Strona 1 z 1
Francis Gardner
: pt lip 17, 2026 11:33 am
autor: Francis Gardner
#1ㅤno one floats forever
Kto:
zaylee miller
Gdzie:
muskoka lakes
Opis:
3:14 w nocy.
Telefon zadzwonił raz, zanim w słuchawce dało się usłyszeć mrukliwe, choć niekoniecznie poirytowane: “Gdzie?” Nie było potrzeby pytać kto, po co, dlaczego. Telefony o tej godzinie oznaczały tylko jedno.
— Muskoka — odpowiedział głos po drugiej stronie.
Gardner przetarł oczy i podniósł się do siadu, opierając o zagłówek łóżka. Było metalowe i niewygodne, ale już dawno zdążył się przyzwyczaić do tych zimnych szczebelków, by je jakkolwiek zakrywać poduszkami. Zresztą — w chwilach takich, jak ta, gdy zostawał brutalnie wybudzany z i tak kiepskiego snu, każdy czynnik wpływający na szybszą pobudkę był na wagę złota.
— Kurwa — rzucił tylko, dopowiadając sobie resztę. Spekulując. Szacując.
— No, kurwa.
Słowa kolegi tylko go utwierdziły, że pierwsze podejrzenia były słuszne.
Rozłączył się, rzucił telefon z powrotem na szafkę nocną i zaczął wstawać, jedynie przelotnie spoglądając na drugą stronę łóżka. Nie powiedział nic, nie zrobił nic. Jak zawsze. Jak, cholera, zawsze.
Francis Gardner
: pt lip 17, 2026 3:27 pm
autor: Francis Gardner
#2ㅤpączki, kiepski podryw i brat na straży
Kto:
Wendy Gardner
Gdzie:
toronto police HQ
Opis:
Odchrząknął zatem, tarasując wejście do pomieszczenia całym żyrafiastym sobą, w łapach trzymając dwa kartony z sernikami i swoją własną cierpliwość na bardzo, bardzo krótkiej smyczy. Serniki szybko poszybowały do góry ponad jego głowę, kiedy chaos w czerwieni postanowił się ruszyć, żeby tylko uchronić je przed niszczycielską siłą przytulenia.
— Cześć — rzucił, zerkając w dół na czubek jej łba, żeby sekundę później już łypać spod byka na stojącego tam dalej, te parę kroków od nich, Lorenzo. — Gdzie moje pączki?
Wspaniałomyślnie nie komentował tego, czego był świadkiem i tego, czego świadkiem na szczęście nie był. Na szczęście dla własnego zdrowia psychicznego i ewentualnego honoru ich miejscowego Alvaro z Temu.
A potem dojrzał czteropak kaw i przypomniał sobie o tej niezczęśliwej kawie z rana.
— Jakieś waniliowe latte na owsianym? — mruknął, czekając, aż Wendy się od niego odklei. Niezależnie czy to zrobiła czy nie, a jak zrobiła to w którym momencie, zaczął przesuwać się z nią (lub bez niej) w stronę tych czterech kaw, nawet jeśli musieli iść rakiem albo innym karykaturalnym stylem, z kartonami pełnymi serowych wypieków na palonym maśle ponad jej głową. — W ogóle zgłaszam oficjalną reklamację. Zaraziłaś mnie swoim pechem.
Gadaj o czymkolwiek, Gardner. Zanim wytkniesz te kiepskie podrywy albo co gorsza, będziesz musiał grozić bożyszczowi komendy.
#3ㅤcan you be my hero
Kto:
Peach J. Pepper
Gdzie:
the fifth social club
Opis:
— Mhm — odpowiedział jej, jedną kwestią załatwiając odpowiedź na jej pytanie i komentując wymówkę wymieszaną z przeprosinami. Skoro się tym razem odsuwała, zsunął dłoń z jej łopatek; druga wciąż tkwiła tuż nad jej biodrem, we wcięciu talii. Zerknął za to na nią i dopiero teraz zorientował się, jak wysoka była i jak wygodne było to, że nie musiał nadwyrężać karku, żeby na kogoś spojrzeć. Jeszcze raz, na ułamek sekundy, wrócił ślepiami do zakapturzonego, który dalej stał tam, jak stał wcześniej. — I chyba nigdzie się nie wybiera.
Nie był typem romantyka. Nie był wybawcą dam w opałach, przynajmniej nie w czasie prywatnym. Nie był też typem, który znał się na społecznych konwenansach i na tym, co wypada a co nie. Ale była noc, środek tej rozrywkowej części miasta i coś mu podpowiadało, że obściskująca się para to mogłoby być za mało, żeby kogoś przegonić.
— Natrętny były? — rzucił w końcu, wolną ręką sięgając do jej twarzy. Najdelikatniej jak potrafił — a chyba potrafił nieźle — odgarnął kosmyki jej włosów z czoła i skroni, wyobrażając sobie, że właśnie takimi gestami wymieniają się zakochani. Patrzył jej przy tym w oczy, próbując wyczytać to, czego za to nie chciała powiedzieć. To, że ją śledził, to już wiedział. Ale kim był? Czy go znała? Kojarzyła? Czy był typem z klubu, który wypił za dużo i ubzdurał sobie, że ją poderwie, a potem nie zrozumiał nie? Czy było za tym coś więcej, niż urażona odmową duma? Miał broń? Jaką? W międzyczasie jego łapsko zatrzymało się gdzieś przy jej żuchwie, a kciuk zgarnął z jej kości policzkowej okruszek brokatu.
#4ㅤsugar rush, sugar crush
Kto:
Jamie Park
Gdzie:
kitten and the bear
Opis:
Po Parkdale kręcił się na motorze ze zwykłej nudy — bo przecież nie przyznałby się, że coś go gryzie — i nim się zorientował, już parkował pod Kitten and the Bear. Drogę tu znał na pamięć, podświadomość pewnie sama go tu przytargała, nim w ogóle się zorientował, że cztery przecznice wcześniej zawrócił, że na światłach skręcił w tę właśnie stronę, że sunął ulicą w tym, a nie innym, kierunku. Przekręcił manetkę, zgasił silnik i trzymał maszynę między nogami, balansując to na jedną to na drugą stronę, gapiąc się na wejście do lokalu i rozważając.
Zajęło mu to trzy sekundy.
Światło wewnątrz jeszcze się paliło. Plakietka jeszcze nie była wywrócona — a może zwyczajnie ją zignorował. Może zignorował po drodze inne znaki, które mówiły o tym, że cukiernia była już zamknięta. Może wkręcił sobie, że dla niego, klienta nr. 1 będzie otwarte. Cokolwiek to nie było, to i tak ściągnął z łba kask, i tak kopnął nóżkę, by motocykl utrzymał się w miejscu, i i tak zaczął z niego schodzić. Potrzebował kawy, potrzebował cukru. Potrzebował spokoju. Potrzebował Kitten and the Bear.
I ewentualnie mokrych chusteczek, którymi mógłby wytrzeć sobie zaschniętą krew z rozciętej brwi i poranionych kłykci. I braku pytań. I więcej cukru.
Szarlotki na przykład. Podwójnego espresso z syropem różanym i spienionym mlekiem. Jagodzianki. Muffinki z kawałkami czekolady. Kokosanek.
Czegokolwiek.
Wszystkiego.
Jak zbity pies, który szukał powodu, żeby zamerdać ogonem.
#5ㅤi dial drunk, i'll die a drunk, i'll die for you
Kto:
zaylee miller
Gdzie:
francis' apartment
Opis:
To, że była pijana, było bardziej, niż oczywiste. To, że pomyliła się i wybrała niewłaściwy kontakt — całkiem prawdopodobne. Spojrzał ostatni raz na raport, a kciuk zatrzymał się nad zdjęciem Miller przy smsach. Nacisnął. Potem ikonka telefonu.
Najpierw głucho, potem dźwięk wychodzącego połączenia. Walenie dochodzące z korytarza, które zignorował. Melodyjka przychodzącego połączenia, której nie zignorował.
Polazł do drzwi, zanim w ogóle zdążył się zorientować, co robi.
Czy pani do reszty zgłupiała?
Pani.
Nie jesteś Frankiem.
Frankiem.
Przekręcił zamek i otworzył drzwi, a jego spojrzenie momentalnie znalazło nie-Franka i panią.
— Miller? — Nie, Miś Gogo, odpowiedział sam sobie, jak szedł w jej stronę w kilku szybkich krokach. Gdyby nie sukienka i upojenie alkoholowe, pomyślałby po samej jej minie, że jest naukowcem, który właśnie otrzymał wyniki sprzeczne z początkowo zakładaną hipotezą i system jej się przegrzał.
Facet w różu rzucił mu gniewne spojrzenie, trochę z ulgą i trochę z natychmiastową pretensją, pokręcił głową w wielkiej dezaprobacie i sekundę potem, skoro właściciel zguby się znalazł, zamknął drzwi przed ich nosami, trzaskając nimi ostentacyjnie.
Gardner wciąż patrzył na Miller.
— Ile wypiłaś? — Przecież nie musiał pytać czy w ogóle, ale musiał wiedzieć czy ma się już wkurzać, dzwonić do Swanson czy zamawiać rosół z dowozem na rano.. Pytanie czy tylko piła zostawił na za-chwilę, choć na pierwszy rzut oka nie widział śladów zażycia czegoś więcej. Powoli, wręcz ostrożnie odciągnął ją od drzwi sąsiada i zwrócił w kierunku własnych, otwartych tak, jak je zostawił. — Uprzedź mnie, zanim będziesz rzygać.