I will save your life
: ndz lip 19, 2026 7:59 pm
trigger warning
wulgaryzmy, narkotyki004
Większość ludzi myśli, że jak się mieszka na ulicy, to trzeba jebać na kilometr szczynami i potem. Bzdura. Stellan robił wszystko, żeby tak nie skończyć. W miarę możliwości zaliczał miejskie szalety albo darmowe łaźnie dla bezdomnych, mył się, jak tylko mógł, i prał ciuchy w rzece albo publicznych pralniach za parę groszy, które udało mu się wyżebrać lub ukraść. Chciał zachować chociaż resztki godności. Poza tym czysty bezdomny wzbudza mniejsze podejrzenia, kiedy kręci się blisko ludzi. Łatwiej wtopić się w tłum. A kiedyś wtapiać się nie musiał. Miał mieć wszystko: prywatne studia, świetną pracę, luksusowe życie, ale w wieku dwudziestu trzech lat stwierdził, że ma dość złotej klatki i zapragnął samodzielności. Chciał pokazać rodzicom, że bez ich portfela też sobie poradzi. No i pokazał. Wystarczyło, że raz noga mu się powinęła. Stracił pierwszą robotę, nie miał na czynsz, a zamiast zacisnąć zęby, zaczął szukać drogi na skróty. Towarzystwo, imprezy, trawa, potem coś mocniejszego na pobudzenie, aż w końcu obudził się z igłą w ręce. Wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wylądował w rynsztoku. Dosłownie i w przenośni. Mógłby teraz wrócić do domu. Wiedział, że matka pewnie zapłakałaby się ze szczęścia, a stary wyłożyłby kasę na najlepszy odwyk, ale wstyd był silniejszy. Prędzej zdechnie z głodu, niż spojrzy im w oczy i powie, że mieli rację.Właśnie wracał od swojego dilera. Jax to bezwzględny chuj, u którego nie ma zmiłuj ani brania na krechę, ale dzisiaj miał farta. Dwie godziny wcześniej pod galerią podszedł do jakiegoś zamyślonego kolesia w gajerze. Gość gadał przez telefon, a z tylnej kieszeni spodni wystawał mu portfel. Szybki ruch, i trzymał portfel w rękach, po czym zniknął w tłumie, zanim facet w ogóle zorientował się, co się stało. W środku było trzysta dolców. Od razu poleciał do Jaxa i teraz trzymał woreczek głęboko w kieszeni, kurczowo zaciskając na nim palce. Czuł, jak pot spływa mu po plecach, a serce bije jak oszalałe. Kiedy jesteś na głodzie, nie myślisz o niczym innym. Świat staje się czarno-biały, a jedynym celem jest dotarcie do bazy, gdzie nikt ci nie przeszkodzi. Jego bazą była ślepa uliczka za SIstering, które jak na ironię zajmowało się bezdomnymi, ale babkami. Dla niego to idealne miejsce, bo było dalekie od policyjnych patroli i innych ćpunów, którzy chętnie zrobiliby komuś krzywdę za te kilka gramów towaru. Szedł szybko, bo liczyło się tylko to, co miał w kieszeni. Czuł już ten moment, kiedy hera wejdzie w krew, a cały stres, wstyd i ból po prostu znikną, zastąpione przez ciepłą obojętność.
Kiedy jednak wyłonił się zza rogu budynku, zamarł. Kilkanaście metrów przed Stellanem, dokładnie na starych kartonach, trzech kolesi właśnie kopało jakiegoś chłopaka. Normalnie w takiej sytuacji odwróciłby się na pięcie i spieprzał, gdzie pieprz rośnie. Ulica szybko uczy najważniejszej zasady: nie wtrącaj się w nie swoje sprawy, jeśli chcesz pożyć trochę dłużej. Jakieś porachunki, długi za ćpanie, kradzieże – tutaj każdy walczył o swoje i wchodzenie komuś w drogę zazwyczaj kończyło się tragicznie. A on miał przecież priorytet - czekający w kieszeni towar. Cofnął się o krok i schował w cieniu kontenera na śmieci. Chciał po prostu przeczekać, aż skończą go okładać i pójdą w pizdu, zostawiając wolną przestrzeń. Patrzył na to jednak przez dłuższą chwilę i coś zaczęło się w nim łamać. Faceci byli wyjątkowo brutalni. Tamten chłopak nawet się nie bronił. Leżał zwinięty w kłębek, trzymając ręce na głowie, próbując tylko chronić twarz przed kolejnymi uderzeniami butów. W świetle migającej latarni zobaczył jego twarz. Był młody. Na oko miał może z osiemnaście lat. Wyglądał na całkowicie bezbronnego dzieciaka z dobrego domu, który pewnie przez przypadek zapuścił się w te rejony albo podpadł niewłaściwym ludziom i poczuł skurcz w żołądku. To był ludzki odruch, który myślał, że już dawno w sobie zabił. Zrobiło mu się go cholernie żal. Zobaczył w nim siebie sprzed lat – kogoś, kto mógł popełnić błąd, ale na pewno nie zasłużył na to, żeby zostać zatłuczonym na śmierć w jakimś zasyfionym zaułku. Z jednej strony miał w kieszeni bilet do raju, na który ciężko pracował, ryzykując wpadkę. Chciał tylko usiąść, wbić igłę i zapomnieć o całym syfie. Z drugiej strony wiedział, że jeśli teraz stąd odejdzie albo będzie biernie patrzył, ten chłopak umrze, a jego śmierć pójdzie na jego sumienie. Wstyd, który nosił zmieszał się z poczuciem winy, które dopiero miało nadejść. Nie mógł na to pozwolić. Nie dzisiaj.
- Ej, zostawcie go, chuje! Pały już jadą, właśnie po nich zadzwoniłem! - wrzasnął, wychodząc z cienia prosto w ich stronę, a faceci natychmiast przestali kopać chłopaka i odwrócili się w jego kierunku. Zobaczył w ich oczach zaskoczenie, a chwilę później wściekłość.
Coś ty powiedział, szmaciarzu? Chcesz być następny?
- Słyszałeś, kurwa! - nie ustępował, choć serce waliło mu młotem. Wyciągnął z kieszeni rękę, udając, że trzyma w niej telefon. Wiedział, że ryzykuje jeśli zorientują się, że blefuje, ale ulica nauczyła go jednego: musisz być pewny siebie, nawet jak masz pełne gacie. Goście wymienili szybkie spojrzenia, bo dobiegł z oddali dźwięk syreny policyjnej. Ruszyli szybko w stronę alejki, znikając za rogiem, po drodze śląc jeszcze groźby pod jego adresem. Dopiero kiedy usłyszał, że ich kroki całkowicie ucichły, wypuścił powietrze z płuc. Spojrzał na leżącego na ziemi chłopaka, zwiniętego w kłębek, a towar w kieszeni palił żywym ogniem, jednak wiedział, że teraz nie może go tu zostawić.
- Żyjesz czy nie? - zapytał, starając się mówić spokojniej, żeby go nie straszyć. - Wezwać pomoc? Karetkę, cokolwiek? Mów, kurwa, bo nie wiem, co robić.
młody podopieczny gówniak