watch it burn
: wt lip 21, 2026 1:40 am
'Cause all of the small things that you do
Are what remind me why I fell for you
And when we're apart, and I'm missing you
Czuł to do dzisiaj. Ciepły dotyk wokół swojej talii, przylegającą dziewczynę do jego pleców i ciepło, które rozpływało się po jego sercu, gdy czuł ją tak blisko. Czuł błogą przyjemność, gdy nie musiał wybiegać od rana z jej mieszkania i lecieć do pracy, a spędzić z nią chwilę dłużej, nawet jeśli był praktycznie gotowy do wyjścia; bo nadal miał okazję na spokojnie śniadanie, stęsknione przez noc pocałunki i chwilę spokoju, która miała nacieszyć go na długie godziny.
A potem usłyszał trzy słowa.
Aiden… kocham cię.
Do dzisiaj również czuł ten paraliż, który przeszedł przez jego ciało, kiedy to powiedziała. Kiedy wyznała mu uczucia, które miały się nie pojawić. Znowu to zrobił, dając złudną nadzieję, poczucie bezpieczeństwa, chociaż teraz… teraz czuł, że to wszystko było na miejscu. Że jej należało się to dostać, że powinna widzieć świeże kwiaty w wazonie ilekroć poprzednie zdążyły już zwiędnąć, że nie powinna zasypiać sama w pustym łóżku, że powinna na każdym kroku słyszeć, że była piękna, chciana i wystarczająca; bo dla niego była. Była jak spełnienie marzeń, chociaż nie do końca wiedział, że właśnie to próbowała przekazać mu jego wyobraźnia. I szkoda, że uzmysłowił sobie to w momencie, kiedy trzeci dzień ignorował jej wiadomości, bo pierwszego dnia był jeszcze zbytnio przerażony ogromem uczuć, a później było mu głupio za swoje zachowanie.
Było mu tak cholernie głupio.
Gdyby mógł cofnąć się w czasie, to byłby nieco mądrzejszy i od razu by z nią porozmawiał. Nie wyszedłby z mieszkania, nerwowo patrząc na zegarek, który wskazywał jeszcze półtorej godziny do jego najbliższego spotkania z klientem. Mimo to udał, że jest spóźniony, akurat w momencie, gdy kończył dosmażać jej jajecznicę, kiedy odwrócił się do niej, prosząc, żeby zjadła śniadanie i cmokając ją w czoło zanim wyszedł — prawdopodobnie mając ostatni raz przywilej obdarować ją taką pieszczotą.
Przez trzy dni jego serce łamało się na coraz mniejsze kawałeczki, z każdą kolejną wiadomością, którą od niej otrzymywał.
Zrobiłam coś?
Proszę cię, nie rób mi tego
Już nie chcę cię znać
Co on sobie w zasadzie wyobrażał? Że po kilku dniach milczenia, wróci do niej jak gdyby nigdy nic? Że Vita nagle zapomni o swoich uczuciach i wszystko wróci do starego ustawienia? Słów nie dało się cofnąć, Aiden cały czas miał to przeświadczenie, że najważniejsza reguła ich relacji została złamana i to bezpowrotnie. I dziś wieczorem miał naprawdę ogromne załamanie — i jak na zawołanie napisała do niego Eleanor. Vita musiała jej w końcu powiedzieć, że to już przeszłość; bo słowa siostry brzmiały jak ostry sztylet, ale jednocześnie były najbardziej odpowiednią poradą. Powinien iść walczyć, a mimo to leżał na kanapie w salonie i wpatrywał się w wysoki sufit, jakby liczył na to, że odpowiedź nagle napisze się na białym tynku. Czy przeznaczeniem było to, że również Caspian nagle zainteresował się swoimi przyjaciółmi? Że nawet on twierdził, że nie miał nic do stracenia? Że spróbuje walczyć o jej przebaczenie, a jeśli się nie uda…
Serce boleśnie ściskało się na samą myśl, że mógłby ją stracić.
Czy ją kochał?
Nie umiał zadeklarować tak wielkich słów, nie był w stanie przełamać się z miłością, bo wizja ewentualnego skrzywdzenia dziewczyny była wręcz namacalna. Chciał ją. Chciał ją mieć blisko, na wyłączność, bez żadnych ograniczeń, chociaż póki co on sam nakładał na siebie największy ciężar overthinkingu.
W końcu podjął decyzję, która teraz była najbardziej racjonalna — ryzyko.
Jeśli nie spróbuje, to skąd dowie się, czy ma w ogóle jeszcze szanse?
Nie wiedział, co jej powie. Całą drogę starał się wymyślić przemowę, cały monolog, którym obdaruje Vitę, gdy tylko ją zobaczy. Nie wiedział, czy powie jej, że ją kocha. Bo czy kochał? Nie powinien w to wątpić, a mimo wszystko nie był skłonny sprostać tym jasnym oczekiwaniom.
Chciała jego miłości, a on jak największy potwór, nie potrafił jej tego dać.
Wszedł do baru, w którym pracowała i nie przewidział, że zatka go, gdy ją zobaczy. Kręciła się za ladą, robiąc drinki klientom, nie mając zadowolonej miny i był wręcz aż przekonany, że była zła. Oczywiście, że była. Spędził z nią tak wiele czasu podczas tych dwóch miesięcy, że był w stanie rozpoznawać jej emocje. Był w stanie określić, co czuła w danej chwili i coraz lepiej szło mu nawet rozszyfrowywanie, czego potrzebowała. Teraz na pewno nie potrzebowała jego. W końcu spojrzała w dal pomieszczenia, przed siebie, prosto na niego, a te piękne oczy, które tak bardzo uwielbiał, teraz wydawały mu się obce. Szukał w nich choćby cienia znajomego błysku, a zamiast tego czuł się, jakby popełniał przestępstwo, tak śmiało wpatrując się we wzbudzony ocean. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, prawda? Przeszedł bar w kilku długich krokach, nie spuszczając z niej spojrzenia. Wygra tę walkę, nie było innej szansy. — Vita… — zaczął, kiedy podszedł do lady, opierając na niej swoje dłonie i prawie pochylił się nad barem. No zaczęciu się zatrzymał, bo stres odebrał mu mowę. Przez chwilę wpatrywał się w nią z ogromną tęsknotą i wewnętrznie z ogromnym żalem przez to, co zrobił.
Straci ją, straci ją… stracił ją.
— Możemy porozmawiać? — zapytał, chcąc najpierw pokojowo wybadać teren, zanim podejmie poważniejsze kroki, które podsuwali mu wszyscy; bo przyjechał tu w jednym celu. Przyjechał tu odzyskać swoją kobietę.
I close my eyes and all I see is you
And the small things you do
don't leave me
Are what remind me why I fell for you
And when we're apart, and I'm missing you
Czuł to do dzisiaj. Ciepły dotyk wokół swojej talii, przylegającą dziewczynę do jego pleców i ciepło, które rozpływało się po jego sercu, gdy czuł ją tak blisko. Czuł błogą przyjemność, gdy nie musiał wybiegać od rana z jej mieszkania i lecieć do pracy, a spędzić z nią chwilę dłużej, nawet jeśli był praktycznie gotowy do wyjścia; bo nadal miał okazję na spokojnie śniadanie, stęsknione przez noc pocałunki i chwilę spokoju, która miała nacieszyć go na długie godziny.
A potem usłyszał trzy słowa.
Aiden… kocham cię.
Do dzisiaj również czuł ten paraliż, który przeszedł przez jego ciało, kiedy to powiedziała. Kiedy wyznała mu uczucia, które miały się nie pojawić. Znowu to zrobił, dając złudną nadzieję, poczucie bezpieczeństwa, chociaż teraz… teraz czuł, że to wszystko było na miejscu. Że jej należało się to dostać, że powinna widzieć świeże kwiaty w wazonie ilekroć poprzednie zdążyły już zwiędnąć, że nie powinna zasypiać sama w pustym łóżku, że powinna na każdym kroku słyszeć, że była piękna, chciana i wystarczająca; bo dla niego była. Była jak spełnienie marzeń, chociaż nie do końca wiedział, że właśnie to próbowała przekazać mu jego wyobraźnia. I szkoda, że uzmysłowił sobie to w momencie, kiedy trzeci dzień ignorował jej wiadomości, bo pierwszego dnia był jeszcze zbytnio przerażony ogromem uczuć, a później było mu głupio za swoje zachowanie.
Było mu tak cholernie głupio.
Gdyby mógł cofnąć się w czasie, to byłby nieco mądrzejszy i od razu by z nią porozmawiał. Nie wyszedłby z mieszkania, nerwowo patrząc na zegarek, który wskazywał jeszcze półtorej godziny do jego najbliższego spotkania z klientem. Mimo to udał, że jest spóźniony, akurat w momencie, gdy kończył dosmażać jej jajecznicę, kiedy odwrócił się do niej, prosząc, żeby zjadła śniadanie i cmokając ją w czoło zanim wyszedł — prawdopodobnie mając ostatni raz przywilej obdarować ją taką pieszczotą.
Przez trzy dni jego serce łamało się na coraz mniejsze kawałeczki, z każdą kolejną wiadomością, którą od niej otrzymywał.
Zrobiłam coś?
Co on sobie w zasadzie wyobrażał? Że po kilku dniach milczenia, wróci do niej jak gdyby nigdy nic? Że Vita nagle zapomni o swoich uczuciach i wszystko wróci do starego ustawienia? Słów nie dało się cofnąć, Aiden cały czas miał to przeświadczenie, że najważniejsza reguła ich relacji została złamana i to bezpowrotnie. I dziś wieczorem miał naprawdę ogromne załamanie — i jak na zawołanie napisała do niego Eleanor. Vita musiała jej w końcu powiedzieć, że to już przeszłość; bo słowa siostry brzmiały jak ostry sztylet, ale jednocześnie były najbardziej odpowiednią poradą. Powinien iść walczyć, a mimo to leżał na kanapie w salonie i wpatrywał się w wysoki sufit, jakby liczył na to, że odpowiedź nagle napisze się na białym tynku. Czy przeznaczeniem było to, że również Caspian nagle zainteresował się swoimi przyjaciółmi? Że nawet on twierdził, że nie miał nic do stracenia? Że spróbuje walczyć o jej przebaczenie, a jeśli się nie uda…
Serce boleśnie ściskało się na samą myśl, że mógłby ją stracić.
Czy ją kochał?
Nie umiał zadeklarować tak wielkich słów, nie był w stanie przełamać się z miłością, bo wizja ewentualnego skrzywdzenia dziewczyny była wręcz namacalna. Chciał ją. Chciał ją mieć blisko, na wyłączność, bez żadnych ograniczeń, chociaż póki co on sam nakładał na siebie największy ciężar overthinkingu.
W końcu podjął decyzję, która teraz była najbardziej racjonalna — ryzyko.
Jeśli nie spróbuje, to skąd dowie się, czy ma w ogóle jeszcze szanse?
Nie wiedział, co jej powie. Całą drogę starał się wymyślić przemowę, cały monolog, którym obdaruje Vitę, gdy tylko ją zobaczy. Nie wiedział, czy powie jej, że ją kocha. Bo czy kochał? Nie powinien w to wątpić, a mimo wszystko nie był skłonny sprostać tym jasnym oczekiwaniom.
Chciała jego miłości, a on jak największy potwór, nie potrafił jej tego dać.
Wszedł do baru, w którym pracowała i nie przewidział, że zatka go, gdy ją zobaczy. Kręciła się za ladą, robiąc drinki klientom, nie mając zadowolonej miny i był wręcz aż przekonany, że była zła. Oczywiście, że była. Spędził z nią tak wiele czasu podczas tych dwóch miesięcy, że był w stanie rozpoznawać jej emocje. Był w stanie określić, co czuła w danej chwili i coraz lepiej szło mu nawet rozszyfrowywanie, czego potrzebowała. Teraz na pewno nie potrzebowała jego. W końcu spojrzała w dal pomieszczenia, przed siebie, prosto na niego, a te piękne oczy, które tak bardzo uwielbiał, teraz wydawały mu się obce. Szukał w nich choćby cienia znajomego błysku, a zamiast tego czuł się, jakby popełniał przestępstwo, tak śmiało wpatrując się we wzbudzony ocean. Ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B, prawda? Przeszedł bar w kilku długich krokach, nie spuszczając z niej spojrzenia. Wygra tę walkę, nie było innej szansy. — Vita… — zaczął, kiedy podszedł do lady, opierając na niej swoje dłonie i prawie pochylił się nad barem. No zaczęciu się zatrzymał, bo stres odebrał mu mowę. Przez chwilę wpatrywał się w nią z ogromną tęsknotą i wewnętrznie z ogromnym żalem przez to, co zrobił.
— Możemy porozmawiać? — zapytał, chcąc najpierw pokojowo wybadać teren, zanim podejmie poważniejsze kroki, które podsuwali mu wszyscy; bo przyjechał tu w jednym celu. Przyjechał tu odzyskać swoją kobietę.
And the small things you do
don't leave me