Strona 1 z 1

Pączki, kiepski podryw i brat na straży

: czw lip 16, 2026 6:16 pm
autor: Wendy Gardner
Obrazek




Zdarzały się takie dni jak te, kiedy wpadała do pracy Percivala od góry do dołu obsypana brokatem, którego nie zdołała zmyć po zajęciach kreatywnych z maluchami, a jej ubranie przesiąknięte było zapachem kleju biurowego i soku jabłkowego. ALE u w a g a, bo były też takie dni, kiedy ubrana w uroczą i przesłodką sukienkę, z makijażem podkreślającym jej naturalną urodę i ładnie spiętymi włosami maszerowała dumnie korytarzem komisariatu, w którym pracował jej drugi brat - Francis - i witała się z każdym radośnie, jakby z góry było wiadomo kim jest i co robi. BO BYŁO WIADOMO, nie pierwszy raz wpadała z dostawą pączków i kawy do pracy braciszka i nie pierwszy raz jego znajomi bili się o smakołyki Wendy.
Zdając sobie sprawę z tego, że brat jest w terenie wbiła do pomieszczenia socjalnego jak do siebie i rozstawiła czteropak kaw z smakowymi syropami (takich cudów to na miejscu nie mieli) i pudło pączków. — Ooo, to ta część rodziny Gardner, której nie sposób nie lubić — usłyszała znajomy głos za plecami i zaraz zrobiło się jej cieplej. Och dear lord, słodki Lorenzo przekroczył próg socjalnego. Wendy dałaby sobie rękę uciąć, że Francis za nim nie przepadał, ale ona zupełnie tego nie rozumiała. Owszem, Lorenzo zachodził już siwizną, ale był, B Y Ł no proszę spojrzeć raz jeszcze jaki byłbył gorący. — Oh, daj spokój! Francis też jest super — odpowiedziała chichocząc i zaraz robiła maślane oczy, chciała nawet ręką wesprzeć się o stolik i myśląc, że jest wyższy przechyliła się za bardzo w bok i upadła. Na szczęście Lorenzo zawsze służył jej pomocną dłonią i zaraz pomógł się jej z tej podłogi podnieść. Wendy totalnie nie była sobą, gdy obok zjawiał się on, jakby coś pod kopułą jej przeskakiwało i nagle zachowywała się trochę jak słodka idiotka, dostosowując się do poziomu podrywu jaki on prezentował. — Wszystko całe, mała? — zapytał trzymając ją w ramionach zdecydowanie dłużej niż powinien. — Bardzo bolało? — dodał, a Wendy nieco oszołomiona zapytała. — Ale, co? — zapominając, że przed chwilą epicko upadła. — Czy bolało jak spadałaś z nieba? — zapytał tak pewny i dumny z siebie, że Gardner odjęło mowę. Na chwilę, ale szybko wróciła do siebie gdy wyrwała się z jego objęć. — Wyrywasz na to dziewczyny? — zapytała rozbawiona. On to lepiej żeby się nie odzywał w ogóle, bo samym wyglądem Gardner by na niego poleciała, ale tą gadką to mógł koncertowo zwalić sprawę. Zwykle to za młodszymi przepadała, ale ten Lorenzo lekko złapany siwizną wpadł jej w oko, szczególnie raz, kiedyś jak zmieniał koszulkę. Uf. Hot. teraz trochę spadł z rankingu tekstem o spadaniu z nieba, ale gdy tylko znów posłał jej czarujący uśmiech to nogi jej miękły. I zaraz znów do niej podszedł. — Może po pączku chciałabyś, żebym odprowadził cię po komisariacie? Mogę pokazać ci moją broń. Gwarantuję, że robi wrażenie — Wendy prawdopodobnie stała przed nim z rozdziawioną buzią nie kryjąc zaskoczenia tak wymownym podrywem, ale ktoś za plecami Lorenzo odchrząknął, a Wendy wychylając głowę zobaczyła brata. — Francis! — pisnęła trochę zbyt głośno i oblała się rumieńcem. — Cześć, mam pączki jak obiecałam — odparła radośnie wymijając Lorenza i doskakując do brata obejmując go ciepło.
Obrazek

Pączki, kiepski podryw i brat na straży

: pt lip 17, 2026 1:46 pm
autor: Francis Gardner
#2
u gonna get yourself killed with a donut
Miał w życiu niewiele świętości, ale sernik na palonym maśle z całą pewnością się do nich zaliczał. To, że był na samym końcu Scarborough, w cukierni prowadzonej przez parę europejczyków o nienagannych umiejętnościach, ale za to z nagannymi small talkami? Trudno. Mógł zdzierżyć. To nie był pierwszy raz, kiedy pakował się w mało komfortowe sytuacje, byle osiągnąć wyższy cel. Sernik na palonym maśle zamówił w liczbie sztuk dwie dzień wcześniej i naprawdę nie było sposobności, by po niego nie pojechał. Na tym świecie była absolutnie tylko jedna, jedyna rzecz, która mogła go od tego odwieść.
Czy bardzo się zdziwił, że akurat się przytrafiła?
Nie, bo los miał swoje okrutne sposoby na wieczne robienie sobie z niego darmowego worka treningowego.
Tak, bo przysiągłby, że dzisiaj już los zdążył stroić sobie z niego żarty, chociażby rano, kiedy nagle kot wyskoczył mu na drogę i musiał gwałtownie hamować, co w efekcie wylało czekoladową piankę z wysokiego kubka z logiem Starbucks. Nie chodziło nawet o pobrudzone spodnie i kokpit; utrata potrójnej kakaowej chmurki z jego kawy zabolała znacznie bardziej.
I teraz, jakby dzisiejsze wydarzenia wcale nie były wymierzone w jego spokój ducha i samopoczucie dnia powszedniego, Wendy była na komendzie. Nie tak po prostu wtedy, kiedy był na miejscu. Nie. Przyszła wtedy, kiedy go nie było, z pączkami, które pewnie rozejdą się i zostaną po nich jedynie kawałki lukru i okruszki, z Lorenzo, który...
Dobrą jeszcze chwilę gapił się na wiadomość od niej.
Dużo wiesz na jego temat, jesteście blisko?
Nie miała pojęcia. Być może — być może mogła podejrzewać, że jeśli się od typa nie odczepi, to będą jeszcze bliżej. Co prawda nigdy nie rozważał zmiany branży na tapicerstwo, ale były pewne czynniki — ludzkie — które aktywowały dodatkowe usługi obijania mordy.
Wcisnął gaz do dechy, gdy światło tylko zmieniło się na zielone i chociaż rozważał zawrócenie w połowie drogi, to jednak ostatkami wiary w tę chaotyczną kulkę nieposkromionej energii (w skrócie: Wendy) kontynuował podróż do cukierni. Sprawę załatwił w iście błyskawicznym tempie, wpadając, płacąc, zabierając dwa kartony i wchodząc z powrotem do samochodu, nim drzwi lokalu w ogóle zdążyły się za nim zamknąć.
Dzieści minut później był w Toronto Police Services Headquarters z powrotem. Winda, oczywiście, nie była na parterze. Guzik, choć klikany wielokrotnie w przeciągu trzech sekund, wcale nie przyspieszył zjazdu kabiny. Schody, mimo że za rogiem, wcale nie kusiły. Nie, kiedy na szali było poturbowanie serników.
Kurwa.
Wybrał schody.
A kiedy już znalazł się na odpowiednim piętrze i przysiągłby, że jak za złość każdy wchodzi mu pod nogi, byleby tylko go opóźnić, to usłyszał ten głos. Lorenzo. Ten pieprzony, zdecydowanie zbyt przystojny Lorenzo, o którym żeńska część plotkowała, że powinien częściej chodzić bez koszulki. Góra mięśni, niskiego tembru głosu i...
Czy bolało jak spadałaś z nieba? — ...i najwyraźniej najbardziej debilnych tekstów na podryw, jakie ta komenda widziała.
Gardner aż zatrzymał się tuż za rogiem drzwi do socjalnego, w tym absurdalnym gnaniu na zbity pysk odnajdując element układanki, który nagle przestał mu przeszkadzać. Przynajmniej częściowo.
Bo przecież nie było szans, żeby Wendy poleciała na ten tekst. Nie było. Gdyby poleciała, musiałby rozważyć sprawdzenie faktycznego pokrewieństwa.
Wyrywasz na to dziewczyny?
Odetchnął z ulgą. Zuch dziewczyna.
Ale typ kontynuował i Gardner stwierdził, że może już pora przerwać tę szopkę żenady, zanim jego uszy zostaną skażone kolejną dawką kiepskiego podrywu albo zanim Wendy uzna, że do kontaktów z Lorenzo wcale nie potrzebuje, żeby ten się odzywał.
Odchrząknął zatem, tarasując wejście do pomieszczenia całym żyrafiastym sobą, w łapach trzymając dwa kartony z sernikami i swoją własną cierpliwość na bardzo, bardzo krótkiej smyczy. Serniki szybko poszybowały do góry ponad jego głowę, kiedy chaos w czerwieni postanowił się ruszyć, żeby tylko uchronić je przed niszczycielską siłą przytulenia.
Cześć — rzucił, zerkając w dół na czubek jej łba, żeby sekundę później już łypać spod byka na stojącego tam dalej, te parę kroków od nich, Lorenzo. — Gdzie moje pączki?
Wspaniałomyślnie nie komentował tego, czego był świadkiem i tego, czego świadkiem na szczęście nie był. Na szczęście dla własnego zdrowia psychicznego i ewentualnego honoru ich miejscowego Alvaro z Temu.
A potem dojrzał czteropak kaw i przypomniał sobie o tej niezczęśliwej kawie z rana.
Jakieś waniliowe latte na owsianym? — mruknął, czekając, aż Wendy się od niego odklei. Niezależnie czy to zrobiła czy nie, a jak zrobiła to w którym momencie, zaczął przesuwać się z nią (lub bez niej) w stronę tych czterech kaw, nawet jeśli musieli iść rakiem albo innym karykaturalnym stylem, z kartonami pełnymi serowych wypieków na palonym maśle ponad jej głową. — W ogóle zgłaszam oficjalną reklamację. Zaraziłaś mnie swoim pechem.
Gadaj o czymkolwiek, Gardner. Zanim wytkniesz te kiepskie podrywy albo co gorsza, będziesz musiał grozić bożyszczowi komendy.
🍩🍩🍩

Pączki, kiepski podryw i brat na straży

: sob lip 18, 2026 12:57 pm
autor: Wendy Gardner
Wendy uwielbiała sernik, który brat zawsze skądś załatwił. Uwielbiała go prawie tak mocno jak wkręcanie go w smsach, dlatego z niemałą satysfakcją wspomniała tam o Lorenzo. Czy cieszyło ją to, że mogła na nim zawiesić oko nim na komendzie pojawił się brat? Owszem. Cieszyło dopóki buzi nie otwarł, ale czasem tak już bywa. Nie spodziewała się, że brat, aż tak go nie lubi, że byłby w stanie podnieść na niego rękę. Wendy to by się jednak odrobinę bała, bo gość był wysoki, postawny i ewidentnie zapracował sobie na te mięśnie. Nie to, że uważała, że brat nie dałby mu rady, bo pewnie by dał! Nie pierwszy raz biłby się w imieniu Wendy. Wychowywali się przecież razem, a sytuacji do tego na ich drodze pojawiło się od groma, bo od najmłodszych lat miała niesamowity dar wywracania się akurat w tą stronę, gdzie były jakieś problemy. Jak nie ktoś ją wyśmiał, to ktoś chciał ja dobić, jakby i tak nie mieli w życiu wystarczająco ciężko za dzieciaka. Jakim cudem wyrosła na taką postrzeloną i pozytywną istotę, to chyba tylko jeden bóg wie. Pewnie poniekąd za sprawą Franka, bo choć Perci stał na straży zawsze gdzieś ponad nimi, to jednak różnica wieku sprawiła, że Francis zawsze był gdzieś tuż obok niej. Bliżej.
Są i dla ciebie, jeszcze nie zdążyli się na nie rzucić — zapewniła zerkając na Lorenza, który już wgryzł się w jednego z nich. — Ty to umiesz w pączki, Wendi — wymruczał i zajęczał tak, jakby właśnie zrobiła mu dobrze za pomocą lukrowanego donata. Okeeeeeej. W tej chwili chyba nawiązała jakąś telepatyczną więź z bratem, bo ich spojrzenia, które właśnie się spotkały wyrażały więcej niż tysiąc słów. — Zostawiam was słodziaki, jedną kawusię zabieram — i porywając kubek wyminął ją i poszedł innym wciskać swój merch z temu.
Ja już nie nadążam za tymi twoimi kawami Francis — przekręciła oczami wymownie zaraz doskakując do niego, gdy tylko podszedł do kaw i dzieląc go ręką po dłoniach. — Ta jest dla ciebie — wskazała konkretny kubek i od razu powiedziała dlaczego, choć prawdę mówiąc nie musiała, bo wyróżniał się on na tle pozostałych. — Karmelowe macchiato z potrójnym syropem, bitą śmietaną i posypką czekoladową — tak, to było z tą plastikową i kopułową pokrywką, bo ta bita śmietana musiała się gdzieś zmieścić, prawda? Może w pracy by się wstydził pić taką babską kawę, ale w sumie nie miał wyjścia, bo na kubku i tak widniał już szkarłatny napis: Francis, najlepszy detektyw w mieście.
I wypraszam sobie, mój pech to nie jakaś wirusówka tylko cecha, która czyni mnie taaaaką wspaniałą — a tym samym nie było miejsca na reklamację! Nawet jeśli by go zaraziła to czy ktoś kiedyś poszedł do lekarza z prośba zareklamowania wirusa, który sprzedał mu pacjent xyz? No właśnie! Trzeba było się pogodzić z losem, a ten, który niesprzyjał pannie Gardner był wyjątkowo kapryśny. Jak nie wywrotka to czołowe zderzenie z słupem, zawsze coś. — No ale o p o w i a d a j, bo jestem bardzo ciekawa co wendyowskiego cię spotkało — i rozsiadła się na fotelu, a że widok miała na korytarz bo żaluzje nie były opuszczone to zaraz tam widziała Lorenzo w tle opierającego się o jakiś blacik i zezującego raz w jej stronie, a raz w stronę miejsca, gdzie powinien mieć swoją broń… a przynajmniej w duchu modliła się, by jednak na broń sugestywnie spojrzeniem wskazywał, a nie to co odrobinę niżej w bok się mieściło. Dokładnie między jego nogami. — Dopóki się nie odzywał zbyt wiele to naprawdę mnie kręcił znaczy co?! Powiedziała to na głos? No cóż, czasem myśli wylatywały z niej zbyt szybko i zbyt głośno.
Posłała urocze spojrzenie Francisowi. — No mów, mów bo się zamyśliłam — i już w pełni skupiła na nim swoją uwagę. No chyba, że Lorenzo znów coś odwali, ale teraz była ciekawsza co takiego odwalił Gardner. Bo jeśli chodzi o tą plamę na spodniach to nasuwa się tylko jedno stwierdzenie: a m a t o r, życia nie zna, pecha nie zaznał.

Obrazek