Strona 1 z 1

we're gonna be best friends

: ndz lip 19, 2026 5:31 pm
autor: Harry Dillion
   Nie wiedział, co go podkusiło. Jego wyjście do marketu miało się zakończyć jedynie kupnem owocowych gum do żucia i swoich ulubionych chipsów. Nie wiedział dlaczego, ale smak śmietanki z czosnkiem nigdy nie był czymś, co uważałby za smaczne, niemniej jednak właśnie tym smakiem lubił się delektować wieczorami przy chłodnym piwie albo lampce wina, którą popijał z pastorem. Nigdy też nie sądził, że uda mu się dojść do porozumienia i nawiązać sensowną relację z jakimkolwiek duchownym, zwłaszcza że od osiemnastego roku życia jego stopa nie postała w kościele. Oczywiście życie lubi być przewrotne i zaskakiwać. A jego życie zaskoczyło go tak mocno, że do tej pory nie był w stanie się z tego otrząsnąć. Dlatego też potrzebował swoich wieczornych spacerów, paczki chipsów i jakiegoś alkoholu.
   Wstąpił do pobliskiego marketu, gdzie dość szybko odszukał alejkę z alkoholami i wziął sobie butelkę owocowego piwa, w którym, ku jego uciesze, znajdowało się więcej procentów niż w normalnym piwie. Nie chciał się upijać, ale przy spożywaniu alkoholu w sensownych ilościach pojawiał się pewien słodki stan, który on nazywał swoim golden zone, kiedy to policzki zaczynały być ciepłe, a głowa lekka, jakby zaczynała się unosić niesiona jakąś niewidzialną ręką. Właśnie w tym stanie chciał się znaleźć, gdy sięgał po butelkę. Na swoje szczęście zazwyczaj stronił od alkoholu, więc jego organizm nie był przyzwyczajony do tego, więc dość szybko zaczynał odczuwać skutki picia. Starał się nie upijać tak, by odcinało mu świadomość. Nie chciał tego i bał się, że stan taki mógłby wpakować go w niezłe tarapaty, a przecież musiał się pilnować.
   Z butelką mocnego piwa w dłoni szedł szukać swoich chipsów. Drogę przez alejki znał już niemal na pamięć i nietrudno było odnaleźć mu miejsce, gdzie, ku jego przerażeniu, znajdowała się ostatnia paczka. Na domiar złego przed nią stał mężczyzna. Harry nie czekał ze swoją reakcją zbyt długo, gdyż niemal w błyskawicznym tempie podszedł do mężczyzny i zgarnął mu sprzed nosa paczkę, zanim blondyn był w stanie jej dotknąć. Ich palce zetknęły się ze sobą, gdy obaj chcieli uchwycić paczkę chipsów, jednak to Harry okazał się szybszy. Jakże śmieszne rzeczy adrenalina robiła z człowiekiem. Dillion spojrzał na nieznajomego, po czym szybko odwrócił się i zaczął iść w stronę kasy.
   Nie wiedział, czy wynikało to z jego natury, czy z faktu, że pomieszkiwanie na plebani i codzienna praca w kościele sprawiły, że jego sumienie stało się głośniejsze, ale niemal od razu, gdy stanął przed kasą samoobsługową, w jego głowie odezwał się głosik, który powiedział mu, że zachował się jak ostatni pajac. Niechętnie wrócił w kierunku mężczyzny, który dalej stał przy regale z chipsami. Od chwili, w której Harry wygrał walkę o swoją paczkę nie minęło więcej niż kilkanaście sekund. Nie oddam ci paczki, ale mogę się podzielić, jeśli chcesz, tyle powiedział, starając się wydawać pewnym siebie, chociaż facet z którym teraz rozmawiał był od niego wyższy i pewnie silniejszy, chociaż Harry nie zdążył go jeszcze rozebrać wzrokiem i przeanalizować tego, co mogło się kryć pod ubraniem.
   I tyle wystarczyło, by wspólnie wyszli ze sklepu i znaleźli się w miejscu, w którym Harry nie miał jeszcze okazji się znaleźć.
   – Umiesz otworzyć butelkę bez otwieracza? – zagaił do blondyna, jakby znali się już całymi latami. Jedli bowiem chipsy z jednej paczki, więc byli już prawie przyjaciółmi, dlatego też pytanie nie wydało mu się dziwne. Chipsy sprawiły jednak, że zachciało mu się pić, a jedyne co miał przy sobie to butelka piwa wepchnięta w tylną kieszeń jego spodni.

Wolfgang Welsh

we're gonna be best friends

: śr lip 22, 2026 10:44 pm
autor: Wolfgang Welsh
Jak na człowieka, który od niemal dwóch dekad zmagał się z bezsennością, wciąż nie mógł się z nią pogodzić. Nie potrafił zaakceptować tykania zegara bezlitośnie odmierzającego czas do poranku, który nadchodził za wcześnie i za późno zarazem, kończąc tym samym męki nocy i rozpoczynając dzień, na który nie był gotów. Nie mógł znieść tego, jak jego oddech stawał się nienaturalnie głośny pośród ciszy panującej w mieszkaniu; tworzył się tuż nad twarzą, lecz wydawał się unosić wokół niego, wypełniając całą przestrzeń sypialni. Nie cierpiał przewracania się z boku na bok w poszukiwaniu pozycji, która przyniosłaby jego ciału upragnione rozluźnienie. Czuł się więźniem własnego ciała i umysłu, skazanym na noc, która z metodycznym okrucieństwem torturowała go godzina po godzinie.
Czasem poświęcał noce na czytanie, licząc, że umysł zmęczy się uważnym śledzeniem tekstu, a powieki staną się ciężkie od słabego światła lampki nocnej stojącej na stoliku. Z rzadka ćwiczył w mieszkaniu, katując się pompkami, rozciąganiem i podciąganiem na drążku, wierząc, że doprowadzony do granic wytrzymałości organizm w końcu wymusi na nim sen. Od czasu do czasu sięgał po gin, by stępić myśli i rozluźnić napięte mięśnie. Pił ostrożnie, nie na tyle, by następnego dnia nie móc normalnie funkcjonować, lecz wystarczająco, by otępić gonitwę myśli i choć na kilka godzin oszukać bezsenność.
Tej nocy postanowił wyjść z domu, nie mogąc znieść siebie i swojego domu. Przemierzał ulice nie skupiając się na tym, dokąd prowadzą go nogi. Nie analizował drogi, mijanych ludzi i zmieniających się budynków. P r a g n ą ł zmiany. Czegoś, co mogłoby wybudzić go z marazmu, który dopadł go kilka miesięcy temu, wbijając szpony w jego barki i coraz mocniej zaciskając je na jego ramionach, próbowały zmusić go do padnięcia na kolana. Cholernie mało mu brakowało, by to zrobić.
Nie wiedział, jak znalazł się w sklepie. Ocknął się z otępienia, gdy zdał sobie sprawę ze swojej obecności w nim, stojąc w alejce z chipsami. Nie wiedział, od ilu minut wgapiał się w półkę z przekąskami, więc bez zastanowienia sięgnął po pierwszą lepszą paczkę, by móc jak najszybciej zapłacić i wyjść. Zanim zdążył ją pochwycić czyjaś smukła dłoń otarła się o jego palce i porwała ostatnią paczkę o niebiesko-fioletowym opakowaniu. Ze zdziwieniem spojrzał w bok na młodego mężczyznę, który obrzuciwszy go uprzednio szybkim spojrzeniem, obrócił się na pięcie i czmychnął w stronę kasy. Przez chwilę wciąż wpatrywał się w jego szczupłą, atletyczną sylwetkę, po czym skierował oczy ku chipsom. Co ja, kurwa, robię? Zniechęcony własnym zachowaniem i niezdecydowaniem chciał odejść, lecz wtem…
Znów pojawił się On. Tym razem Wolfgang przyjrzał mu się uważniej, poświęcając większą uwagę szarozielonym oczom, delikatnemu zarostowi podkreślającemu linię szczęki i włosom, których końcówki delikatnie zakręcały się tuż nad uszami i czołem.


Podzielmy się więc.
Zgodził się miękko, nie mając w perspektywie nic lepszego. Wychodząc z alejki, zgarnął czteropak małych puszek zawierający mix ginu z tonikiem, za które zapłacił wymiętym banknotem wyłuskanym z tylnej kieszeni jeansów.
Przez chwilę szli po prostu przed siebie w milczeniu jedząc chipsy z trzymanej przez chłopaka paczki. Wolfgang delikatnie skrócił krok, by synchronizować się z nieznajomym.
– Jasne – odparł z cieniem uśmiechu i ostrożnie, by nie ubrudzić szkła tłustymi palcami, chwycił butelkę i otworzył ją za pomocą zapalniczki. Kapsel ustąpił z cichym syknięciem, a z butelki wydobył się zapach owocowego aromatu. Oddał mu alkohol i napoczął własną puszkę, chowając pozostałe do kieszeni katany.
– Wolfgang – dodał wyciągając napój w stronę bruneta, dając mu znak, by stuknęli się na powitanie.
– Co robisz, gdy nie możesz zasnąć? –

Harry Dillion

we're gonna be best friends

: sob lip 25, 2026 3:04 pm
autor: Harry Dillion
   Nie sądził, że mężczyzna się zgodzi na to, by podzielili się paczką. I początkowo Harry żałował, że w ogóle zdecydował się na to, że zapytał go o to. Bo przecież mógł po prostu iść i kupić chipsy i zapomnieć o mężczyźnie, którego pewnie nie spotka już nigdy w życiu. W końcu Toronto było niesłychanie dużym miastem. No ale słowo się rzekło i trzeba było iść w to dalej. W swoim dawnym życiu Harry nie miałby nic przeciwko temu, by jakiś randomowy mężczyzna mu towarzyszył. Oczywiście w Nowym Jorku spotykanie i wchodzenie w interakcje z randomowymi mężczyznami było dość ryzykowne, bo nigdy nie było wiadomo, czy nie trafiło się na jakiegoś gangusa albo narkomana, którego jedynym celem była kradzież albo gorzej. Niemniej jednak cóż miał w tej chwili do stracenia. Poza tym, pomimo tego, że nie znał blondyna, to nie wydawał mu się on niebezpieczny.
   Na szczęście nie doszło jeszcze do niczego złego, więc powoli zaczął się uspokajać i poziom jego dyskomfortu znacząco spadł. Odkąd został zmuszony do przeprowadzki do Toronto jego paranoja się zwiększyła, nad czym zaczął ubolewać. W Nowym Jorku był nieco bardziej spontaniczny i rozrywkowy i być może jego oferta z dzieleniem się chipsami wynikała właśnie z tego, że jego dawne ja doszło do głosu.
   Im dłużej szli, tym bardziej komfortowo się czuł. Po dłuższej chwili czuł się już pewnie w towarzystwie nieznajomego. Na jego twarzy zagościł nawet lekki uśmiech, gdy tylko usłyszał znajomy odgłos odgazowywanej butelki. Dźwięk otwieranego kapsla wydał mu się w tym momencie całkiem pocieszający i w tej samej chwili zrozumiał, jak może czuć się alkoholik w chwili picia alkoholu, którego odmawiał sobie przez cały dzień. Było to naprawdę uzależniające uczucie. Przyjął od mężczyzny puszkę i przystawił sobie jej szyjkę do ust, by upić pierwszy, nieśmiały łyk.
   Piwo okazało się smaczne i orzeźwiające, chociaż nie było z lodówki. Trochę nad tym faktem ubolewał, niemniej jednak pogoda nie wydawała się odpowiednia do picia zimnych napojów. Spojrzał przed siebie na krajobraz oświetlony lampami ulicznymi. Światło padało jednak tylko na drogę, którą spacerowali, a po swojej prawej stronie mieli nieprzeniknioną ciemność, zupełnie jakby świat kończył się właśnie tuż obok ich stup. Był to kuszący widok, który mówił mu, że wystarczyłoby tylko zrobić kilka kroków w bok, by zanurzyć się w nicości i pozbyć się tego całego bagażu i ciężaru, który spoczywał gdzieś w jego żołądku. Nęciło go to… oddałby bowiem wiele, by na chwilę rozerwać się i zapomnieć o wszystkim. Jego myśli mogłyby dryfować wokół tego tematu długo, niemniej jednak z rozmyślań wyrwał go głos mężczyzny.
   – Ach… – zaczął nagle wyrwany z rozmyślań, chcąc przedstawić się swoim prawdziwym imieniem, szybko jednak przemienił je w westchnięcie. – Harry – stuknął swoją butelką o aluminiową puszką, z której rozległ się dźwięk powstających i pękających bąbelków. Uśmiechnął się w jego kierunku, przyglądając się twarzy mężczyzny teraz oświetlonej pod tak dziwnym kątem, że połowa jego twarzy wydawała się ostra niczym wyciosana z kamienia jakiś równie ostrym narzędziem, podczas gdy druga, skryta nieco w cieniu zdawała się ulepiona z miękkiej i gładkiej gliny. Gdyby był artystą, albo gdyby miał jakikolwiek talent, to pewnie zechciałby namalować jego portret jako obraz dualizmu ludzkiej natury… czy coś. W sumie przyjemniej było myśleć o tym, niż o swoich własnych problemach.
   – Hah – prychnął słysząc jego pytanie, nie dlatego, że uważał je za głupie, ale dlatego, że mężczyzna trafiał w temat, który ostatnimi czasy był mu wystarczająco bliski. – W sumie najczęściej po prostu gapię się na sufit i liczę na to, że szybko zasnę – odpowiedział szczerze. Prawda była taka, że nie miał zbyt wielu możliwości radzenia sobie z bezsennością mieszkając na plebani. Nie mógł wstać z łóżka i oddać się jakimś aktywnością fizycznym, żeby zmęczyć swoje ciało. Jedyne co mógł, to obejrzeć coś na laptopie, chociaż WiFi na plebani było wyjątkowo kiepskie, albo poczytać książki, których wybór również był ograniczony. – A ty? Kładąc się spać staram się po prostu chodzić do łóżka zmęczony – przyznał w końcu, chociaż pomimo pracy, którą robił w kościele i na plebani to jego przyzwyczajony do kilkunastu godzinnych, szpitalnych dyżurów organizm, nie był w stanie traktować tego jako wyczerpujący wysiłek.

Wolfgang Welsh

we're gonna be best friends

: ndz sie 02, 2026 10:46 pm
autor: Wolfgang Welsh
Starte, wysłużone deski deptaka miękko uginały się z każdym kolejnym krokiem. Naniesiony piasek delikatnie szurał pod stopami, a słony zapach wody mieszał się z subtelną wonią towarzysza. Lawendą? Wolfgang mógłby przysiąc, że wyczuł ją, gdy pochylił się w jego stronę oddając piwo. Kojarzyła mu się z rodzinnym domem, z krzewami zasadzonymi przez matkę wzdłuż ścieżki prowadzącej do frontowych drzwi. Z przyjemnością. Z beztroską. Odprężył się, gdy ponownie wdarła się do jego nozdrzy, kiedy Harry przysunął się nieznacznie, by mogli stuknąć się napojami.
– Cześć, Harry mruknął z uśmiechem rozciągniętym na wąskich wargach. Pozwolił sobie na kilka przeciągłych spojrzeń, rzucanych pomiędzy sylwetką rozmówcy a pogrążonym w mroku widokiem deptaka, jakby sam nie był jeszcze w stanie zdecydować, który widok przyciągał go bardziej. Delikatny wiatr targał czarne kosmyki chłopaka tuż nad czołem. Był niższy i o wiele młodszy, jego twarz wciąż miała młodzieńczy, chłopięcy wyraz z łagodnymi rysami.
Westchnął ciężko na odpowiedź nieznajomego, bo jego słowa nie przyniosły mu odpowiedzi, której poszukiwał. Czy naiwnie liczył, że Harry poda mu nieznane dotąd remedium na bezsenność? Może odrobinę.
– Taaaak – przeciągnął słowo, zawierając w tej jednej sylabie całe zrezygnowanie, jakie czuł w sobie względem swojej przypadłości. – Też tak czasem robię, ale gapienie się nie pomaga – wyznał ponuro, odgarniając włosy za ucho, odsłaniając tym samym trzy małe kolczyki w kształcie złotych kółeczek.
Krótki, lecz rozbawiony śmiech wyrwał się z jego ust na zasłyszane pytanie. Odchylił głowę w górę, by popatrzeć na chwilę na ciemne niebo gęsto upstrzone gwiazdami. Mógłby mu opowiedzieć o wszystkich sposobach, które stosował, by poradzić sobie z bezsennością. O drinkach, ćwiczeniach, czytaniu, słuchaniu audiobooków, dotyku własnej dłoni na ciele. O tych wszystkich beznadziejnych, bezskutecznych metodach. Lecz nie miał na to siły. Nie chciał rozwodzić się nad swoimi porażkami.
– Najwidoczniej to odpowiedział z rozbawieniem, zataczając wolną ręką w powietrzu, by podkreślić, że ma na myśli tę konkretną sytuację. Ich wspólny spacer, drinki w dłoniach, szum wody rozbijającej się o brzeg, czyjaś o b c a obecność u boku.
Odwrócił głowę w jego stronę, pozwalając sobie na nieskrępowane spojrzenie. Błękitne oczy błądziły chwilę po tej młodzieńczej twarzy. Lubił ten typ urody u mężczyzn, ten chłopięcy urok, który sprawiał, że upływający czas nie dodawał im lat, lecz obchodził się z nimi łagodniej, wygładzając ostre krawędzi i pozostawiając miękkość rysów. Przesunął wzrokiem po jego sylwetce, zatrzymując się na chwilę na dużych dłoniach pokrytych gęstą siatką niebieskich żył przebijających przez skórę.
– Skąd jesteś, Harry? – Zagadnął lekko, sięgając do paczki po przekąskę. – Nie brzmisz jak Kanadyjczyk – zauważył wkładając do ust chipsa. Ziemniak przez chwilę chrupał między zębami, zanim go przełknął. – No, może po prostu nie brzmisz jak ktoś urodzony w Toronto – dodał po chwili namysłu kierując swoje spojrzenie na ścieżkę przed nimi. Nie było zresztą niczym dziwnym, większość osób zamieszkujących miasto nie pochodziła nawet z Kanady, a Toronto spłynęło ze swojej wielokulturowości. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, by wydobyć z nich paczkę papierosów i za pomocą zębów wysunął jednego z nich. Potrząsnął paczką, zwracając na nią uwagę Harry’ego w niemym pytaniu chcesz też jednego? Po chwili błysk z zapalniczki zalśnił w półmroku, rozświetlając na ułamek sekundy fragment twarzy i dłoń, a cichy trzask kółka odbił się pomiędzy jego oddechem a szumem wody, gdy niewielki płomień zatańczył na wietrze zanim spotkał się z końcówką papierosa. Drewniany smak tytoniu rozszedł się po jego ustach, wdarł w płuca wraz z rześkim, kanadyjskim powietrzem po to, by za chwilę poszybować ku niebu w postaci szarego dymu. Niesiony wraz z wiatrem znad wody owiał ciemną czuprynę chłopaka.
– Masz jakieś ulubione miejsce w mieście? Osobiście kocham obserwatorium – odgiął głowę, by móc popatrzeć w niebo, automatycznie namierzając Lirę dzięki jasno świecącej Wedze. – Organizują nocne obserwacje astronomiczne i, o Boże… - urwał i westchnął lekko, jakby pozbywał się jakiegoś zachwytu, którego nie potrafił ubrać w słowa. – To jest m a g i c z n e. –


Harry Dillion

we're gonna be best friends

: pn sie 03, 2026 7:04 pm
autor: Harry Dillion
      Chodząc po deptaku czuł się, jakby spacerował po miękkim mchu. Nie był przyzwyczajony do natury, bo jako nowojorczyk jedyną naturę, jaką oglądał to Central Park. Spacerując teraz po deptaku czuł się przez chwilę jakby szedł leśną, miękką dróżką, nawet jeśli sceneria zupełnie odbiegała od wyobrażeń. Było jednak przyjemnie. Podobała mu się taka ucieczka od życia. Było to wyjątkowo spontaniczne i w sumie przypominało mu również jego życie w Nowym Jorku, gdzie pozwalał sobie na taką spontaniczność znacznie częściej i chętniej. Brakowało mu takiej beztroski i chwili wytchnienia od udawania.
   – Wiesz, w sumie to masz lekki vibe kompozytora – przyznał, odwracając od niego swoje spojrzenie, które to skierował na deski deptaka. Pomimo tego, że nie były one równe i pewnie łatwo było się potknąć, to on zrobił to dlatego, żeby ukrócić swoje wgapianie się w mężczyznę. Musiał przerzucić spojrzenie na coś innego i deski były jedynym sensownym obiektem. Pomimo przyjemnej atmosfery, deptak nie miał zbyt wiele do zaoferowania, co w sumie stało się niezwykle przyjemnym pretekstem do tego, by skupić się na swoim towarzyszu. Jego towarzystwo, chociaż niespodziewane, okazało się przyjemną odskocznią.
   – Spodziewałeś się czegoś lepszego, co? – zapytał retorycznie, bo nie potrzebował od niego odpowiedzi. Już sama mina blondyna była wystarczającą odpowiedzią. Zaśmiał się. – Moja babka zawsze mówiła, że jak człowiek nie może zasnąć to po prostu nie jest zmęczony – kiwnął głową z poważną miną. Cóż… po części pewnie mógłby się z nią zgodzić, ale nie zawsze była to prawda. Bezsenność rządziła się swoimi prawami. Niewątpliwie jednak ruch, intensywny wysiłek pomagał. Tak samo jak odpowiednie środki farmakologiczne, którymi wspierała się chociażby jego babka. Harry jednak nie brał niczego, więc najczęściej po prostu leżał na łóżku i pozwalał na to, by sen go po prostu odwiedził.
   Na kolejne pytanie nie odpowiedział od razu. Domyślił się, że w końcu ono padnie, jednak nie spodziewał się, że tak szybko i bez dania mu możliwości na przygotowanie się do odpowiedzi. Przystawił sobie butelkę do ust i pociągnął kilka powolnych łyków, przez co opróżnił połowę zawartości. Jebany akcent, jedyna rzecz, której nie był w stanie zmienić i udawać. Oblizał usta, hdy jego wargi przestały dotykać szkła.
   – Moi rodzice pochodzą z Vancouver, a ja urodziłem się w Maine, wróciliśmy do Kanady gdy miałem osiemnaście lat, a od kilku miesięcy mieszkam tutaj – odpowiedział, przygotowanym przez specjalistów scenariuszem. Oczywiście mogli wymyślić każdą inną historię, jednak przez sam wgląd na to, że nie był w stanie udawać akcentu innego niż ten amerykański, to jego pochodzenie było dość łatwe do ustalenia. Sam fakt, że postanowiono wpakować go do Stanów i pozwolić żeby tam się wychowywał sprawił, że mógł w ten sposób tłumaczyć braki w swojej wiedzy na temat kanadyjskiego życia. Chociaż wiedzę tę stopniowo i sprawnie uzupełniał.
   – Nie miałem okazji odwiedzić obserwatorium… – zastanowił się. Nie miał okazji odwiedzić sporej ilości miejsc, więc nie wiedział dokładnie, co mógł odpowiedzieć. Zastanowił się jednak nad tym przez chwilę, pozwalając by cisza, która zapadła była przerywana jedynie miękkimi odgłosami ich kroków. – Jestem wikarym i organistą w kościele Świętego Jana – zaczął, jakby to miało po części tłumaczyć, dlaczego nie miał okazji na zwiedzanie. – Anglikańskim – wyjaśnił, żeby uniknąć niekomfortowych spojrzeń. Anglikanie mieli nieco bardziej liberalne podejście co do tego, jak mieli zachowywać się księża niż katolicy, za co Harry był wdzięczny. – Byłem jednak w Akwarium Ripleya – przypomniał sobie. Była to pierwsza atrakcja, którą odwiedził i do której zabrał go proboszcz kościoła. Spodobało mu się oglądanie morskich stworzeń, którymi normalnie nigdy by się nie zainteresował.
   – No a ty, kim jesteś? – odbił piłeczkę, przerzucając uwagę na mężczyznę, o którym zresztą również niewiele wiedział.

Wolfgang Welsh

we're gonna be best friends

: czw wrz 03, 2026 10:42 pm
autor: Wolfgang Welsh
Wolfgang uśmiechnął się. Szczerym, pełnym uśmiechem ukazującym dołeczki w policzkach i parsknął cichym śmiechem.
– Och, to przez imię? Poza nim ja i mój stary kumpel Mozart nie mamy za wiele wspólnego– rzucił przykładając puszkę do ust. – Nie jestem wielkim fanem muzyki klasycznej – dodał, ale gdy słowa opuściły jego usta serce zabiło szybciej, kiedy pojął, że nie były prawdą. Był fanem muzyki klasycznej. Pod warunkiem, że grał ją Montgomery Morin. Przez lata zdążył wyprzeć z siebie ten fakt o tym zapomnieć, ale koncert, na który zaprosił go Monty, najwyraźniej zdołał obudzić w nim starą fascynację. Oczywiście, nie samą muzyką. To było nieco bardziej skomplikowane.

D o ś ć.


Nie miał sił myśleć o szatynie. Łatwiej było skupić się na tym, co było teraz. Na miłym niespodziewanym towarzystwie, które go intrygowało swoim lawendowym zapachem, długimi palcami zaciśniętymi na szklanej, ciemnej butelce z piwem i czarnymi kosmykami targanymi przez lekki wiatr.
– Twoja babka musiała być zajebistą optymistką – stwierdził kręcąc głową, bo babulinka najwyraźniej nigdy nie musiała zmagać się z tą cudowną przypadłością, przez którą człowiek o trzeciej w nocy znał na pamięć każdy szczegół własnego sufitu – pajęczynę w rogu, brudny ślad wokół lampy, a nawet pociągnięcia pędzla widoczne pod warstwą farby. W jego głosie nie było jednak słychać zniewagi, raczej psotną, zaczepną nutę. – Mówiła jeszcze coś ciekawego? Sprzedasz mi jeszcze jakieś babcine rady? – Będąc szczerym, nie miałby nic przeciwko kilku dodatkowym historiom. Może nawet więcej niż kilku. Zwłaszcza jeśli oznaczałoby to, że rozmowa potrwa jeszcze trochę.
W milczeniu przyglądał się, jak Harry pociągnął kilka łyków z butelki, a na jego twarzy pojawiło się delikatne napięcie, jakby pytanie Wolfganga wprawiło go w lekkie zdenerwowanie. Niebieskie spojrzenie mimowolnie osiadło na ustach czarnowłosego. Na chwilę. Potem na kolejną. O tę jedną, cholerną sekundę za długo. Przyglądał się, jak Harry przesuwa językiem po dolnej wardze, zbierając z niej resztkę piwa i widok ten wydał mu się wyjątkowo interesujący. Zmusił się więc, by przenieść wzrok wyżej, na jego czoło, robiąc to jednak na tyle powoli, by nie zdradzić swojego nagłego zakłopotania i swoim popłochem nie uczynić sytuacji niekomfortowej.
– Och, to chyba całkiem spora zmiana, hm? – zapytał łagodnym, niezobowiązującym tonem nie chcąc wprawiać swojego towarzysza w zakłopotanie. – Zmiany nie zawsze są łatwe, więc… – Urwał na chwilę, szukając odpowiednich słów. Zmiany, nawet jeżeli były chciane, często nie przychodziły lekko, Wymuszały pozostawienia za sobą rzeczy, do których człowiek zdążył nawyknąć – ludzi, miejsc, własnych rytuałów, a nawet własnej cząstki, która żyła tamtym życiem. - … nie musimy kontynuować tego tematu. – Wzruszył ramionami, jakby chciał tym samym zrzucić z nich temat.
– Koniecznie musisz nadrobić. Świetne miejsce. Czasem organizują nocne zwiedzanie, pozwalają patrzeć na niebo przez teleskopy, uczą o gwiazdozbiorach i kosmosie… Z jednej strony można poczuć się jak dziecko, lecz jak się jest wystarczająco sprytnym, to można rozegrać tam naprawdę interesującą randkę. – Cichy, ciepły śmiech wydobył się z niego, gdy przypomniał sobie randki ze swoim byłym mężem, który jako dziecko pragnął zostać astronautą. I choć jego marzenie nie spełniło się, dzięki czemu ich drogi mogły przeciąć się w wojsku, to zawsze z dużym sentymentem podchodził do tej niespełnionej wizji przyszłości, co wzbudzało w Wolfgangu sporą dawkę czułości. To właśnie Adam pokazał mu obserwatorium, do którego zabierał go na randki i uczył gwiazdozbiorów.
Jak zawsze na myśl o zmarłym mężu jego serce przeszyło delikatne ukłucie bólu, nie na tyle mocne, by odebrać oddech, lecz na tyle silne, by na moment ściągnąć uśmiech z twarzy. Jego ręka odruchowo powędrowała ku ukrytej pod bluzką obrączce zawieszonej na złotym łańcuszku. Musnął kciukiem jej kant, pozwalając sobie poczuć na moment tę znajomą tęsknotę, lecz zaraz pospiesznie podniósł ją ku ustom, by zaciągnąć się papierosem.
– O Boże, serio? – Zapytał, nie mogąc ukryć zaskoczenia. – To znaczy… przepraszam, nie chciałem wymieniać jego imienia nadaremno – zreflektował zaraz, nie będąc pewnym, czy właśnie swoimi słowami nie uraził księdza. – Aha… - dodał kiwając głową jakby informacja o tym, że Harry był anglikańskim wikarym miała mówić mu coś więcej. Nie mówiła. Nigdy nie był za blisko z Bogiem i nie uważał się za człowieka uduchowionego. – To znaczy, że jesteś nieco bardziej… liberalny? Dasz radę usprawiedliwić mnie u szefa za to, że zbluźniłem, ale jestem za to całkiem niegroźny i mam dobre intencje? – Parsknął nieco nerwowym śmiechem. – Wybacz – dodał zakłopotany własną reakcją i tym razem to on upił kilka łyków alkoholu, niemal zerując puszkę. – Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiałem z duchownym prywatnie i nie wiedzieć czemu, trochę mnie to zestresowało. – Może dlatego, że miał całkiem sporo na sumieniu? Zaciągnął się znów papierosem, wyjątkowo głęboko i wolno wypuścił dym ku niebu.
– Jestem prywatnym detektywem – przyznał, a w jego tonie dało dosłyszeć się echo niechęci. Lubił swoją pracę, lecz liczył, że agencja będzie zbierała większe profity. W rzeczywistości liczba zleceń nie rozpieszczała go, co najprawdopodobniej między innymi przekładało się na jego problemy ze snem. Miał jeszcze trochę oszczędności, lecz niechętnie po nie sięgał, nie chcąc zbyt szybko pozbywać się finansowej poduszki bezpieczeństwa. Nigdy nie wiadomo było, kiedy przyjdzie gorszy miesiąc, a Wolfgang zdecydowanie nie należał do ludzi, którzy potrafili spokojnie patrzeć, jak saldo na koncie niebezpiecznie zbliża się do zera. – Nie jest to tak ekscytujące jak w filmach – dodał unosząc kącik ust w krzywym uśmiechu. – Czasem przez kilka godzin obserwuję czyjegoś męża, jak wychodzi z kawiarni z niewłaściwą kobietą. Czasem szukam zaginionego członka rodziny. Nie ma tego zbyt wiele… -

Harry Dillion

we're gonna be best friends

: pt wrz 04, 2026 7:35 pm
autor: Harry Dillion
   Również się uśmiechnął.
   – Tak, przez imię – przyznał, kiwając głową. Nie był oryginalny, musiał to przyznać. Niemniej jednak nic innego nie przychodziło mu do głowy. Z zaskoczeniem zauważył, że rozmowa z nieznajomym przychodziła mu z wielką swobodą. Nie musiał zastanawiać się. – Nie sprawiasz takiego wrażenia, wybacz – powiedział, wzruszając ramionami. W sumie nie miał okazji mu się przyjrzeć. Nie chodziło o samą twarz, ale o całą sylwetkę. Nie był osobą, która lubiła się wgapiać w innych, ale jednocześnie lubił rozmyślać na temat tego, z kim tak właściwie miał do czynienia. Wolfgang był facetem miłym i o luźnym usposobieniu, a przynajmniej to zdołał z niego wyczytać. Jego wygląd i sposób poruszania się mówił, że z jednej strony mógł mieć klasyczną duszę, a z drugiej, że pracował fizycznie. Jego chód był twardy, mocno stąpał po ziemi, ale jednocześnie w swoim kroku zachowując lekkość, która gryzła się z mocą kolejnych kroków.
   Spojrzał na niego, przesuwając wzrok na jego usta, gdy przykładał sobie do nich swoją puszkę. Następnie zsunął spojrzenie na swoje stopy i ziemie, która się pod nimi przesuwała. Nie spodziewał się, że pytanie o babkę w jakikolwiek sposób go poruszy. Powinien był jednak to przewidzieć. Ze swoją babką nie miał zbyt wielu ciekawych wspomnień, bo kobieta zmarła zanim ukończył podstawówkę, a w dzieciństwie nie spędzał z nią zbyt wielu chwil. Był za mały i zdecydowanie zbyt nieświadomy tego, jak wielkim skarbem była możliwość obcowania z kimś, kto zdołał przeżyć wiele lat. Mógł się sporo od kobiety nauczyć. I był przekonany, że staruszka mówiła mu różne rzeczy, jednak teraz były one zakopane gdzieś w jego pamięci. Wiedział jednak, że prędzej czy później wrócą one do niego, zwłaszcza że Wolf, swoim pytaniem, wbił w jego umysł łopatę, którą Harry mógł teraz kopać.
   – Moja babcia była nauczycielką, więc była pełna takich mądrości – zaśmiał się. Wielu z tych mądrości jeszcze nie pamiętał, jednak wiedział, że jego babcia rzeczywiście była nauczycielką. Gdyby nie nowotwór, który ją zaatakował z nienacka, to pewnie teraz cieszyłaby się radością płynącą z emerytury. Chłopak nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek narzekała na swoją pracę, ale wiedział, że była ona dla niej męcząca. Kobieta ogólnie dużo odpoczywała. Teraz wiedział, ze było to spowodowane trawiącą ją chorobą, która zaczęła ją wyniszczać jeszcze zanim wszyscy dowiedzieli się, co się z nią działo. W sumie to właśnie ze względu na to, że jego babka był a taka chora, Harry postanowił zostać lekarzem. Z onkologią jego drogi szybko się jednak rozeszły, zwłaszcza gdy było się zestawionym z różnymi pacjentami, a widok terminalnie chorych dzieci nie działał na niego najlepiej.
   – O, babcia zawsze mówiła mi, że powinienem spać w skarpetach, bo przez gołe nogi uciekają dobre sny – zaśmiał się, przypominając jej odpowiedź na zadane przez niego pytanie, dlaczego nie pamięta, co mu się śniło. Nie był przekonany, czy staruszka wierzyła w te akurat słowa, ale jej odpowiedź sprawiła, że przez dość długi czas faktycznie chodził do łóżka w skarpetkach.
   – Nie są łatwe, ale czasami bywają potrzebne – odpowiedział mu. Z jednej strony nie chciał kontynuować tego tematu. Nie chciał rozmawiać na temat zmian, które zaszły w jego życiu, zwłaszcza że nie wynikały one z jego działań. No, w sumie były one konsekwencjami tego, co zdecydował się zrobić, jednak Harry nie spodziewał się, że zmiany zajdą aż tak daleko i sięgną jego życiorysu. O tym jednak nie mógł rozmawiać, więc zwarł swoje wargi w wąską linię, jakby nie chciał, żeby coś z nich wypłynęło. – U ciebie też coś się zmieniło? – zapytał, zauważając zmianę w jego zachowaniu. Był dość empatyczny, a praca lekarza uczulała na pewne zachowania i ich zmiany. Przyjrzał mu się uważnie. Nie chciał naciskać, ale nie chciał udawać, że nie był ciekawy.
   Wolfgang wydał mu się interesującym mężczyzną. Nie tylko dlatego, że był atrakcyjny, ale był dość tajemniczy.
   – Nie przejmuj się – zaśmiał się, widząc jego zakłopotanie. Jemu osobiście to nie przeszkadzało i w sumie nie wiedział nawet, jak miał się zachować w takich sytuacjach. W końcu tak naprawdę nie był księdzem, więc mało go obchodziło, w jaki sposób inni grzeszyli. – Niezbyt się różnię od siebie sprzed chwili – powiedział, jakby chciał zaznaczyć, że wiadomość o tym, kim był nie powinna wpłynąć na zachowanie mężczyzny względem Harry’ego. Rozumiał go jednak doskonale. On sam pewnie też czułby się dziwnie i niezręcznie będąc świadomym tego, że rozmawiał z duchownym. Czasami jeszcze do tej pory ciężko mu było zaczynać rozmowę z proboszczem, u którego mieszkał.
   – Brzmi wystarczająco ekscytująco dla mnie – kiwnął głową, odwracając się do niego tak, że teraz szedł przed nim tyłem. Uśmiechnął się w jego stronę. – Ale nie sądziłem, że detektywi tak szybko się stresują – zaśmiał się teraz, kręcąc głową i o mało nie potknął się przez to o własne nogi.

Wolfgang Welsh