lost
: wt lip 21, 2026 12:31 am
- Pokaż mi go, Clyde! - Peach piszczy ze śmiechu na facetime rozmawiając ze swoim chłopakiem Clyde'm, a kiedy ten w końcu idzie posłusznie po jej pieska - śnieżnobiałego szpica - i pokazuje jej tą białą kulkę za którą tak niesamowicie tęskniła, dziewczyna odpala wiązankę afirmującą przesłodkość pieseczka. - Mój ty śliczny, mamusia niedługo wraca do Ciebie, już tak się stęskniłam - mówi przekrzykując szczekanie pieska, a kiedy Clyde pyta, kiedy wraca do Toronto, Peach aż się miło zrobiło na serduszku, że Clyde już tak za nią tęskni (nie wpadła na to, że nie chce już zajmować się jej pieskiem) - No tak na sylwestra myślałam, ale będzie u mnie evencik w ośrodku, na którym musze być. Ale wiesz skarbie, jak tu już będzie po sylwestrze to u was w Kanadzie ty dopiero wstajesz, więc może uda mi się złapać taki samolot.. - nawija bez przerwy i dopiero kiedy pilot poprosił, żeby się rozłączyła (trzeci raz poprosił), to uśmiechnęła się przepraszająco, rozumiejąc, że skoro trzeci raz poprosił to na prawdę już startujemy.
Dopiero wtedy zorientowała się, że w samolocie oprócz niej znajduje się ktoś jeszcze. W rzędzie przed nią ale po drugiej stronie samolotu siedział jakiś mężczyzna. Peach chciała się z nim przywitać, ale ten się nawet nie odwrócił, więc wzruszyła ramionami i otwiera sobie colę zero, gotowa na pełny czilerki półtora godzinny lot.
Cała ta dzisiejsza sytuacja wynikła z jednej wielkiej pomyłki. Zapisała się na ekskluzywny kurs pilatesu, żeby sprawdzić swoją konkurencję, ale dopiero w przeddzień zajęć zorientowała się, że spotkanie wcale nie jest na Bali, czyli na wyspie, gdzie znajduje się jej ośrodek - tylko na oddalonej o półtorej godziny lotu awionetką inną wyspę. Na początku była zrezygnowana i pomyślała sobie, że odpuszcza zajęcia, ale po kilku godzinach zobaczyła, że tamta szkoła ma 3 miliony obserwujących na Instagramie i zaraz dzwoniła do swojego balijskiego consierge, który miał jej załatwić transport. Okazało się, że ten research biznesowy to wcale nie taka tania i prosta sprawa! Miała dwie opcje, lecieć prywatną awionetką z jeszcze jedną osobą, albo płynąć łodzią. Kiedy dowiedziała się jaka jest różnica w czasie, to zaraz zgodziła się na samolot, mimo że nie lubiła tych małych samolocików - dużo pewniej czuła się w tych wielkich. Nawet nie lubiła za bardzo private jetów - po prostu za bardzo trzęsło w takich małych samolotach, a jej szybko robiło się niedobrze. Zdecydowała się momentalnie, uznając, że potraktuje to po prostu jak kolejne doświaczenie w życiu - a nuż się czegoś nowego dowie, na przykład jak tanie potrafią być tu loty pomiędzy wyspami. Przeogromne było jej zdziwienie, że oprócz niej jest tylko jeszcze jedna osoba chętna lecieć i że i tak puszczają samolot, ale szybko okazało się, że to ma sens, gdyż w drogę powrotną samolor miał być pełny.
Jakoś w połowie lotu, kiedy już zaczynała przysypiać, zaczeły dziać się przedziwne rzeczy. Przez okno zobaczyła błysk, potem otoczyła ich ciemność i samolotem zaczęło niemożliwie rzucać. Peach mocno trzymała się swojego siedzenia i siedzenia obok, powtarzając sobie w głowie, że to już na prawdę ostatni raz jak leci takim małym czymś. Że to nie powinno latać, bo nie wytrzymuje z turbulencjami. Coraz mocniej nimi rzucało i przymykała oczy, odnajdując w sobie jakies pokłady wiary, o których nie była świadoma. Z każdą chwilą wydawało się, że jest coraz gorzej, a chaos, który nastał po tym, kiedy nagle zaczęła czuć że spadają był nie do opisania. Peach płakała i chyba śmiała się na zmianę, nic nie pamięta, tylko to jak patrzyła na czubek głowy drugiego pasażera, który też się na nią spojrzał i chyba oboje wtedy zrozumieli, że tak właśnie skończą.
Huk i światło było ostatnim co zobaczyła zanim straciła przytomność.
Mocne światło było też pierwszym co ją obudziło. Przyłożyła dłoń do czoła, które okropnie ją bolało i próbując się osłonić przed tym wielkim światłem. Ból czuła nie tylko w skroni, ale również w uszach w których jej dzwoniło. A może piszczało? To było tak niemożliwe do zniesienia, że zaczęła podjerzewać czy nie straciła już słuchu.
-Co... co się stało... - starają się powiedzieć jej usta, ale sama nie wie czy słyszy co z nich wyszło. Powoli orientuje się, że przed chwilą leciała samolotem. Udaje jej się otworzyć jedno oko i widzi przed sobą kable i bardzo dużo białego dymu. Skąd w samolocie tyle dymu.. ale zaraz, przecież ten samolot spadał??? Obudziła się momentalnie i chce wstać, ale nie może - spojrzała w dół na swój brzuch i widzi, że ta lina, którą jest przywiązana, to tak na prawdę pas lotniczy. Jej dłonie trzęsą się, kiedy starała się go otworzyć. Dym zatyka jej płuca i Peach nie mogła przestać kasłać. Dobrze już wie, że musi zaraz wydostać się z tego... wraku? Znów próbuje się podnieść - tym razem z sukcesem. A kiedy już stoi, dociera do niej, że boli ją wszystko. Ramiona, łokcie, kolana i stopy. A najbardziej gardło od kasłania. I płuca, od braku świeżego powietrza. Mruży oczy szukając wyścia i widzi tego mężczyznę, który siedział w rzędzie przed nią. Niewiele myśląc dotknęła jego ramienia i potrząsa nim niepewna co właściwie się wydarzyło i czy on... czy żyje..
we are going down!
Dopiero wtedy zorientowała się, że w samolocie oprócz niej znajduje się ktoś jeszcze. W rzędzie przed nią ale po drugiej stronie samolotu siedział jakiś mężczyzna. Peach chciała się z nim przywitać, ale ten się nawet nie odwrócił, więc wzruszyła ramionami i otwiera sobie colę zero, gotowa na pełny czilerki półtora godzinny lot.
Cała ta dzisiejsza sytuacja wynikła z jednej wielkiej pomyłki. Zapisała się na ekskluzywny kurs pilatesu, żeby sprawdzić swoją konkurencję, ale dopiero w przeddzień zajęć zorientowała się, że spotkanie wcale nie jest na Bali, czyli na wyspie, gdzie znajduje się jej ośrodek - tylko na oddalonej o półtorej godziny lotu awionetką inną wyspę. Na początku była zrezygnowana i pomyślała sobie, że odpuszcza zajęcia, ale po kilku godzinach zobaczyła, że tamta szkoła ma 3 miliony obserwujących na Instagramie i zaraz dzwoniła do swojego balijskiego consierge, który miał jej załatwić transport. Okazało się, że ten research biznesowy to wcale nie taka tania i prosta sprawa! Miała dwie opcje, lecieć prywatną awionetką z jeszcze jedną osobą, albo płynąć łodzią. Kiedy dowiedziała się jaka jest różnica w czasie, to zaraz zgodziła się na samolot, mimo że nie lubiła tych małych samolocików - dużo pewniej czuła się w tych wielkich. Nawet nie lubiła za bardzo private jetów - po prostu za bardzo trzęsło w takich małych samolotach, a jej szybko robiło się niedobrze. Zdecydowała się momentalnie, uznając, że potraktuje to po prostu jak kolejne doświaczenie w życiu - a nuż się czegoś nowego dowie, na przykład jak tanie potrafią być tu loty pomiędzy wyspami. Przeogromne było jej zdziwienie, że oprócz niej jest tylko jeszcze jedna osoba chętna lecieć i że i tak puszczają samolot, ale szybko okazało się, że to ma sens, gdyż w drogę powrotną samolor miał być pełny.
Jakoś w połowie lotu, kiedy już zaczynała przysypiać, zaczeły dziać się przedziwne rzeczy. Przez okno zobaczyła błysk, potem otoczyła ich ciemność i samolotem zaczęło niemożliwie rzucać. Peach mocno trzymała się swojego siedzenia i siedzenia obok, powtarzając sobie w głowie, że to już na prawdę ostatni raz jak leci takim małym czymś. Że to nie powinno latać, bo nie wytrzymuje z turbulencjami. Coraz mocniej nimi rzucało i przymykała oczy, odnajdując w sobie jakies pokłady wiary, o których nie była świadoma. Z każdą chwilą wydawało się, że jest coraz gorzej, a chaos, który nastał po tym, kiedy nagle zaczęła czuć że spadają był nie do opisania. Peach płakała i chyba śmiała się na zmianę, nic nie pamięta, tylko to jak patrzyła na czubek głowy drugiego pasażera, który też się na nią spojrzał i chyba oboje wtedy zrozumieli, że tak właśnie skończą.
Huk i światło było ostatnim co zobaczyła zanim straciła przytomność.
Mocne światło było też pierwszym co ją obudziło. Przyłożyła dłoń do czoła, które okropnie ją bolało i próbując się osłonić przed tym wielkim światłem. Ból czuła nie tylko w skroni, ale również w uszach w których jej dzwoniło. A może piszczało? To było tak niemożliwe do zniesienia, że zaczęła podjerzewać czy nie straciła już słuchu.
-Co... co się stało... - starają się powiedzieć jej usta, ale sama nie wie czy słyszy co z nich wyszło. Powoli orientuje się, że przed chwilą leciała samolotem. Udaje jej się otworzyć jedno oko i widzi przed sobą kable i bardzo dużo białego dymu. Skąd w samolocie tyle dymu.. ale zaraz, przecież ten samolot spadał??? Obudziła się momentalnie i chce wstać, ale nie może - spojrzała w dół na swój brzuch i widzi, że ta lina, którą jest przywiązana, to tak na prawdę pas lotniczy. Jej dłonie trzęsą się, kiedy starała się go otworzyć. Dym zatyka jej płuca i Peach nie mogła przestać kasłać. Dobrze już wie, że musi zaraz wydostać się z tego... wraku? Znów próbuje się podnieść - tym razem z sukcesem. A kiedy już stoi, dociera do niej, że boli ją wszystko. Ramiona, łokcie, kolana i stopy. A najbardziej gardło od kasłania. I płuca, od braku świeżego powietrza. Mruży oczy szukając wyścia i widzi tego mężczyznę, który siedział w rzędzie przed nią. Niewiele myśląc dotknęła jego ramienia i potrząsa nim niepewna co właściwie się wydarzyło i czy on... czy żyje..
we are going down!