompaniamentu noża wbijanego między żebra.
Nigdy nie utożsamiał go z ciszą.
I właśnie wtedy, gdy ta cisza została przebita przez dźwięk wymierzanego na odlew ciosu, zamarł, odwracając się w stronę kobiety, która powinna być z d a l a, powinna być bezpieczna gdy on przyjmował na siebie ciosy. Która była cicha, akceptująca gdy drugi z mężczyzn wierzchem dłoni uderzył ją w policzek.
W tym ułamku sekundy zamarł, patrząc, jak ten chwyta ją ramieniem i szarpie w stronę samochodu, a w jego sercu rodziła się furia, dalsze słowa pertraktacji utykały w gardle w tej samej ciszy, którą go zaraziła.

you have to do something

I have nowhere left to crawl inside

: sob lip 25, 2026 12:46 pm
autor: Violet Haze
Jej ciało nauczyło się już dawno, że sprzeciw nie zatrzymuje przemocy, a najczęściej jedynie nadaje jej gorszy kierunek. Szarpnięcie prowokowało mocniejszy chwyt, krzyk podniesiony głos, a próba odepchnięcia kogoś kończyła się zwykle kolejnym uderzeniem, dlatego odruch walki stopniowo z niej wyciszono, aż w podobnych sytuacjach nie pozostawało nic poza bezruchem i posłusznym oczekiwaniem, że jeśli nie zrobi niczego niewłaściwego, wszystko skończy się odrobinę szybciej. Violet nie musiała już podejmować tej decyzji świadomie – jej ciało podejmowało ją za nią.
Dzisiaj nauczyła się czegoś nowego.
Tym łatwiej było mu się poddawać, kiedy przemoc, którą teraz kierowano w jej stronę, chwilę wcześniej miała dosięgnąć kogoś innego. Jakby każde uderzenie wymierzone w nią było czymś należnym za to, że wcześniej cios spadł na kogoś, kto wcale nie musiał stawać pomiędzy nią a zagrożeniem.
Uderzenie dotarło do niej z opóźnieniem, najpierw jako głuchy trzask, potem szum rozlewający się pod czaszką i metaliczny posmak, który pojawił się na języku, kiedy mężczyzna szarpnął ją mocniej w stronę samochodu. Jej nogi poruszały się nierówno, niemal bez jej udziału, wręcz wlokąc się po asfalcie, w momencie gdy ona próbowała złapać wzrokiem cokolwiek nieruchomego, punktu zaczepienia pośród całej tej krwi i agresji, podczas gdy jej ciało dosłownie zostało oddzielane od niej, aż w końcu spojrzenie wpadło bez zamiaru na Vincenta
Nie miała pojęcia, czy dostrzegł sam cios, czy jedynie usłyszał jego odgłos, ale sposób, w jaki odwrócił głowę, wystarczył, żeby chłód spłynął jej wzdłuż kręgosłupa. Nie dostrzegała z tej odległości wszystkich szczegółów jego twarzy, ale zresztą nie potrzebowała ich wcale, żeby rozpoznać tę samą zmianę, którą wcześniej obserwowała w klubie, gdy gniew jego swobodę odbierało coś, co już wtedy sklasyfikowała jako gniew.
To dużo k o m p l i k o w a ł o. Sam fakt, że w ogóle się tu pojawił, wiele komplikował. Jeszcze bardziej, kiedy jej własny dramat rozlał się na niego. Choć więcej prawdy było w tym, że w ten dramat po prostu wskoczył.
Sam. Z własnej decyzji.
A potrzebowała, aby był bezpieczny. I wiedziała, że nie przemawiał przez to żaden sentyment – a przynajmniej nie tak głośno jak inna, lodowata świadomość.
Nie znała rozkładu sił tutaj; nie znała układów – sytuacja malowała się jasno. Było ryzyko, a ona n i e m o g ł a pozwolić mu sobą ryzykować. Widok rozerwanych po postrzale tkanek jego dłoni brutalnie jej o tym przypominał.
Pójdę. Tylko zostawcie go w spokoju — powiedziała, niemal roboczo, do napastnika za sobą; nie mając nawet pewności, że ją usłyszał.
Ale usłyszał.
— Słońce, to on raczej powinien zostawić nas — prychnął jej do ucha czymś, co nie było ani rozbawieniem, ani też pełną pogardą. Na moment nawet się zatrzymał.
Przeniosła spojrzenie na Monroe, choć nie bezpośrednio na jego twarz, świadomie omijając to, co zdążyła już dostrzec w jego oczach. Tę samą zmianę, którą zauważyła wcześniej w Rapture, kiedy niemal bez wysiłku wchodził w rolę człowieka potrafiącego sprawić, że wszyscy podporządkowywali się jego woli, nie pozostawiając przy tym miejsca na sprzeciw ani negocjacje.
W pośpiechu szukała więc czegokolwiek, co mogłaby mu przekazać, licząc rozpaczliwie na cud, że wyjątkowo zdoła tym wpłynąć na jego decyzję, którą podjął wyraźnie jeszcze zanim tu przybył.
Powiedziałeś, że moja zgoda leży poza zasięgiem twoich możliwości — odezwała się, zmuszając się wreszcie, żeby spojrzeć prosto na niego, mierząc się z jego wzrokiem. — Więc posłuchaj mnie teraz, Vincent. Nie zgadzam się, żebyś dalej dla mnie ryzykował. — Przełknęła ślinę, próbując nie patrzeć na krew spływającą po jego dłoni. — Pójdę z nimi, a ty odejdziesz.
Potrzebowała go całego i zdrowego. Zbyt wiele mogła stracić, gdyby przestał być dla niej drogą naprzód, choć coraz trudniej było jej udawać, że wyłącznie dlatego widok jego krwi budził w niej tak gwałtowny sprzeciw.
and you have to stop doing something

I have nowhere left to crawl inside

: sob lip 25, 2026 4:08 pm
autor: Vincent Monroe
Z trudem pochwycił jej spojrzenie, choć przecież nie była zbyt daleko - zaledwie parę metrów, wyciągnięta na otwarty teren, w połowie drogi między złudnym bezpieczeństwem własnego samochodu a stojącym przy drodze mercedesem. Zamiast ciemnych tęczówek dostrzegał czerwoną pręgę na jej policzku, której nie było tam chwilę wcześniej. Na zaróżowionej skórze ręka rozmazała drobinki tej krwi, która nie należała do niej, pozostawiając lepkie ślady, do których przywarły kosmyki czarnych włosów. Nie wyglądała tak, jak powinna wyglądać.
Jej słowa docierały do niego z opóźnieniem.
Jakby wypowiedziała je w innym języku, języku, którego nigdy, na przestrzeni całego swojego życia nie zdołał poznać. Pójdę wywołało w nim sprzeciw tak intensywny, że jego dłoń zacisnęła się na gardle trzymanego mężczyzny, wydobywając z jego krtani charkot. Ręce zacisnęły się na jego ramieniu, usiłując odsunąć go od siebie, jedna zsunęła w dół, szukając na masce samochodu czegoś, co znajdowało się poza jego zasięgiem.
Bo on wciąż patrzył na n i ą, na tę dziwną istotę, która w obliczu niebezpieczeństwa, które on sprowadził, usiłowała pertraktować z ludźmi w j e g o obronie. Nie rozumiał tego. Nie zrozumiałby nawet wtedy, gdyby jego myśli podążały zwykłym torem, a nie były napędzane wybuchową mieszanką rozsadzających go emocji.
Pistolet w jego rannej dłoni był bezużyteczny. Chwyt, który na nim trzymał był lekki, zbyt lekki i niepewny, by mu zaufać - nawet ignorując przeraźliwy ból, który wywoływało każde naciągnięcie rannej i rozerwanej tkanki. I gdy dalej wypowiadała te niezrozumiałe słowa, on skupił się, analizował, myślał - co z perspektywy towarzyszących im mężczyzn musiało wyglądać na rozważanie tego, co powiedziała. Wiedział to.
Wyczuł odrobinę rozluźnienia w tkwiącym przy nim napastniku, wyczuł jego głowę obracającą się lekko w stronę towarzysza by nawiązać z nim pełne porozumienia spojrzenie.
Jednak jedyne, co rozważał, to dwójka celów, jeden element zaskoczenia i jedna broń, którą musiał przerzucić do drugiej ręki. Jeden z nich był na wyciągnięcie ręki, wykończenie go było kwestią naciśnięcia na spust - ale wiedział, że wtedy drugi z nich obróci kobietę w miejscu i zasłoni się jej ciałem, chwytając ją w swoje obrzydliwe łapska.
Ryzyko było elementem, którego nie dało się wyeliminować, zmuszając go do podjęcia decyzji na temat tego kogo to ryzyko będzie dotyczyło.
- Obawiam się, że nadal znajduje się poza ich zasięgiem, panno Haze. - słowa opuściły jego usta pozbawione żalu, które wydawały się wyrażać - a jednocześnie wraz z nimi, mężczyzna, którego trzymał, zachłysnął się powietrzem gdy uścisk na jego gardle zelżał.
Broń błysnęła w powietrzu w jednej, krótkiej chwili - wtedy, gdy lufa skierowała się do trzymającego Violet napastnika, gdy palec zdrowej dłoni w jednym, sprawnym ruchu ją odbezpieczył i nacisnął na spust.
Huk wystrzału rozdarł powietrze w następnym uderzeniu serca, pocisk zagnieździł się w czaszce mężczyzny nim ten zdołał zareagować, przyciągnąć ją do siebie, zasłonić własny żywot jej.
W tym czasie jednak ostatni z nich odnalazł na masce to, czego szukał.
Nóż przeciął ze świstem powietrze, w gwałtownym ruchu mającym na celu go zmylić. Zmusił jego głowę do odwrócenia się, do zareagowania, ale obierając sobie cel, wiedział, że będzie zbyt późno. Gdy drugi z nich dopadł do niego, broń wyleciała z jego ręki - pistolet potoczył się po asfalcie, zatrzymując przy leżących zwłokach mężczyzny i parze kobiecych szpilek.

no deal

I have nowhere left to crawl inside

: sob lip 25, 2026 11:08 pm
autor: Violet Haze
Nie uwierzyła, że jej posłucha. Być może była to kwestia głupiej, kobiecej intuicji, a może ledwie zauważalnej zmiany, którą dostrzegła, albo tylko wmówiła sobie, że dostrzegła, w jego spojrzeniu; czegoś, co za bardzo przypominało jej sposób, w jaki patrzył, gdy w Rapture zmieniał obecny nieporządek, w coś co jemu odpowiadało.
Cokolwiek to było, nie przygotowało jej na to, co wydarzyło się chwilę później.
Na kolejny huk wystrzału, który za każdym razem zatrzymywał jej serce na ułamek sekundy; na świst pocisku tuż obok jej głowy ani rozbryzg ciepłej, lepkiej posoki, która pokryła niemal całą jej twarz i zlepiła kosmyki włosów. Nie przygotowało jej także na to, że oplatające ją ramię nagle straci siłę, jego chwyt zelżeje, a sekundę później przestanie w ogóle istnieć, kiedy ciężkie ciało mężczyzny runęło na asfalt z głuchym łoskotem.
Wcześniej widziała, jak Vincent poniżał ludzi, zaciskał palce na cudzych nadgarstku, bił i nawet wbijał nóż w ciało drugiego człowieka. Teraz nauczyła się czegoś, czego być może od początku się domyślała. Vincent był człowiekiem, który potrafił odebrać życie w jednym uderzeniu serca, bez wahania i bez zbyt długiej potrzeby analizowania tej decyzji.
Dalsza część zdarzenia działa się jakby poza nią, kiedy mężczyźni zwarli się w gwałtownej, pozbawionej jakichkolwiek zasad walce, tym bardziej przerażającej, że tym razem Monroe nie odzyskiwał przewagi tak łatwo, jak robił to wcześniej. Napastnik wpadł w dziki afekt, jakby śmierć towarzysza, widocznie bliskiego, odebrała mu resztki rozsądku i sprawiła, że przestało mieć znaczenie, kogo atakował ani czy w ogóle p o w i n i e n. Nie próbował już nikogo zabrać. Nagle jego najważniejszym celem było aby zabić Monroe i dopilnować, żeby ten wcześniej odpowiednio dobrze poczuł każdy etap u m i e r a n i a, raz po raz próbując roztrzaskać jego czaszkę o asfalt.
Strach przeżerał każdy jej nerw, kiedy patrzyła na to, jednocześnie niezdolna odwrócić wzroku.
Schyliła się dopiero po chwili, jak na autopilocie, i z zawahanem sięgnęła po broń leżącą obok pozbawionych życia oczu mężczyzny. Pistolet był cięższy niż się spodziewała, a jego ciężar nie kończył się na samej oczywistej wadze przedmiotu.
Spojrzała na broń przez moment zastanawiając się, co tak naprawdę zamierza zrobić. Odpowiedź niby wydawała się oczywista – ale tylko dla ciała, a absolutnie nie dla umysłu.
Po raz kolejny oddał pole mięśniom, teraz nie będąc w stanie nawet próbować na nie wpłynąć. Uniosła pistolet w obu dłoniach, które drżały jak nigdy dotąd. Nie ze względu ciężaru przedmiotu, ale własnej decyzji.
Zwlekała jednak. W rzeczywistości być może tylko sekundę, ale wewnątrz niej rozciągnęła się ona w całą wieczność, podczas której zdążyła niemal zacząć zaklinać Vincenta, żeby jeszcze raz odwrócił sytuację na swoją korzyść i zakończył ją bez jej udziału.
Dopiero widoczna smuga krwi, która pojawiła na asfalcie popchnęła jej palec do naciśnięcia spustu.
Pierwszy pocisk chybił. Uderzył w asfalt z ostrym trzaskiem, odrywając drobiny betonu kilka centymetrów od walczących mężczyzn. Nawet to nie było w stanie odwrócić uwagi atakującego bez opamiętania faceta.
Nacisnęła spust ponownie, ale tym razem pocisk nie trafił w asfalt.
Wszedł w bok szyi mężczyzny, choć celowała niżej, gdzieś w ramię albo bark, w cokolwiek, co miało jedynie odciągnąć go od Vincenta, a nie odebrać mu życie. Napastnik znieruchomiał na krótką, nienaturalną chwilę, po czym ciężar jego ciała przeważył go do przodu i osunął się bezwładnie prosto na Monroe, charcząc przy tym przeraźliwie.
W chwili, w której padł drugi strzał, miała wrażenie, że siłą oddzieliła się od własnego ciała; że ono pozostało na miejscu, nadal trzymając broń w obu dłoniach, podczas gdy ona sama obserwowała wszystko z perspektywy kogoś zupełnie obcego.
Już kiedyś czuła się podobnie, kiedy ktoś wydarł z niej poczucie, że jej ciało naprawdę do niej należy, pozostawiając po sobie pustkę, której nigdy nie udało jej się w pełni wypełnić.
A dzisiaj? Było niemal tak samo. Jakby sama boleśnie oderwała od siebie kolejny płat samej siebie.
Dopiero po chwili ugięły się pod nią kolana, jakby całe napięcie, które dotąd utrzymywało ją w pionie, nagle zniknęło, pozostawiając ciało ciężkie i niemal o b c e.
Gdzieś w oddali rozległ się narastający dźwięk policyjnych syren, z każdą sekundą coraz wyraźniejszy.
i chose you over myself