exercise in appreciation
: czw lip 16, 2026 8:42 pm
3
Strasznie żałował tego, co wydarzyło się nieco ponad tydzień temu. Nieczęsto zdarzały mu się aż takie załamania nerwowe, by pozwolić sobie na publiczne okazywanie emocji i to w tak wyraźny sposób. Cmentarz był jednak miejscem, które wyjątkowo go przytłaczało, a tamten dzień należał do najgorszych od bardzo dawna. Z perspektywy czasu aż go skręcało z zażenowania na myśl, że śpiewał i płakał nad grobem zupełnie obcej kobiety tylko dlatego, że miała na imię tak samo jak jego siostra.
Nie znosił wracać do The Pas, ale właśnie tego żałował najbardziej - że nie był w stanie odwiedzić prawdziwego grobu siostry ani grobu Kayleigh, o której przecież również nigdy nie zapomniał. Z tamtą stratą zdążył się jednak w większym stopniu pogodzić. Minęło już tyle lat, a stało się to jeszcze w liceum.
Bał się pomyśleć, jak skończyłby się tamten wieczór, gdyby nikt go nie nakrył. Owszem, wiązało się to z ogromnym wstydem i zażenowaniem, ale jednocześnie brutalnie postawiło go do pionu. Wikary podniósł go wtedy na duchu, zaproponował herbatę na plebanii (po raz pierwszy miał okazję zobaczyć to miejsce od kuchni), a ich rozmowa sprawiła, że mgła zalegająca mu w głowie zaczęła się powoli rozrzedzać. Jeśli właśnie tak wyglądała cała ta religia i misja duchownych, to chyba mógł szczerze przyznać, że rozumiał ją odrobinę bardziej niż kiedyś. Nadal nie widział siebie ani na mszy, ani klęczącego do modlitwy, ale był to niewątpliwie krok w stronę ocieplenia jego opinii o kościele jako instytucji.
Początkowo wcale nie planował tam wracać. Owszem, wcześniej kilka razy odwiedzał cmentarz, żeby po prostu posiedzieć w ciszy, ale po szopce, jaką tam odstawił, zamierzał unikać okazji do ponownego spotkania młodego wikarego. Nawet jeśli dla tamtego nie było to nic wielkiego, nawet jeśli pewnie widział już znacznie gorsze przypadki, wstyd był dla Raymonda emocją wyjątkowo silną. Niejednokrotnie skutecznie powstrzymywał go przed kontaktem z ludźmi. Co więc zmieniło jego zdanie?
Dzień wcześniej mieli na oddziale księdza, który uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu. Mimo rozległych obrażeń ani przez chwilę nie wydawał się rozgoryczony czy zrozpaczony. Co więcej, kiedy jego stan chwilowo się ustabilizował, przyznał, że wybacza sprawcy wypadku. To mocno Raya zaskoczyło. Równie mocno poruszył go fakt, że mężczyzna nie miał nikogo bliskiego, kogo mogliby powiadomić, poza gosposią z plebanii. Strasznie go to przygnębiło. Zwłaszcza że kilkanaście godzin później ksiądz zmarł w wyniku powikłań odniesionych obrażeń. Śmierć na oddziale nie była niczym niezwykłym, ale zawsze niosła za sobą pewien smutek. Inaczej chyba nie mógłby nazywać siebie człowiekiem, prawda?
Przez to wszystko wrócił myślami do wikarego. Do tego, z jaką bezinteresownością okazał mu wtedy wsparcie, nie oczekując absolutnie niczego w zamian. Czy tak samo wyglądało życie zmarłego księdza? Pomagał ludziom, nie oglądając się na siebie, podczas gdy wszyscy tylko coś od niego brali, a mało kto zastanawiał się, czy jemu samemu nie przydałaby się pomoc. Ta myśl nie dawała mu spokoju. Korzystając z wolnego popołudnia, następnego dnia postanowił więc pójść do kościoła, licząc na to, że spotka tego samego człowieka, którego jeszcze niedawno przysiągł sobie unikać do końca życia.
Niepewnie, z narastającym stresem, przekroczył próg świątyni. Nie zaczął płonąć. Nie uderzył w niego grom z jasnego nieba. Posadzka nie rozstąpiła się pod jego stopami, by pochłonąć go prosto do piekła. Nie wydarzyło się absolutnie nic. Spojrzał na aspersorium. Przez krótką chwilę rozważał zanurzenie palców w wodzie święconej i przeżegnanie się, ale niemal natychmiast odgonił tę myśl z lekko kpiącym uśmiechem. Sam siebie zażenował, że w ogóle dopuścił taką możliwość. Przecież nic by to nie zmieniło. Nie wierzył, że bóg istniał, i nie zamierzał ani udawać wierzącego, ani przywłaszczać sobie rytuałów osób religijnych. W jego oczach byłby to zwyczajny brak szacunku, a tego akurat chciał uniknąć.
Po wnętrzu kościoła echem niosły się dźwięki organów. Wszystko wydawało się niemal filmowe, zwłaszcza że poza nim nie dostrzegł w środku żywej duszy. Był środek tygodnia, pora niezwiązana z żadnym nabożeństwem, dokładnie na to liczył. Powoli ruszył w głąb świątyni, próbując zlokalizować instrument. Jeśli dobrze pamiętał, to właśnie nim najczęściej zajmował się wikary, więc istniała spora szansa, że właśnie tam go zastanie.
Stanął w alejce prowadzącej do ołtarza i przez chwilę w ciszy przyglądał się fragmentowi jego pleców oraz głowie wystającym zza balustrady chóru. Jak na niego przystało, grzecznie poczekał, aż mężczyzna skończy grać coś, co brzmiało mu na całość jednego spójnego utworu. Dopiero wtedy odważył się odezwać. — Dzień dob... to znaczy... niech będzie pochwalony? — zaczerwienił się natychmiast. Kompletnie nie wiedział, jak powinno się witać w takim miejscu, i dopiero teraz uświadomił sobie, że mógł był to wcześniej sprawdzić. Jakoś zupełnie wyleciało mu to z głowy.
Harry Dillion