Strona 1 z 2

just don't call me baby

: sob lip 18, 2026 3:22 am
autor: Alexis Bennett
019.
Stał przy tylnym wejściu, czekając na Diego, absolutnie zdychając. Łeb mu pękał, mimo upału było mu cholernie zimno, do tego niedobrze i.. sam nie wiedział jakim cudem zwlókł się z łóżka, zupełnie szczerze mówiąc. Jakiś cud. Albo poczucie absolutnej niezręczności i wstydu za swoje pijackie zachowanie? Yep, zdecydowanie to ostatnie. Mógłby się tłumaczyć, że nie miał do kogo gęby otworzyć, że Latynos sam do niego pierwszy napisał, żeby zrugać za zaginięcie w akcję, że powinien był po prostu sam przestać mu odpisywać.. Ale nawet w jego własnej głowie to tak nie działało.

Kiedy obudził się na pierwszy budzik i kiedy zerknął na ekran wyświetlacza, by wykręcić się od kolejnej zmiany, fala chłodnej świadomości natychmiast go otrzeźwiła i obudziła. Nie dość, że pierdolił absolutne głupoty do swojego szefa kuchni, to jeszcze otwarcie z nim flirtował. W większości jednostronnie i nie miał żołądka na to, by odczytywać się czegokolwiek z jego strony, więc uznał, że wszystko było jednym wielkim pijackim podrywem. Drogi Boże, było mu niedobrze jeszcze bardziej na samą myśl. Nazywanie go "Boomer" to jedno, ale bezczelne, otwarte pitolenie o tym, że ma ładny ryj, insynuacje, że jest taki sztywny, bo nie rucha i cała reszta absolutnie dziecinnych, odklejonych tekstów... Musiał złapać kilka głębszych oddechów, żeby powstrzymać kolejną falę nudności. Drżał przy tym raz po raz, resztki alkoholu w jego systemie obmywały lodowatymi liźnięciami. Gross. Czuł się okropnie i sam sobie na to zasłużył. Odbił się od ściany, prostując dopiero, kiedy jego szef kuchni pojawił się na horyzoncie. Czy tam, jak go nazwał wczoraj, sztywne 9/10. Okay, to brzmiało nawet gorzej.
-Przepraszam za moje pitolenie wczoraj.- wypalił natychmiast, kiedy tylko Castillo znalazł się w pobliżu wejścia na zaplecze. Miał klucze, mógł czekać w środku, ale musiał coś powiedzieć zanim znajdzie się z Latynosem sam na sam w wąskiej kuchni. Oczywiście, że unikał jego spojrzenia, a słaby ton i blady odcień twarzy tylko dodawały obrazkowi żałosności. Brak dodatkowych żarcików czy komentarzy też mówił, że rzeczywiście był szczery w swoich przeprosinach. Przesadził, pojechał po bandzie, to było za dużo nawet jak na niego. -Po zamknięciu nie będę nawet marudzić na szorowanie kratek pieca.. - dodał, godząc się już po drodze do pracy z myślą, że na sto procent dostanie jakiś beznadziejny deep clean przydział.. byle taki bez intensywnego zapachu z samego rana i jakoś to przeżyje.

mr sexy but grumpy boomer man

just don't call me baby

: sob lip 18, 2026 8:20 am
autor: Diego Castillo
Diego zatrzymał się krok przed nim, rzucając mu ciężkie spojrzenie spod ciemnych brwi. Wyglądał dokładnie tak, jak można się było spodziewać po facecie, który wstał przed szóstą – nienagannie, w czystej bluzie kucharskiej, pachnący chłodnym porankiem i mocną, czarną kawą.

Patrząc na trzęsącego się Bennetta, Diego poczuł nagłe ukłucie irytacji wymieszanej z czymś, czego wolał nie nazywać współczuciem. Wczoraj w nocy, siedząc w samochodzie pod hurtownią, patrzył na te chaotyczne wiadomości z mieszaniną rozbawienia i narastającego niepokoju. Kiedy chłopak zaczął pisać o swoim małżeństwie i o tym, że "w jego głowie dalej jest żonaty", Castillo na chwilę zawiesił palce nad klawiaturą. Wiedział, że Bennett jest potłuczony przez życie, ale ta pijacka szczerość, zmieszana z bezczelnym flirtem i desperacką potrzebą uwagi, uderzyła go mocniej, niż chciał przed samym sobą przyznać. Był szefem kuchni, nie terapeutą, a już na pewno nie powinien rozważać, jak to jest być nazywanym „handsome boomerem” przez pijanego, młodszego kucharza. A jednak nie wyciszył telefonu.

Teraz, w pełnym świetle poranka, mierzył Lexiego wzrokiem od stóp do głów. Odnotował wszystko: drżące dłonie, bladość podchodzącą pod chorobliwą zieleń i to rozpaczliwe unikanie kontaktu wzrokowego. Cała ta wczorajsza, bezczelna odwaga wyparowała, zostawiając po sobie tylko żałosny wrak. Diego westchnął cicho, kręcąc głową. Zamiast tyrady czy złośliwego komentarza, po prostu wyciągnął rękę naprzód i wcisnął Bennettowi ciepły kubek prosto w te jego lodowate palce.
Trzymaj. Pół cukru, bez mleka. Jak porzygasz mi zaplecze, to osobiście każę ci to lizać, jasne? — odezwał się, a jego głos, choć szorstki i niski, nie miał w sobie tej agresji, której Lexie tak cholernie się obawiał. Był po prostu... Diego. Rzeczowy, stabilny i na swój sposób przewidywalny.

Ominął młodszego kucharza, włożył klucz do zamka i pchnął ciężkie, metalowe drzwi. Z wnętrza restauracji powiało znajomym zapachem stali i czystości.
Wchodź, zanim ten upał na zewnątrz cię dobije — rzucił przez ramię, przytrzymując drzwi barkiem. Dopiero gdy znaleźli się w korytarzu, odwrócił się do Bennetta, krzyżując ramiona na piersi. — I przestań się tak trząść. Wczoraj w nocy miałeś zdecydowanie za dużo do powiedzenia, a teraz wyglądasz, jakbyś czekał na pluton egzekucyjny. - uniósł jeden kącik ust w rzadkim, ledwo zauważalnym półuśmiechu, który miał w sobie więcej kumpelskiego zmęczenia niż szefowskiego rygoru.
Przeprosiny przyjęte, Bennett. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a teraz zapominamy o temacie, zanim znowu zaczniesz wymyślać jakieś poezje i oceniać mnie w skali do dziesięciu. Dostawa zaraz będzie. Pij tę kawę, weź głęboki oddech i marsz do chłodni. Zaczynamy od skrzynek z lodem, może cię to trochę postawi na nogi. Wytrzymasz?


just don't call me baby

: sob lip 18, 2026 9:05 am
autor: Alexis Bennett
Oczywiście, że ten facet wyglądał, jakby czuł się fantastycznie wstając o nienormalnie wczesnej porze. 7 rano to środek nocy. Lexie przywykł do zaczynania dnia popołudniem, zdarzało mu się nad ranem dopiero kłaść i nie potrafił zrozumieć porannych ptaszków.. Wyraźnie Castillo miał coś wspólnego z Catherine; może stabilni, obowiązkowi ludzie z zasady preferowali poranki, chaos nocy pozostawiając dla takich irytujących zwierzątek jak on? Może. Zmarszczył brwi, gdy w jego dłoniach zmaterializował się kubek z kawą, pytające spojrzenie zaraz podniósł na starszego mężczyznę przed sobą. Kawa? Przyniósł mu kawę. Ze śladowymi ilościami cukru i zdecydowanie nie latte, ale wciąż, naprawdę nie musiał się wysilać na takie miłe gesty.. Bennett nie zasługiwał na miłe gesty. Był wobec niego wiecznie sarkastycznym, aroganckim gnojkiem, który dawał z siebie minimum, a pracował w tym miejscu nadal tylko dlatego, że to rodzinny interes. Dlaczego miałby być dla niego miły..? Może lizusostwo przez wiadomości, poprzedniej nocy, to był jednak klucz do tego, by Diego trochę zluzował. Uśmiechnąłby się, gdyby nie fakt, że Latynos wymalował obrazek w którym na pierwszym planie było rzyganie, na co Lexie skrzywił się boleśnie.
- ...gross... - zduszony głos mógł być równie dobrze zignorowany, tak czy siak nic do tej wymiany nie wnosił, prawda?

Posłusznie potuptał do środka za nim, obejmujac kubek ze swoją kawą dłońmi. Nie czuł upału, ani trochę, szczerze żałował, że nie założył na siebie więcej warstw, drżąc raz po raz przez cholernego kaca mordercę. Miał tylko nadzieję, że ta część minie najszybciej; z nudnościami i bólem głowy radził sobie znacznie lepiej niż z chłodem. Za chudy był na chłód, zwłaszcza ostatnio, umówmy się.
- Ty myślisz, że ja się trzęsę, bo co, jesteś taki hot, że nie mogę się powstrzymać? - nawet parsknął ze szczerym rozbawieniem i jak na komendę, kolejny zimny dreszcz przejął jego ciało. Okay, to było całkiem zabawne, best timing. - Lodowate dreszcze, nic związanego z tobą. - dodał, upijając łyka ze swojej kawy. Nie był to najlepszy napój na pusty żoładek, ale przynajmniej ciepły.. Odetchnął cicho, dopiero w tym momencie zerkając na Diego, łapiąc lekki uśmiech, na który mimowolnie sam się uśmiechnął. Przeszło mu przez myśl, że w tej wersji może był nawet 10/10, ale prędzej by się zapadł pod ziemię, niż przyznał to na głos.

Mógł mówić, że wcale go nie rusza to wszystko co paplał poprzedniego dnia, ale kiedy zaczął mu wypominać.. Poczuł jak jego szyja i twarz robi się ciepła od idiotycznego rumieńca, kiedy marszczył się w prawie bolesnym grymasie.
- Ok Boomer. - burknął, zbyt zmęczony, żeby się bronić. Normalnie może by się miotał, wytykając, że wcale żadnej poezji mu nie sprzedawał, a to on sam użył idiotycznie naładowanego słowa, na które nie mógł nie zareagować... UPRAWIANIE POEZJI? Kto tak mówił? Kto to widział? I do tego równie idiotyczne przyznawanie, że Lexie ma całkiem przystojną twarz. Ugh. Przesunął okulary na czubek głowy, by przetrzeć mocno twarz jedną dłonią, chcąc jakimś cudem sprawić, by zniknął z niej rumieniec. Nie zadziałało, więc.. Po prostu skinął głową, potwierdzając swój przydział, że zrozumiał. Wyminął go, kierując się najpierw w stronę małej szatni; miał cichą nadzieję, że zostawił jakąś bluzę w szafce. - Jak będę ci potrzebny, to daj znać. - dodał, bo przecież.. wiedział co miał robić. To nie był pierwszy raz, kiedy pomagał przy dostawie i ogarnianianiu zaplecza.. A przy chłodni wisiała puchowa kurtka Cath, więc jakoś to przeżyje.

boomer

just don't call me baby

: sob lip 18, 2026 9:46 am
autor: Diego Castillo
Diego odprowadził go wzrokiem, a ten lekki, kpiący uśmieszek nie schodził mu z twarzy. Bennett z kacem gigantem, próbujący jednocześnie zachować swoją bezczelną maskę i nie zwymiotować na własne buty, był widokiem na swój sposób hipnotyzującym.
Kiedy młodszy kucharz rzucił tekstem o tym, czy jest „taki hot”, Castillo tylko uniósł jedną brew, niespiesznie lustrując go spojrzeniem.
Oczywiście, Bennett. Dokładnie to sobie wmawiam, żeby poprawić sobie ego przed siódmą rano — odparł z suchym, głębokim rozbawieniem, opierając dłonie na biodrach. — A ten rumieniec i tak widać z kilometra. - patrzył, jak chłopak idzie w kierunku szatni, powłócząc nogami i wciąż trzęsąc się z zimna. Ten widok obudził w Diego coś, co zazwyczaj trzymał pod kluczem — instynkt opiekuńczy, który rzadko kiedy przynosił cokolwiek dobrego. Wczoraj w nocy myślał o tym, jak bardzo Lexie jest potłuczony przez życie. Całe to gadanie o małżeństwie, o byciu „w głowie dalej żonatym”... Castillo doskonale wiedział, jak to jest utknąć w przeszłości i jak cholernie trudno jest zrobić ten pierwszy krok naprzód. Ale wiedział też, że użalanie się nad chłopakiem nic nie da. Bennett potrzebował pionu, rutyny i kogoś, kto nie ugnie się pod jego fochami ani pod jego (całkiem niezłym, trzeba przyznać) urokiem osobistym.

Diego ruszył powoli za nim w stronę zaplecza. Zatrzymał się przy drzwiach do szatni, opierając się ramieniem o futrynę, dokładnie w momencie, gdy Lexie grzebał w swojej szafce.
Kurtka Catherine wisi przy chłodni, ale jak w niej wyjdziesz do rozładunku, to cię wyśmieję. Wyglądasz w niej jak w za dużym śpiworze — odezwał się, a jego głos odbił się echem od metalowych szafek. W ułamku sekundy podjął decyzję, ściągając ze swojego haczyka grubą, czarną bluzę z logo restauracji, którą zazwyczaj zakładał na nocne zmiany. Rzucił ją w stronę Bennetta, tak by wylądowała prosto na jego głowie.

Masz. Włóż to i nie marudź. Rękawy sobie podwiń, bo utoniesz. - zrobił krok w tył, dając młodszemu przestrzeń, by mógł się przebrać, ale nie odszedł od razu. Zamiast tego spojrzał na niego z powagą, która rzadko go opuszczała, gdy temat schodził na rzeczy naprawdę istotne.
I Bennett? — zawiesił głos, czekając, aż Lexie na niego spojrzy. — Poważnie mówię. Dobrze, że jesteś. I dobrze, że pamiętasz o Cath. Ale to, co mówiłem w nocy... to nie były tylko pijackie bzdury z twojej strony. Przestań się chować za tym, co było. Kuchnia to dobre miejsce, żeby zacząć od nowa. - zamilkł na sekundę, po czym machnął ręką, jakby chciał rozgonić tę nagłą falę powagi, która zawisła w powietrzu.
Dobra, koniec kazań, bo zaraz serio zacznę brzmieć jak boomer. O7, Bennett. Do roboty.


just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 10:44 am
autor: Alexis Bennett
Był wkurzający. Serio, bardziej, niż jak miał kij w dupie i nie dało się z nim rozmawiać; teraz zamiast kija w dupie, robił sobie śmieszki z niedyspozycji Bennetta. Czy zasłużył? Tak. Ale mógłby sobie robić żarty z kaca, a nie z faktu, że poprzedniej nocy był trochę za bardzo otwarty i gadał o.. O różnych rzeczach! Wydał z siebie żałosny, zirytowany dźwięk pomiędzy warkotem, a jęknięciem, kiedy bezczelnie wytknął jego rumieniec.
- Sshhhutup. - podniósł wolną rękę i pokazał mu środkowy palec, nie odwracając się nawet, gdy zmierzał do szatni. Najwyraźniej obydwoje byli bezczelnymi dupkami, każde na swój własny sposób, no i dobra.. Po prostu w tym konkretnym stanie, Lexie był trochę bardziej bezbronny, mózg nie chciał za bardzo działać i odpowiadać uszczypliwymi komentarzami. Może później, a wtedy przystojna twarz Diego nie uratuje go przed... głupimi tekstami? Może? Eh, ten dzień będzie długi i ciężki, już to wiedział.

Wspomniana kurtka Cath była bardziej płaszczem i.. Tak, musiał przyznać, że wszyscy w niej toneli, a Cath, mniejsza od niego, drobna, znikała w całości. Właściwie ciuch był tam od bardzo dawna, służąc każdemu, kto pomagał przy inwentaryzacji i musiał spędzić dłuższą chwilę w minusowej temperaturze. Nikt nie chciał zachorować czy chociaż się przeziębić, prawda? Koniec końców mógłby rzeczywiście ją ubrać, gdyby nie znalazł żadnego swojego zapasowego ciucha..
- Szukam swojej bluzy.. Żarcik się ciebie trzyma dzisiaj, hm? - parsknął krótko, nie oglądając się w jego stronę, grzebiąc pomiędzy połami starego plecaka. Ciuchy, które powinien wyprać, zdecydowanie zbyt ciepłe energetyki, batoniki, prezerwatywy (sam uniósł lekko brwi), losowe banknoty.. Coś miękkiego spadło mu na łeb, na co zareagował ciężkim "huff". Ściągnął sobie ciuch z głowy, uniósł jedną brew, oglądając się, by zerknąć na Castillo. Oh. Jego bluza? Ciepła, gruba; nie musiał mu powtarzać, od razu wciągnął ją na grzbiet, tonąc w zdecydowanie zbyt szerokim materiale. Ciuch nim pachniał. Jego zapach otoczył go z każdej strony, wywołując idiotyczne ciepło głęboko w klatce piersiowej, do którego w życiu by się nie przyznał. The fuck? Był aż takim obrazem rozpaczy i nieszczęścia, że nawet Castillo poczuł jakiś fragment współczucia dla jego żałosnego stanu? Ugh.. Nie zamierzał narzekać, bluza była ciepła, cholernie przyjemna w dotyku, zdecydowanie na nim duża, pachniała jak jej właściciel i generalnie.. 10/10.


- Mhm? - zerknął na niego, słysząc swoje nazwisko, może ordobinę przytłoczony ciepłym gestem pożyczenia własnego ciucha, mniej butny, z zerowymi śladami arogancji, które zastąpiło spokojne zadowolenie. Mała rzecz, a cieszy.. - Normalnie nie zarywam do ludzi z którymi pracuję. Tak wyszło, bo do mnie napisałeś. - odpowiedział, bo jakoś musiał, a nic innego nie przyszło mu do głowy. Gdyby miał być zupełnie szczery, nie wiedziałby jak zainterpretować jego słowa. Cała konwersacja poprzedniej nocy była.. niezbyt klarowna. Nie-bezpośrednie podrywy, teksty dookoła, coś o tym, że powinien wytrzeźwieć i spróbować żyć na nowo; zwłaszcza to ostatnie brzmiało trochę jakby zapraszał go do powtórzenia na trzeźwo, we własnej osobie? Lexie był pewny, że źle to zrozumiał, czy raczej zrozumiał jak chciał, ale z drugiej strony.. Czy to, co Diego właśnie powiedział, nie mówiło dokładnie to samo? "Przestań się chować za ty, co było, kuchnia to dobre miejsce, żeby zacząć od nowa." Musiał rozumieć to na swój sposób, szargany samotnością, głodny intymności na każdym możliwym stopniu. Nawet jeśli był przekonany, że po swoich wszystkich doświadczeniach z facetami, wcale nie był nimi zainteresowany.. Złapał głębszy oddech, wypuścił powoli powietrze z płuc, tłumacząc sobie we własnej głowie, że facet przed nim mówił po prostu o skupieniu się na pracy, niczym więcej. Już nie odpowiedział, zamiast tego skinął głową, robiąc dokładnie to, co mu kazał; wypił niezbyt pyszną kawę i zabrał się do roboty.

Z biegiem dnia, kac ustępował stopniowo i Lexie miał szczęście, że zimne dreszcze zniknęły jako pierwsze. Smutno mu było jedynie z tego powodu, że musiał ściągnąć bluzę Castillo, grzecznie odwieszając ją na swoje miejsce. Jego zapach tak czy siak został na koszulce którą miał pod spodem, dając to samo uczucie spokoju jeszcze przez dobre kilka godzin i Bennett nie miał czasu (nie chciał) się zastanawiać, dlaczego. Nudności odeszły jako kolejny nieprzyjemny symptom, pozwalając mu na szybko coś przegryźć i pod koniec dnia jedyne z czym się mierzył, to z bólem głowy, ale to już było nic w porównaniu.
- Okay, to jaki jest plan? Serio chcesz robić deep clean w dwójkę? - zapytał po serwisie, podnosząc głos, żeby Diego go usłyszał, zbierając swoje noże z magnetycznej listwy, kiedy sam wycierał na sucho ostatni blat. Kuchnia już była zamknięta, kelnerzy kończyli myć podłogę i zbierali się do wyjścia, zaplecze posprzątane, w teorii można było iść do domu.. Ale plan był taki, żeby ogarnąć więcej? Chyba, że Latynos tak tylko pisał poprzedniej nocy, żeby nastraszyć go do pójścia spać jak grzeczny chłopiec. Zadziałało, więc nie mogło być głupie, hm? Było już grubo po 23, opcja siedzenia dłużej w kuchni i szorowania kratek, zamiast miotania się w samotności, była mimo wszystko całkiem przyjemna w porównaniu.

Diego Castillo

just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 12:31 pm
autor: Diego Castillo
Diego stał przy sekcji gorącej, sprawdzając stan palników i zapisując coś na podkładce z klipsem. Kiedy usłyszał głos Bennetta, oderwał wzrok od notatek i powoli obrócił głowę w jego stronę. Przez cały dzień obserwował chłopaka ukradkiem – widział, jak rano tonął w jego za dużej bluzie, jak z każdym łykiem kawy wracały mu kolory na twarzy i jak w końcu, po paru godzinach, ciuch wylądował na wieszaku. Castillo nie skomentował tego ani słowem, ale fakt, że Lexie pachniał.. nim przez resztę zmiany, w dziwny sposób skracał dystans, który Diego tak bardzo starał się utrzymać. Po tym pijackim rumakowaniu Bennetta zeszłej nocy, nie chciał dawać mu pomysłów..

Odłożył podkładkę na blat z cichym stukotem i oparł się o szafkę biodrem, krzyżując ramiona na piersi. Przyjrzał się Bennettowi uważnie. Chłopak wyglądał już bez porównania lepiej niż o siódmej rano, choć bladość wokół oczu i lekkie napięcie na twarzy zdradzały, że ból głowy wciąż dawał mu się we znaki.
Myślisz, że rzucam słowa na wiatr, Bennett? — odezwał się Diego, a w jego niskim głosie znowu pojawiła się ta znajoma, lekko kpiąca nuta. — Mówiłem, że za tego „handsome boomera” i nocne poezje doliczam ci ekstra kwadrans. A za całokształt? Kratki pieca same się nie odtłuszczą. - zrobił krok w jego stronę, niespiesznie, skracając odległość pomiędzy Zatrzymał się tuż obok stanowiska Lexiego, spoglądając w dół na jego dłonie udające, że sprząta. Zapach porządku, detergentów i tej specyficznej, zmęczonej bliskości po czternastu godzinach na nogach unosił się między nimi w pustej już kuchni.
Ale nie jestem potworem — dodał ciszej, a jego spojrzenie złagodniało, przesuwając się po twarzy młodszego kucharza. — Widzę, że ledwo stoisz na nogach, a ten twój face card, o którym tak chętnie opowiadasz, jest już mocno zmęczony materiałem.

Wyciągnął rękę i zgasił wiszącą nad nimi lampę, zostawiając tylko jedno, stłumione światło nad zmywakiem, które rzucało długie cienie na stalowe blaty. Kuchnia nagle stała się mniejsza, cichsza i dziwnie intymna.
Zrobimy tak: kratki zostawiamy na poniedziałek rano. Ty sprawdzisz chłodnie i zamkniesz zamki, a ja dokończę inwentaryzację. Jak skończysz, masz poczekać na mnie na zapleczu. Odwiozę cię do domu. - mówił ciszej pod wpływem tej nagłej zmiany klimatu wokół nich. Diego spojrzał na bruneta z góry, zawieszając wzrok na jego oczach, jakby chciał się upewnić, czy chłopak nie zacznie znowu protestować albo stroić sobie żartów.
I nie chcę słyszeć żadnego marudzenia, że potrafisz sam trafić do łóżka. Wczoraj udowodniłeś, że zostawianie cię samemu ze sobą po zmroku to kiepski pomysł. Jasne? Ruchy, Bennett. Chcę być w domu przed północą.


just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 1:25 pm
autor: Alexis Bennett
Dawał radę. Stał nadal na nogach, ból głowy dawał się mocniej we znaki tylko wtedy, kiedy za szybko się pochylał czy odwracał.. Jasne, nie był pierwszej świeżości, ale to nic takiego złego, prawda? Gdyby Castillo rzeczywiście chciał się bawić w doczyszczanie wszystkiego, nie zgłosiłby sprzeciwu. Jego mięśnie były zmęczone, tak, jak zawsze zjadł zdecydowanie zbyt mało w porównaniu do ilości spalonych kalorii, ale to też nie było aż takie tragiczne. Już miał mu odpowiedzieć, że wcale nic takiego nie insynuował, ale ledwo otworzył usta, by zaraz je zamknąć, kiedy zaczął mu znów wypominać. Zacisnął usta w cienką linię, zaraz zagryzł wargi, powstrzymując się od rozbawionego uśmiechu. Angielski nie był pierwszym językiem Diego, Lexie nie musiał być specjalistą, by to wiedzieć i nawet gdyby akcent go nie zdradzał, składnia zdecydowanie to robiła.. Poza tym "nocne poezje" brzmiały całkiem poetycko, co bawiło go niesamowicie. Wyprostował się, podświadomie odbił jego pozycję, opierając się biodrem o blat, odwracając w jego stronę; rozbawienie nadal odbijało się w piwnych oczach Bennetta, a cień uśmiechu powstrzymywało tylko przygryzanie własnych warg.

Nie ważne skąd pochodził, koncept osobistej przestrzeni musiał być dla nich obcy; znów podszedł do niego odrobinę zbyt blisko dla komfortu, górując nad nim mimo niewielkiej różnicy wzrostu, zapalając alarmową lampkę w głowie bruneta. Sposób, w jaki przyglądał się jego twarzy, jak kontynuował ciszej rozproszył go na tyle, że nawet nie złapał kolejnego przytyku i nawiązania do wiadomości zeszłej nocy. Wstrzymał na moment oddech, zamierając w miejscu, kiedy Latynos wyłaczył światło sprawiając, że kuchnia wydała się znacznie bardziej ciasna, a przestrzeń między nimi znacznie mniejsza; jego oddech powrócił, ale stał się płytszy, zapach Castillo mieszający mu w głowie z każdym z nich. Przez cały ten czas nie odwrócił od niego spojrzenia, bacznie obserwując, a kiedy spojrzał mu prosto w oczy, przestąpił z nogi na nogę w szczerym dyskomforcie. Za blisko. Znajdował się zdecydowanie zbyt blisko i zbyt dobrze pachniał, kiedy mówił o odwożeniu go do domu.
- ...ok, nie wiem jak się buduje zdania w twoim natywnym języku, ale nie możesz powiedzieć na jednym oddechu, że "nie potrafię sam trafić do łóżka" i "zostawianie mnie samemu ze sobą po zmroku to zły pomysł". To brzmi jakbyś zabierał mnie do siebie do domu, w oczywistych celach. - sam mówił ciszej, nie mogąc się powstrzymać od komentarza, ryzykując, że to tylko on z ich dwójki rozumiał, jak chciał. Mogło tak być. Nawet by nie zaprzeczył i doskonale wiedział, że celibat mu nie służył, a z tą samotną mieszanką i ciężką depresyjną kulą u nogi.. Powiedzmy, że miał w sobie bardzo sprzeczne uczucia. Z jednej strony raczej traumatyczne doświadczenia z przeszłości, których nawet tak do końca nie pamiętał, kazały mu się od tego faceta odsunąć na przynajmniej dwa kroki, mimo że w niczym nie przypominał tamtych innych. Był spokojny, zdecydowanie trzeźwy i stabilny, kontrastował z nimi tak mocno, jak się tylko dało. Z drugiej strony, samotność i głodna, niezaspokojona od dawna potrzeba dotyku tak istotna dla Bennetta sprawiała, że w tej niewielkiej odległości niemal czuł przeskakujący między ich ciałami prąd. Spojrzenie raz po raz samo uciekało do ust hot boomera. Ugh. Odchrzaknął krótko, przywołując się do porządku, postępując pół kroku w tył. Sięgnął do własnego karku, pocierając go nerwowo, skinął głową, dając znać, że zrozumiał polecenie i nie miał zamiaru się sprzeczać czy miotać w jakikolwiek inny sposób.

god damn.

just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 1:56 pm
autor: Diego Castillo
Diego nie odsunął się ani o centymetr, gdy Lexie cofnął się o ten pół kroku. Zamiast tego patrzył na niego w tym przyciemnionym, intymnym świetle z kamienną powagą i w kompletnej ciszy, w której brunet mógł usłyszeć swoje własne bicie serca.
Kiedy młodszy kucharz skończył swoją tyradę o dwuznacznościach i oczywistych celach, w kuchni zapadła długa, gęsta cisza. Słychać było tylko ciche buczenie lodówek w tle. Diego powoli oblizał wargi, a jego wzrok na ułamek sekundy obniżył się na usta Lexiego, po czym wrócił wyżej, prosto w jego rozszerzone źrenice.
Oczywistych celach, tak? — powtórzył powoli, a jego głos schudł o kolejną oktawę, stając się niskim, chropowatym mruknięciem, w którym nie było już ani śladu wcześniejszego żartu. — W moim języku mówi się bardzo bezpośrednio. Gdybym chciał cię zabrać do swojego łóżka w tych celach, wiedziałbyś o tym. - zrobił ten mały krok do przodu, odzyskując dystans, który Lexie próbował stworzyć. Zbliżył się na tyle, że chłopak mógł poczuć bijące od niego ciepło. Wyciągnął rękę, ale zamiast go dotknąć, oparł dłoń na blacie tuż obok biodra bruneta, skutecznie blokując mu drogę ucieczki.
Jesteś niesamowity — podsumował cicho, kręcąc głową z jakimś dziwnym, bezradnym podziwem. — Cały dzień ledwo żyjesz, chowasz się w mojej bluzie, trzęsiesz się jak osika, a teraz, kiedy zostaliśmy sami, znowu zaczynasz te swoje gierki. Tak bardzo lubisz igrać z ogniem? - przechylił lekko głowę, a jego ciemne oczy lśniły w półmroku. Przez moment wyglądał, jakby naprawdę walczył sam ze sobą, żeby nie zrobić czegoś, co przekroczyłoby wszelkie granice. Pachniał kawą, tytoniem i tym męskim, ciężkim akcentem, który sprawiał, że dreszcz emocji spłynął w dół kręgosłupa.
Kończ robotę — rozkazał nagle Diego, choć jego głos wcale nie brzmiał ostro. Był raczej... napięty. — I ani słowa więcej o łóżkach. Ruchy. - potrzebował, żeby brunet zamknął paszczękę, bo w tej nagłej ciasnocie między nimi nie było miejsca na poetyckie niedomówienia. Na uprawianie poezji. Cokolwiek.
Nakazał mu się ruszyć.. Ale sam nie odsunął się nawet o pół kroku, po raz kolejny sobie zaprzeczając.


just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 2:34 pm
autor: Alexis Bennett
W spojrzeniu Lexa odbił się bunt. Nawet w tym momencie, miotany sprzecznymi uczuciami, gdzieś pomiędzy strachem, a pożądaniem, buntownicza natura nie mogła tak po prostu pójść na dalszy plan. Zmarszczył brwi, słuchając o jego języku i że.. Wiedziałby od razu? Przełknął, mięsień na szczęce drgnął, gdy zaciskał szczękę, chociaż sam nie wiedział dlaczego. Rok temu grałby w tą grę. Bardzo otwarcie przystał na nie owijanie w żadne metafory. Nie teraz, nie w tym miejscu, nie ze swoim współpracownikiem.. Nie z obrączką wciąż błyszczącą na palcu. Otworzył usta, by sprostować co miał na myśli, że jedynie wytykał mu dziwaczne budowanie zdań, które można było zrozumieć dwuznacznie, ale zanim się odezwał, Castillo znów zmniejszył między nimi dystans. Znalazł się jeszcze bliżej.
Odciął mu drogę ucieczki, zamykając między swoimi szerokimi ramionami, nawet go nie dotykając przy tym. Oddech ugrzązł mu w gardle, żołądek podskoczył do gardła, oczy zwęziły się, znów uwaznie obserwując. Freeze. Niestety, ze wszystkich obronnych podświadomych zachowań, dostał akurat to najmniej przydatne, w których patrzył tylko jak jeleń w światła zbliżającego się samochodu, nie mogąc ruszyć, oddychać, czy poprosić, by ktoś mu łaskawie pomógł. Zdobył się na potrząśnięcie głową, krótki gest, który mówił "nie". Nie na uwagę, nie na igranie z ogniem, nie na wszystko, co w teorii mogliby zrobić. Nie chciał. Nie mógł. Ani trochę nie bawił się dobrze. Nie potrafiąc wydobyć z siebie głosu, by powiedzieć cokolwiek, jego oczy się zaszkliły, z prostej bezradności. Spojrzał w bok, odsuwając głowę, przerywając ciężki kontakt wzrokowy; jego oddech drżał nerwowo, palce zacisnęły się na krawędzi blatu, mięśnie zaciśniętej szczęki wyraźne w półmroku.

Nie było w tym żadnej zabawy, nie było rozbawienia, igrania, flirtu. Był zdecydowanie strach, nerwowość która nie miała nic wspólnego z intymnością, nieufność i coś obrzydliwie ciężkiego, wywleczonego na wierzch przez PTSD. Ciemniało mu w oczach. Klatkę spięło coś nieugiętego, co blokowało głębszy oddech. Mrowienie w dłoniach i twarzy sygnalizowało alarm przeciążonego systemu nerwowego, zaraz przed napadem paniki. Świetnie, tego właśnie mu brakowało, ostatniego gwoździa do trumny, popchnięcia do załamania nerwowego przez Latynowskiego buca, który nie znał konceptu przestrzeni osobistej i wyraźnie miał problem ze zrozumieniem, kiedy ktoś się od niego odsuwał. - Zostaw. - wyrzucił desperacko, zduszonym, łamiącym się głosem pełnym napięcia, spięty, drżący, naprawdę próbujący nie rozpaść się na kawałki w momencie tylko dlatego, że większy od niego facet postanowił zignorować jego marne próby postawienia jakichś barier miedzy nimi.

looking for affection in all the wrong places

just don't call me baby

: ndz lip 19, 2026 3:10 pm
autor: Diego Castillo
W ułamku sekundy, gdy w półmroku zgasło bezczelne rozbawienie Lexiego, a zastąpiło je to szkliste, zamarłe spojrzenie, Diego drgnął. Słowo „zostaw”, choć ledwo wyduszone z gardła, uderzyło w cichą kuchnię jak potężny bicz.
Castillo nie był idiotą. Widział kuchnie na całym świecie, widział ludzi pękających pod presją, ale to, co działo się teraz przed nim, nie miało nic wspólnego ze zmęczeniem materiału po czternastu godzinach serwisu. To była czysta, pierwotna panika. Widok chłopaka zaciskającego palce na stali blatu, drżącego i walczącego o każdy haust powietrza, natychmiast zerwał z Diego całą tę pewność siebie.
Kurwa — syknął cicho, ale nie z wściekłości, a z nagłego przerażenia.

Cofnął się natychmiast o dwa duże kroki, unosząc dłonie na wysokość klatki piersiowej, wnętrzami do góry — w uniwersalnym, czystym geście pokazującym, że nie stanowi zagrożenia. Zabrał całe swoje ciało, całą swoją obecność z przestrzeni Lexiego, dając mu tyle miejsca, ile tylko pusta kuchnia była w stanie zaoferować.
Przepraszam. Lexie, przepraszam, już mnie nie ma — odezwał się, a jego głos zmienił się diametralnie. Nie było w nim ani śladu tamtego niskiego, prowokującego mruczenia. Był twardy, czysty, celowo pozbawiony jakichkolwiek podtekstów. Głośny na tyle, by przebić się przez szum w uszach chłopaka, ale nie na tyle, by go przestraszyć. — Jestem daleko. Widzisz? Nic się nie dzieje. - zrobił jeszcze jeden krok w tył, opierając się plecami o przeciwległy blat, żeby fizycznie zablokować samego siebie w jednym miejscu. Serce waliło mu w piersi z poczucia winy. Przekroczył granicę, chciał dać chłopakowi lekcję, utrzeć mu nosa za te wczorajsze zaczepki, a zamiast tego wbił go prosto w jakiś pieprzony koszmar z przeszłości.

Lexie, oddychaj — nakazał spokojnie, trzymając ręce wciąż na widoku. — Jesteśmy w kuchni. Nikogo więcej tu nie ma. Restauracja jest zamknięta. Jesteś bezpieczny. No już, powoli. - nie podchodził. Choć każda komórka jego ciała rwała się do tego, by złapać chłopaka za ramiona i nim potrząsnąć, albo chociaż podsunąć mu krzesło. Wiedział, że jakikolwiek ruch z jego strony w tym momencie pogorszy sprawę. Musiał stać jak pieprzony posąg i pozwolić systemowi Bennetta zarejestrować, że zagrożenie minęło.
Nie ruszam się stąd, słyszysz? — mówił dalej jednostajnym, głębokim głosem, starając się być dla niego jedynym stabilnym punktem odniesienia w tym ciemniejącym korytarzu paniki. — Oddychaj, mały. Jestem tutaj. Nic ci nie zrobię.