Strona 1 z 1

wpisanie się w grafik na siłę

: czw lip 16, 2026 2:27 pm
autor: Noah Beaumont
009
Siedział przy stoliku od jakichś dwudziestu minut, gapiąc się na szklankę z gównianą colą za piętnaście dolców i czuł zdenerwowanie. No po prostu cyrk. Wybór tej knajpy kosztował go tyle stresu, że łeb mu pękał. Nie chciał wyjść na jakiegoś jebanego sknerę, co zabiera dziewczynę na kebsa w budzie z dykty, ale z drugiej strony – no bez przesady. Nie będzie się pchał do ekskluzywnego lokalu dla nowobogackich, gdzie za porcję wielkości kapselka musiałby zapłacić pół wypłaty, a kelner patrzyłby na niego jak na śmiecia, bo ma za mało eleganckie buty. Wybrał coś pomiędzy, menu całkiem normalne, ale ceny i tak mają takie, że głowa mała. Chciał wypaść dobrze, pokazać klasę, ale nie pajacować. A wszystko przez to, że laska totalnie rozjechała mu mózg.
I pomyśleć, że zaczęło się zupełnie niewinnie od rozwalonego auta. Pracował w warsztacie, kiedy wjechała na plac. No i w tym momencie, kurwa, po prostu go odcięło. Cassiopeia. Co to w ogóle za imię? Brzmiało jak jakaś nazwa choroby albo gwiazdy, ale pasowało do niej idealnie. Zderzak był w strzępach i już myślał, że zaraz zacznie ryczeć, że nie ma kasy na naprawę, ale nie. Okazało się, że potrąciła zwierzę, ona spanikowała, uderzyła w barierkę, a ten ranny zwierzak gdzieś uciekł. Normalnie to by ją olał. Rzuciłby cenę za naprawę, kazał podpisać papiery i spadaj mała, zgłoś się za tydzień, ale jak spojrzał w te jej przerażone oczy, to coś mu przeskoczyło w głowie. Olał robotę, zamknął warsztat na klucz, chociaż w kieszeni wibrował telefon od wściekłego klienta. Miał to głęboko w dupie. Powiedział tylko, żeby wsiadała do wozu. Jazda do lasu to był jakiś totalny absurd. Co chwilę zerkał na nią z boku. Czuł więź, chociaż w ogóle się nie znali. I w końcu go znaleźli. Pomógł jej go wyciągnąć, zapakować do auta i zawieźć do weterynarza. Myślał, że po takiej akcji są już prawie parą. No bo przecież przeżyli coś razem, nie? Gówno prawda.
Kiedy odbierała kluczyki, uśmiechnęła się, podziękowała, a Noah z uśmiechem, udając luzaka, rzucił, że może wyskoczą na jakąś kawę, to spławiła go tak szybko, że aż go zatkało. Coś tam palnęła, że nie ma czasu, że praca. No dobra, pomyślał, nie to nie. Nie będzie się narzucał. Wytrzymał może z dwa dni, a potem zaczął pisać, zwykłe pytania, czy auto dobrze chodzi, czy z psem wszystko w porządku. Odpisywała po kilku godzinach. Z każdym kolejnym koszem czuł, jak jego męska duma krwawi, ale jednocześnie chciał jej jeszcze bardziej. Pisał do niej codziennie. Wiadomości pewnie wyglądały już jak od jakiegoś psychola. Wtedy obiecywał sobie, że usuwa jej numer, że pieprzy to, ma swoją godność, a potem przychodził wieczór, wypijał piwo i znowu pisał. W końcu chyba pękła. Odpisała krótko: Dobrze. Piątek o dwudziestej. Wybierz miejsce.
No i siedzi tu, czując się jak totalny idiota, a serce mu napierdala, dłonie mu się pocą, więc co chwilę wyciera je o spodnie, żeby nie zauważyła, jak bardzo jest zestresowany. Cała historia od momentu, gdy zobaczył ją po raz pierwszy w warsztacie, aż po te tygodnie żałosnego skomlenia o randkę, sprowadza się do jednego wieczoru. Właśnie otwierają się drzwi do restauracji, unosi głowę, czując, jak zaciska mu się żołądek. To była Cassiopeia i szła prosto w jego kierunku.
Cassiopeia Deveraux

wpisanie się w grafik na siłę

: czw lip 23, 2026 6:28 pm
autor: Cassiopeia Deveraux
004. Wpisanie się w grafik na siłę | Outfit
Już w chwili, kiedy wysiadłam z samochodu i spojrzałam na szyld lokalu, to poczułam lekkie rozczarowanie. Stałam przez chwilę przy aucie i zastanawiałam się, czy na pewno dostałam właściwy adres. Wyciągnęłam więc telefon z torebki i ponownie otworzyłam wiadomośćć, chociaż doskonale wiedziałam, że się nie pomyliłam. Niestety to było tutaj.
Westchnęłam sobie cicho. Co prawda nie oczekiwałam restauracji z trzema gwiazdkami Michelin oraz prywatnego stolika na dachu wieżowca i kelnera, który będzie mi podawał szampana kosztującego więcej niż przeciętny samochód. Naprawdę nie byłam aż tak oderwana od rzeczywistości. Potrafiłam wypić kawę w zwyczajnej kawiarni i zjeść lunch w miejscu, którego nazwy nie znała połowa miasta. Mimo wszystko istniała pewna granica pomiędzy skromnym miejscem a lokalem, który już od wejścia sprawiał na mnie wrażenie takiego, do którego przychodziło się tylko dlatego, że wszystkie lepsze miejsca były akurat pełne.
Być może byłam niesprawiedliwa i prawdopodobnie byłam. Nie zmieniało to jednak faktu, że to on miał wybrać miejsce. To była właściwie jedyna rzecz, o którą go poprosiłam. I już na starcie zaczynałam żałować, że nie zrobiłam tego sama. Poprawiłam pasek torebki na ramieniu i ruszyłam w stronę wejścia. Starałam się nie patrzeć na wszystko aż tak krytycznie, bo przecież nie przyszłam tutaj oceniać restauracji. Chociaż zdecydowanie miałam na to ochotę.
Nie chciałam nazywać tego randką, nawet w myślach. Samo słowo wydawało mi się zdecydowanie zbyt zobowiązujące w stosunku do czegoś, na co się zgodziłam głównie dlatego, że po którejś z kolei wiadomości uznałam, że łatwiej będzie spotkać się z Noah raz niż przez następne tygodnie regularnie odpisywać mu, że jestem zajęta. Nie byłam zresztą pewna, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym spotkaniu.
Nasze pierwsze zetknięcie trudno było przecież nazwać idealnym. Owszem, pomógł mi, a ja nie zamierzałam tego umniejszać. Gdyby wtedy go przy mnie nie było, prawdopodobnie kompletnie bym się rozsypała. Nie musiał odkładać swoich spraw i jechać ze mną i zdecydowanie nie musiał angażować się w poszukiwania. A jednak to zrobił, dlatego zgodziłam się na dzisiejsze spotkanie.
Problem polegał jednak na tym, że wdzięczność nie sprawiała automatycznie, że zapominałam o wszystkim innym. Noah był gburowaty. Miał w sobie coś, co od pierwszych minut działało mi na nerwy. Jego sposób mówienia, zachowania i odnoszenia się do świata sprawiał, że czasami miałam ochotę spojrzeć na niego i zapytać, czy naprawdę musi traktować wszystko tak, jakby cały świat osobiście zrobił mu jakąś krzywdę. Być może dla kogoś było to urocze. Może nawet istniały kobiety, które uważały podobne zachowanie za niezwykle męskie. Ja nie należałam do żadnej z tych grup. Byłam przyzwyczajona do mężczyzn, którzy potrafili zachować się odpowiednio do sytuacji.
Noah był… inny i wcale nie byłam jeszcze pewna, czy w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Kiedy weszłam do środka, to niemal od razu wiedziałam, że moje pierwsze wrażenie dotyczące lokalu było zdecydowanie zbyt łagodne. Rozejrzałam się dyskretnie po wnętrzu i przez moment naprawdę zastanawiałam się, czy nie powinnam po prostu napisać, że coś mi wypadło. Mogłam przecież wymyślić coś wiarygodnego, na przykład, że sesja zdjęciowa przeciągnęła się do późna, albo że mój agent zadzwonił w pilnej sprawie, albo że samochód znowu się zepsuł. Ostatnia wymówka byłaby nawet zabawna. Tym bardziej że tym razem przynajmniej wiedziałabym, do kogo go odstawić. Prawie się uśmiechnęłam na własną myśl, ale szybko odsunęłam ją na bok.
Skoro już tutaj przyjechałam, to zamierzałam zostać. Dostrzegłam Noah przy jednym ze stolików i zatrzymałam się na moment, zanim ruszyłam w tamtym kierunku. Przez te kilka sekund próbowałam jeszcze raz odpowiednio się nastawić, bo może byłam wobec niego zbyt surowa. Podeszłam do stolika i odsunęłam krzesło. - Cześć - powiedziałam, zanim usiadłam.
Położyłam torebkę obok siebie i przez moment rozejrzałam się jeszcze po restauracji. Naprawdę próbowałam się powstrzymać. Wiedziałam, że wypadałoby przemilczeć swoje pierwsze wrażenie, uśmiechnąć się i zamówić coś do picia. Problem polegał na tym, że nigdy nie byłam szczególnie dobra w udawaniu zachwytu. Uniosłam lekko brwi.
- Muszę przyznać, że dokonałeś… interesującego wyboru. - przesunęłam spojrzeniem po wnętrzu, po czym ponownie skupiłam wzrok przed sobą. - Naprawdę długo zastanawiałeś się nad tym miejscem czy po prostu wybrałeś pierwsze, które pojawiło ci się w Google?
Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech, chociaż nie byłam pewna, czy całkowicie ukrywał moje rozczarowanie. Prawdopodobnie nie. Z drugiej strony Noah zdążył już poznać mnie w sytuacji, w której byłam spanikowana, roztrzęsiona i właściwie niezdolna do racjonalnego myślenia. Mógł więc równie dobrze zobaczyć mnie teraz trochę bardziej taką, jaka byłam na co dzień.
Sięgnęłam po menu i przez chwilę przeglądałam kolejne pozycje, próbując znaleźć coś, na co rzeczywiście miałabym ochotę, ale moje myśli bardzo szybko wróciły do prawdziwego powodu, dla którego się tutaj znalazłam. Zamknęłam więc kartę i oparłam dłonie na jej powierzchni.
- Żebyśmy mieli jasność… - zaczęłam, po czym zawahałam się na moment, bo nie chciałam zabrzmieć niewdzięcznie. Złagodziłam więc trochę ton. - Zgodziłam się przyjść głównie dlatego, że nadal pamiętam, co wtedy dla mnie zrobiłeś - przyznałam szczerze. - Nie musiałeś mi pomagać, a jednak pojechałeś ze mną szukać tego zwierzaka. - Przejechałam palcem po krawędzi menu. - Więc jestem ci za to wdzięczna. - dodałam ciszej.
Zamilkłam na kilka sekund. Właściwie to powinnam na tym zakończyć, ale tego nie zrobiłam. - Ale muszę też przyznać, że bardzo długo zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam się z tobą spotykać. - Odchyliłam się lekko na krześle. - Jesteś trochę… - Urwałam, szukając odpowiedniego słowa, chociaż właściwie znałam je od początku - gburowaty.
Skrzywiłam się lekko. - Właściwie „trochę" jest tutaj bardzo uprzejmym określeniem. - Tym razem nie potrafiłam powstrzymać krótkiego uśmiechu. Nie mówiłam tego po to, żeby zrobić mu przykrość. Po prostu nie widziałam sensu w udawaniu kogoś, kim nie byłam. Skoro już miałam spędzić z nim wieczór, to wolałam przynajmniej wiedzieć, na czym stoję. - Dlatego potraktujmy dzisiejszy wieczór jako okazję do tego, żebyś przekonał mnie, że moje pierwsze wrażenie było błędne – powiedziałam i ponownie sięgnęłam po menu. - Chociaż wyborem restauracji zdecydowanie sobie nie pomogłeś.

Noah Beaumont

wpisanie się w grafik na siłę

: pt lip 24, 2026 12:00 pm
autor: Noah Beaumont
Kiedy Cassiopeia w końcu dotarła i rzuciła proste cześć, po czym odsunęła krzesło i usiadła, miał jeszcze cień nadziei. Złudzenie, że może ta jej niedostępność to tylko pancerz, z którym weszła do lokalu, a teraz, kiedy już tu byli, spróbują porozmawiać jak dwoje dorosłych ludzi. Szybko jednak sprowadziła go na ziemię, zanim w ogóle zdążył otworzyć usta, żeby odpowiedzieć na powitanie, ona już przejechała chłodnym spojrzeniem po sali, po czym uderzyła prosto we niego. Bezczelnie, prosto z mostu, kwitując wybór miejsca z takim politowaniem, jakby przyprowadził ją do baru mlecznego i zapytała, czy wybrał pierwszą lepszą knajpę z Google. Zrobiła to z tym swoim wyższym tonem, z minimalnie uniesioną brwią, dokładnie w taki sposób, w jaki ludzie z wyższych sfer dają do zrozumienia, że nie dorasta się im do pięt.
W głowie Noaha rozpętało się piekło. Czuł jak duma, ta sama, którą i tak mocno nadszarpnął, prosząc ją tygodniami o spotkanie – zaczyna się pękać. Wściekłość mieszała się z upokorzeniem. Chciał po prostu, żebyś zjedli w miłej atmosferze, a ona od pierwszej sekundy postanowiła ustawić go w roli tego gorszego. Przełknął ślinę i musiał zapanować nad oddechem, żeby nie pokazać jej, jak mocno go trafiła. Zacisnął dłonie na kolanach pod stołem, a potem podniosł wzrok.
Interesującego wyboru? – powtórzył za nią. Głos miał spokojny, wręcz chłodny, chociaż w środku wszystko w nim buzowało. Patrzył jej prosto w oczy. – Nie pytałem Google’a o radę, ale myślałem, że docenisz intencje, a nie ekskluzywność.
Zamiast odpowiedzieć sięgnęła po menu. Czekał, aż atmosfera trochę zelżeje, aż jego słowa jakoś na nią wpłynią. Złudzenia. Kiedy zamknęła kartę i oparła na niej dłonie, wiedział już, że zaraz wymierzy kolejny cios i nie mylił się. Wyłożyła karty na stół mówiąc, żeby mieli jasność – zgodziła się tu przyjść wyłącznie z wdzięczności, bo pamięta, co dla niej zrobił, bo nie musiał jej pomagać.
Wdzięczność. Nie ma chyba na świecie bardziej upokarzającego słowa dla faceta, który ma na punkcie kobiety totalnego bzika. Z trudem powstrzymał chęć parsknięcia gorzkim śmiechem. Przechylił się powoli przez stół, opierając łokcie o blat. Nie zamierzał uciekać wzrokiem.
Cassiopeio... – zaczął. – Jeśli jesteś tu tylko dlatego, że czujesz wewnętrzny przymus i po prostu zrobiło ci się głupio odmawiać w nieskończoność, to naprawdę nie musimy tego ciągnąć. Wolę jasną sytuację niż spotkanie wymuszone z litości czy wdzięczności.
Kobieta narzuciła zasady gry, łaskawie oznajmiając, że dzisiejszy wieczór to jego szansa, żeby udowodnić jej, iż się myli. Uważała, że ustawiła go do pionu, że będzie teraz skakał wokół niej, zabiegał o uśmiech, silił się na żarty i próbował zrzucić z siebie łatkę gbura, grając rolę dżentelmena, żeby tylko zasłużyć na jej aprobatę. Czuł gniew, ale jednocześnie coś jeszcze. Adrenalinę. Zrozumiał, że to jest gra. Gra o dominację, o kontrolę, o to, kto pierwszy mrugnie. Rozparł się wygodniej na krześle, założył ręce na piersi i spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, który miał ukryć to, jak bardzo w środku jest spięty.
Gburowaty? – Zacisnął zęby, powtarzając to słowo. – Może po prostu nie mam w zwyczaju rzucać tanich komplementów i udawać kogoś, kim kompletnie nie jestem, tylko po to, żeby przypodobać się drugiej osobie od pierwszych minut. Nie jestem z twojego świata. Reaguję konkretnie wtedy, kiedy trzeba działać i brać się do roboty, a nie wtedy, kiedy trzeba robić pierwsze wrażenie na salonach przy drinku z palemką. - Przerwał na moment, spoglądając na nią. – Skoro jednak już tu jesteś i wspaniałomyślnie dałaś mi tę swoją szansę... to powiedz mi jedno – kontynuował cicho, wwiercając się w nią spojrzeniem, od którego nie mogła uciec. – Naprawdę uważasz mnie za takiego potwornego gbura, czy po prostu wygodniej ci trzymać mnie na dystans pod maseczką oceniającej księżniczki, bo najzwyczajniej w świecie boisz się sprawdzić, jaki jestem naprawdę? - Słowa zawisły w powietrzu, a Noah patrzyłem na nią bez mrugnięcia okiem, ale w głowie rozpętał mu się chaos. Co ty, kurwa, robisz, Noah? Każda normalna dziewczyna wyszłaby w tym momencie! – wrzasnął głosy rozsądku gdzieś z tyłu głowy. Ona nie była każdą normalną dziewczyną. Zaryzykował wszystko i jeśli w tej chwili zabierze torebkę i odwróci się na pięcie, zostanie tu sam z poczuciem, że spalił jedyną szansę, jaką dostał od losu, ale jeśli zostanie... jeśli chociaż na moment podejmie rękawicę, to znaczy, że nie pomylił się co do niej ani trochę. Siedział więc w milczeniu, z wyzywającym uśmiechem, i czekał na odpowiedź.
Cassiopeia Deveraux