going into a spiral, anyone want anything?
: sob lip 18, 2026 1:37 am
d r u g i
Była w szoku, że tak łatwo udało jej się znaleźć pracę i to nie w całkowitej melinie. W środku nie śmierdziało przetrawionym alkoholem i szczochem, blaty wysłużonych stolików, nie przylepiały się do klientów, gdy któryś z nich położył na nie dłonie. Normalnie luksus. Szef Lea też był w miarę miły; w sensie był miły na tyle, na ile potrafił - ale ona również nie należała do socjalnych słoneczek, więc tę gburowatość właściciela w stu procentach rozumiała.
Dużo gorsza była jego córka, właściwie to jego córka była chyba normalna, jak na osiemnastolatkę, a Lea po prostu się starzała i nie nadążała nad trendami, a już szczególnie jeśli chodzi o popularne influencerki. I nie chodzi o to, że nie lubiła się malować czy w wolnych chwilach nie nadopaminowywała sobie mózgu przeglądając tik-toka, miała po prostu wiele ważniejszych zajęć, niż śledzenie kolejnej dramy w internecie.
W każdym razie, rzeczona córka wymyśliła sobie sposób na skuteczną reklamę; co jakiś czas zapraszała influ do siebie do restauracji, by Ci na swoich rolkach zachwycali się wystrojem czy koftą z baraniny. A ojciec jej na to pozwalał, chociaż Lea kilka razy przyłapała go na tym, jak szeptał coś pod nosem, że szybciej zbankrutuje, niż staną się knajpą, w której stołują się najbardziej znani i lubiani.
Obsługiwała sobie klientów, przyjmując zamówienia - po kilku dniach praca stała się nawet prosta, czasem jeszcze drżała jej co prawda łapa, a usta mimowolnie wypluwały z siebie pasywno-agresywne komentarze, wyglądała jednak na tyle niewinnie, że klienci albo je ignorowali albo reagowali uniesieniem brwi, jakby za chwilę mieli coś powiedzieć, ale po spojrzeniu w sarnie oczy rezygnowali, zrzucając niezadowolenie kelnerki na słabe zarobki czy innego klienta, który wydawał im się bardziej upierdliwy.
Tamtego dnia w lokalu również miała pojawić się jakaś influ, a córka szefa wydawała się być nad wymiar podekscytowana. Co chwilę spoglądała przez okno wyczekując gwiazdy dzisiejszego wieczoru, za każdym kolejnym razem, gdy drzwi się otwierały i do środka wchodził ktoś nowy, podskakiwała nawet na swym krzesełku, jakby za chwilę miała tam paść trupem na zawał czy inną chorobę niepasującą do tak młodego wieku.
Lea, pracowała sobie dalej, ignorując jęki młodszej dziewczyny, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy podeszła do niej koleżanka, jedna z kelnerek.
- Stara, musisz mnie zastąpić - rzuciła blada, szybko zdejmując z siebie czarny fartuszek i wciskając go w jej dłonie. Zszokowało to Lee trochę, trochę nawet bardzo, bo koleżanka była doświadczona i to ona miała zajmować się tajemniczą, popularną klientką - nie wiem, kurwa, zaraz się zrzygam, to chyba to stare mięso, które stary dał nam wczoraj do domu.
- Chyba sobie żartujesz, - odparła krzykiem-szeptem, tak by podkreślić, jak bardzo nie chce tego robić i jednocześnie nie wywołać niepotrzebnego larum pośród zasiadających na sali klientów. - Przeci... - nie zdążyła dokończyć, bo koleżanka już pędziła na zaplecze, najprawdopodobniej w stronę toalety dla pracowników.
Za jakie grzechy. W końcu dzień zapowiadał się tak bardzo normalnie: miał być spokojny shift, przerywany kilkoma papieroskami na tyłach restauracji w towarzystwie szefa kuchni, może jakiś napiwek, może jakiś przystojny klient, na którym mogłaby na chwilę zawiesić oko, ale nie skakanie w rytm, jak małpa przed jednym z najważniejszych klientów.
Westchnęła głęboko, ostentacyjnie zakasując rękawy i spojrzała w stronę w drzwi. W końcu co ma być to będzie nie?
I właśnie w tym momencie w drzwiach stanęła właśnie ona.
Peach J. Pepper
Dużo gorsza była jego córka, właściwie to jego córka była chyba normalna, jak na osiemnastolatkę, a Lea po prostu się starzała i nie nadążała nad trendami, a już szczególnie jeśli chodzi o popularne influencerki. I nie chodzi o to, że nie lubiła się malować czy w wolnych chwilach nie nadopaminowywała sobie mózgu przeglądając tik-toka, miała po prostu wiele ważniejszych zajęć, niż śledzenie kolejnej dramy w internecie.
W każdym razie, rzeczona córka wymyśliła sobie sposób na skuteczną reklamę; co jakiś czas zapraszała influ do siebie do restauracji, by Ci na swoich rolkach zachwycali się wystrojem czy koftą z baraniny. A ojciec jej na to pozwalał, chociaż Lea kilka razy przyłapała go na tym, jak szeptał coś pod nosem, że szybciej zbankrutuje, niż staną się knajpą, w której stołują się najbardziej znani i lubiani.
Obsługiwała sobie klientów, przyjmując zamówienia - po kilku dniach praca stała się nawet prosta, czasem jeszcze drżała jej co prawda łapa, a usta mimowolnie wypluwały z siebie pasywno-agresywne komentarze, wyglądała jednak na tyle niewinnie, że klienci albo je ignorowali albo reagowali uniesieniem brwi, jakby za chwilę mieli coś powiedzieć, ale po spojrzeniu w sarnie oczy rezygnowali, zrzucając niezadowolenie kelnerki na słabe zarobki czy innego klienta, który wydawał im się bardziej upierdliwy.
Tamtego dnia w lokalu również miała pojawić się jakaś influ, a córka szefa wydawała się być nad wymiar podekscytowana. Co chwilę spoglądała przez okno wyczekując gwiazdy dzisiejszego wieczoru, za każdym kolejnym razem, gdy drzwi się otwierały i do środka wchodził ktoś nowy, podskakiwała nawet na swym krzesełku, jakby za chwilę miała tam paść trupem na zawał czy inną chorobę niepasującą do tak młodego wieku.
Lea, pracowała sobie dalej, ignorując jęki młodszej dziewczyny, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy podeszła do niej koleżanka, jedna z kelnerek.
- Stara, musisz mnie zastąpić - rzuciła blada, szybko zdejmując z siebie czarny fartuszek i wciskając go w jej dłonie. Zszokowało to Lee trochę, trochę nawet bardzo, bo koleżanka była doświadczona i to ona miała zajmować się tajemniczą, popularną klientką - nie wiem, kurwa, zaraz się zrzygam, to chyba to stare mięso, które stary dał nam wczoraj do domu.
- Chyba sobie żartujesz, - odparła krzykiem-szeptem, tak by podkreślić, jak bardzo nie chce tego robić i jednocześnie nie wywołać niepotrzebnego larum pośród zasiadających na sali klientów. - Przeci... - nie zdążyła dokończyć, bo koleżanka już pędziła na zaplecze, najprawdopodobniej w stronę toalety dla pracowników.
Za jakie grzechy. W końcu dzień zapowiadał się tak bardzo normalnie: miał być spokojny shift, przerywany kilkoma papieroskami na tyłach restauracji w towarzystwie szefa kuchni, może jakiś napiwek, może jakiś przystojny klient, na którym mogłaby na chwilę zawiesić oko, ale nie skakanie w rytm, jak małpa przed jednym z najważniejszych klientów.
Westchnęła głęboko, ostentacyjnie zakasując rękawy i spojrzała w stronę w drzwi. W końcu co ma być to będzie nie?
I właśnie w tym momencie w drzwiach stanęła właśnie ona.
Peach J. Pepper