Strona 1 z 1

destroy and be destroyed

: czw lip 16, 2026 10:12 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, narkotyki
039.
too high to think,
too stubborn to quit
Jakieś dziesięć lat temu...

Sama nie wiedziała, po co do niego szła.
Przecież nie chciał pomocy. Wiecznie powtarzał, że umie się sobą zająć, że wcale nie ma problemu, pomimo że był on kurewsko duży. I może każda inna dziewczyna odpuściłaby sobie nawracanie ćpuna, ale przecież Pilar nie była jak każda. Była uparta. Czasami jak pieprzony osioł. Nie wiedziała kiedy przestać, szczególnie kiedy obrała sobie w głowie już konkretny cel. Szczególnie kiedy osobiście oglądała, jak jej przyjaciółka zalewa się łzami, bo on znowu ćpał.
Karen była dobra. Niekiedy pogubiona w wielkim świecie, ale zawsze z sercem jak na dłoni. Ciepłym. Kurewsko ciepłym sercem, które mieściło w sobie ogrom empatii i cierpliwości — czyli wszystkie cechy których zaś brakowało Stewart. Znosiła każdy jeden odchył Aarona, jego wzloty i upadki, chociaż wszyscy dookoła powtarzali jej, że to przekreślona sprawa, żeby uciekała, póki jeszcze miała okazje i nikomu nie stała się krzywda. Ona nie chciała. I Pilar też nie miała zamiaru.
Dlatego tamtego ciepłego wieczoru pojawiła się pod jego mieszkaniem. Ostateczna interwencja — dokładnie tak nazwała to w swojej głowie. Trwała w przekonaniu, że jeśli ktokolwiek mógł mu jakoś przemówić do rozumu, to właśnie ona. W końcu się kumplowali, ona przyjaźniła się z jego żoną, a do tego była już kilka tygodni w akademii. Uczyła się stanowczości, chociaż nigdy akurat tego jej nie brakowało, i silnej ręki, bo tam akurat nie reflektowali słabeuszy.
Silną ręką uderzyła również kilkakrotnie w zadrapane drzwi od mieszkania, a potem jeszcze poprawiła dzwonkiem tak irytującym, że sama siebie zaczęłam tym wkurwiać. I jego chyba też, bo już po chwili znajoma sylwetka, kompletnie spruta życiem i z podkrążonymi oczami stanęła w progu, szarpiąc za klamkę.
Wyglądasz kurwa okropnie — przywitała go najpiękniej, jak tylko potrafiła, a potem jakby była u siebie, po prostu trąciła go ramieniem i weszła do środka. Na wejściu uderzył ją kompletny brak powietrza i smród niewyjebanego żarcia z blatu, przez co w pierwszej kolejności skierowała się prosto do dużego okna przy stole i otworzyła szeroko. — Zbieraj się — warknęła, szarpiąc za zasłonę, bo oczywiście zaplątała się w klamkę, a Pilar nie miała w sobie za grosz cierpliwości. Finalnie materiał puścił niewielkie dziury w dwóch miejscach, a ona odwróciła się w stronę przyjaciela i założyła ręce na biodrach. — Zabieram cię na odwyk — wyjaśniła powód swojej wizyty nawet nie próbując owijać w bewełnę. Zresztą Aaron znał ją doskonale, wiedział, że zawsze od razu przechodziła do sedna. A to w końcu była ostateczna i n t e r w e n c j a.

Aaron Blackwood

destroy and be destroyed

: wt lip 21, 2026 6:26 pm
autor: Aaron Blackwood
O chuj im tam wszystkim chodziło? Nie rozumiał całego tego kotła wokół jego osoby i wpierdalania się tam, gdzie zwyczajnie nie powinno. Ludzie to jednak mieli chorą tendencję do naprawiania czegoś, co nawet nie było zepsute, usilnie próbując samych siebie przekonać, że to dla dobra “poszkodowanego”. Gówno prawda - oni chcieli jedynie poczuć się przydatni, zaspokajając jakieś chore potrzeby niesienia pomocy i spełniania obywatelskiego obowiązku, w ten sposób chcąc zetrzeć grzechy, które sami popełnili. Z tym, że Blackwood nie potrzebował żadnej pomocy. No bo hej, przecież niedawno zakończył odwyk, hajtnął się z kobietą, którą poznał w klinice. Panował nad tym, co działo się w jego życiu. A że przy tym chciał się trochę zabawić, oczywiście mając wszystko pod kontrolą? Chyba mu się należało po tym wszystkim, co przeszedł, prawda? Jeden skręt nikomu jeszcze nie zaszkodził. Jedna tabsa z nikogo nie zrobiła wariata. Jedno wkłucie w żyłę nie robił z niego ponownie uzależnionego. Gdyby chciał zaraz mógłby z tym skończyć. Był silniejszy. Tylko dzisiaj nie chciało mu się tego udowadniać.
Przeciągnął się, czując się jak gówno. Potrzebował pobudzenia. Gdzie on zostawił ten kupiony wczoraj towar? I gdzie u licha była Karen? Nie widział jej od wczoraj, po kłótni, podczas której doprowadziła go do szewskiej pasji trując mu dupę o nic. Ostatnio narzekała jeszcze więcej i Aaron musiał się wyciszyć. Jeśli miała mu za złe, że po raz kolejny odleciał, mogła winić siebie - mniej gadania i po sprawie. Ale nie, trzeba było jojczyć niczym jebana katarynka, siadając mu na nerwy.
Usłyszał łomot do drzwi, który sprawił, że załupało mu również w głowie. W pierwszej chwili chciał go zignorować; miał ważniejsze sprawy do załatwienia. Potrzebował tego. potrzebował tej jednej tabletki, dzięki której stanie na nogi. Sypialnia. No tak. Przecież tam zawsze chował prochy, żeby Karen ich nie znalazła. Wszak najciemniej było pod latarnią.
Skierował tam kroki po chwili trzymając w dłoni niewielki woreczek. Zbawienie. Wsunął do ust jedna pastylkę, przesuwając ją językiem bliżej przełyku, by mogła zniknąć w czeluściach żołądka.
Zaraz wszystko wróci do normy. Musiał się jeszcze pozbyć tego natarczywego stukania do drzwi.
-Czego, kurwa?! - warknął, otwierając drzwi z rozmachem gotów bić się z każdym, kto postanowił zakłócić mu spokój. Nie miał nastroju na odwiedziny ani upierdliwych sąsiadów. - A, to ty - wyrzucił z siebie, widząc Pilar. I po chuja ona tutaj?
-I vice versa - żachnął się, kiedy uraczyła go milutkim komplementem, przy okazji nieproszona wbijając mu na chatę. Męcząca pinda. Znali się nie od dzisiaj, przyjaźnili w trójkę, ale to nie znaczyło, że mogła się tak zawsze panoszyć.
Zatrzasnął drzwi, człapiąc za nią. Powoli odczuwał skutki zażytej tabletki. Rozluźnienie jednak przychodziło za wolno.
-Jaki znowu odwyk? Kurwa, Pilar, coś ty tam sobie znowu uroiła? Nikomu nie potrzebny odwyk - machnął ręką, rzucając się na fotel, na którym rozsiadł się wygodnie, pozwalając sobie na krótkie westchnienie.

Pilar Noriega

destroy and be destroyed

: wt lip 21, 2026 8:39 pm
autor: Pilar Noriega
Nie.
Nie było okej.
Człowiek, który przeszedł to co Blackwood, który po wielkich potach i męczarniach wyszedł w końcu na prostą, zostawiając narkotyki w tle, nigdy już nie powinien sięgać po ćpanie. Po walce z uzależnieniem nie było czegoś takiego jak jedna mała kreseczka czy tabletka na lepszy humor. Powinien odciąć to gówno. Kompletnie wyzbyć się z tego ze swojego życia, a przecież doskonale wiedziała, że tego nie zrobił. Że powoli wracał do starych nawyków, brał coraz więcej, przez co miał coraz gorsze zjazdy, a to zaś tylko rozpoczynało efekt kuli śniegowej, której nie dało się wcale tak łatwo zatrzymać, a która jedynie coraz bardziej nabierała na sile.
Karen miała złote serce, ale kurewsko słabą dupę.
Dawała mu sobie wchodzić na głowę, przegadywać. Głupio wierzyła w jego każde jedno od jutra przestane, łudząc się jak ostatnia idiotka, że faktycznie tak będzie. On mnie kocha, Pilar, po prostu na moment się pogubił, powtarzała jej średnio co dwa dni, kiedy zapłakana przychodziła pod akademik Stewart. Od jutra będzie lepiej, zobaczysz. Nie było. Było tylko gorzej. I chociaż Karen nie miała w sobie siły, żeby z nim walczyć, Pilar była chodzącym terminatorem. Desperatką, która aż za bardzo potrafiła się zafiksować na wyznaczonym wcześniej celu i dążyć do jego spełnienia.
Dzisiejszym celem był Arron.
Za punkt honoru postawiła sobie, że go z tego wyciągnie. Bo kto jak nie ona? Dlatego waliła w drzwi do jego mieszkania, a potem wietrzyła pomieszczenie, puszczając koło uszu każdą jedną złośliwość, jaka wychodziła spomiędzy naćpanych warg przyjaciela.
Jak to jaki odwyk? — spojrzała na niego wymownie, na twarzy malując lustrzane odbicie jego miny. — Dla ćpunów, a jaki myślałeś? Sanatorium miłości, kurwa? — pokręciła głową, z założonymi na biodrach rękami, przyglądając się, jak rozsiada się na fotelu, nic sobie z jej słów nie robiąc. — Zbieraj się, Blackwood. Mówię poważnie — warknęła już mniej koleżeństwo. Skoro nie rozumiał, kiedy mówiło się do niego niemiło, trzeba było zacząć wyciągać coraz ciężę działa. A jedno z nich właściwie miała już na końcu języka.
Karen znowu dzwoniła… — zaczęła, ruszając na przechadzkę po salonie. Jej spojrzenie analizowało dokładnie każdy jeden mebel i to, co znajdowało się na nich. Szukała dowodów tego, że dalej ćpał? Możliwe. — Płakała — spojrzała przelotnie na przyjaciela. — Serio cię to kurwa nie rusza? — nie wyglądał, jakby go ruszało. Nic go w ostatnim czasie nie ruszało. No chyba że przypierdolił sobie krechę, wtedy potrafił być prawdziwą duszą towarzystwa z przesadnie rozjaśnionym umysłem. Gorzej było, kiedy jego organizm potrzebował coraz więcej i więcej. A teraz ona porabowała więcej. Więcej cierpliwości, bo tą, którą do niego miała, chyba zostawiła już dawno za drzwiami.
Nie no kurwa — prychnęła, kręcąc głową, kontynuując swój monolog i podeszłą do niego bliżej, dłoń opierając na oparciu fotela, nachylając się w jego kierunku. — Twoja żona cierpi, a ty masz to gdzieś, pacanie?! — chciała to trzepnąć w łeb, może to byłby jakiś sposób, ale ręka się jej opsnęła i zamiast w głowę uderzyła w ramię. Coś zaszeleściło w niewielkiej kieszonce, jaką miał na piersi, a ona zamarła w jednej chwili. Zdążyli wymienić całe jedno, głębokie spojrzenie w oczy, nim nie rzuciła się do przodu i nie sięgła tam przed nim, wyciągając w palcach niewielką samarkę.
Nie ćpasz, co? — odskoczyła w tył, świecąc woreczkiem w powietrzu. — Pierdolony kłamca — rzuciła pod nosem. Miała wrażenie, że nawet spoglądanie na niego z wyrzutem nic tutaj nie dawało. Ale cos innego by dało. — Wypierdalam to do kibla — warknęła, mierząc w niego samarką, w której wciąż było kilka tabletem, a potem od razu odwróciła się na piecie i skierowała w stronę kibla. Żartowała? Ani. Kurwa. Trochę.

Aaron Blackwood

destroy and be destroyed

: wt lip 21, 2026 9:45 pm
autor: Aaron Blackwood
Wierzył w słuszność swoich przekonań. Wierzył, że gdyby teraz postanowił rzucić narkotyki, zrobiłby to bez problemu, zapominając o nich w jednej sekundzie. Strzepnąłby ze stołu biały proszek, pozwalając mu legnąć na dywanie, który potrzebował prania. Spuściłby tabletki, które ukryte były w sypialni i patrzył jak płyną z prądem życia do pobliskiej oczyszczalni ścieków, po drodze pewnie lądując w brzuchu jakiejś rybki lub innego żyjątka, które przeżyłoby swoje najwspanialsze chwile, naćpane. Zastanawiające, jak zachowywała się ryba po prochach. Czy nagle zapragnęłaby wyjść na ląd, bo wydawałoby jej się, że ma nogi? A może, podobnie jak teraz Pilar, uroiłaby sobie, że jest pieprzoną superbohaterką, która musi pokonać wyimaginowane zło, czyniąc czyjeś życie lepszym? Tylko skąd na dobrą sprawę przekonanie, że jemu było źle? Teraz, kiedy pozwolił narkotykowi wniknąć w każdą komórkę ciała, czuł się nad wyraz odprężony. Ból głowy zniknął, kapeć z mordy podobnie. Nic, tylko żyć. Jakie miała prawo by mu to odebrać? Nie tak zachowują się do kurwy nędzy przyjaciele.
-Jesteś bardziej odklejona, iż do tej pory myślałem - odparł, zerkając na nią. Zapowiadało się tak dobrze, póki nie przylazła. Na litość wszystkich potrzebnych ludziom bogów, czemu kobiety były takie wkurwiające, kiedy zaczynały kłapać jadaczką i to jeszcze wylewając tak bezsensowny zlepek słów? - No to idź poszukać ćpuna gdzie indziej. Tu żadnego nie znajdziesz. Poza tym, nie wiem kurwa, nie masz niczego innego do roboty? Nie powinnaś teraz pompek robić, żeby zaliczyć akademię? - skomentował. Nie potrzebował jej tutaj, a jednak stała przed nim roszcząc sobie prawa do jego życia. Niedoczekanie wyszczekanej panny.
-Pilar, jak cię proszę. Zluzuj gacie, dobra i nie rób ze mnie zaraz jakiegoś narkomana. Przeszedłem odwyk, a to… to tylko zabawa. Nigdy nie wypiłaś piwa, chociaż obiecywałaś sobie abstynencję? - westchnął, przymykając oczy. Zachowaj spokój, nie daj się sprowokować. Przekonaj, a maruda sobie pójdzie. Nic łatwiejszego. Trzeba jak z dzieckiem, ułomnym, ale to nadal dziecko.
Uniósł powieki, kiedy wspomniała o jego żonie. Czyli tam poszła po ich kłótni. Schowała się u Pilar; mógł się tego domyślić, znały się ostatecznie od ładnych paru lat.
-Posprzeczaliśmy się wczoraj, wielkie mi halo. Przejdzie jej i wróci - wzruszył ramionami. O nie, nie ma mowy, że da się wrobić we wszystko to, co najgorsze. Nie jego wina, że Karen reagowała tak emocjonalnie na wszystko. Jak się człowiek kłócić nie umiał, to nie powinien tego robić, prosta zasada. - Co ty kurwa, nagle zostać terapeutką małżeńską? Upraszam nie wpierdalać się w nasze sprawy. Nie jesteś zamężna, więc gówno wiesz o problemach w związku - warknął do niej, bo zaczynała mu na nerwy działać z tym swoim pouczającym tonem i próbą wzbudzenia w nim poczucia winy. Nienawidził, kiedy ktoś próbował podobnych sztuczek, jakby był marionetką bez mózgu. Jeśli potrzebowała kogoś nawrócić, niech polezie do pobliskiego kościoła, tam pełno wiernych potrzebujących rozgrzeszenia.
-Oddawaj mi to! - poderwał się na równe nogi, kiedy wyjęła z jego kieszeni wcześniej wspomniany woreczek. Nadal patrzyły z niego cztery tabletki. - Pilar ostrzegam cię, nie wpierdalaj się w nie swoje sprawy. - Ton jego głosu stał się ostrzejszy, drżąc gniewnie. Jebana szmata. Co ona sobie myślała?
-Popierdoliło cię?! - dopadł do niej, łapiąc gwałtownie za rękę i ciągnąc w swoją stronę. Ścisnął ją, chcąc odebrać swoją własność. - To… nie… twoje - wycedził przez zaciśnięte zęby czując, jak poziom adrenaliny znacznie wzrasta. I po chuj go prowokowała?

Pilar Noriega