Strona 1 z 3

watch it burn

: wt lip 21, 2026 1:40 am
autor: Aiden O'Cahallan
'Cause all of the small things that you do
Are what remind me why I fell for you
And when we're apart, and I'm missing you


Czuł to do dzisiaj. Ciepły dotyk wokół swojej talii, przylegającą dziewczynę do jego pleców i ciepło, które rozpływało się po jego sercu, gdy czuł ją tak blisko. Czuł błogą przyjemność, gdy nie musiał wybiegać od rana z jej mieszkania i lecieć do pracy, a spędzić z nią chwilę dłużej, nawet jeśli był praktycznie gotowy do wyjścia; bo nadal miał okazję na spokojnie śniadanie, stęsknione przez noc pocałunki i chwilę spokoju, która miała nacieszyć go na długie godziny.

A potem usłyszał trzy słowa.

Aiden… kocham cię.

Do dzisiaj również czuł ten paraliż, który przeszedł przez jego ciało, kiedy to powiedziała. Kiedy wyznała mu uczucia, które miały się nie pojawić. Znowu to zrobił, dając złudną nadzieję, poczucie bezpieczeństwa, chociaż teraz… teraz czuł, że to wszystko było na miejscu. Że jej należało się to dostać, że powinna widzieć świeże kwiaty w wazonie ilekroć poprzednie zdążyły już zwiędnąć, że nie powinna zasypiać sama w pustym łóżku, że powinna na każdym kroku słyszeć, że była piękna, chciana i wystarczająca; bo dla niego była. Była jak spełnienie marzeń, chociaż nie do końca wiedział, że właśnie to próbowała przekazać mu jego wyobraźnia. I szkoda, że uzmysłowił sobie to w momencie, kiedy trzeci dzień ignorował jej wiadomości, bo pierwszego dnia był jeszcze zbytnio przerażony ogromem uczuć, a później było mu głupio za swoje zachowanie.

Było mu tak cholernie głupio.

Gdyby mógł cofnąć się w czasie, to byłby nieco mądrzejszy i od razu by z nią porozmawiał. Nie wyszedłby z mieszkania, nerwowo patrząc na zegarek, który wskazywał jeszcze półtorej godziny do jego najbliższego spotkania z klientem. Mimo to udał, że jest spóźniony, akurat w momencie, gdy kończył dosmażać jej jajecznicę, kiedy odwrócił się do niej, prosząc, żeby zjadła śniadanie i cmokając ją w czoło zanim wyszedł — prawdopodobnie mając ostatni raz przywilej obdarować ją taką pieszczotą.

Przez trzy dni jego serce łamało się na coraz mniejsze kawałeczki, z każdą kolejną wiadomością, którą od niej otrzymywał.


Zrobiłam coś?
Proszę cię, nie rób mi tego
Już nie chcę cię znać

Co on sobie w zasadzie wyobrażał? Że po kilku dniach milczenia, wróci do niej jak gdyby nigdy nic? Że Vita nagle zapomni o swoich uczuciach i wszystko wróci do starego ustawienia? Słów nie dało się cofnąć, Aiden cały czas miał to przeświadczenie, że najważniejsza reguła ich relacji została złamana i to bezpowrotnie. I dziś wieczorem miał naprawdę ogromne załamanie — i jak na zawołanie napisała do niego Eleanor. Vita musiała jej w końcu powiedzieć, że to już przeszłość; bo słowa siostry brzmiały jak ostry sztylet, ale jednocześnie były najbardziej odpowiednią poradą. Powinien iść walczyć, a mimo to leżał na kanapie w salonie i wpatrywał się w wysoki sufit, jakby liczył na to, że odpowiedź nagle napisze się na białym tynku. Czy przeznaczeniem było to, że również Caspian nagle zainteresował się swoimi przyjaciółmi? Że nawet on twierdził, że nie miał nic do stracenia? Że spróbuje walczyć o jej przebaczenie, a jeśli się nie uda…

Serce boleśnie ściskało się na samą myśl, że mógłby ją stracić.

Czy ją kochał?
Nie umiał zadeklarować tak wielkich słów, nie był w stanie przełamać się z miłością, bo wizja ewentualnego skrzywdzenia dziewczyny była wręcz namacalna. Chciał ją. Chciał ją mieć blisko, na wyłączność, bez żadnych ograniczeń, chociaż póki co on sam nakładał na siebie największy ciężar overthinkingu.

W końcu podjął decyzję, która teraz była najbardziej racjonalna — ryzyko.
Jeśli nie spróbuje, to skąd dowie się, czy ma w ogóle jeszcze szanse?

Nie wiedział, co jej powie. Całą drogę starał się wymyślić przemowę, cały monolog, którym obdaruje Vitę, gdy tylko ją zobaczy. Nie wiedział, czy powie jej, że ją kocha. Bo czy kochał? Nie powinien w to wątpić, a mimo wszystko nie był skłonny sprostać tym jasnym oczekiwaniom.

Chciała jego miłości, a on jak największy potwór, nie potrafił jej tego dać.

Wszedł do baru, w którym pracowała i nie przewidział, że zatka go, gdy ją zobaczy. Kręciła się za ladą, robiąc drinki klientom, nie mając zadowolonej miny i był wręcz aż przekonany, że była zła. Oczywiście, że była. Spędził z nią tak wiele czasu podczas tych dwóch miesięcy, że był w stanie rozpoznawać jej emocje. Był w stanie określić, co czuła w danej chwili i coraz lepiej szło mu nawet rozszyfrowywanie, czego potrzebowała. Teraz na pewno nie potrzebowała jego. W końcu spojrzała w dal pomieszczenia, przed siebie, prosto na niego, a te piękne oczy, które tak bardzo uwielbiał, teraz wydawały mu się obce. Szukał w nich choćby cienia znajomego błysku, a zamiast tego czuł się, jakby popełniał przestępstwo, tak śmiało wpatrując się we wzbudzony ocean. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, prawda? Przeszedł bar w kilku długich krokach, nie spuszczając z niej spojrzenia. Wygra tę walkę, nie było innej szansy. — Vita… — zaczął, kiedy podszedł do lady, opierając na niej swoje dłonie i prawie pochylił się nad barem. No zaczęciu się zatrzymał, bo stres odebrał mu mowę. Przez chwilę wpatrywał się w nią z ogromną tęsknotą i wewnętrznie z ogromnym żalem przez to, co zrobił.

Straci ją, straci ją… stracił ją.


— Możemy porozmawiać? — zapytał, chcąc najpierw pokojowo wybadać teren, zanim podejmie poważniejsze kroki, które podsuwali mu wszyscy; bo przyjechał tu w jednym celu. Przyjechał tu odzyskać swoją kobietę.


I close my eyes and all I see is you
And the small things you do


don't leave me

watch it burn

: wt lip 21, 2026 11:54 am
autor: vita holloway
𝚈𝚘𝚞'𝚛𝚎 𝚐𝚎𝚝𝚝𝚒𝚗𝚐 𝚞𝚜𝚎𝚍 𝚝𝚘 𝚜𝚕𝚎𝚎𝚙𝚒𝚗' 𝚒𝚗 𝚊𝚗 𝚎𝚖𝚙𝚝𝚢 𝚋𝚎𝚍
𝙸'𝚖 𝚐𝚎𝚝𝚝𝚒𝚗𝚐 𝚞𝚜𝚎𝚍 𝚝𝚘 𝚝𝚑𝚎 𝚙𝚊𝚒𝚗



Kocham cię.

Nie spodziewała się, że te dwa słowa, które rzekomo miały przynieść szczęście, ulgę, jakikolwiek komfort dla osoby, która była nimi obdarowywana, ale też dla osoby, która je wypowiadała, sprawią, że teraz będzie się ich panicznie bała. Utrzymał ją w przekonaniu, że wszystko to, co mu powiedziała, wszystko, z czym się zmierzyła… to wszystko? Było na nic. Mówiła mu o tym, jak ciężko znosiła odrzucenie. Powiedziała mu, że nie chce tego kończyć. Rozumiała, że złamała zasadę, tę najważniejszą. Nie miała się w nim zakochać. Starała się. Bardzo. Walczyła z uczuciami, które każdego dnia nasilały się coraz bardziej. Każde spojrzenie, każdy moment, w którym jego oczy wpatrywały się w te jej, gdy dotykał jej tak, jakby od zawsze była tylko jego. To, jak ją całował. Nie tylko łapczywie, ale też czule. To, jak się o nią troszczył, żeby jadła w ciągu dnia, dbała o siebie, nie wracała sama do domu po pracy albo po imprezie z dziewczynami. Do cholery jasnej….

jak miała się w nim nie zakochać?

Z początku myślała, że może faktycznie się spieszył. Że po prostu zaskoczyła go tymi słowami i dlatego na nie nie odpowiedział. Może potrzebował chwili. Może musiał to sobie poukładać. Może zaraz napisze. Ale godziny mijały, a cisza robiła się coraz g ł o ś n i e j s z a. Każde zerknięcie na ekran telefonu i brak powiadomień od niego sprawiały, że niepewność rozlewała się po niej coraz mocniej. Drugi dzień przyszedł, a brak odezwu tylko utwierdził ją w przekonaniu, że to jednak przez to, co mu powiedziała. Nie chciał już się z nią widywać, co nie?

Zresztą kto by chciał.
Nie była nic warta.
Nie zasługiwała na bliskość.
Nie zasługiwała na miłość.
Nie zasługiwała na Aidena.


Trzeci dzień przyniósł gorycz zmieszaną z gniewem. Nie rozumiała, dlaczego nie mógł tak po prostu jej odpisać. Cokolwiek. Jedno głupie zdanie, nawet jeśli miałoby złamać jej serce do końca. Spędzili ze sobą tyle cudownych chwil. Mówił, że będzie ją chronił, że będzie przy niej, a w pierwszym lepszym momencie, gdy odważyła się obnażyć swoje uczucia, zrzucając tę całą gardę, którą tak uparcie przed nim trzymała… po prostu ją zostawił.

𝙸 𝚑𝚘𝚙𝚎 𝚢𝚘𝚞'𝚛𝚎 𝚑𝚊𝚙𝚙𝚢, 𝚋𝚞𝚝 𝙸 𝚖𝚒𝚜𝚜 𝚢𝚘𝚞 𝚖𝚊𝚍𝚕𝚢

Boże, jak cholernie za nim tęskniła. Ale dla własnego dobra musiała...

z a p o m n i e ć

Dzisiejszego dnia nie miała ochoty na rozmowy z klientami. Nie miała ochoty nawet zerkać na telefon, bo i tak wiedziała, że nie zobaczy tam wiadomości od tego tchórza. Chwyciła kufel i zaczęła wypełniać go jasnym ale’em, zerkając na klienta, który chwilę wcześniej rzucił komentarz w stylu 'uśmiechnęłabyś się, Vita, złość piękności szkodzi!'. Nawet nie miała siły tego komentować. Posłała mu więc najsztuczniejszy uśmiech, jaki była w stanie z siebie wycisnąć, po czym przesunęła kufel w jego kierunku. - Ej, Vita, to nie twój kochaś? - rzuciła Nadine. Holloway poczuła falę stresu, która przeszyła całe jej ciało tak gwałtownie, że przez moment miała wrażenie, jakby ktoś wylał jej na plecy lodowatą wodę. Powoli zwróciła spojrzenie w kierunku, który wskazała Nadz. I wtedy jej oczy spotkały się z tymi jego. Poczuła się tak, jakby zaraz miała tam zemdleć. Supeł w żołądku ścisnął się boleśnie, a serce... te pieprzone, zdradzieckie serce, od razu zareagowało ekscytacją, jednka po chwili ekscytacja zmieszała się ze złością. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Miała ochotę krzyknąć. Powiedzieć mu, że ma stąd wyjść, a zamiast tego stała tylko w bezruchu, przyglądając się, jak skracał dystans między nimi. Z każdą sekundą miała wrażenie, że zostaje jej coraz mniej powietrza.

''Vita''

Odwróciła spojrzenie. Nie mogła na niego patrzeć. Nie kiedy wymawiał jej imię w ten sposób. Nie miał już do tego prawa. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Starała się przytrzymać łzy w kącikach oczu, bo nie chciała dać mu tej satysfakcji. Nie chciała, żeby zobaczył, jak bardzo ją zranił.

Zignorowała go.

Wzięła zamówienie od mężczyzny siedzącego obok, nawet na O’Cahallana nie patrząc. Zignorowała też jego pytanie o to, czy mogą porozmawiać. Nalała klientowi czystej whisky i przesunęła szklankę w jego kierunku. Dopiero kiedy mężczyzna zapłacił, Vita w końcu spojrzała na ognistowłosego. - O czym chcesz rozmawiać? - zapytała, unosząc głowę wyżej. Starała się mówić spokojnie.- Twoja cisza powiedziała mi wystarczająco - dodała cicho. Przełknęła ślinę, zaciskając palce na blacie. - Jeżeli myślisz, że odzyskasz swoją przyjaciółkę, którą możesz pieprzyć od czasu do czasu, to muszę cię zasmucić. Jej już tu nie ma. - Nie czekała na jego odpowiedź. Zerknęła na Nadine i rzuciła tylko, - Idę na fajkę. - Wyszła zza baru i skierowała się na tyły lokalu i dopiero tam, kiedy chłodne powietrze uderzyło ją w policzki, pozwoliła sobie wypuścić oddech, który trzymała chyba od momentu, w którym go zobaczyła.

Usiadła na skrzynce od alkoholu, wyciągnęła opakowanie papierosów z kieszeni, potem zapalniczkę. Wsunęła cienkiego papierosa między usta i odpaliła go drżącymi palcami. Zaciągnęła się mocno, zamykając oczy, zanim wypuściła dym. Kochała go, ale nie miało to żadnego znaczenia, jeśli w chwili, w której najbardziej potrzebowała zostać wybrana, znowu została odrzucona gdzieś na bok. Już po raz kolejny.
𝙸 𝚗𝚎𝚟𝚎𝚛 𝚔𝚗𝚎𝚠 𝚊 𝚑𝚎𝚊𝚛𝚝 𝚌𝚘𝚞𝚕𝚍 𝚋𝚛𝚎𝚊𝚔 𝚒𝚝𝚜𝚎𝚕𝚏 𝒿𝓊𝓈𝓉 𝑔𝑜

watch it burn

: wt lip 21, 2026 1:35 pm
autor: Aiden O'Cahallan
Told you that I didn't love you
Didn't wanna, but I had to, oh, oh, oh
I know you don't wanna see me
But what if I got down on my knees? Oh, oh, oh


Potrzebował czasu. Musiał to wszystko przekonwertować na swój niezrozumiały język, żeby w końcu zrozumieć, co stracił. Gdy po tych trzech dniach pustka była niewyobrażalnie wielka, nieodpisane wiadomości paliły go w sercu, a mimo to nie wiedział, jak powinien rozwiązać tę sytuację. Z jednej strony rozwiązanie podano mu wręcz na tacy i to przez dwie osoby — rozmowa wydawała się najbardziej logiczna, ale nie umiał skleić swoich myśli i uczuć, żeby nie obciążać jej ciężarem własnej traumy. Już i tak wiele miała na głowie, i tak już musiała trudzić się w życiu z wieloma problemami, a on jak ostatni debil nawarstwiał jej dodatkowych zmartwień. Jeszcze kilka dni temu, leżał z nią w łóżku, gładził jej włosy i słuchał jak mówiła o tym, że była odrzucona — dwa razy. Opowiadała, jak ciężko to znosiła i z jakimi dręczącymi myślami walczyła po popełnieniu błędu, jakim było wzięcie ślubu z osobą, która dała jej namiastkę uwagi. Nie znał Alexisa, a ich relację znał tylko i wyłącznie z tego krótkiego opisu podczas jednego wieczora, jednak usłyszał wystarczająco — wiedział, że przesadził, wiedział, że dał jej za wiele i przede wszystkim dał jej to, czego potrzebowała.

Tylko że on też tego potrzebował i w zamian dostawał to samo.

Uczucie, że jeszcze mogło być dobrze; że nie każdy związek musi kończyć się tak samo i że problemy jego byłej narzeczonej naprawdę nie były jego winą. Vita była inna, zachowywała się inaczej i wyciągała z niego te pozytywne cechy, które bądź co bądź, przez długi czas były przykryte przez warstwę gburowatości i obojętności. Przy niej słońce świeciło mocniej, deszcz był cieplejszy, a każda wspólnie spędzona minuta zyskiwała na ogromnej wartości.

On ją chciał.
Była warta więcej, niż podejrzewała.
Zasługiwała na bliskość i bezpieczeństwo.
Zasługiwała na miłość, szacunek, na małe oraz duże gesty.

ale on nie zasługiwał na nią.


Jak można było złamać komuś tak serce? Bez najmniejszego pomyślunku, będąc tak przejętym własnymi emocjami i traumą, która dalej była zakorzeniona w jego sercu? Wyłączył myślenie nie tak jak powinien, bo zamiast skupić się na teraźniejszości i kobiecie, która ofiarowała mu swoje serce, on dalej żył przeszłością i obawą, że historia lubi się powtarzać; że znowu pokocha i znowu straci. Chociaż czy to właśnie nie miało już miejsca?

Zignorowała go. Obarczyła krótkim spojrzeniem i odwróciła wzrok, skupiając się na swojej pracy, a on dalej tam stał — opierając się dłońmi o blat, uważnie obserwując jej ruchy i skupiając się na profilu pięknej buzi, na której malowało się niezadowolenie jego obecnością. Nie miał zamiaru się stamtąd ruszyć, dopóki nie dostanie tego, po co przyszedł. Chciał z nią porozmawiać i chociaż z małym stopniu usprawiedliwić swoje karygodne zachowanie, chociaż podejrzewał, że nie będzie to łatwym zadaniem. Tym bardziej, że gdy w końcu obdarowała go spojrzeniem swoich pięknych oczu, to jej słowa zaczęły w niego uderzać jak amunicja karabinu. Zmarszczył brwi niezadowolony, gdy wspomniała o pieprzeniu jej; już od dawna ich relacja wykroczyła poza te ramy. Nie dała mu nawet odpowiedzieć. Po prostu wyrzuciła swoje, nie chcąc słyszeć ani jednego jego słowa i poinformowała swoją koleżankę, że idzie na fajkę. Wywrócił oczami, odpychając się od blatu i wyminął go, kierując się do tylnego wyjścia, słysząc za swoimi plecami uwagę drugiej barmanki, że nie może tam wchodzić, na co posłał jej gromiące spojrzenie.

Wyszedł kilka sekund po niej, jak już siedziała na skrzynce i odpalała papierosa. Sama mu kiedyś powiedziała, że nie pali na co dzień. Stresowała się. Cholera, stresowała się przez niego. Podszedł do niej z bijącym mocno sercem, wpierw podejmując w głowie odpowiednie decyzje, aby zachować odległość, nie narzucać jej się… ale po co by mu to wszystko było? Po co miał zachowywać dystans? Dlaczego dalej tłumił swoje emocje i krzyk, aby tylko nikt go nie usłyszał? Był z nią teraz sam; możliwe, że posiadał ostatnią szansę, aby naprawić swoje błędy i uzyskać chociaż częściowe rozgrzeszenie. Nie mógł jej stracić.

If not, then I don't mind if I die
'Cause I'll never find another you


Chwycił papierosa, którego trzymała i zrzucił go na ziemię, krótko przydeptując. Nie będzie niszczyć sobie zdrowia przez jego głupotę. Oparł się o rękoma po obydwóch stronach skrzynki, na której siedziała, nieco zrównując się z nią wzrokiem. I znowu, patrząc w jej oczy, odebrało mu mowy. Co miał jej powiedzieć, żeby mu wybaczyła bez najmniejszego wahania? Oh, wiedział, ale tego nie był jeszcze w stanie zadeklarować. — Zjebałem, okej? Spierdoliłem jak ostatnich tchórz, którym jestem, ale nie bez przyczyny powtarzałem ci tyle razy, żebyś się we mnie nie zakochała. Nie chciałem tego, bo wiedziałem, że cię skrzywdzę, Vita — powiedział spokojnie, ani na sekundę nie spuszczając z niej swojego spojrzenia. — Chciałbym móc udawać, że w tym wszystkim chodzi tylko o seks, ale obydwoje wiemy, że już od dawna nie jest to nasz główny punkt spotkań — dodał ciszej, przysuwając ręce bliżej niej, żeby kciukami delikatnie przesunąć po jej zewnętrznej stronie ud. Ryzykował wiele, że go odepchnie, że to ona teraz go odrzuci, ale to nic; był gotowy nawet na to, gdyby miała sprzedać mu liścia prosto w policzek. — Nie mogę bez ciebie oddychać, iskiereczko. I nie mówię tego po to, żeby zatrzymać cię na siłę, ale żebyś wiedziała, że nie jesteś tylko przyjaciółką, którą chcę pieprzyć — wyszeptał, jakby przynajmniej ktoś mógł ich podsłuchiwać oprócz szczurów plądrujących śmietniki. Wizja jej utraty robiła się brutalnie rzeczywista. Docierało do niego, że nagle i bez zaproszenia, wpadła do jego życia, wdzierając się do jego serca i obejmując tytuł tej jednej i jedynej — miłości życia, o której właśnie się dowiadywał, że nareszcie ją znalazł; ale jak na długo?

baby, pleasе, don't ever leavе me

watch it burn

: wt lip 21, 2026 3:35 pm
autor: vita holloway
𝐼 𝓉𝓇𝒾𝑒𝒹 𝓉𝑜 𝓇𝑒𝒶𝒸𝒽 𝓎𝑜𝓊, 𝐼 𝒸𝒶𝓃'𝓉 𝒽𝒾𝒹𝑒

Naprawdę tego nie planowała. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było zakochanie się w nim. Nie spodziewała się, że w przeciągu prawie dwóch miesięcy aż tak na nią wpłynie. Że będzie wiedział o niej dosłownie wszystko. Miała wrażenie, że rozszyfrował każdy jej gest, każdą mimikę, każdą myśl, która przemykała jej przez głowę, zanim sama zdążyła ją dobrze zrozumieć. Był jej przyjacielem, ale też cudownym kochankiem i bratnią duszą. Zachowywali się jak para już po pierwszej randce, a najgorsze było to, że przychodziło im to naturalnie. A teraz stali oddzieleni od siebie barem. I Vita nie widziała już w nim mężczyzny, w którym tak cholernie się zakochała. W tamtym momencie widziała tylko faceta, który zatęsknił za ich układem. Czy wmawiała sobie rzeczy, żeby poczuć się z tym lepiej? Nie była pewna. Ale świadomość, że mogłaby chociaż trochę ochronić samą siebie, zakładając najgorszy scenariusz, brzmiała lepiej niż danie mu kolejnego powodu do złamania jej serca...

Starała się ignorować dźwięk otwieranych drzwi. Nie chciała nawet na niego spojrzeć, chociaż bardzo ją kusiło. Zaciągnęła się mocniej papierosem, by po chwili odsunąć się do tyłu i spiąć cała, gdy nagle bezczelnie zabrał jej papierosa i tak po prostu zgniotł go butem. Zmarszczyła nos i brwi, posyłając mu gniewne spojrzenie. Dobra. Musiała stąd iść. Tylko że teraz zamknął ją pomiędzy swoimi ramionami, opierając się o skrzynkę, na której siedziała. A ona tkwiła tam tylko, napięta od środka. Serce przyspieszyło, dosłownie łomocząc o żebra. Czuła, jak robi jej się gorąco, gdy wpatrywała się w jego oczy. Wyglądały na zdeterminowane, a zarazem przepełnione żalem?

Siedziała tylko, patrzyła na niego i słuchała tego, co miał jej do powiedzenia. A złość nawarstwiała się w niej coraz mocniej. ZNOWU TO PIERDOLENIE, ŻE MIAŁA SIĘ NIE ZAKOCHAĆ. Czemu ciągle jej o tym przypominał? Czemu? Wiedziała o tym doskonale. Naprawdę nie musiał wbijać jej tego w głowę za każdym razem, jakby sama nie rozumiała, którą zasadę złamała. Irytował ją niemiłosiernie, ale postanowiła wziąć głębszy oddech przez nos, zaciągając się chłodnym powietrzem. I cholera.
Jego perfumami.
Czemu on jej to robił? Czemu się nad nią znęcał? Ścisnęło ją w gardle, kiedy dalej go słuchała. Skoro wiedział, że to nie był główny punkt ich spotkań, to dlaczego ciągle tak bardzo chciał jej udowodnić, że byli tylko przyjaciółmi z benefitami? Czuła się tak cholernie confused. Jakby powoli wyrywał jej serce i deptał po nim, kawałek po kawałku. To bolało. Tak bardzo bolało. Przygryzła policzek od środka, próbując skupić ten ból w jednym konkretnym miejscu. Zaciskała zęby coraz mocniej, byle tylko nie pokazać, że cokolwiek z tego, co mówił, ją ruszało.

Od środka krzyczała. Chciała, poniekąd, rzucić mu się na szyję i go pocałować. Przecież był zaledwie jedno nachylenie się od tego, żeby ich usta znowu się połączyły. Bardzo za nim tęskniła. Tak cholernie, że aż nienawidziła samej siebie za to, jak bardzo jej ciało nadal do niego ciągnęło. Ścisnęła mocniej policzek zębami, spinając się, gdy poczuła jego dotyk na sobie. W tamtym momencie on parzył. Już nie tak jak wcześniej, kiedy to przyjemne, niekomfortowe ciepło nakręcało ją jeszcze bardziej. Teraz zostawiał po sobie nieprzyjemny aftertaste. Coś gorzkiego. Coś, co przypominało jej, że dotyk tej samej osoby mógł kiedyś dawać bezpieczeństwo, a chwilę później rozrywać od środka.

'' Nie mogę bez ciebie oddychać, iskiereczko.''

Nie wytrzymała. Serce zabiło kilka razy mocniej, zanim miała wrażenie, że na moment całkiem się zatrzymało. Nacisk zębów na policzku był już tak mocny, że poczuła charakterystyczny, metaliczny posmak krwi. Zacisnęła pięści, a potem odepchnęła go od siebie otwartymi dłońmi tak gwałtownie, że cofnął się o kilka kroków. - Czemu mi to robisz? - rzuciła, wstając ze skrzynki i podchodząc do niego bliżej. - Uciekasz, ignorujesz mnie, wracasz… - Parsknęła pod nosem z niedowierzaniem, chociaż naprawdę walczyła z tym, żeby po prostu się nie rozpłakać z rozpaczy i bezsilności. Powiedział jej słowa, które potrzebowała usłyszeć, ale jednocześnie wiedziała, że zasługiwała na więcej. - Myślisz, że możesz tak po prostu przyjść, powiedzieć mi, że nie możesz beze mnie oddychać i co... rzucę się na ciebie? - spojrzała na niego ze złością. - Zostawiłeś mnie, Aiden. Samą. - lzy zbierały się w jej oczach i nie chciała ich powstrzymywać. Boże, była taka zła. Podeszła do niego jeszcze o krok i zamachnęła się ręką, chcąc wyładować na nim tę całą złość. Ten gniew. Te trzy dni ciszy, ale tuż przy jego policzku zatrzymała dłoń.

𝓘 𝓬𝓻𝓸𝓼𝓼𝓮𝓭 𝓽𝓱𝓮 𝓸𝓬𝓮𝓪𝓷 𝓸𝓯 𝓶𝔂 𝓶𝓲𝓷𝓭
Nie uderzyła go.
Zamiast tego pogładziła go po twarzy i przez chwilę po prostu trzymała na niej dłoń,- Miałeś mnie chronić - wydusiła z siebie drżącym głosem. - Obiecałeś. - Czuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Powinna już się do nich przyzwyczaić. Odsunęła dłoń od jego twarzy i cofnęła się o kilka kroków. Wyciągnęła kolejnego papierosa z opakowania, przetarła wierzchem dłoni oczy i odpaliła go po chwili, chociaż palce nadal trochę jej drżały.

𝓑𝓾𝓽 𝓲𝓷 𝓽𝓱𝓮 𝓮𝓷𝓭 𝓘 𝓭𝓻𝓸𝔀𝓷

Zaciągnęła się mocno, próbując wepchnąć cały ten ból gdzieś głębiej. - Idź już - powiedziała cicho, nawet na niego nie patrząc. - Naprawdę nie chcę cię więcej widzieć. - Tylko że kłamała. Oczywiście, że kłamała. Pragnęła go. Kochała go. Tęskniła za nim tak bardzo, że aż ją to upokarzało. Ale samo przebywanie z nim... lub pozwolenie mu wracać za każdym razem, kiedy tylko uzna, że znowu nie będzie mógł bez niej oddychać... będzie równało się z niekończącym się rozczarowaniem.
𝓨𝓸𝓾 𝓹𝓾𝓼𝓱 𝓶𝓮 𝓭𝓸𝔀𝓷 𝔂𝓸𝓾 𝓹𝓻𝓸𝓶𝓲𝓼𝓮𝓭

watch it burn

: wt lip 21, 2026 7:55 pm
autor: Aiden O'Cahallan
Did I drive you away?
I know what you’ll say


On miał nadzieję. Złudną nadzieję, że może dzisiejszy wieczór skończy się inaczej — może nie tyle co wspólnym powrotem do mieszkania, ale po prostu że mu wybaczy; że powie, że potrzebuje czasu, przestrzeni, ale odpuści mu. Miał w sobie niesamowite pokłady optymizmu jak na to, że na co dzień był realistą. Każda dobra wizja jednak od niego uciekała, bo widział, że z każdym jego kolejnym słowem jej wyraz twarzy wcale nie łagodniał. Patrzyła dalej rozdrażnionym spojrzeniem i odczuwał nawet w nim pogardę względem jego osoby; bo po dwóch miesiącach dbania o nią, nagle pokazał się od zupełnie innej strony, której sam do końca nie był w stanie kontrolować. Uciekał do głupich przyzwyczajeń, tylko że nigdy nie czuł się z tym źle. Zawsze ignorował, gdy dziewczyny urywały z nim kontakt, nazywając go dupkiem, a jednak teraz było inaczej, skoro stał przed nią, zawzięcie wpatrując się w jej oczy i próbując wyjaśnić jej to, co czuł. A czuł wiele, tylko nie przywykł do opowiadania o swoich uczuciach i szło mu to bardzo, ale to bardzo opornie.

My heart is yours,
It’s you that I hold on to


Spodziewał się, że w końcu przekroczy granicę, ale znowu — łudził się, że będzie inaczej. Nie zapierał się, gdy go odepchnęła, posłusznie odchodząc kilka kroków w tył i spojrzał na nią zbolałym spojrzeniem. Nie, nie, nie, nie, nie mógł jej stracić. Patrzył na nią uważnie, czując jak jego serce niemal wyrywa się z klatki piersiowej przez szybkość uderzeń. — Nie spodziewałem się, że to wszystko tak szybko się potoczy. Nie wiedziałem, że sam tak bardzo będę za tobą tęsknić — wyrzucił z siebie. Zmarszczył lekko brwi. Chciał do niej podejść, chciał wziąć ją w ramiona i po prostu sprawić, żeby zapomniała o krzywdzie, którą jej wyrządził. Rozpaczliwie pragnął tej bliskości i przynajmniej złudnej nadziei, że może będzie jeszcze dobrze, ale nie mógł. Nie mógł narzucać jej swojego dotyku, bo widział, że jej się to nie spodobało. Szanował ją i nie chciał jej dodatkowo krzywdzić niechcianymi gestami. — Nie oczekuję, że się na mnie rzucisz. Wiem, że zjebałem, ale chcę to naprawić — odpowiedział, kiwając przecząco głową. Miała silny charakter, nawet jeśli wydawało jej się, że tak nie było. Ona była ogniem, a on był wodą i teraz też starał się nieco ostudzić jej frustrację, ale… to było ciężkie. Tym razem może jednak nie studził jej emocji, a jedynie działał jak podpałka. — Wiem, przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam — powiedział cicho, patrząc na nią uważnie i serce rozdzierało mu się na pół, gdy dostrzegał łzy w jej oczach. Zamachnęła się, żeby go uderzyć, przez co przymknął oczy, gotowy przyjąć od niej każdy cios.

Nic takiego nie nastąpiło.
Zamiast tego poczuł jej delikatny dotyk na swoim policzku. Poczuł ciarki, gdy krótko go pogładziła i spojrzał na nią z zaskoczeniem. Rozpadł się w jednym momencie.

Miałeś mnie chronić. Obiecałeś.
I łzy, które zaczęły spływać po jej policzkach.

And I know I was wrong,
But I won’t let you down


Wyciągnął ręce, aby ująć jej twarz w dłonie dokładnie w tym samym momencie, kiedy cofnęła się od niego o kilka kroków. Opuścił je bezwładnie wzdłuż swojego ciała, przełykając ciężko ślinę. — Nie zasługuję na ciebie, Vita — rzucił, czując, jak był na krawędzi, żeby do niej podejść. — Wiem o tym, ale jednocześnie łudzę się, że mi przebaczysz. Miałem cię chronić i to nie zmieni się, ale nie umiem obronić cię przed samym sobą — wyrzucił z siebie, postępując w jej kierunku o krok. Wyciągnęła kolejnego papierosa, odpalajac go, ale tym razem nie zareagował w żaden sposób. Po prostu ją obserwował, starając się nie wybuchnąć. Może tak byłoby łatwiej? Wystrzeliłby w kosmos i zawinąłby się z tego świata, nie krzywdząc nikogo, w tym samego siebie.

Naprawdę nie chcę cię więcej widzieć.

Co miał teraz zrobić? Wycofać się? Poddać bez walki? Stał i przyglądał się jej smutnym niebieskim tęczówką, mokrym policzkom i nieznacznie drżącym dłoniom, które przykładały do pełnych ust tego cholernego papierosa. Chciał ją uspokoić, objąć w swoich ramionach i gładząc ją po włosach zapewnić, że od teraz wszystko będzie w porządku; że już nigdy jej nie skrzywdzi. Ale jak mógł to zrobić, skoro tak jawnie go odrzucała? Nie chciała go. Potwora, który nie był zdolny do uczuć.

— Nie jestem idealny, ale postaram się dla ciebie. Zależy mi na tobie, Vita. Nie chcę mieć świadomości, że jestem u ciebie kompletnie stracony. — Nie odszedł, tylko dalej stał trzy kroki od niej, mając nadzieję, że w końcu przekona ją do rozpoczęcia z nim dalszej dyskusji. Że nawrzuca mu dalej prosto w twarz, a potem wypłacze się na jego ramieniu, żeby oczyścić się z tych negatywnych emocji — to był najpiękniejszy scenariusz, jaki był w stanie sobie teraz wykreować, bo w rzeczywistości tylko modlił się o to, aby po prostu go stąd nie wyjebała. Albo żeby nie wyszła, dając mu poczucie, że właśnie wszystko zaprzepaścił.

But I promise you this,
I’ll always look out for you,
That’s what I’ll do.


my little spark

watch it burn

: śr lip 22, 2026 1:03 am
autor: vita holloway
ᴘᴇᴏᴘʟᴇ ꜱᴀʏ ɢᴏᴏᴅʙʏᴇ
ɪɴ ᴛʜᴇɪʀ ᴏᴡɴ ꜱᴘᴇᴄɪᴀʟ ᴡᴀʏ


Przebywanie w jego obecności zazwyczaj działało na nią kojąco.

Uspokajała się. Chciała być blisko niego, dotykać go, wtulać się w niego. Uwielbiała nosić jego koszulki albo bluzy w mieszkaniu, gdy czekała, aż wróci z pracy, bo wtedy miała wrażenie, że był przy niej. Nawet teraz, kilka dni po tym, jak wyszedł i nie wrócił, chodziła i spała w jego koszulkach, a siedząc przed telewizorem, zakładała bluzę, która pachniała nim i jego perfumami. Dosłownie zakładała ją tylko na kilka chwil, nie chcąc, żeby jej zapach na nią przesiąknął. Potrzebowała go. A to była tylko namiastka poczucia, że jednak był tam z nią i jej nie porzucił... Świadomość tego, że została odepchnięta przez jedyną osobę, którą w tamtym momencie traktowała jak najbliższą swojemu sercu, sprawiała, że czuła się, jakby zaraz miała zwymiotować. Niedobrze jej było, kiedy była tak blisko niego. Skręcało ją w żołądku tak mocno, że miała ochotę wić się z bólu, a serce cisnęło się coraz mocniej pod żebrami, jakby krzyczało, że chciało wydostać się na zewnątrz.
Jezu. Czy tak się czuł człowiek, gdy miał złamane serce?
ᴏʜ ʏᴏᴜ'ʀᴇ ɪɴ ᴍʏ ᴠᴇɪɴꜱ
ᴀɴᴅ ɪ ᴄᴀɴɴᴏᴛ ɢᴇᴛ ʏᴏᴜ ᴏᴜᴛ


Spoglądała na niego cholernie smutnym spojrzeniem, bo nie potrafiła z nim rozmawiać. Mówił jedną rzecz, a po chwili drugą. Wzięła głęboki oddech, słuchając go, ale serce wcale nie zwalniało. Biło coraz mocniej, zwłaszcza kiedy usłyszała, że za nią tęsknił. Odwróciła twarz gdzieś w bok, żeby na niego nie patrzeć, przecierając oczy wierzchem dłoni. - Nie tęsknisz. Po prostu się przyzwyczaiłeś do tego, że zawsze jestem obok - rzuciła, pociągając nosem. Nie tęsknił. Nie mógł. Nie chciała pozwolić sobie na taką wersję wydarzeń. Kiedy powiedział, że wie, że zjebał, ale chce to naprawić, westchnęła, bo nie miała już siły tego słuchać. - Co chcesz naprawiać? - zapytała zezłoszczona. - Już nie ma co naprawiać. Złamałam najważniejszą zasadę, zapomniałeś? - Kolejna łza spłynęła po jej policzku zupełnie niekontrolowanie. - To koniec, Aiden. Już za późno na cokolwiek. - Starała się trzymać dzielnie, chociaż każde słowo, którym w niego rzucała, bolało coraz mocniej.

Ciepło jego policzka pod jej dłonią przez moment sprawiło, że chciała więcej. Chciała go przytulić. Chciała również powiedzieć, że tęskniła. Że wcale nie chciała, żeby odchodził. Że nawet jeśli kazała mu zniknąć, to jakaś żałosna część niej nadal chciała, żeby został. Ale nie mogła wpaść w tę samą pułapkę. Nie mogła pozwolić, żeby mężczyzna wykorzystał jej moment słabości. Odsunęła się od niego, zapalając papierosa i zaciągając się nim mocno. Wypuściła dym, patrząc gdzieś w niebo i słuchając go uważnie. Czuła, jak wszystko, co zbudowali między sobą przez ostatnie dwa miesiące, zaczyna umykać im pomiędzy palcami. Oddalało się jak te gwiazdy, którym teraz się przyglądała. Nie potrafiła mu tego wybaczyć.
ᴏʜ ʏᴏᴜ'ʀᴇ ᴀʟʟ ɪ ᴛᴀꜱᴛᴇ
ᴀᴛ ɴɪɢʜᴛ ɪɴꜱɪᴅᴇ ᴏꜰ ᴍʏ ᴍᴏᴜᴛʜ

Nie mogła znowu zrobić tego samego. Dać szanse komuś tylko po to, żeby później zostać odepchniętą na bok. - Gdybyś mnie znał, wiedziałbyś, że do teraz potrafiłam zająć się sobą, nie potrzebuje, żebyś się o mnie martwił - rzuciła cicho. Wzięła jeszcze jedno pociągnięcie, a potem rzuciła papierosa na ziemię i zdeptała go butem. Dopiero wtedy spojrzała na niego.

kochała go

To, jak stał tam, zaledwie kilka kroków od możliwości pocałowania go, z żalem w oczach, prawie sprawiło, że się zawahała. Prawie. Ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Podeszła do drzwi i odwróciła się do niego tylko na moment. - Już więcej tutaj nie przychodź.

ᴏʜ ʏᴏᴜ ʀᴜɴ ᴀᴡᴀʏ 'ᴄᴀᴜꜱᴇ
ɪ ᴀᴍ ɴᴏᴛ ᴡʜᴀᴛ ʏᴏᴜ ꜰᴏᴜɴᴅ

Następnego dnia obudził ją dźwięk telefonu. Dostała e-mail. Mrugnęła kilka razy, przecierając oczy, i przez chwilę po prostu wpatrywała się w ekran, próbując zrozumieć, co właściwie widzi. Była tam cała rozpiska wyjazdu do Vegas i rozprawy sądowej. Wow. Czyli serio się tym zajmował, kiedy się do niej nie odzywał? Poczuła znowu to znajome ukłucie, gdy pomyślała o nim trochę dłużej. W mailu załączone były bilety lotnicze na czwartek, 23 lipca. Nie odpisała mu. Bardzo chciała podziękować, ale wiedziała, że będzie lepiej dla niej samej, jeśli nie będzie utrzymywała z nim kontaktu. Inaczej przecież nigdy się nie odkocha.

𓈒⟡₊⋆∘ 𝟚𝟛𝕣𝕕 𝕁𝕦𝕝𝕪 𓈒⟡₊⋆∘

Przeszła przez odprawę i ruszyła do boardingu. Podała bilet stewardessie, która go zeskanowała, zanim Vita dotarła na pokład i zajęła swoje miejsce przy oknie. Jezu. Już jutro miała rozprawę z Alexisem. Stresowała się, że jechała tam sama, ale z drugiej strony cieszyła się, że niedługo będzie miała wszystko za sobą. Ubrała się w croptop, spódniczkę i kabaretki, no bo było ciepło, halo, i też nie chciała zdechnąć tam na miejscu. Jakiś starszy pan siedział od strony przejścia, próbując do niej zagadać, ale Vita wsunęła tylko słuchawki na kabelku w uszy i puściła muzykę, ciesząc się, że miejsce pośrodku było wolne.

Po jakichś piętnastu minutach wysunęła jedną słuchawkę, żeby w razie czego słyszeć stewardessę. Patrzyła przez okno, gdy po chwili usłyszała męski głos i dźwięk tamtego starszego pana wstającego, żeby ktoś mógł usiąść na miejscu obok. Odchyliła głowę, chcąc zobaczyć, kto będzie jej kilkugodzinnym towarzyszem podróży. I wtedy zobaczyła Aidena. Twarz jej zmarkotniała. Poczuła się, jakby dostała jakiegoś zawału serca. - Nie - rzuciła szybko, odpinając pas i wstając, żeby pomachać do stewardessy. - Przepraszam, czy mogę zamienić się z kimś miejscami?!- jęknęła rozpaczliwie, - Proszę pani, proszę usiąść i zapiąć pasy - syknęła blondwłosa stewardessa. Vita zmarszczyła nos, po czym z ciężkim westchnieniem opadła z powrotem na siedzenie. Spojrzała na Aidena spod byka, zapinając pasy z oburzeniem, - Czemu tutaj jesteś? - prychnęła. Położyła przedramię na jego podłokietniku, odpychając jego ramię na bok. - Zabierasz mi miejsce. - Ah.

To będzie długa podróż.


ᴡʜᴀᴛ ᴅᴏ ʏᴏᴜ ᴛʜɪɴᴋ ʏᴏᴜ ᴀʀᴇ ᴅᴏɪɴɢ ʀɪɢʜᴛ ɴᴏᴡ?

watch it burn

: śr lip 22, 2026 2:44 am
autor: Aiden O'Cahallan
Me and my truth, we sit in silence
Babygirl, it's just me and you
'Cause I don't wanna argue, but I don't wanna bite
My tongue, yeah, I think I'd rather die


Stał i słuchał, jak wmawia mu nieprawdę. Zmarszczył lekko brwi, kręcąc przecząco głową. Nie, nie miała racji. — A możesz nie mówić mi, co czuję? — zasugerował zirytowany. Chwilę zajęło mu ogarnięcie tego wszystkiego; własnych uczuć, zamiarów i potrzeb. I gdyby był niepewny w swoich emocjach, to może zwątpiłby po usłyszeniu jej słów i dwa razy zastanowił się, czy rzeczywiście nie była to kwestia przyzwyczajenia. Teraz jednak stał przed nią i wiedział jedno: cholernie za nią tęsknił i nikt nie był w stanie wmówić mu, że było inaczej. — Nie wiem, Vita, możemy nawet spróbować odbudować na nowo ten cholerny kodeks. Wszystko, byle to nie był koniec — wyrzucił z siebie, czując, że stał na przegranej pozycji. Miał wrażenie, że jeszcze jedno jego słowo, a ona nie odejdzie, a po prostu rozpłynie się w powietrzu jak za pomocą czarodziejskiej różdżki.

To nie był koniec. Jeszcze nie było za późno.

Wait for your love
My love, I'll wait for your love


Bolało go to wszystko. Znał ją i wiedział, że potrafiła najcięższą sprawę załatwić samodzielnie, ale już raz mówił jej, że nie musiała dźwigać całego ciężaru tylko na swoich barkach. Szeptał jej w łóżku, że nie była sama, że miała go na wyciągnięcie ręki — i nawet jeśli teraz był nieco dalej, to nadal nie pozwoliłby jej skrzywdzić. Znalazłby każdego, kto tylko odważyłby się sprawić, że spadłby jej chociaż włos z głowy. Nie przestanie się o nią martwić, nawet jeśli minie dziesięć lat, a im nie będzie dane na nowo poczuć swojego dotyku i usłyszeć ze swoich ust czułego kochanie, vohnyku czy iskiereczko. Sama myśl rozdzierała mu serce na milion kawałeczków.

Nie mógł tego stracić.

A jednak pozwolił jej odejść. Wróciła do środka, a on nie wiedział, czy w ogóle był sens za nią biec. Była zła, a jednocześnie smutna, rzucanie się i błaganie o przebaczenie nie rzucałoby na niego dobrego światła, a może nawet zmniejszyłoby jego i tak już niskie szanse. Dźwięk zatrzaskujących się za nią drzwi boleśnie rozchodził się w jego umyśle przez całą noc. Myślał o tym, co powinien zrobić. Nawet Caspian zainteresował się tą całą sprawą, a skoro kupidyn przemówił i kazał mu lecieć do Las Vegas, to nie mógł się sprzeczać. Wystosował do Vity e-mail, załączając plan podróży, wszelkie informację dotyczące rozprawy i bilety — zupełnie tak, jakby nie planował lecieć razem z nią, tuż na miejscu obok.

Nie mógł kręcić się wcześniej po lotnisku, więc przyjechał na ostatnią chwilę. Kręcił się przy dalszych gate’ach tylko po to, aby go nie zauważyła i nagle nie zrezygnowała z polecenia na rozprawę. Nie chciał zaburzać jej planów, ale przecież obiecał jej pomóc, tak? Obiecał ją chronić i wspierać w tym wszystkim, więc nie wyobrażałby sobie, aby nagle miał ją zostawić. Traktował to jako część walki o nią i o ich relację. I nawet jeśli brzmiało to brutalnie, to miał zamiar nie dać jej o sobie zapomnieć. Dopiero gdy kolejka przed bramkami zmalała, ustawił się na samym końcu i jak się okazało, odprawa poszła sprawnie jak mało kiedy. Po zeskanowaniu jego paszportu, stewardessy przy wejściu ogłosiły zakończony boarding, a on wchodził do samolotu z duszą na ramieniu. Skierował się w stronę swojego miejsca, które było tuż obok niej i spojrzał na nią, po czym przeprosił mężczyznę siedzącego od zewnętrznej strony ich rzędu. — Vita — rzucił, wyciągając w jej kierunku rękę, ale nie dotknął jej. Stali blisko siebie, w ciasnym rzędzie przy siedzeniach i całe szczęście Holloway nie kłóciła się z personelem. Posłał krótki uśmiech naburmuszonej blondynie, po czym westchnął i usiadł na swoim miejscu, również zapinając pasy. Czemu tutaj jesteś? Obiecałem ci pomóc i chronić. Zająć się tą sprawą, żebyś nie musiała się tym martwić — przypomniał jej. Nie był gołosłowny, mimo wszystko dotrzymywał obietnic… nawet jeśli z ich realizacją wyjebał się po drodze na nos. Nie wierzył, że właśnie przepychali się o miejsce na łokieć. Parsknął śmiechem na jej słowa, kręcąc z niedowierzaniem głową. — Jeszcze dwa tygodnie temu lubiłaś, jak zabierałem ci każde wolne miejsce — rzucił przekornie, nieznacznie pochylając się w jej kierunku. Jeszcze dwa tygodnie temu bez problemu chwyciłby ją teraz za dłoń, splatając ich palce razem i rozwiązując podłokietnikowy problem — ba, pewnie w ogóle nie byłby potrzebny, tylko zostałby podniesiony do góry, aby nic zbędnego ich nie rozdzielało. — Nie traktuj mnie jak wroga, jestem tu dla ciebie. Jako prawnik, ale też jako… — urwał. Jako co? Weekendowy lub wyjazdowy chłopak? — Jako wsparcie mentalne. Mówiłem, że zależy mi na tobie i to nie były słowa rzucone na wiatr — dodał, jasno sygnalizując swoje intencje. Nie zamierzał znowu zostawić jej samej. — Stresujesz się? — zagadał, nie chcąc siedzieć z nią w ciszy i chciał łapać okazję póki mógł, czyli dopóki nie odetnie się od niego całkiem, chowając się za słuchawkami w uszach. Cóż, jeszcze dwa tygodnie temu, pewnie słuchaliby czegoś razem.

We can't be friends
But I'd like to just pretend
You cling to your papers and pens
Wait until you like me again

watch it burn

: śr lip 22, 2026 8:26 pm
autor: vita holloway
Why'd you have to go and
make things so complicated?

Przez ostatnie dni bez przerwy odgrywała w myślach ich ostatnią rozmowę.

Możesz nie mówić mi, co czuję?
...wszystko, byle to nie był koniec.


Za każdym razem, gdy przypominała sobie sposób, w jaki to do niej mówił, robiło jej się gorąco. Czuła nieprzyjemny ucisk w żołądku i sercu jednocześnie. Tak bardzo chciała wtedy się odwrócić i powiedzieć mu, że to wcale nie był koniec, ale przecież nie mogła dłużej kłamać, prawda? Chociaż jej serce wręcz krzyczało, żeby po prostu wbiegła w jego ramiona, pocałowała go i powiedziała, że może poczekać. Że da mu czas, aż będzie gotowy, aż w końcu zrozumie, czy ją kochał. Tylko czy zasługiwała na to, żeby czekać? Czy zasługiwała na relację, w której była traktowana w taki sposób, że momentami przestawała być pewna nawet samej siebie? Strach przed odrzuceniem już raz w jego przypadku się ziścił. Przecież już ją zostawił. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki czy jakoś tak to szło. Vita nie należała do osób, które wierzyły w podobne przesądy, ale może w końcu powinna zacząć, co nie? Gdyby tylko wiedziała, zamykając wtedy za sobą drzwi, że jeszcze go zobaczy. I to w najmniej oczekiwanym miejscu.

You come over unannounced
Dressed up like you're somethin' else

Nie no, to była jakaś telenowela. Nieśmieszny żart. Jakaś chora akcja, w której znalazła się pomiędzy młotem a kowadłem, a w tej chwili konkretnie pomiędzy Aidenem a, kurna, oknem, którego za cholerę nie mogła otworzyć. ON JĄ TUTAJ ZAMKNĄŁ. UWIĘZIŁ. PORWAŁ. Nawet ucieczka pomiędzy siedzeniami nie wchodziła w grę, bo po pierwsze, nigdzie by nie uciekła. Po drugie, dostałaby opierdol od stewardessy, która i tak przed chwilą w miarę grzecznie poprosiła ją, żeby usiadła i zapięła pasy, ponieważ zaraz mieli startować.
No pięknie.
Zaplanował to, szczwany lis.

Spojrzała na niego, mrużąc oczy, gdy zapinała pasy. Miała ochotę pacnąć go dłonią przez tę jego rudawą czuprynę. UGH. Odwróciła wzrok i wbiła go w okienko po swojej lewej stronie, starając się wybadać, czy znajdowała się tam jakaś rysa albo pęknięcie, przez które jednak mogłaby się wydostać. Spojrzała na niego ponownie, kiedy zaczął mówić coś o pomocy, chronieniu i całym tym blablablabla. Przewróciła oczami centralnie przed jego twarzą, żeby dobrze widział, jak bardzo brała sobie do serca te kolejne puste słowa, które właśnie uderzyły w jej bębenki uszne.

No to ten, no.

Zerknęła na swoje uda i jego nogę, które przez ścisk panujący w samolocie nieustannie się ze sobą stykały. A fakt, że musiał się oczywiście wypsikać tym cholernie seksownym perfumem, przez który traciła jakikolwiek rozum, to już była zupełnie inna sprawa. No pogrywał z nią. Zacisnęła zęby i wbiła paznokieć w jego bok. - Jeszcze dwa tygodnie temu nie bawiłeś się w Houdiniego, Aiden - prychnęła, odwracając twarz, gdy pochylił się w jej stronę. Kurde. Była zła. Wkurzona. Dlaczego więc gdzieś wewnątrz cieszyła się, że siedział tuż obok?

NIE, NIE, NIE, NIE. Nie mogła tak myśleć.
BYŁA ZŁA. ZRANIŁ JĄ.
Teraz miała być silna i się do niego nie odzywać.

Wzięła głęboki oddech. - Traktuję cię jak diabła, który uwięził mnie w tej ciężkiej puszce z blachy bez możliwości wyjścia przez następne pięć godzin - odparła z rozpaczą. - Czy to jest czyściec, czy już piekło? - Wydobyła z siebie teatralne westchnienie i opadła ciężej na siedzenie. - Boże, no umrę... - dodała. - Wsparcie mentalne? Aiden, proszę cię, ja się tutaj zaraz uduszę tym pasem bezpieczeństwa. - Spojrzała przez okno na skrzydło samolotu, gdzie dostrzegła, że jakaś jego część poruszała się w przedziwny sposób. No kurwa, serio umrą. - Boże, słyszałeś o takiej kobiecie z UK? Podobno rozkojarzyła się podczas nocnych zmian fanfikami z jakimś Benjaminem i Kieranem, a potem źle wyprodukowała części do samolotu, który później się rozbił - rzuciła. Wyprostowała się gwałtownie i wbiła plecami w siedzenie, gdy samolot zaczął wznosić się z niesamowitą prędkością. No i ten, no... Jakoś tak jej dłoń, chcący albo niechcący, odnalazła dłoń Aidena. Splotła ich palce i zacisnęła je mocno, jednocześnie zaciskając powieki. Po chwili zorientowała się, co właściwie zrobiła. Zerknęła na niego spod przymrużonych powiek, - Ani słowa. - burknęła, ściskając mocniej jego dłoń i wcale jej nie puszczając. No bo dalej trzęsło tym pieprzonym samolotem, a ona się bała, dobra?

Po chwili odezwał się starszy mężczyzna, który siedział obok Aidena. - Ach, zakochani. Nie ma co się kłócić, każdą awanturę da się rozwiązać. Jeszcze młodzi jesteście - stwierdził z ciężkim westchnieniem. Vita uchyliła jedno oko. - Ale my nie...-Nie zdążyła dokończyć, bo staruszek natychmiast wszedł jej w słowo. - Ach, pamiętam te czasy, kiedy kłóciłem się z moją piękną Anabel. Nieraz chciała mi przywalić, bo byłem głupcem, ale zawsze walczyłem. Zawsze mi wybaczała. - Vita zacisnęła usta, nie bardzo wiedząc, jak powinna na to zareagować. - Akurat dwa tygodnie temu odeszła - dodał po chwili mężczyzna. - Jadę ją odwiedzić na cmentarzu, bo jestem teraz w sanatorium w SilentCity XD (ciechocinek). Westchnął głęboko, a Vita powoli otworzyła drugie oko i zerknęła na Aidena. No super. Zrobiło jej się ciepło na sercu. Zupełnie wbrew niej i w najmniej odpowiednim momencie. Nadal przecież była zła. Nadal ją bolało. Nadal nie zamierzała tak po prostu mu odpuścić tylko dlatego, że jakiś smutny staruszek postanowił urządzić im w samolocie lekcję o miłości niczym z THE NOTEBOOK. KURNA PRZYPOMNIAŁ JEJ SIE ICH POCAŁUNEK W DESZCZU... NO NIEŹLE. Zamknęła więc oczy z powrotem, wciąż mocno ściskając jego dłoń, mimo że samolot już dawno przestał się trząść. Szczegóły, prawda?

𝚠𝚑𝚢 𝚊𝚛𝚎 𝚢𝚘𝚞 𝚖𝚊𝚔𝚒𝚗𝚐 𝚝𝚑𝚒𝚗𝚐𝚜 𝚜𝚘 𝚌𝚘𝚖𝚙𝚕𝚒𝚌𝚊𝚝𝚎𝚍?

watch it burn

: czw lip 23, 2026 2:48 am
autor: Aiden O'Cahallan
My heart it can never get closure
Don't leave, I don't wanna start over
Never lose someone as good as I know you
Don't leave, I don't wanna start over


Jeśli tak wyglądały porwania, to mógł je urządzać przynajmniej kilka razy w tygodniu. Co prawda, miał dość wąskie grono osób godnych tego… no w zasadzie ograniczało się ono do jednej, właśnie porwanej osoby. I okej — może nie postąpił do końca fair, nie informując jej o swojej obecności podczas lotu i o samym fakcie, że zamierzał uczestniczyć w tej zwariowanej podróży, ALE dzięki temu miał pewność, że Vita nie zrezygnuje, nie przebukuje biletów ani nie będzie kombinować na milion innych sposobów, aby tylko go przechytrzyć i pokazać, że nie był jednak taki cwany. Informacja o jego obecności naprawdę nieznośnie piekła go w język, ale nie mógł. Nie mógł dla dobra tej sprawy.

A skoro był Nickiem Bajerem ze Zwierzogrodu, to określenie szczwany lis naprawdę bardzo dobrze do niego pasowało. Szkoda tylko, że Judy Hops nie rozpoczęła wcześniej śledztwa.

Pierwsze wystawienie jego cierpliwości odbyło się już w pierwszej minucie ich rozmowy, kiedy Vita wywróciła oczami na jego słowa. Zignorował to, biorąc głęboki wdech i ciężko wypuszczając go przez usta. To był tylko początek… początki zawsze bywają trudniejsze. Naprawdę liczył, że z biegiem rozmowy przyjdzie mu łatwiej dogadać się z brunetką i może wybaczy mu chociaż część swoich przewinień.

Siedzieli tak blisko, a jednak tak daleko. Brakowało mu chwycenia jej za rękę czy położenie dłoni na jej udzie, gdzie palcem bawiłby się jej kabaretkami, przy okazji dostając raz na jakiś czas upomnienie, że jeszcze porobi dziury w oczkach. Oprócz tej całej emocjonalnej kwestii, to tęsknił za jej fizyczną obecnością; kiedy była obok, kiedy kreślił wzory na jej delikatnej, miękkiej skórze i kiedy jej ciepło tak przyjemnie przylegało do jego ciała. Tęsknił za nią w każdym najmniejszym calu, w każdym możliwym aspekcie, ale jego rozgrzeszenie nie było jeszcze wystarczające. Miał tylko nadzieję, że nie będzie ono ciągnąć się przez następne milion lat; chciałby z nią celebrować wspólne życie, a nie słyszeć słowa wybaczenia na łożu śmierci. — Teraz jestem tutaj i ta zabawa nie będzie mieć już miejsca, okej? — zapytał niepocieszony tym, jak go nazwała. Koniec z ucieczkami, koniec z unikaniem odpowiedzialności. Był tu, aby skonfrontować rzeczywistość i nie wracać z pustymi rękoma — droga powrotna mogła wyglądać tak, jak ta teraz. Chciał trzymać ją za rękę i nie miał zamiaru puścić, dopóki nie dotrą do domu.

— Ale czy wepchnąłem cię tutaj siłą? Z tego co mi wiadomo, weszłaś na pokład o własnych siłach, więc wcale cię nie uwięziłem w tej puszce — rzucił, gdy przyrównała go do diabła. — Będziesz wracać z Vegas, będąc jak w niebie — zauważył, bo przecież lecieli tam po to, aby odetchnęła z ulgą. Poczuła, jak to fantastycznie jest być znowu wolną. Jej słowa zadziałały na niego w zły sposób — znowu to robił, zamiast pomagać to pogłębiał problemy. Zamiast wspierać i być tą stałą, to ściągał na dno, nieświadomie zmuszając Holloway do większej ilości zmartwień. — Vita… — rzucił cicho, patrząc na nią uważnie. Czy coś przegapiał? Czy czegoś nie dostrzegał? To wszystko to był wymysł jego wyobrażeń. Wdech, wydech. Na pewno tylko tak po prostu to powiedziała. — Żartujesz — wyrzucił z siebie niedowierzaniem. — Dociągnęli tę sprawę do końca? Rzeczywiście to była wina źle wyprodukowanych części? — zapytał, kręcąc w szoku głową. Kto by pomyślał, że los mógł przybrać taki obrót spraw? A potem i ich samolot zaczął gwałtownie przyspieszać, żeby zaraz wzbić się w górę i osobiście Aiden uwielbiał to uczucie — wbicia w fotel i ekscytacji wznoszenia się w przestworza. Wiedział, że najwięcej wypadków było właśnie podczas startowania i lądowania, a mimo to najbardziej lubił uczucia towarzyszące przy obydwóch czynnościach. Zaraz jednak poczuł rękę na swojej nodze i po chwili zgrabne palce zaciskające się wokół jego większej dłoni. Bała się latać? Nawet nie pomyślał o tym, żeby się o to zapytać. Sam zacieśnił uścisk ich dłoni, kciukiem uspokajająco gładząc jej wierzch i zgodnie z życzeniem, nie skomentował jej czynów. Nie miał serca drwić z niej, gdy się czegoś obawiała, więc robił tylko to, co cały czas obiecywał — wspierał ją, po prostu cierpliwie przy niej trwając.

Gdy samolot nieco wyrównał pion, dalej nieco wzbijając się w górę, ale już w zdecydowanie spokojniejszy sposób, usłyszał głos mężczyzny siedzącego obok. Czy tak właśnie wyglądali? Jak zakochana para, po prostu kłócąca się ze sobą o coś nieznaczącego?

...ale zawsze walczyłem. Zawsze mi wybaczała.

Te słowa ścisnęły nieco jego serce. Przyglądał się mężczyźnie, który zaraz kontynuował opowieść o swojej żonie, informując o jej śmierci i swoich losach. — Moje kondolencje — odpowiedział, posyłając mu smutny uśmiech. Staruszek pokiwał głową, machając ręką, jakby chcąc go odpędzić, chociaż po jego oczach Aiden dostrzegał, że ten temat był tak samo wrażliwy jak dzień po utracie ukochanej. — Więc nie traćcie czasu na głupoty, dzieciaki. Miłość to dar od losu, który podtrzymuje nas przy życiu. Wspierajcie się, zamiast się kłócić — rzucił, zanim wyciągnął ze swojej torby krzyżówki i skupił się na nich. Te kilka zdań utwierdziło go w przekonaniu, że nie siedział tutaj bez powodu. Biegł za ukochaną, żeby pokazać jej siłę swoich uczuć, nawet jeśli nie umiał ich nazwać. Spojrzał na Vitę, która ponownie zamknęła swoje oczy, a ich dłonie w dalszym ciągu tkwiły w tak samo mocnym uścisku. Pociągnął za sobą jej rękę do góry, przykładając wierzch jej dłoni do swoich ust i krótko ją muskając, jednocześnie tych gestem zwracając na siebie jej uwagę. — Ja też zawsze będę walczyć, wiesz? — powiedział na tyle cicho, żeby go usłyszała, ale żeby w gwarze samolotu te słowa pozostały pomiędzy nimi. Spojrzał jej głęboko w oczy, z bliska podziwiając błękitne niebo, które w jej tęczówkach było piękniejsze niż to, co byliby w stanie dostrzec również za oknem. Odłożył ich ręce z powrotem na jej nogi, nie puszczając ich, a jedynie cicho wzdychając. — Obiecałem się zająć tą sprawą, a więc jestem — przypomniał jej, po czasie nawiązując do tych dywagacji o piekle i czyśćcu. — Daj mi szansę. Wiem, że proszę o wiele, wiem, że cię skrzywdziłem, ale daj mi naprawić to cholerne wyjście po mleko. Gdyby to wszystko to było tylko i wyłącznie przywiązanie, to po tygodniu zacząłbym się czuć lepiej, a wcale tak nie jest — wyrzucił z siebie. Teraz to nie miała wyjścia, musiała go posłuchać. — Chcę ciebie — dodał, nie spuszczając z niej swojego spojrzenia. — Potrzebuję ciebie. Tak samo szalenie mocno, jak przez ostatnie dwa miesiące.

Tylko czy ona jeszcze go chciała i potrzebowała?

please want me

watch it burn

: czw lip 23, 2026 1:45 pm
autor: vita holloway
𝚝𝚑𝚊𝚝'𝚜 𝚖𝚎, 𝚑𝚒𝚍𝚒𝚗𝚐 𝚒𝚗 𝚊 𝚍𝚛𝚎𝚊𝚖
𝚜𝚘 𝚍𝚎𝚎𝚙𝚕𝚢 𝚝𝚑𝚊𝚝 𝙸 𝚌𝚊𝚗'𝚝 𝚠𝚊𝚔𝚎 𝚞𝚙


Zabawne, jak w ciągu zaledwie dwóch miesięcy zdołali cofnąć się dokładnie do tego samego miejsca, w którym znajdowali się na samym początku znajomości. Wtedy również przewracała na niego oczami, nie chciała go słuchać i uważała, że był irytujący oraz wpychał nos tam, gdzie absolutnie nie powinien. Tylko że już wtedy, zupełnie tak jak teraz, walczyła z tym trudnym do opisania pragnieniem, żeby go pocałować. Różnica polegała na tym, że teraz zdążyła go poznać. Znała jego nawyki. Wiedziała, co lubił, co go drażniło i co dokładnie należało powiedzieć, żeby wymusić na nim reakcję, która jemu zupełnie się nie spodoba, a jej za to sprawi ogromną satysfakcję. Wtedy nie miała jednak świadomości, że był również zdolny tak po prostu ją porzucić. A mimo to, nawet teraz, kiedy na niego patrzyła, nie potrafiła pozbyć się tego irytującego poczucia, że kurde...

Tęskniła za nim.
Chciała go.
Pragnęła go.
Potrzebowała go.

Westchnęła, nie odrywając od niego wzroku. - Skąd mam mieć tę pewność, Aiden? - zapytała, zwyczajnie zmęczona tym wszystkim. Nie wiedziała, czy rozsądne byłoby ponownie mu zaufać i zapomnieć o tym, jak ją potraktował. Czuła w sobie nieustanny konflikt, walkę pomiędzy rozsądkiem a uczuciami, które nadal do niego żywiła. Rozsądek mówił, żeby odeszła. Serce wciąż należało do niego.

𝚊𝚗𝚍 𝚝𝚑𝚊𝚝'𝚜 𝚢𝚘𝚞 𝚑𝚘𝚕𝚍𝚒𝚗𝚐 𝚘𝚗 𝚝𝚘 𝚖𝚎
𝚜𝚘 𝚜𝚠𝚎𝚎𝚝𝚕𝚢 𝚠𝚑𝚎𝚗 𝚠𝚎 𝚕𝚘𝚜𝚎 𝚌𝚘𝚗𝚝𝚛𝚘𝚕


A potem otwierał tę swoją cholerną buźkę, podważał jej słowa i jeszcze śmiał odbijać piłeczkę, kiedy ona chciała sobie po prostu na niego pomarudzić. Chyba miała do tego prawo, co nie? Ponownie przewróciła oczami i wypuściła powietrze z płuc. - nic nie było mówione o tym, że ty też tutaj będziesz - prychnęła. - A w niebie znajdę się dopiero wtedy, kiedy będę jak najdalej od ciebie. - Słowa zasmakowały gorzko na końcu jej języka. Kurwa. Nie powinna była tego mówić. Wcale tak nie myślała, ale była zła, a teraz było już za późno, żeby je cofnąć. Tak naprawdę cieszyła się, że siedział obok i że mogła zrobić to wszystko właśnie z nim. Tylko że wciąż pozostawało to jedno cholerne 'ale', które nie dawało jej spokoju. Drażniło ją, męczyło i sprawiało, że przy nim nieustannie czuła się spięta. Dlatego rzucała w niego tymi wszystkimi niemiłymi słowami. Mówiła, że wolałaby zejść z tego świata, niż spędzić w jego towarzystwie choćby kolejną minutę. Dopiero kiedy dostrzegła, że jego twarz wyraźnie spochmurniała, poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Może faktycznie przesadziła? Powinna przeprosić? Może it was too much? Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawiała? Przecież to on ją porzucił!

𝚘𝚞𝚛 𝚋𝚘𝚍𝚒𝚎𝚜 𝚞𝚗𝚍𝚎𝚛 𝚌𝚘𝚟𝚎𝚛𝚜,
𝚘𝚞𝚛 𝚑𝚎𝚊𝚍𝚜 𝚞𝚙 𝚒𝚗 𝚝𝚑𝚎 𝚜𝚔𝚢

Z dalszych rozważań wyrwał ją pieprzony skrawek czegoś, który latał w tę i z powrotem na skrzydle samolotu, sprawiając, że poczuła się jakby znalazła się w kolejnej częsci final destination. JA PIERDOLĘ. No to koniec. Spojrzała na Aidena z autentycznym przerażeniem. - Tak, to była jakaś polska emigrantka i ogólnie dostała rok w zawieszeniu, bo później odkryli, że to nie była do końca jej wina, tylko tej całej maszynerii. Ona po prostu nie przypilnowała, żeby te części dobrze się wyprodukowały, czy coś. Nie wiem - zaczęła opowiadać jak nakręcona katarynka, byle tylko czymś się rozproszyć. Przy okazji coraz mocniej zaciskała dłoń na jego palcach, bo jeszcze chwila i naprawdę dostałaby zawału. Doceniła, że tego nie komentował. Kiedy poczuła, jak przesuwa kciukiem po wierzchu jej dłoni, stopniowo zaczęła się uspokajać. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej sercu i w końcu udało jej się delikatnie odetchnąć. Zaraz jednak zaczęła irytować się sama na siebie. Przecież miała się od niego odciąć. Wyłączyć ten magiczny przycisk w sercu, który odpowiadał za kochanie go. Tymczasem każda kolejna sekunda, minuta i każdy możliwy moment działały na jego korzyść. Najpierw samolot. Potem miejsca obok siebie. A teraz jeszcze ten staruszek, który opowiadał o swojej zmarłej żonie w tak uroczy sposób, że Vita czuła, jak mur wybudowany wokół jej serca w chwili, kiedy Aiden ją zostawił, powoli zaczynał się rozpadać. Cegiełka po cegiełce.

Przymknęła oczy i mocno zacisnęła powieki, próbując się uspokoić oraz uciszyć myśli kłębiące się w jej głowie. Wtedy poczuła na dłoni znajome ciepło jego ust. Otworzyła oczy i odwróciła głowę, żeby na niego spojrzeć. Kolejny skurcz żołądka. Jeszcze szybsze bicie serca. Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Chciała ponownie przewrócić oczami albo rzucić jakimś złośliwym komentarzem, ale tym razem zwyczajnie nie potrafiła. Przygryzła wnętrze policzka, żeby przypadkiem nie palnąć czegoś, czego później żałowałaby jeszcze bardziej.
𝚌𝚊𝚞𝚐𝚑𝚝 𝚞𝚙 𝚒𝚗 𝚊 𝚋𝚕𝚒𝚜𝚜𝚏𝚞𝚕 𝚏𝚎𝚎𝚕𝚒𝚗𝚐
𝚕𝚘𝚜𝚝 𝚘𝚞𝚛𝚜𝚎𝚕𝚟𝚎𝚜 𝚒𝚗 𝚠𝚒𝚜𝚑𝚏𝚞𝚕 𝚍𝚛𝚎𝚊𝚖𝚒𝚗𝚐

Kochała go. Od zawsze chciała, żeby ktoś o nią zawalczył. Nie. Teraz chciała, żeby to właśnie on o nią zawalczył. Dlatego słuchając tego, co mówił, czuła, jak cała jej wcześniejsza determinacja zaczynała się rozpadać. Odwróciła na moment spojrzenie i wbiła je gdzieś w sufit samolotu, jednocześnie mocniej zaciskając palce na jego dłoni. Nie przestawała go jednak słuchać. Kiedy usłyszała tekst o wyjściu po mleko, parsknęła pod nosem. Kurwa. Przecież Eleanor oznaczyła go pod tym cholernym zdjęciem. Spojrzała na niego ponownie, wpatrując się uważnie w jego oczy, ale wciąż niczego nie skomentowała.

''Chcę ciebie.''

Serce uderzyło jeszcze szybciej. Nie no. Nie mogła już tego wytrzymać. Ona też go chciała. Przełknęła ślinę. - Długo zajęło ci znalezienie drogi powrotnej - zaczęła cicho. - Jak na szanowanego prawnika potrafisz być przeokropnym imbecylem, wiesz? - Lampka nakazująca zapięcie pasów bezpieczeństwa zgasła. Vita wypuściła jego dłoń ze swojego uścisku, odpięła pas i podniosła się z miejsca. Schyliła się lekko, rozglądając za stewardessą, by zapytać, czy mogłaby się przesiąść. Wtedy jej wzrok zatrzymał się na staruszku siedzącym po drugiej stronie Aidena. Fuckkkkk. No nie. Usiadła z powrotem. Podniosła podłokietnik, chwyciła Aidena za koszulę i przyciągnęła go bliżej. Spojrzała na niego gniewnie, chociaż policzki zaczynały jej płonąć. - Kocham cię, ale teraz bardzo cię nie lubię - oznajmiła. - Zachowuj się. Jeszcze mnie nie odzyskałeś. - Przechyliła głowę i czule musnęła jego usta.

And for this one short moment, she felt as if she was home again.


𝚒 𝚑𝚊𝚟𝚎 𝚊𝚕𝚠𝚊𝚢𝚜 𝚠𝚊𝚗𝚝𝚎𝚍 𝚢𝚘𝚞