Strona 1 z 1

In the air tonight

: pn lip 20, 2026 10:20 pm
autor: Valentin Vega
Miły kierowca ubera poczęstował ich chusteczkami i próbował zagaić jakąś rozmowę. Proponował nawet, że zawiezie ich do szpitala, jeśli potrzebują, ale nie czuli się tak źle. Nie mieli też ochoty na czcze gadki, więc w samochodzie zapanowało milczenie, rozproszone tylko dźwiękiem przyciszonego radia. Właśnie leciało In the Air Tonight Collinsa i jak żaden kawałek, pasowało do tej sytuacji doskonale.
Val przyciskał chustkę do zranionej wargi i patrzył przez okno na wieczorne Toronto, mające w dupie jego rozterki i obite żebra. Miał wrażenie, że nawet Theo ma je w dupie. Bo może tak było?
Nie miał pojęcia, co z tym zrobić. Jak poradzić sobie z nagłą pustką w sercu wywołaną jego słowami. Jak walczyć o coś, co nie miało sensu nie tylko w oczach świata, ale nawet samych zainteresowanych? To nie było normalne i nigdy nie będzie. Nieważne jak bardzo starałby się przekonywać o tym siebie i tę część świata, której w ogóle mógł to powiedzieć.
Może czas, by wreszcie powiedział to głośno.
Był dodatkiem, przyjemną używką. Jak butelka drogiej whisky wypijana po trochu w zaciszu czterech ścian w zależności od humoru; potem zamykana pod kluczem, żeby nikt czasem nie posądził jej posiadacza o alkoholizm. Zapewnienia o miłości, wspólne mieszkanie, plany, były jedynie zasłoną dymną dla prawdy. Mydleniem oczu i kneblem, który od miesięcy kurewsko go dławił.
Nie chciał wracać do domu. Nie chciał nazywać tego miejsca domem. Nie chciał...
Samochód zatrzymał się pod ich kamienicą. Val spojrzał na znajomy budynek i skrzywił się, od razu tego żałując. Zraniona warga piekła jak sam skurwysyn.
Wysiadł, mrucząc ciche podziękowanie. Nie oglądał się na Theo, kiedy szedł do drzwi. Przebierze się z zakrwawionych ciuchów, weźmie kilka potrzebnych rzeczy i pojedzie do siebie. Nie miał ochoty dzisiaj tu być. Zresztą, taka prawda, że nigdy nie czuł się tu jak w domu. To był ich dom. Ich przestrzeń, którą on czasem odwiedzał pomiędzy koncertami i wyjazdami. Z całych dwóch lat ich związku, mieszkał tu może jedynie połowę tego czasu.
A jednak gdy otworzył drzwi i uderzył w niego znajomy zapach, było mu po prostu przykro. Tak cholernie przykro, że nie mógł się zwyczajnie odciąć. Powiedzieć - pierdolę was - i wyjechać. Mógłby to zrobić. Tylko... co potem? Co z dobrymi chwilami? Co z planami, wspólnymi marzeniami, co... z miłością? Przecież w tym wszystkim była prawdziwa. Po jego stronie, zawsze była prawdziwa.
Całe szczęście, że Queen'a nie było jeszcze w domu. Nie zniósłby jego moralizatorskiego tonu, albo co gorsza, gdyby przyznał Theo rację. Może innego dnia, ale nie dzisiaj. Dzisiaj miał ochotę wyć.
Wszedł do salonu, ściągając przez głowę koszulkę. Na czerni nie widać było plam krwi, ale ktoś mu ją rozerwał i była wymiętoszona łapami, których wspomnienia nie chciał na sobie mieć.
Nie oglądał się na partnera, chociaż czuł za sobą jego obecność. Nie miał mu już nic do powiedzenia. Theo dobitnie obwieścił dzisiaj własne stanowisko, więc on nie zamierzał udawać, że nie słyszał. Albo, że to wszystko było tylko nieporozumieniem wykrzyczanym w złości. Właśnie dlatego lubił kłótnie. Podczas nich ludzie mówili dokładnie to, co czuli. Bez filtrów. Bez upiększania. Przynajmniej to jedno było w tym wszystkim dobre. Prawda. Ostatecznie, tylko ona miała znaczenie.
Kiedy wrócił z garderoby w czystych ciuchach, Theo stał przy otwartym oknie jak cholerna postać z opery mydlanej. Taki był, kurwa, biedny. Taki nieszczęśliwy w tym swoim doskonałym życiu, mając dosłownie wszystko, czego pragnął. Robotę, którą lubił, dwa twarde fiuty na zawołanie i tyle hajsu, że wychodziło mu bokiem. I jeszcze śmiał zgrywać cierpiętnika?
- Co, zamierzasz skoczyć? Mam dzwonić do Queen'a? - sarknął złośliwie, bo przecież kto jak kto, ale ich facet doskonale radził sobie z samobójcami. - Co ty w ogóle odpierdalasz, co?
Nie zbliżył się, bo cholera wie, może Theo naprawdę odwaliło i zamierzał zrobić coś głupiego. W końcu dzisiaj robił same głupie rzeczy.

Theodore Tellier

In the air tonight

: pn lip 27, 2026 10:31 pm
autor: Theodore Tellier
Szybko zapomniał o bólu promieniującym pod okiem, bo na jego miejsce przyszedł nowy – zrodzony w okolicy żołądka, gdy pięść jednego z mężczyzn trafiła go w brzuch. Nie miał czasu, by poświęcić mu uwagę, bo zaczęło mu doskwierać otarcie na prawej dłoni, w miejscu, w którym skóra zetknęła się z ustami i zębami napastnika. Wszystko działo się bardzo szybko, a wyrzut adrenaliny nie pozwalał na dokładne rejestrowanie wydarzeń, rozmywając szczegóły i detale w jedną, chaotyczną smugę ruchów, bólu i urwanych dźwięków, lecz Theo mógłby przysiąść, że jego przeciwnik wypluł na chodnik krew zmieszaną ze śliną i kawałek zęba. Frustracja, którą czuł po kłótni z Valem wydawała się uchodzić z niego z każdym jednym ciosem. I było to cholernie wyzwalające, zupełnie nowe i niepokojąco satysfakcjonujące. Koniec nadszedł o wiele za szybko, pozostawiając w nim poczucie niesprawiedliwości. Chciał w i ę c e j. Więcej uderzeń, szarpnięć, gwałtownych ruchów. Posłusznie jednak poddał się głębokiemu głosowi ochroniarza, który warczał mu nad uchem, że ma natychmiast przestać.

W taksówce skorzystał z kilku chusteczek zaproponowanych przez kierowcę, zapewne bardziej ze strachu, że zaplamią mu tapicerkę, niż z troski, lecz nie przejmował się tym. Przypływ adrenaliny powoli mijał zostawiając roztrzęsione ręce, którymi przyciskał do krwawiącego nosa papier oraz zmęczenie, które zaczynało dopadać go całą bezwzględnością. Bolały go mięśnie, a umysł pogrążał się w ciężkiej, otępiającej pustce. Nie opuściła go ona nawet wtedy, gdy w milczeniu weszli do mieszkania.
W milczeniu przyglądał się sylwetce partnera; jego przygarbionym barkom i zwieszonej głowie – nie w sposób teatralny, lecz subtelny, który był zauważalny jedynie dla kogoś, kto znał go bardzo dobrze – będąc dotkliwie świadom, że dźwigał ciężar jego słów rzuconych w złości.
Jak? Jak mieli pogodzić tak dwie odmienne kwestie? Theodore naprawdę nie potrzebował publicznych deklaracji i gestów, by czuć się kochanym i chcianym. Valentin z kolei pragnął miłości godnej jego muzyki – głośnej, dynamicznej i mocnej. Choć utarczki w kwestii ich relacji i tego, jak powinien wyglądać ich związek, pojawiały się już w przeszłości, nigdy wcześniej żadna nie wydawała się aż tak poważna. Do jego świadomości dochodził jeszcze jeden, niewygodny fakt. Po raz pierwszy nazwał Valentina swoim chłopakiem. Oczywiście, używał tego określenia wcześniej, ale wyłącznie w rozmowach pomiędzy nimi, Quentinem lub znajomymi Vegi, lecz tego wieczoru po raz pierwszy zdeklarował to publicznie. I w jaki sposób? Przed bandą pijanych, agresywnych homofobów? Przed ludźmi, którzy nic nie znaczyli w ich życiu i których już nigdy nie spotkają?

Było mu w s t y d.

Gdy Val zniknął w głębi domu, Theodore podszedł do zamrażalnika, by wyciągnąć z niego kostki lodu, które mogły posłużyć za zimny kompres. Owinął je w kuchenną ściereczkę i przyłożył do opuchniętego oka, czując najpierw przeszywający chłód, od którego mimowolnie syknął przez zęby, lecz po kilku sekundach przywykł do zimna, a ból zelżał ustępując miejsca tępej, uporczywej tkliwości. Otworzył szeroko okno chcąc wpuścić do mieszkania chłodne, nocne powietrze. Liczył, że rześki podmuch choć trochę oczyści mu myśli.
– Pardon? – zapytał nie dosłyszawszy w pierwszej chwili słów muzyka. Gdy jednak ich sens dotarł do niego, mimowolnie napiął ponownie całe ciało, szykując się do kolejnej utarczki. Spojrzał na bruneta z mieszanką irytacji i dezorientacji, bo po pierwsze: miał cholernie dość tej niekończącej się kłótni, a po drugie: nie wiedział o cholerę mu chodzi.
– Co ja odpierdalam? A może zechcesz wytłumaczyć mi, co odpierdalasz ty? – głosem wskazującym na wzburzenie, lecz jeszcze nie na furię. I choć wcześniej był wściekły o podobny ton i nie chciał prowadzić w nim rozmowy, tak zmęczony i przybity rozwojem wieczoru poddał się mu. – Od kiedy, do kurwy nędzy, napierdalasz się z ludźmi tylko dlatego, że są debilami? Myślałem, że już dawno masz ten etap za sobą! Myślałeś, że co niby tym uzyskasz? Popatrz do cholery jasnej na siebie – w ostatnich sylabach było słychać złości, lecz bezsilność podszytą strachem o chłopaka. I choć było ciemno, bo Theo nie zapalił światła, a Val zdążył przebrać ubrania na czyste, to nie sposób było nie dostrzec zarobionych guzów. Z każdym kolejnym słowem nieświadomie zbliżał się do mężczyzny i uświadomił sobie jego bliskość dopiero, gdy niemal zetknęli się torsami.
– Pozwól mi na to spojrzeć, dobrze? – poprosił wyciągając dłonie ku jego twarzy.

Valentin Vega

In the air tonight

: sob sie 01, 2026 1:53 pm
autor: Valentin Vega
Mieszkanie tonęło w półmroku. Przez okna wlewał się jedynie mdły blask ulicznych świateł, rozcieńczony ażurem firan. Val doskonale znał kąt jego padania, tę konkretną plamę, która na moment oświetliła profil Theo, kiedy oderwał się od parapetu i wkurwiony ruszył przez pokój. Prawie jak pod barem, jakby zamierzał spuścić wpierdol nie randomowym homofobom, ale właśnie jemu.
Val rzadko widywał go równie wzburzonego, i chociaż jego złość nie powinna go rajcować, było zupełnie odwrotnie. Wkurwiony Theo był gorącym widokiem, a otarcie na policzku tylko dodawało mu uroku, burząc ten jego perfekcyjny wizerunek grzecznego chłopca. Dlaczego, do cholery, musiał robić z tego problem? Dlaczego nie mógł przyznać, że i jemu przydało się rozładować emocje? Nic na świecie nie potrafiło przecież zastąpić uczucia jakie daje zderzenie pięści z twarzą jakiegoś frajera. No i czy gdyby się bał, to rzuciłby się na tych kolesi? Nie. Zrobił to, bo tego potrzebował. Bo tak, jak on, chciał obronić dobre imię swojego faceta. Nie było w tym nic złego, nie w oczach Valentina, dlatego uśmiechnął się wyzywająco, nie zamierzając ustąpić. Poza tym to nie on był tu jebanym tchórzem, który potrzebował podbramkowej sytuacji, by się do niego przyznać.
Tak, oczywiście że to zauważył.
I było mu przykro, że musiał obić komuś mordę, żeby to usłyszeć. Ale na pewno nie da się znowu sprowadzić do roli degenerata z problemem z agresją. Nigdy nie miał z nią kłopotu, to po prostu oni byli zbyt świętoszkowaci sądząc, że podniesiony głos i danie kolesiowi w zęby czyniło człowieka jakimś zwyrolem.
Od kiedy ja się napierdalam? Kurwa, Theo - parskał i pokręcił głową. W półmroku jego oczy zalśniły niepokojąco - mieszanką złości i fascynacji. – Położyłeś tamtego gościa jednym uderzeniem, hipokryto.
Uśmiechnął się wilczo. To było imponujące. Tak samo jak fakt, że stanął z nim ramię w ramię i z równym zaangażowaniem wymierzał ciosy.
Val mógł być na niego wkurwiony i mieć żal, ale nie umiał być obojętny na jego gotowość do walki. Szkoda tylko, że walczył o ten związek jedynie w taki sposób.
Nie cofnął się, kiedy Theo znalazł się tak blisko, że ich ciała niemal się ze sobą zetknęły. Nie oponował też, gdy sięgnął do jego twarzy, chociaż nie potrzebował pomocy ani rozczulania.
Nic mi nie jest - powiedział tylko, spoglądając mu prosto w oczy. Światła miasta rysowały na ich twarzach kontrasty światłocieni. – Przyznaj, że dobrze było spuścić trochę pary. – Zniżył głos o kilka tonów aż do mrukliwego szeptu. – Nie wiedziałem, że umiesz się bić.
Chwycił za koszulę na jego bokach i powoli przyciągnął go do siebie, niwelując cały dystans. Ciepło ciała przeniknęło przez materiał z łatwością, gasząc ból, jakby było cholernym remedium na wszystko. Val chciał być zły, chciał jakoś ukarać go za wszystko, co powiedział, chciał się odciąć i udowodnić, że nigdy więcej nie da się traktować jak cholerne piąte koło, ale bardziej chciał teraz po prostu mieć go blisko. Czuć, że wcale nie był sam, że wszystko, co wydarzyło się w tym głupim barze było jedynie okrutnym nieporozumieniem.
Nie pieść się ze mną. Mówię, że nic mi nie jest - szorstkim tonem próbował jeszcze ratować swoje stanowisko, ale dłońmi sunął już w dół jego boków, po znajomych krzywiznach ciała. Zacisnął palce na biodrach, przytrzymując go przy sobie, jakby obawiał się, że bez tego Theo się cofnie albo w ogóle zniknie.
W mroku i ciszy łatwiej było o intymność, łatwiej też było przyznać się do uczuć, które w świetle dnia wydawały się idiotyczne, żenujące i zbyt ckliwe. W ciemnościach każde słowo i każdy oddech znaczył więcej, a każdy dotyk czuć było dwa razy mocniej. Val poddał się temu, tak samo jak pragnieniu, by bliskość wyparła złość i zawód. Tak było łatwiej.
Przeproś mnie - zażądał z bólem, błądząc spojrzeniem po jego twarzy, próbując odnaleźć w niej to, co sam czuł. To samo głupie, irracjonalne uczucie, które trzymało ich wszystkich ze sobą. – Za to, co powiedziałeś. Za stawianie mnie w pieprzonej opozycji. – Mocniej wbił palce w jego biodra, dociskając go do swojego ciała. Półmrok ukrywał wiele, ale nie ból w jego spojrzeniu i wypełniającą je determinację.
- A potem powiedz, że mnie kochasz – szepnął ciężko. Wciąż mówił tonem żądania, ale te słowa zmiękczyła bezbronność wobec tego, co czuł i w czym nie chciał być osamotniony. – I że nigdy więcej nie wykorzystasz przeciwko mnie swojego związku z Queen’em.
Ta kwestia sprawiała mu najwięcej cierpienia. Theo musiał to wiedzieć, a jeśli nie, to teraz widział ten ból jak na dłoni, bo Val nie potrafił go ukryć. Objawiał się we wszystkim. W jego napiętej sylwetce, w płonących oczach i kurczowo zaciśniętych na ciele palcach. Nawet w przyspieszonym oddechu, który muskał wargi Theo przy każdym słowie.

Theodore Tellier