Strona 1 z 1
Let me heppen to you
: wt lip 21, 2026 9:24 am
autor: Elias Parrish
Czując na języku resztki zimnej kawy, Elias oparł się biodrem o biały kontuar, uważając, by nie zrzucić porozkładanych tam przez pielęgniarki dokumentów. Piętnaście minut do końca długiego dyżuru, pełnego dziecięcych złamań, ataków wyrostka, udarów i dwóch zawałów. Chciałby powiedzieć, że to k o n i e c, jednak nie był na tyle ślepy, by nie dostrzegać kątem oka przeludnionego triażu ze zdecydowanie zbyt małą ilością plastikowych krzesełek.
Nie współczuł Williamsowi, który za czternaście minut przejmie jego obowiązki, a za trzynaście zaklnie solidnie, dowiadując się, że laboratorium jeszcze nie dostarczyło badań pacjentów przyjętych godzinę temu. Lata pracy wyrobiły mu brak empatii dla ludzi równie szalonych jak on, którzy postanowili z jakiegoś powodu ratować ludzkie życia, zamiast zająć się nudną i przewidywalną pracą biurową. Parrish nigdy nie mógł powiedzieć, że czuł powołanie, chociaż niezaprzeczalnie i nieskromnie był dobry w tym co robił.
Nawet jeśli była to dla niego po prostu praca: trudna, niesprawiedliwa i wyczerpująca. W dodatku niezbyt opłacalna finansowo.
Odstawił kubek na blat, licząc na to, że Margharet nie zbeszta go widowiskowo za dokładanie jej tego niewielkiego obowiązku, ale Margharet – szefowa pielęgniarek, guru pogotowia i kobieta wiedząca wszystko o wszystkich – zmaterializowała się obok niego, jakby tylko czekała na to jedno, wymęczone westchnienie Eliasa zwiastujące koniec jego pracy.
— Elias — powiedziała, rzucając mu długie spojrzenie zza wytuszowanych rzęs. Parrish znał to spojrzenie; Margharet nie prosiła, raczej informowała, a do tego nie znosiła sprzeciwu mimo tego, że jej uśmiech potrafił osłodzić życie każdemu. Nie chodziło o kubek, co Elias szybko zrozumiał, gdy skinęła głową na jedną z sal.
— Masz pacjenta w piątce — rzuciła, przyglądając się, jak przystojna twarz Eliasa na chwilę wykrzywia się w wyrazie czystej rozpaczy.
— Zaraz przyjdzie Williams — mruknął. Wskazówka jak na złość niemiłosiernie długo odmierzała czas, a Parrish miał ochotę wyrzucić ten przeklęty zegar na śmietnik razem z medycznymi odpadami.
— To twój pacjent — zaakcentowała słodko — pytał o ciebie. No już, kimże jesteśmy jak nie aniołami tego miasta, gotowymi pomóc w potrzebie?
Parrish wydał z siebie parsknięcie, częściowo przypominające śmiech, słysząc drobne nuty sarkazmu w jej głosie. Przetarł twarz dłonią i docisnął palce do kącików oczu, pragnąc odnaleźć w sobie wystarczająco wiele energii do działania.
— W porządku. Ale potem...
— Potem umyjesz po sobie kubek — kobieta uniosła znacząco brew, a Elias przewrócił tylko oczami. Na miękkich wargach pojawił się uśmiech, kiedy nie mówiąc nic więcej, skierował się do odpowiedniej sali.
Zawsze dzielił pacjentów na dwie kategorie: tą jednorazową, gdzie nie zapamiętywało się imion i tą, która powinna dostać platynową kartę członkostwa. Do tej drugiej zaliczali się głównie ludzie z przewlekłymi chorobami, pijacy zgarnięci w parku i najwyraźniej od jakiegoś czasu: Andrew Minyard. Nie do końca pamiętał kiedy po raz pierwszy go opatrywał, za to doskonale znał każdą z powtarzających się, mrukliwych wymówek. Boks, mógł przejść za pierwszym razem, ale za drugim, w uszach Eliasa brzmiał jak wykuta na pamięć formułka maltretowanych kobiet. Nie zadawał wiele pytań, opatrując zdarte knykcie, rozbitą wargę czy posiniaczone żebra, pozwalając niewypowiedzianym odpowiedziom wisieć w powietrzu, znikać i pojawiać się nagle, dokładnie tak jak pojawiał się Minyard. Mężczyzna rzadko dziękował, jeszcze rzadziej się uśmiechał, ale miał najpiękniejsze oczy jakie Elias kiedykolwiek widział.
Stanął w drzwiach, obrzucając go uważnym spojrzeniem, a następnie zmniejszył dzielący ich odstęp, zasuwając ciężką, jasną kotarę.
— Wyglądasz jak gówno — powiedział jak prawdziwy profesjonalista, mrużąc tylko podejrzliwie powieki. Zakładając jednorazowe rękawiczki, wyliczył dwie solidne plamy zaschniętej krwi na jego koszuli, jednego solidnego siniaka pod okiem i kilka zadrapań z czego żadne nie nadawało się do szycia.
— Rozbierz się. Osłucham Cię i sprawdzę czy nie masz innych obrażeń. A potem zajmę się Twoim nosem, wygląda okropnie — jasne spojrzenie spoczęło na twarzy Andrew, ciężko i wyczekująco, a tysiące pytań zmyło posmak okropnej kawy z czubka jego języka.
Andrew R. Minyard
Let me heppen to you
: śr lip 22, 2026 12:34 am
autor: Andrew R. Minyard
Nie miał bladego pojęcia, jak doszło to tej sytuacji. To był chyba trzeci raz w ciągu miesiąca, jak musiał zgłosić się na SOR z powodu obitej mordy oraz kilku innych rzeczy. Normalnie machnąłby na to ręką i poskładał się do kupy w domowym zaciszu, jednak prawdopodobnie złamany nos nie należał do najprostszych do ogarnięcia. Nie był aż tak starym, żeby przestać dbać o swój wygląd czy powodzenie u innych ludzi
Tak na dobrą sprawę nawet nie planował uczestniczyć w tej bójce. Ten frajer sam na niego wpadł i zaczął sprzeczkę. Andrew poza tym miał całkiem udany dzień. Faktury fakturowały, cyferki cyferkowały, a Excel excelował. Szef go nie zdenerwował, reszta pracowników nie odezwała się ani słowem, a on mógł w spokoju odbębnić osiem godzin i z czystym sercem wyjść do domu. Nawet petek po pracy smakował dużo lepiej niż zwykle. Większych planów na popołudnie nie posiadał, więc chciał trochę poszydełkować. Koleżanka z pracy poprosiła go o pluszaka i miał ochotę ogarnąć go od ręki. Póki pamiętał i miał na to jakiekolwiek chęci.
Wracał z pracy ze szlugiem w gębie, już wchodził na swoje osiedle, czuł smak wczorajszego, odgrzewanego obiadu i spotkał agresywnego typka, któremu nie miał zamiaru dać się zastraszyć. Zaczęło się od kilku niewybrednych uwag, mnóstwa przekleństw, a skończyło się na szarpaninie oraz połamanych kończynach. Wydawało mu się, że żebra miał całe, ale nos bolał w koszmarny sposób. Bez obejrzenia go przez lekarza się nie obędzie. Zdążył się ulotnić za nim pojawiła się policja, wolał na własnych warunkach pojawić się w szpitalu bez większego szumu. Komu chciało się spędzać na komisariacie niekończące się godziny?
Co prawda plama krwi na ubraniu rzucała się w oczy, ale taksówkarz nie zadawał mu zbędnych pytań, gdy dorzucił mu adekwatnej wysokości napiwek. Przepłacony, jego skromnym zdaniem.
Czy posiadanie ulubionego lekarza na izbie przyjęć wydawało się czymś niepokojącym? Minyard bywał w tym miejscu na tyle często, że zdążył wybrać „swojego” medyka. Co prawda Parrish miał najpiękniejszy uśmiech ze wszystkich, ale nie miał zamiaru nigdy powiedzieć o tym głośno. Jakiekolwiek przychylne komentarze o nim pozostawiał tylko i wyłącznie dla siebie. Nie czuł potrzeby uzewnętrzniania się na tyle. Wystarczył mu widok samego Eliasa od czasu do czasu i jego spojrzenia pełnego dezaprobaty.
Jako naczelny hipokryta i tak koniec końców domagał się zbadania przez Parrisha. Przynajmniej nie musiał wciskać mu bardziej skomplikowanych kitów niż: „Oberwałem na treningu bokserskim”. Co prawda na takich wydarzeniach nikt nikomu nosów nie łamał, ale nie spodziewał się po nim głębszych pytań. Wydawałoby się, że szanowali niewidzialną granicę, która ich od siebie oddzielała.
Cierpliwie czekał na swojego wybawiciela przyciskając do nosa, w mało delikatny sposób, chusteczkę. W trakcie tego oczekiwania zastanawiał się nad tym, co pomoże mu sprać z ubrań ślady krwi. Dobry odplamiacz czy cały dzisiejszy outfit trafi do równie stylowego śmietnika? Byłoby mu żal koszuli, którą naprawdę lubił. Ba, nawet pomimo swojego czarnego koloru nie wyglądała aż tak żałobnie, jak inne znajdujące się w jego szafie. Może to ta srebrna nitka, która gdzieniegdzie była przepleciona w tkaninie? Kto to wie.
Poderwał głowę niczym drapieżnik w trakcie polowania, gdy tylko usłyszał kroki. Pojawiła się w końcu jego najmniej i najbardziej ulubiony człowiek w całym tym budynku.
— Przychodzisz do mnie po intensywnych oględzinach własnego odbicia w toalecie? — spytał uprzejmie, przechylając nieco głowę, wpatrując się w Eliasa uważnym spojrzeniem. — Wyglądasz doprawdy świeżo i kwitnąco — dodał, gdy jego oględziny dobiegły końca. Ktoś tu musiał mieć intensywny i pełen niespodzianek dyżur.
Powolnym ruchem oderwał chusteczkę od nosa, aby w pełni zaprezentować tego puchnącego kulfona. Jego zdaniem powinna być kompletnie inna kolejność działania.
— Nie powinieneś najpierw obejrzeć mojego nosa? Chciałbym mieć oba profile równie olśniewające, a złamany nos może popsuć mi te szyki. — Uśmiechnął się, zadzierając zaczepnie brodę. W końcu chciał zaprezentować swoje zniekształcone profile. — Jeszcze zdążysz mnie rozebrać i to nie raz — zapewnił, powoli kierując swoje palce na guziki koszuli. — Co myślisz o moim pomyśle?
Elias Parrish
Let me heppen to you
: śr lip 22, 2026 9:11 am
autor: Elias Parrish
Elias bardzo chciałby powiedzieć, że w "normalnych" okolicznościach, Andrew musiał być p r z y s t o j n y. Niestety, nawet z zakrwawioną twarzą, ciętym językiem i brudnej koszuli, dalej wyglądał atrakcyjnie, roztaczając wokół siebie aurę pociągającego łobuza. No, przynajmniej do czasu, aż się nie odezwał, chociaż trafny przytyk wywołał niewielki uśmiech na ustach ratownika medycznego.
Nawet nie zamierzał wykłócać się o to jak źle musiał sam wyglądać. Dyżur nie był łatwy, nie pamiętał kiedy zjadł ciepły posiłek, a ostatniej nocy zamiast spać, próbował zapełnić samotność miłym, ale całkowicie niepasującym do niego facetem poznanym w klubie. Nie narzekał na rozrywkę samą w sobie, ale tematów do rozmowy mieli tyle co nic, tak więc Parrish pozostał z uczuciem niezadowolenia, straconego czasu i co najgorsze – z nie chcącym dać się odpędzić zmęczeniem. Margharet wspominała coś o cieniach pod oczami, ale ponieważ i tak nie miała go kim zastąpić, nigdy nie kazała mu wyjść wcześniej, zamiast tego podsuwając mu witaminy i dziwnie wyglądające soki.
— Wybacz, że nie spełniam twoich wizerunkowych wymogów — spojrzał na niego z zadziornym błyskiem w oku, doskonale wiedząc, że zmiana nie byłaby na rękę zapewne ani Minyardowi, ani też samemu Parrishowi, który musiałby wytłumaczyć spore luki w karcie pacjenta. Na przykład brak szczegółowego opisu lub ilość przepisanych środków przeciwbólowych, które poskładałyby dorosłego konia. W przypadku powtarzających się obrażeń fizycznych, bardzo często informuje się o tym policję w celu wykluczenia przemocy – problem w tym, że patrząc na Andrew, Elias miał nieprzyjemne wrażenie, że to nie on był ofiarą.
Dopiero, kiedy Andrew odsunął chusteczkę, Elias dostrzegł w jakim stanie był jego nos. Nienajlepszym, delikatnie mówiąc.
— W najgorszym przypadku będziesz się pieprzył przy zgaszonym świetle — wzruszył ramionami, zmieniając w głowie plan doprowadzenia do porządku Minyarda. Posłał mu jeszcze jedno spojrzenie i zsunął z szyi stetoskop, odkładając go na bok. Kółeczka niewielkiego wózka zaskrzypiały, kiedy Elias przyciągnął go do siebie, przygotowując wszystkie potrzebne narzędzia. Jeśli nos był naprawdę złamany, Parrish nie mógł zrobić wiele, a Andrew tak czy inaczej trafi na chirurgię, ale przy odrobinie szczęścia, mógł być to tylko poważny, ale nie nadający się do nastawienia uraz.
Elias miał niski i miękki śmiech, który wypełnił niewielką salę, słysząc słowa Minyarda. Pokręcił głową, ustawiając się pomiędzy jego udami i ujął mocno jego podbródek, nakierowując zmaltretowaną twarz w swoją stronę.
— Sprecyzuj o którym pomyśle mówimy. O doprowadzeniu twojego nosa do porządku, czy rozbierania? — spytał, prześlizgując się jasnymi oczami od gęstych, ciemnych brwi, po wargi, na których znajdowało się kilka kropel krwi. Odruchowo otarł je kciukiem, a potem obrócił głowę mężczyzny najpierw w jedną, a potem drugą stronę, przyglądając się jej pod światłem — zaraz pomyślę, że proponujesz mi randkę — puścił mu oczko i sięgnął po mokre gaziki, którymi starł nagromadzoną w okolicy nosa krew, przy okazji dezynfekując niewielkie zadrapanie — oddychaj ustami — polecił, tamując krwawienie kolejnymi wacikami, a potem oparł dłoń na karku Minyarda, pewnie napierając na skórę, by zmusić go do delikatnego pochylenia się. Palcami drugiej dłoni obmacał subtelnie jego nos.
— Nie jest złamany. Masz szczęście. Ale przez kilka dni będziesz chodził z całą paletą siniaków na twarzy — mruknął cicho — nie myślałeś kiedyś o zmianie zainteresowań? Boks chyba nie do końca Ci wychodzi — nie zabrał dłoni z jego karku, jakby w obawie przez niesubordynacją pacjenta. Kątem oka dostrzegł poranione dłonie, zapisując w pamięci, by zająć się nimi zaraz potem, o ile Andrew nie zademonstruje mu pilniejszych obrażeń.
Andrew R. Minyard
Let me heppen to you
: czw lip 23, 2026 11:17 am
autor: Andrew R. Minyard
Powoli ból stawał się kwestią drugorzędną, a potyczka słowna stawała się coraz bardziej interesującą. Nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz trafiał do szpitala z obitą gębą, dlatego nie przykładał do tego, aż tak wielkiej uwagi, jakby mógł. Ot jedna z wielu niedogodności, jaka czekała na niego po przeprowadzce do Toronto. Nie żeby w innych miastach, których mieszkał prowadził nieco bardziej zachowawczy styl życia. Tam po prostu nie było przystojnych lekarzy, na których dziwnym trafem trafiał w trakcie opatrywania ran. Z takimi to nawet nie miał ochoty rozmawiać, już na pierwszy rzut oka, pokazywali, jak bardzo byli nudni.
Drażnienie się z Parrishem stawało się coraz przyjemniejszą odskocznią od rutyny. Kąśliwe komentarze miały brzmieć, jak rzucone mimochodem uwagi, a jednocześnie starał się, aby były jak najbardziej trafne i przemyślane. Minyard nie gadał po to, żeby tylko gadać to co mu ślina na język przyniosła. Nie, on nie należał do tego typu ludzi. Wolał ograniczyć się do kilku słów niż do niekończących się monologów, z których później i tak nic nie wychodziło.
Elias przynajmniej był zabawny.
— W którym momencie naszej znajomości zasugerowałem ci, że nie spełniasz moich wizerunkowych wymogów? Możesz mi go przypomnieć? — Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że lekarz należał do tego przystojnego personelu. Miło było od czasu do czasu zawiesić na nim oko bez konkretnego powodu. Starał się to robić w nienachalny sposób. W końcu przychodził tu z jednego powodu, a nie dla dobrego towarzystwa.
Zwykle wychodził z receptą na całkiem mocne tabletki przeciwbólowe, które jeszcze na niego działały. Wydawały się lepszym wyborem, niż cały wachlarz świństw, jakie potrafił w siebie wcisnąć w tych gorszych momentach, mieszając je z alkoholem.
Posłał mężczyźnie długie spojrzenie, przez moment milcząc. „Czy to podryw?” cisnęło mu się pytanie na usta, którego nie miał zamiaru wypowiadać na głos. Nie w tym życiu.
— Wyglądasz, jakbyś tym faktem mocno się zmartwił. W takim razie masz większą motywację, aby nie dopuścić do takiej sytuacji — odpowiedział, subtelnie unosząc jeden z kącików ust. W ostatnim czasie nie miał ochoty za dużo pieprzyć, a poza tym mało kto poleciałby na tak obitą mordę. Póki wszystko ładnie się nie wygoi to nie miał zamiaru ruszać na łowy. O ile do tego czasu po raz kolejny nie wrzuci się w wir przemocy.
Nie miał zamiaru utrudniać badania, dość posłusznie oddał się w ręce lekarza, nie mając zamiaru narzekać czy się wiercić. Może za pierwszym razem przejmował się tym w jakikolwiek sposób. Teraz po prostu rozszerzył jeszcze bardziej uda, aby Elias mógł wygodniej wślizgnąć się pomiędzy nie. Czasami, z czystej przekory, miał ochotę go nimi ścisnąć, ale nigdy tego nie zrobił. Reakcja mogła wiele rekompensować, ale sytuacja niosła ze sobą za dużo problemów.
— Nos. Rozmawiamy o nosie — doprecyzował, obrzucając go uważnym spojrzeniem. — Pohamuj chociaż na moment swoje pragnienia, przyjemności odstaw na bok. — Póki co nie miał zamiaru przerywać tej pasjonującej gry. Jeszcze nie przekroczyli granic dobrego smaku, chociaż niebezpiecznie blisko balansowali obok krawędzi. Jeżeli Andrew się znudzi po prostu przestanie odpowiadać. Nie ulegnie temu naglącemu spojrzeniu lekarza. — Każdego pacjenta podrywasz czy jestem twoim chwalebnym wyjątkiem? — spytał, gdy palec przesunął się po jego wargach. To nie należało do ich codzienności. Starał się nie brzmieć oskarżycielsko, a jego ton raczej wskazywał na stwierdzenie faktu. Pozostawiał furtki w swoich słowach, aby łatwo mogli się wycofać z tego flirtu.
Posłusznie wypełniał wszelkie polecenia. Nawet mu brew nie drgnęła, w trakcie oględzin nosa. Nie mógł zaprzeczać, że to bolało, jednak nie widział potrzeby okazywania tego w otwarty sposób. Przecież zaraz przestanie, dostanie leki przeciwbólowe i jakoś to wszystko przetrwa. Tak jak za każdym razem. Nic wielkiego.
— Nie pierwszy i nie ostatni raz zostanę z nimi na jakiś czas — odetchnął, bo niezaprzeczalnie złamany nos mógł mu kilka rzeczy utrudnić. — Dlaczego? Boks jest całkiem fajny. Po prostu nigdy nie składałeś do kupy moich przeciwników. — Uśmiechnął się drapieżnie, unosząc nieco głową. Dotyk na karku nie wydawał mu się poprawny. Stawał się za bardzo intymnym, jak na jego nos. — Ty nie masz takich zainteresowań, które są nieco bardziej niebezpieczne? — spytał, wykonując bliżej nieokreślony ruch dłonią. Dopiero teraz zwrócił uwagę na swoje kostki. Poruszył kilkukrotnie palcami, symulując pisanie na klawiaturze. Nie tak źle, może pracować.
Elias Parrish
Let me heppen to you
: czw lip 23, 2026 4:30 pm
autor: Elias Parrish
— Więc już uznajemy to — wskazał gestem dłoni ich sylwetki, podnosząc ponownie spojrzenie z opatrywanego nosa na głęboki odcień tęczówek Minyarda — za znajomość? — uniósł pytająco brew, ewidentnie nadal drażniąc się z siedzącym mężczyzną. Nie był do końca pewien czy systematyczne wizyty Andrew na pogotowiu mogli określić jako dobry wstęp do relacji z potencjałem, choć niezaprzeczalnie, Elias podchodził do niego z o wiele mniejszym dystansem niż do pozostałych pacjentów. Minyard był jak przyzwyczajenie – pojawiające się niepostrzeżenie, ale miłe i całkiem intrygujące. Szkoda tylko, że zazwyczaj zakrwawione, ale Parrish nauczył się już, że w życiu nie można było mieć wszystkiego.
— Nigdy nie zasugerowałeś też nic innego — dodał tylko, ponownie skupiając się na doprowadzeniu stłuczonego nosa do porządku, próbując ponownie nie wrócić do wpatrujących się w niego oczu. Właściwie, jakikolwiek flirt wychodził mu całkiem naturalnie, choć często mylono go z otwartością i raczej bezpośrednim poczuciem humoru. Andrew był przystojny, co nie uszło jego uwadze już za pierwszym razem. Może dlatego zaczepna wymiana zdań płynęła sama – nadal ugrzeczniona i przyzwoita, ale nasiąknięta czymś trudnym do rozszyfrowania, jakby sam proces rozmowy sprawiał im wiele satysfakcjonującej przyjemności. Minyard nigdy nie wydawał się być nim zainteresowany – tak n a p r a w d ę zainteresowany – i powiedzmy sobie szczerze: trudno było wstrzymać oddech na widok kogoś w znoszonych scrubsach, lateksowych rękawiczkach i termometrem wciśniętym w jedną z kieszeni.
Odrzucił brudne od krwi waciki i poświecił latarką w każdą z dziurek; przeszło mu przez myśl, że jak na nową znajomość, doglądanie jakiejkolwiek szczeliny w jego ciele było teraz dość p e r s o n a l n e, ale ugryzł się w język, parskając tylko dźwięcznym śmiechem, który mógł być również odpowiedzią na ironiczne spostrzeżenie Andrew.
— Wybacz, że Cię rozczaruje, ale Twoje życie seksualne – ze światłem czy też bez – nie należy do obszaru moich zainteresowań — cmoknął. Trudno było określić, czy mocniejsze naciśnięcie na jego nasadę nosa miało być formą skarcenia za niewybredny komentarz, czy może zwykłym badaniem. Odrobina bólu jeszcze nikogo nie zabiła, prawda? Minyard i tak dzielnie znosił jego oględziny i wyraźnie miał słabość do odrobiny masochizmu w swoim życiu.
— Naprawdę wystarczy Ci tylko tyle, żeby uznać moje słowa za podryw? Żałosne — wymruczał wesoło, a jasne tęczówki błysnęły wyzywająco — nie chcę nawet myśleć co by się stało, gdybym postarał się bardziej. Niestety, ani Ty, ani ja, nigdy się tego nie dowiemy.
Orientując się, że słowa nie do końca odpowiadały czynom, a jego palce nadal naciskały na miękką skórę karku, skarcił się w duchu i odsunął dłoń, wycofując się z ciasnej przestrzeni pomiędzy rozchylonymi udami mężczyzny. Wcześniej nigdy nie zwrócił uwagi na zapach jego perfum; zmieszany z ciężkim, papierosowym dymem i czymś, co Elias określiłby jako naturalny zapach jego skóry.
Przyjemny zapach.
Zabity zaraz solidną ilością środka dezynfekującego, którym Parrish pokrył swoje rękawiczki.
Potarł czoło przedramieniem i przyciągnął do siebie taboret na kółkach, sadzając na nim tyłek. Przysunął się ponownie do Andrew i bez pytania sięgnął do jednej z jego dłoni, którą oparł wygodnie na udzie, sięgając po kolejny zestaw opatrunkowy. Obrzucił go poirytowanym spojrzeniem, jak małego chłopca, który po tysięcznym złamaniu nadal wspinał się na najwyższe drzewa.
— Dlaczego? — powtórzył za nim, ujmując dłoń, by przesunąć po niej mokrym wacikiem. Opuszki lekko musnęły jej wierzch, ale rękawiczki skutecznie oddzielały ciepło ciała i fakturę sprawnych palców — może dlatego, że następnym razem możesz pojawić się w gorszym stanie. Albo wcale — westchnął, błądząc spojrzeniem po szerokiej dłoni. Życie na krawędzi było przyjemne do czasu, aż krawędź się nie kończyła.
Poderwał głowę, znowu zaglądając mu w oczy. Lekki uśmiech rozjaśnił jego twarz; mógł sobie tylko wyobrazić biedaków, którym przyszło trafić w ręce Andrew.
Obandażował jedną dłoń, chwytając za drugą.
— Jestem nudnym człowiekiem — powiedział, co właściwie nie było znowu takim kłamstwem. Nie ciągnęło go do sportów ekstremalnych, ostatnim razem po mordzie dostał wiele lat temu, a jego jedyną ostatnio rozrywką była próba przeżycia z dnia na dzień, okłamując samego siebie, że taki stan rzeczy jak najbardziej mu odpowiada — od tygodnia próbuję przemalować pokój i o ile nie spadnę z drabiny, trudno nazwać to zajęciem niebezpiecznym — przechylił głowę, a jasne światło jarzeniówek zatańczyło w kosmykach jego włosów.
— Hokej— dodał nagle, obracając jego dłoń, sprawdzając jej wewnętrzną stronę — Czasami gram w hokeja. Kiedyś robiłem to częściej, ale przez kontuzję, musiałem przerzucić się na okazjonalne jeżdżenie po lodzie — pochylił się w jego stronę, żeby dosięgnąć do kolejnego bandaża, podjeżdżając jeszcze bliżej na skrzypiącym stołku.
— Czy to ten moment naszej z n a j o m o ś c i, w której przestaniesz wciskać mi kit o boksie? — spytał, tworząc równą pętelkę z jasnego materiału.
Andrew R. Minyard
Let me heppen to you
: ndz lip 26, 2026 7:55 am
autor: Andrew R. Minyard
Najlepsze znajomości zaczynały się z przypadku. W końcu nic tak nie zbliża do siebie ludzi, jak wspólny wróg. Albo były partner lub partnerka.
— A nie? — spytał, odwzajemniając uważne spojrzenie. Co prawda Minyard był mistrzem nawiązywania relacji w najmniej spodziewanych miejscach z ludźmi, którzy nie do końca nawet zdawali sobie sprawę z jego sympatii. Jakby nie lubił w swój oschły sposób Eliasa to nie domagałby się o niego za każdym razem. — Nie można zaprzeczyć, że widujemy się dość cyklicznie — dodał po chwili. Ba, nawet prowadzili te swoje słowne gierki, na które w normalnych okolicznościach by nie reagował albo zbywał półsłówkami. Robił tak w przypadku lekarza tylko i wyłącznie wtedy, gdy miał naprawdę koszmarny dzień, gdzie gadanie pogłębiało tę irytację.
Uśmiechnął się i to całkiem szczerze. Co prawda pęknięta warga nieco zapiekła, ale nie zwracał na to w tym momencie większej uwagi. Dziś wchodzili w rejony, w które wcześniej nie mieli okazji się zapuszczać. O dziwo, nie przeszkadzało mu to.
— Poświęcam ci tyle mojej uwagi, a teraz próbujesz wyciągnąć ode mnie kilka słodkich słówek? — zasugerował, obserwując uważnie jego ruchy. Andrew mógł powiedzieć wiele o Parrishu. Niezaprzeczalnie był przystojnym mężczyzną, który przyciągał jego spojrzenie. Miał inne aspekty, które bardziej mu się podobały. Lubił obserwować jego dłonie. Nie bał się zamykać przy nim oczu i w pełni oddawać się w jego ręce w trakcie opatrywanie ran. Nie ufał obcym ludziom, ale Elias miał coś w sobie, co zyskiwało w jego oczach. Nie musiał obserwować każdego, najmniejszego ruchu, który wykonywał. Dzięki temu mógł się chociaż odrobinkę zrelaksować i wyciszyć po bójkach. Po prostu nie okazywał swojego zachowania wprost, a tylko w swoich gestach. Słowa wydawały się tu zbędne.
Powoli odzyskiwał spokój, adrenalina opuszczała jego ciało, a ból zaczął dawać o sobie znać. Chyba w tym momencie powinien zacząć dopominać się o leki przeciwbólowe, które chociaż trochę przyniosą mu ukojenie. Jutro bez nich nie wstanie z łóżka, a jak już uda mu się to zrobić to nie będzie w stanie skupić się na pracy. Chociaż patrzenie w ścianę przez kilka godzin wcale nie wydawało się aż takim złym pomysłem.
— Jak na kogoś kto nie interesuje się moim życiem seksualnym, jesteś aż za nadto dotykalski — rzucił, po czym skrzywił się gdy ten, paskudny, wredny brutal nacisnął na skrzydełka nosa. Nie tylko w słowach bywał hipokrytą. — Każdemu pacjentowi tak się ładujesz między uda? — Dopytał, naciskając na jego nogi swoimi w ramach przypomnienia, gdzie ten się znajdował. To nie tak, że sama sytuacja mu przeszkadzała, nic z ty rzeczy. Po prostu w końcu znalazł odpowiedni moment, aby ją wykorzystać. — Tabletki? — przypomniał, gdy bolący nos nie odpuszczał, a on chciał chociaż trochę skupić się na rozmowie.
Tym razem to najbardziej ucierpiała twarz. Wszelkie inne rany wydawały się przy tym nic nieznaczącym szczegółem.
— Czyli masz po prostu taki styl bycia? Urodzony zalotnik i łamacz wszystkich, napotkanych serc? — Z takim wyglądam na pewno rozdawał kosze na prawo i lewo. Nawet styl w pracy nie odejmował mu tej urody. — Z tobą to tak właśnie jest, jak już zaczynam się dobrze bawić to wszystko oddzielasz grubą krechą. Zatem niech ci będzie. — Zmarszczył brwi, chociaż to trochę bolało, jednak nie miał zamiaru, narzekać na granicę postawioną przez lekarza. Nawet jeśli jego słowa przeczyły wszystkiemu innemu.
Hipokryta.
Przyglądał się dłoniom w ciszy, zastanawiając się, jak zmienić swój harmonogram w tym tygodniu. Wątpił, aby szydełkowanie z takimi opatrunkami należały do najwygodniejszych, a zignorowanie obrażeń w tym miejscu, mogło wiązać się z tym, że zostaną mu kolejne blizny. Przez całe życie trochę ich nazbierał, a postanowił sobie, że więcej już ich nie chce. Chociaż jego działania całkowicie przeczyły temu postanowieniu.
— Brzmisz, jakbyś się martwił — stwierdził, po czym spojrzał na lekarza — Tęskniłbyś, jakbyś nie mógł już więcej obserwować mojej zakrwawionej mordy? — dopytał, uśmiechając się półgębkiem. Andrew czasami przeginał, ale starał się jednocześnie trzymać fason. Może i nie miał za dużo powodów do życia, jednak kilka zobowiązań skutecznie trzymały go na tym świecie. (Nikt nie zająłby się tak paskudnie, brzydkim kotem, którego miał na głowie)
I kolejna mało znacząca cegiełka, którą mógł dołożyć do: „Nic nieznaczące rzeczy, które wiem o Eliasie, ale i tak je zapamiętam.”.
— A co jest trudnego w malowaniu pokoju? Przy kupnie odpowiedniego wałka, nawet nie będzie trzeba wchodzić na drabinę. O ile masz minimum doświadczenia w tego typu działaniach — zaczął, używając swojego tonu znawcy remontów. Młodzieńcze lata w wykończeniówce z ojcem przynosiło kilka profitów. — Z jakiego koloru na jaki planujesz pomalować? — Skoro i tak miał spędzić w towarzystwie Parrisha jeszcze kilka minut, to równie dobrze mógł mu trochę doradzić co do remontu.
— Nie znoszę sportów zimowych — wyznał, wyrzucając z głowy napływające mgliste wspomnienia dzieciństwa. To nie czas i miejsce na tego typu myśli. — Dlatego wolałem boks czy krav mage.
Nachylił się bliżej lekarza po czym powiedział poważnym tonem:
— Nie oszukuję cię w sprawie boksu. Po prostu od dawna nie walczyłem w żadnym, prawdziwym ringu, a okazuje się, że po tym mieście chodzi wiele osób, które prowokują pojedynki. — Wzruszył ramionami, bo prawda wydawała się aż nazbyt zwyczajna. Mieszkał w szemranej okolicy, ludzie go zaczepiali, więc on po prostu się bronił. Naprawdę.
Elias Parrish
Let me heppen to you
: ndz lip 26, 2026 5:26 pm
autor: Elias Parrish
Elias uśmiechnął się pod nosem. W okolicznościach mniej makabrycznych, a już na pewno mniej krwawych, częste spotkania rzeczywiście mógłby uznać za dobrą kartę. Wyglądało na to, że oboje czerpali przyjemność z rozmowy, szanując też czas, kiedy któryś z nich preferował milczenie. Szpitalny dyżur potrafił odbić swoje piętno na samopoczuciu i zmęczeniu Parrisha, więc bywały dni, kiedy i on po prostu wykonywał swoją pracę, od czasu do czasu rzucając tylko przeciągłe spojrzenie na przystojną twarz Minyarda.
Andrew miał ładny uśmiech, a Elias musiał skarcić się za to, że przyglądał mu się dłużej niż powinien, tym samym wykazując się marnym profesjonalizmem. Zastanawiał się jak wyglądał ten uśmiech bez rany na miękkiej wardze i resztek krwi w kąciku oraz czy często dosięgał uważnych oczu.
— Dokładnie tak. Jestem łasy na komplementy. Poza tym lepiej dobrze żyć z osobą, która Cię składa do kupy — zauważył, unosząc figlarnie brew. Wiele można było powiedzieć o Eliasie, ale nie to, że był wstydliwy lub małomówny. Nie miał też żadnego problemu z przyznaniem się do tego, że był trochę basic jeśli chodziło o miłe słówka i reagował na nie pozytywnie jak zdesperowana nastolatka.
Chryste, powinien w końcu wylądować z kimś w łóżku, bo nawet sam przed sobą brzmiał ż a ł o ś n i e.
Nie widział w którym momencie przekroczył cienką granicę tego dotykalstwa. Nie dużo – zaledwie tyle, by dotyk był dłuższy, a on nadal tkwił między udami Minyarda, jakby było to jedyne, odpowiednie dla niego miejsce. Ratownicza obojętność została zastąpiona nicią sympatii do szukającego wrażeń Andrew. Nawet na moment zapomniał o tym, że jego dyżur skończył się dobre dwadzieścia minut temu.
Delikatne ściśniecie ud na chwilę zatrzymało go w miejscu. Odszukał wzrokiem oczy Minyarda i poruszył się nieznacznie, szeleszcząc sztywnym materiałem szpitalnych spodni. Pochylił się odrobinę bardziej w jego stronę, nie mając zamiaru dać się sprowadzić do parteru w tym słownym zaczepialstwie.
— To ty jesteś na tyle łatwy, że pozwalasz mi wślizgnąć się między uda — mruknął cicho, z satysfakcją dostrzegając, że mocny dotyk wywołał odpowiednia reakcję – krótki i karcący ból.
Może jednak nie wyszedł z aż takiej wprawy: umiejętności bajerowania nadal były na poziomie zadowalającym i Elias zapomniał już jak wiele przyjemności potrafiły sprawić niewinne słowa i niby przypadkowy dotyk. Zaraz jednak pomyślał o konsekwencjach flirtu i tym, że ostatnimi czasy trafiał na kochanków, którzy nie potrafili skupić jego uwagi na dłużej niż jedna noc i płytka rozmowa z samego rana, zakończona niczym innym jak brakiem następnego spotkania.
Złapał się na tym, że niechętnie wysunął się z uścisku ud, by sięgnąć po sporą dawkę środka przeciwbólowego. Dwie tabletki spoczęły na dłoni Minyarda w towarzystwie niewielkiego kubeczka z wodą.
— Uważasz, że jestem z a l o t n y? — powtórzył, a jego wargi drgnęły, gdy próbował stłumić śmiech — zaraz pomyślę, że próbujesz mnie sprowokować. Mówił Ci ktoś kiedyś, że granice są po to, żeby je przekraczać? — ewidentnie w słowach Eliasa można było wyczuć sugestię, której pozwolił unosić się jeszcze przez moment. Andrew mógł z nią zrobić co tylko chciał, a Parrish nie był pewien czego właściwie oczekiwał. Może niczego. A może kolejnego, znaczącego uśmiechu na obitej i atrakcyjnej twarzy.
— Niestety, obawiam się, że w ramym randkowaniu nie jestem najlepszy. Ale mam wiele innych, całkiem przydatnych zalet — mrugnął do niego tak jak nie powinien mrugać i pochylił głowę, zajmując się poranionymi dłońmi.
Powstrzymał się od wymownego przewrócenia oczami, ale nie podniósł spojrzenia. Dłonie delikatnie błądziły po każdej kostce, ocierając je z brudu i resztek osocza.
— Nie wyglądasz jak ktoś, kto ma wiele osób, które by się martwiło.
Słowa nie miały boleć, choć zdecydowanie nie należały do najprzyjemniejszych. Była to czysta dedukcja, na którą pozwolił sobie Parrish. Ale może się mylił, jak w wielu innych przypadkach: może Minyard po prostu nie dawał sobie pomóc, będąc ślepym na troskę bliskich.
I dlaczego pomyślał o tym, że gdyby był j e g o...
Sapnął, marszcząc brwi w odpowiedzi na własne myśli. Tak, jakby nie miał dość nieudanych związków i złamanego serca.
— Nudziłbym się, gdybyś przestał przychodzić jak zbłąkany kundel — mruknął zaczepnie, spoglądając w górę.
Zdecydowanie wyglądając przy tym zbyt d o b r z e.
Temat remontów był tematem całkowicie obcym Eliasowi. Robił to co podpowiadały mu tutoriale, a ponieważ uczył się szybko, nie wychodziło to aż tak tragicznie. Myślał o zatrudnieniu firmy remontowej, ale do tego potrzebował czasu i większej ilości gotówki.
— Coś tam potrafię. Robię to w wolnej chwili i traktuję jak hobby — wzruszył ramionami. Traktuję to jak oderwanie myśli, zajęcie dłoni i kolejny proces terapeutyczny.
— Czy oprócz okazjonalnego obijania mord, jesteś też złotą rączką? — podpytał podejrzliwie. Andrew Minyard, człowiek wielu talentów — chcę po prostu odświeżyć kolor. Wcześniej był brudny, teraz jest bardziej czysty — i to by było na tyle ze znajomości trendów wystroju wnętrz — cały dom wymaga remontu, ale to dobry start. Chcesz mi potowarzyszyć? Mam dodatkowy wałek i czapeczkę z gazety — zaśmiał się — łamiesz mi serce nienawiścią do hokeja, ale może przymknę na to oko — uniósł jego dłonie, obrócił je i ostatecznie wreszcie uznał, że pozostawia je w dobrym stanie.
Oby takie zostały jak najdłużej.
Czując jak Andrew się nachyla, Elias automatycznie znowu podniósł głowę, nie zmieniając swojej pozycji. Ciepły oddech mężczyzny połaskotał jego twarz w sposób na tyle przyjemny, że Elias nigdy by się do tego nie przyznał. Spojrzenie wolno przeniosło się z jego oczu na usta, gdy próbował rozszyfrować ile prawdy było w jego słowach. Naparł dłonią mocniej na jego udo i przechylił z zaciekawieniem głowę, unosząc ją na tyle, by jeszcze bardziej zmniejszyć dzielący ich dystans.
— Nie jest przypadkiem tak, że specjalnie szukasz kogoś kto ugasi Twój ognisty temperament? Jest wiele lepszych sposobów na rozładowanie napięcia — zanim Andrew zdążył cokolwiek zrobić, Elias odepchnął się i wyjechał spomiędzy jego ud, obracając się na krzesełku. Tym razem całkowicie zdjął rękawiczki, wrzucając je w pobliskiego kosza na śmieci. Przeciągnął się, pocierając kark dłonią i wyciągnął z kieszeni notes i długopis, który zręcznie obrócił w długich palcach.
— Wypiszę Ci przeciwbólowe. Bierz je co osiem godzin. Gdyby pojawiły się zawroty głowy, daj znać. Wtedy będzie trzeba zrobić prześwietlenie — poinformował, kreśląc kształtne litery. Zawahał się przez chwilę, dopisując coś na samym dole kartki, którą podał Andrew. Prócz recepty, na samym dole znajdował się prywatny numer telefonu Eliasa.
— Odezwij się, jeśli leki nie byłyby wystarczająco skuteczne.
Albo jakbyś miał ochotę na chińszczyznę z dowozem.
— Jak żebra? Trzeba na nie spojrzeć?
Andrew R. Minyard
Let me heppen to you
: śr lip 29, 2026 7:41 am
autor: Andrew R. Minyard
Stanął przed swoistym wydaniem: zignorować Eliasa i jego potrzebę usłyszenia komplementów z jego ust czy przemóc się i powiedzieć mu cokolwiek, co przyniesie mu jeszcze większy uśmiech. Minyard nie potrafił robić takich rzeczy. Miał przemożne wrażenie, że w jego ustach słodkie słówka brzmiały jak największe ułudy bez grama szczerości. Zwłaszcza, gdy ktoś ich od niego łaknął. Może łatwiej powiedzieć je niespodziewane, wtedy wydawały się ona bardziej naturalne niż w takiej sytuacji. Niewymuszone, a w pełni szczere.
— Sugerujesz, że bez nich nie będziesz mnie w tak przyjemny, chociaż bolesny sposób, łatał? — dopytał, przechylając lekko głowę. To tylko kilka słów. Powinien dać radę wypowiedzieć je w sposób, który nie będzie brzmiał w żałosny lub wymuszony sposób. — Wątpię, abyś był w stanie tak postąpić skoro masz tak szeroki wachlarz umiejętności — dodał, posyłając mu nieco dłuższe spojrzenie. Nadal nie brzmiało to jak typowy komplement, jednak na ten moment nie potrafił powiedzieć nic lepszego. Może powinien zastanowić się nad nimi później, aby zaskoczyć go przy okazji kolejnego razu, gdy zjawi się w szpitalu?
Czy Andrew starał się poderwać lekarza, czy nadal chodziło mu tylko o słowne przekomarzanie? W normalnych okolicznościach nie pozwoliłby nikomu zbliżyć się do siebie aż tak. W końcu mało kto mógł zagościć między nogami, a wszelkie przelotne romanse kończyły się tak szybko, jak zaczynały. Męczyły go rozmowy o niczym, nie chciał nikomu dawać swojego numeru, bo nie widział w tym najmniejszego sensu lub perspektywy na coś dłuższego. Chodziło tylko i wyłącznie o rozładowanie napięcia, a później rozejście się w swoje strony. Nic więcej.
Elias nie mógłby trafić do tej kategorii.
Nie mógł nie zareagować na ten ruch. Uśmiechnął się, po czym uszczypnął go pod pośladkiem. Może z naganą, może w ramach ostrzeżenia, ale to wydawało się silniejszym od niego. Chciał przez moment poczuć między palcami skórę na udzie, od której oddzielały go szpitalne spodnie. Czy była tak miękka i sprężysta, jak mu się wydawało?
— Posłuchaj… — zaczął, po czym złapał go za kołnierzyk, przyciągając nieco bliżej do siebie — Nie mogę nic poradzić na to, że naprawdę wyglądasz ładnie między nimi. Pasuje ci to — wyznał, wypuszczając go ze swojego chwytu. Powinien pamiętać o tym, gdzie się znajdowali. Miejsce publiczne. Ba, miejsce pracy jednego z nich. Tutaj nie powinni ulegać amorom.
Wziął nieco głębszy wdech. Nie przewidział tego, że dziś nadejdzie dzień, gdy zacznie z nim tak otwarcie flirtować. Przekroczy barierę dotyku, słowa przestaną wydawać się tak niewinne, a on będzie miał ochotę to tylko pogłębić. Parrish działał na niego za mocno. Z tymi swoimi bezczelnymi słówkami, kpiącymi uśmieszkami i ciężkimi spojrzeniami. Nie potrafił pozostać na to ślepym, nawet zaczął sam prowokować go do tego wszystkiego. Może jednak oberwał za mocno w głowę i coś mu się w niej poprzestawiało?
Rozluźnił się nieco i z wdzięcznością przyjął wodę wraz z lekami. Uniósł delikatnie kubeczek, jakby chciał wnieść toast za lekarza, po czym łyknął obie tabletki. One mu pomogą. Może dzięki nim odzyska wewnętrzną równowagę.
— Jesteś cholernym zalotnikiem — zawyrokował, używając przy tym poważnego tonu — Chciałbym zobaczyć to przekraczanie granic w twoim wydaniu. Co byś zrobił? Jakich słów użył? — Złapał sugestię, nie dając jej zniknąć wraz z innymi wcześniej wypowiedzianymi. Dziś na każdym kroku było inaczej. Nie wiedział co dokładnie spowodowało ten stan, ale nie musiał wiedzieć. Wystarczyło mu to, co właśnie działo się na jego oczach
— Tak? Może chcesz mi opowiedzieć o tych zaletach? A może… Chcesz mi je zaprezentować? — Podpuszczał go. Zobaczenie momentu, gdy wrócą do „normalnego” zachowania byłoby jednocześnie najbardziej zabawnym i rozczarowującym momentem. — Spokojnie, również jestem beznadziejny w randkowaniu.
Zastanowił się przez moment. Nie bolało go samo stwierdzenie, a raczej to było smutne stwierdzenie faktu. Andrew nie potrafił dopuszczać do siebie ludzi, bojąc się tego, że kiedyś ich straci. Jak w przeszłości.
— Kilka by się znalazło, co prawda znajdują się na drugim końcu kraju, ale istnieją — odpowiedział, wzruszając przy okazji ramionami. Płaski ton bez większych emocji.
Posiadając większe grono bliskich osób, nigdy nie przeprowadziłby się do Toronto i nie poznał Eliasa. Nie wydawało się to niczym przykrym, tak czasami wyglądało życie. Wystarczy się w pełni z tym pogodzić, czekając na to, co przyniesie nowe miejsce i znajomości.
Chociaż i tak nie spodziewał się niczego co wydawało się być w zasięgu jego rąk.
— Wiesz, jak to bywa ze zbłąkanymi kundlami. Doświadczając odrobiny dobroci od człowieka, będą do niego notorycznie przychodzić oczekując jeszcze więcej. — Uśmiechnął się, słysząc tę zaczepkę. Gdyby nie otrzymał tak wielkiego komfortu, nigdy więcej by nie chciał do niego wrócić. Parrish sam sobie był winny, że Minyard przyczepił się do niego niczym rzep do psiego ogona.
Praca fizyczna potrafiła być satysfakcjonująca. Zwłaszcza, gdy robiło się zdjęcie przed i po remoncie. Wtedy człowiek doceniał własne umiejętności i mógł przeliczyć ile oszczędził na ekipie, gdy wykonał to własnymi rękami. Sporo rzeczy potrafił robić we własnym zakresie. Miał te bardziej lubiane i te mniej. (Układanie płytek to największe zło, jakie istniało, chociaż skuwanie ich przynosiło sporo zabawy.)
— Dokładnie tak. Tynkarz, malarz, akrobata — zażartował, wyjmując telefon z kieszeni. — W twoich słowach słyszę prawdziwego specjalistę od remontów. Chcesz tylko odświeżyć kolory czy coś jeszcze? — dopytał, zastanawiając się czy znajdzie jakiekolwiek zdjęcie wnętrza, które miał okazję wykonać. — Myślę, że jeśli chodzi o sprzęt tego typu mogę mieć lepszy od ciebie, bez urazy oczywiście — dodał, sprawdzając kalendarz na najbliższy tydzień. W sumie istniała spora szansa, że naprawdę mógłby mu z nim pomóc. Tak w ramach wdzięczności za brak szczegółowych pytań w temacie obrażeń. — Tak właściwie mógłbym ci pomóc. Musisz tylko jasno określić co chcesz zrobić, wtedy będę wiedział, jak mam się przygotować. — Minyard po prostu uwielbiał remonty.
Drgnął, czując dłoń na udzie. Podziałało to na niego, praktycznie rozwiązując język. Wszelkie wymówki odeszły w niebyt, a sam Elias wyciągnął z niego prawdę.
— Może masz po części rację, jednak mam tak „prowokującą twarz”, że tak właściwie nie muszę nikogo szukać, a oni sami do mnie przychodzą — wyznał, prawie podnosząc dłoń, aby dotknąć mężczyznę, jednak powstrzymał się od tego. Jeszcze nie teraz. — Tak? Może zdradzisz mi te sposoby na rozładowanie napięcia? — Plusem bójek było to, że mógł zawracać dupę lekarzowi. Tak to nie miałby lepszego argumentu, żeby do niego wpadać w ramach odwiedzin.
Obejrzał opatrzone dłonie, kilka razu poruszył palcami i narzekać nie mógł. Zawsze mogło być gorzej. Odpalił przednią kamerkę w telefonie i obejrzał swoją twarz. Tutaj mogło być lepiej. Napuchnięty nos wraz z śliwą pod okiem nie wyglądały ani trochę dobrze. Otarł resztki krwi z kącika ust. Lepiej już nie będzie.
Przeniósł spojrzenie na Eliasa, przyjmując od razu receptę. Uśmiechnął się, widząc wpisany na samym dole numer telefonu.
— Jasne, będę ci dawał znać.
Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, wpisał cyferki, po czym wybrał numer.
— Myślę, że tobie też przyda się mój numer. — Uśmiech, jaki mu pokazał w tym momencie wydawał się drapieżny, a samo spojrzenie wymowne. — Czyli naprawdę chcesz mnie rozebrać, wiedziałem. — Westchnął dramatycznie, po czym jednym ruchem ściągnął koszulkę. — Sam musisz ocenić czy cokolwiek trzeba z nimi zrobić.
Elias Parrish
Let me heppen to you
: śr lip 29, 2026 9:17 am
autor: Elias Parrish
— Ty to powiedziałeś — rzucił wesoło, chociaż kolejne mrugnięcie mogło sugerować, że opatrywanie ran mogło przebiegać bezboleśnie lub bardziej niekomfortowo w zależności od tego jak miły będzie Andrew. Elias miał w sobie wiele wesołości, chociaż jego poczucie humoru było specyficzne, często kąśliwe i zaczepne. Jego usta były stworzone do uśmiechów (i pewnie wielu innych, przyjemniejszych rzeczy), a oczy zawsze jaśniały zmęczoną, choć czarującą łagodnością.
Szpitalna sala oddziału ratunkowego nie była sprzyjającym miejscem na flirt, a jednak Parrish wyczuwał napięcie, którego dawno nie doświadczył w swoim trzydziestotrzyletnim życiu. Randkowanie z pacjentami, szczególnie tymi, których w tym momencie opatrywał była mało profesjonalna. Zegar jednak wybijał dwadzieścia dwie minuty po zakończeniu jego dyżuru, więc czy nadal mógł uznać tą przyjemną, pociągającą wymianę zdań za rzecz nieodpowiednią podczas pracy? Może więc nie musiał też okłamywać się, że intencjonalne zmniejszanie dystansu, długi dotyk i znaczące spojrzenia były związane z troską o jego zdrowie – były za to egoistycznymi pobudkami zdesperowanego i niedopieszczonego Eliasa, który najpewniej robił z siebie kompletnego debila jakby stracił rozum.
I co gorsza, uszczypnięcie w pośladek tylko pogłębiło ten stan. Głupi, dziecinny i nieodpowiedni gest sprawił, że poczuł drobne mrowienie w dole brzucha.
Mocny chwyt na kołnierzyku w żaden sposób go nie spłoszył, chociaż na twarzy Parrisha pojawiło się coś w rodzaju zaskoczenia. Nie mógł nic poradzić na to, że spojrzenie ponownie wybadało każdy milimetr przystojnej, obdrapanej twarzy, zatrzymując się zdecydowanie zbyt długo na samych wargach. Teraz jeszcze silniej czuł zapach perfum i ciężki aromat papierosów, który wydał mu się cholernie atrakcyjny.
Minyard był mężczyzną, od którego Elias powinien trzymać się z daleka. Był jak chodzące kłopoty, a z kłopotami się nie spałorandkowało. Nie rzucało im się dwuznacznych spojrzeń, ani tym bardziej nie traciło się tchu przy namiastce czegoś co mogło być o d t ę p e m, ale było tylko fikcją wypełnioną niewypowiedzianymi pragnieniami i wizjami tego jak mogłyby smakować wargi Andrew.
Elias był porządny. Może nie najporządniejszy, ale się starał. I nie potrzebował kolejnego, złamanego serca, ani dojmującego smutku, gdy po raz kolejny okaże się nieodpowiedni. Ale chociaż powtarzał to sobie bardzo rozsądnie w głowie, kąciki jego ust uniosły się w sugestywnym uśmiechu.
— Wyglądam też bardzo ładnie w wielu innych miejscach, Minyard — szepnął wyzywająco, a potem odsunął się, wreszcie biorąc głębszy wdech.
Obserwował jak Andrew bierze leki; za kilka minut powinny zacząć działać, co pomoże mu przetrwać noc. Same obrażenia nie były tragiczne, ale uciążliwe pieczenie i ból mogły przeszkadzać mu w codziennym funkcjonowaniu. Nigdy nie spytał go o to co robił, a głowa Eliasa nie potrafiła dopasować Andrew do żadnego, konkretnego zawodu.
Zaśmiał się, tym razem nawet nie broniąc przed etykietką zalotnika. Może faktycznie była to część jego natury. Posłał mężczyźnie jeszcze jedno spojrzenie, bardziej zamyślone i wnikliwe.
— Kiedy przeszliśmy z tematu Twojego zdrowia i upodobania do agresji do tematu tego jak wygląda moje przekraczanie granic? — spytał z rozbawieniem, poprawiając się wygodniej na taborecie. Uniósł dłoń, poprawiając guzik błękitnego fartucha — bliżej mi do osoby, która da się ponieść chwili, zamiast rozważać dwa razy wszystkie za i przeciw. Nie wiem czy jest się czym chwalić. Nigdy nie wychodziłem na tym dobrze — spojrzał przez ramię w stronę korytarza. Nikt nie zakłócał im spokoju. A Parrish nagle przestał tak gorliwie marzyć o szybkim powrocie do domu.
Zalety? Cóż, mógłby pokazać mu kilka całkiem niezłych. Ale najpierw musiałby pozbyć się tych niewygodnych scrubsów.
Przemilczał komentarz o bliskich; nie czuł się na tyle swobodnie by zadawać niewygodne pytania. Skinął tylko głową, szanując jego prywatność, ponieważ ich znajomość była zbyt świeża by testować jej granice.
Normalne, zdrowe granice, nie granice nieprzyzwoitości i rodzących się w głowie fantazji.
— Lubię psy. Są lojalne, jeśli dobrze się je traktuje. Spokojnie, odrobaczymy Cię, pozbędziemy się pcheł i będziesz jak nowy — roześmiał się.
Andrew najwyraźniej znał się na remontach w przeciwieństwie do Eliasa. Temat go ożywił, więc Elias wykorzystał chwilę jego skupienia na telefonie, żeby jeszcze raz mu się przyjrzeć. Remonty do niego pasowały. Drabiny, w a ł k i, farby na dłoniach i policzku. Sprzątając swoje niewielkie stanowisko i wyrzucając zakrwawione waciki do kosza, pozwolił sobie nawet na myśl o tym, że jego mięśnie musiały wyglądać sensownie, spięte i pokryte drobną warstwą potu. I te włosy...Parrish miał chyba słabość do tych wszystkich, zmierzwionych i przydługich kosmyków za które mógłby ciąg...
— Hm? — mrugnął, gdy dotarło do niego, że Andrew m ó w i ł i to najpewniej z sensem. Remonty. No tak.
— Kupiłem dom po rozstaniu. Zależało mi na tym, by było dużo do roboty, żebym mógł się czymś zająć. Wtedy w mojej głowie była to forma...Nie wiem, dojścia do siebie — zmarszczył brwi, chcąc wyjaśnić stan zakupionego domu — jest tam więcej rzeczy do remontu niż nie. Ale zależy mi na jasnych kolorach, bo od strony ogrodu są duże okna i...— urwał, nie chcąc zamęczyć mężczyzny swoimi zafascynowanymi opowieściami o tym, jak cudownie będzie wyglądał salon skąpany w promieniach słońca — chyba musiałbyś sam ocenić ilośc pracy.
Ponieważ nie mógł na głos powiedzieć tego, co chciał z r o b i ć. Bo cokolwiek chciał i jak wiele chciał, nie miało to nic wspólnego z odmalowywaniem ścian.
Może działało to tak jak w przypadku ludzi, którzy napataczali się na Andrew oczekując solidnego wpierdolu. Nie mogli mu się oprzeć.
Elias nie mógł mu się oprzeć.
Co za głupia sytuacja.
— Seks jest dobrym sposobem na rozładowanie napięcia — odpowiedział tak swobodnie, jakby była to zwyczajna, lekarska pogawędka — albo joga. Bieganie. Siłownia. Zaręczam, że żadna z tych rzeczy nie skończy się dla Ciebie szpitalem. Ale wtedy oboje stracimy całą zabawę, prawda? — podniósł na niego spojrzenie.
Jego telefon zawibrował w kieszeni, informując o połączeniu. Wyciągnął go, wpisując nieznany numer, nawet przez sekundę nie zastanawiając się nad nazwą. Kłopoty.
— Może masz rację. Może potrzebuję go, żeby wysyłać Ci głupie wiadomości o czwartej nad ranem — schował ponownie telefon do kieszeni i skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Z cierpliwym politowaniem poczekał, aż Minyard zdejmie koszulę; jednym, sprawnym ruchem, odsłaniając zarysowane mięśnie. To nie pierwszy raz kiedy widział jego ciało, ale za każdym razem widok niezmiennie był kurewsko dobry.
— Spytałem czy trzeba na nie spojrzeć, a nie, że masz się rozbierać. Ale miło wiedzieć, że jesteś do tego taki chętny — wargi Eliasa zadrżały, gdy próbował stłumić kolejną falę rozbawienia. Jakby nie patrzeć, Andrew był specjalistą od tynkowania, a on od leczenia. Zbliżył się więc ponownie, ale tym razem zachował bezpieczną odległość od tak chętnie rozchylających się ud i pochylił się, żeby przesunąć palcami po linii jego żeber. Naparł na kilka miejsc, obserwując reakcję ciała. Gdyby były złamane, nie byłoby mu tak do śmiechu, wyglądało więc na to, że były tylko lekko obtłuczone.
— Zimne okłady i trochę odpoczynku powinno pomóc — poinformował. Dotyk Eliasa – pozbawiony rękawiczek – był ciepły i miękki. Nie przeciągał go tym razem dłużej, niż było to konieczne, kciukiem naznaczając tylko kilka drobnych pieprzyków na jego skórze — nic więcej nie zrobię. Jedź do domu, prześpij się i zrób sobie jutro wolne. To zalecenie lekarskie — podkreślił — więc bądź grzecznym chłopcem i nie pakuj się w kłopoty.
Andrew R. Minyard
Let me heppen to you
: ndz sie 02, 2026 11:39 pm
autor: Andrew R. Minyard
Prychnął, kręcąc przy tym głową. Zdarzały się takie momenty w tej specyficznej relacji, że nie bardzo wiedział co odpowiedzieć lub odbić w ramach kontry. W żadnym wypadku nie odczuwał negatywnych emocji, gdy z własnej woli wycofywał się z niektórych przekomarzanek. Normalnie czułby irytację, szukając słabego punktu rozmówcy, aby koniec końców i tak wyszło na to, że od samego początku miał rację. Minayrd właśnie takim wrednym oraz kąśliwym dziadem był. Uderzenie się w pierś sprawiało mu ogromny problem, a do własnych błędów przyznawał się bardzo niechętnie. W końcu kreował się na istotę nieomylną, najlepszą we własnym fachu i wszystkich rzeczach pobocznych, które brał na tapet. Nawet durne dzierganie w jego wykonaniu musiało być perfekcyjne, bez jakiejkolwiek pomyłki. Z tonu spuszczał w obliczu bliskich osób lub takich, do których czuł respekt, a całą resztę traktował z góry.
Co do samego Eliasa odczuwał ogromny wachlarz emocji i tych negatywnych, jak i tych pozytywnych. Wbrew pozorom obie równoważyły się, a żadna nie zdawała się przechylać ku zwycięstwu. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że mężczyzna był niezaprzeczalnie atrakcyjnym i przyciągającym wzrok. Wcale nie chodziło mu tylko o przystojną twarz, którą notabene również posiadał wraz z cudownym uśmiechem, skutecznie roztapiającym jego chłodne oblicze; Głównie rozchodziło się tu o te przeklęte oczy. Czuł na sobie ciężar tego spojrzenia, które niekiedy wyrażały tylko i wyłącznie dezaprobatę co do jego działań, wraz ze wszystkimi ranami, z jakimi do niego przychodził. Ładnie wykrojone usta, wydobywające te najbardziej kąśliwe komentarze, jak i pełne dwuznaczności zdania. Utalentowane dłonie, potrafiące działać prawdziwą magię… Po prostu nie dało się, nie zwrócić na niego uwagi.
A Andrew mimo nieskutecznego oporu wpadł w jego sidła.
Decydował się na tak śmiałe gesty, które kiedyś mogły wydawać się nic nieznaczącą mrzonką. Ba, nigdy nie naruszał niczyjej przestrzeni osobistej, gdy nie otrzymał wyraźnej zgody. Teraz zdawał się nie przejmować konsekwencjami uszczypnięcia czy przyciągnięcia do siebie lekarza za kołnierzyk. Nawet przez myśl mu nie przeszło to, że ktoś mógłby ich obserwować w trakcie tej potyczki.
Odnotował w głowie zwycięstwo, gdy zobaczył na twarzy Parrisha zaskoczenie, a wzrok uciekł w kierunku ust. Wcale nie miał zamiaru robić z tym czegokolwiek, ale nikt nie zabroni mu delikatnie unieść kącika warg. Chciał mu dać wyraźnie do zrozumienia, że zauważył to. Jednak teraz nie miał zamiaru nic z tym robić.
Apetyt rósł w miarę jedzenie. Nie chciał ryzykować, że tak szybko, jak będą mieć okazję rzucić się na siebie, równie szybko się znudzą. Andrew lubił wmawiać sobie niechęć co do posiadania kogokolwiek na stałe. (Nie można było tego tłumaczyć żałobą, bo tą miał okazję już odbyć i pogodzić się ze stratą.) Druga połówka gwarantowała o wiele więcej niż seks. W końcu miło posiadać kogoś w życiu, któremu możesz wysłać durnego mema, pomarudzić na pracę czy pozwolić na mizianie przed snem po pleckach. Małe rzeczy, a naprawdę ważne w relacjach.
— Mogę się tylko domyślać jak ładnie możesz wyglądać. Jeszcze — odpowiedział, uśmiechając się do niego wymownie. Wystarczy póki co naruszania strefy osobistej mężczyzny.
Póki co chęć dalszego flirtowania została pokonana przez ćpuńskie zapędy Minyarda. W końcu nic tak dobrze na niego nie działało, jak tabletki przeciwbólowe, które otrzymał ze sprawdzonego źródła. W międzyczasie w trakcie rekonwalescencji planował posilać się mniej czystymi środkami, ale do tego nie miał zamiaru się nigdy przyznawać. Cyferki muszą się dobrze cyferkować, a jakikolwiek ból mógłby mu to utrudnić.
— Chyba wysuwasz za daleko idące wnioski. Wcale nie mam aż tak wielkich upodobań do agresji. Uwierzyłbyś mi, gdybym ci powiedział, że brzydzę się przemocą? — spytał, zdając sobie sprawę z tego, że nikt mu w to nigdy nie uwierzy. Ba, prawdopodobnie zostanie od razu wyśmiany. — Tak to już bywa, gdy znajdujemy odpowiedniego dla siebie rozmówcę, zaczynamy poruszać tematy, których w ogóle nie planowaliśmy — stwierdził, po czym obrzucił go pełnym zainteresowania spojrzeniem. — Spontaniczność wcale nie musi oznaczać czegoś negatywnego. Najważniejszym jest to, aby znaleźć odpowiednią osobę, z którą możesz dać się ponieść chwili. Jeżeli spotyka cię rozczarowanie szukaj czegoś pozytywnego, a nie tylko wytykaj sobie błędy. — Co prawda Andrew na każdym kroku przeczył własnym słowom, bo rzadko kiedy decydował się na tego tu rzeczy, jednak nikt nie musiał o tym wiedzieć. Jeszcze.
Rodzinne tematy nigdy nie należały do najłatwiejszych dla Andrew. A zwłaszcza, gdy miał powiedzieć cokolwiek więcej o tym, co miało miejsce przed adopcją przez rodzinę Minyard. W jego świadomości Yukon został pogrzebany na dobre. Nie było po co wracać do tamtych czasów.
— W takim razie mam nadzieję, że następnym razem zajmiesz się przy okazji moimi włosami. Przydałoby się doprowadzić je do ładu — zażartował, przeczesując palcami przydługie włosy. Dawno nie widziały one fryzjera, a przydałoby im się trochę skrócić z długości. Gdyby tylko chciał, mógłby je już związywać w małego kita.
Można uznać, że mężczyzna miał prawdziwego hopla na punkcie remontów. Ba, w mroczniejszych czasach swojego życia nawet stworzył specjalny arkusz w Excelu, który przeliczał mu ilość farby na metr kwadratowy w zależności od producenta, jak i koloru. Spędził nad nim setki godzin, a drugie tyle na przedzieraniu się przez wszystkie karty techniczne dostępne w internecie. W międzyczasie dodał nawet wszelkiego rodzaju potrzebne materiały do samego malowania uwzględniając w jakiej jednostce były one sprzedawane. Wystarczyło tylko wpisać kilka wartości i arkusz wypluwał ci wszystkie potrzebne dane.
Excel to dla niego świętość i idealne narzędzie do pracy.
— Grunt to znaleźć dobre zajęcie, aby przestać myśleć o tym co było kiedyś. Remont ma to do siebie, że potrafi spędzić sen z powiek i w pełni pozwolić na zaangażowanie. Zawsze to jakaś forma terapii czy radzenia sobie ze stratą. — Przez krótki moment sam nie wiedział czy swoje słowa mówił sam do siebie czy do swojego rozmówcy. Podobnie postępował w trakcie niekończącej się żałoby. Fizyczna robota potrafiła skutecznie zagłuszyć ból psychiczny. Razem z pewnymi środkami, o których nie chciał mówić głośno. — Jeżeli chcesz mogę wziąć wszystkie wzorniki kolorów jakie posiadam i sam wybierzesz coś, co najbardziej będzie ci pasowało. Zmierzę dokładnie wszystkie ściany i dam ci listę rzeczy, które będziesz potrzebował do samego remontu — Nic tak nie działało mu na nerwy, jak nadmiar materiałów walających się po składzikach. Dlatego jego arkusz zakładał naddatek, ale sensowny.
Sama ta rozmowa sprawiła, że naprawdę miał ochotę mu pomóc z remontem. Ba, nawet nie planował za niego zedrzeć go jak za zboże. Zaproponuje przystępną cenę, uwzględniając dużą zniżkę „po znajomości”.
O ile cokolwiek będzie od niego za to chciał.
— Tak, masz rację, dobry seks potrafi przynieść wiele korzyści dla organizmu i psychiki — odparł, powstrzymując się przy okazji od rzucenia jakiejkolwiek aluzji w kierunku mężczyzny. Tak otwarta propozycja stosunku na tym etapie, wydawała się w naprawdę złym guście. — Wymieniasz same nudne rzeczy. Gdybym posłuchał tej rady, jeszcze byś za mną zatęsknił i sam zaczął wypytywać czy na pewno wszystko ze mną dobrze — stwierdził, dobrze wiedząc, że żadnej z tych rzeczy nie miał zamiaru próbować. Zawsze może zapisać się znowu na boks.
Śmieszek się znalazł.
— A może to ja zacznę cię zasypywać dziaderskimi memami o tym, jak życie biurwy jest ciężkie, a Karen z HRów owiało, po tym, jak została odpalona klimatyzacja? — zażartował, bo raczej miał specyficzne poczucie humoru i nawet najbardziej suche żarty, były dla niego kwintesencją najlepszego rodzaju rozrywki.
Czy tak częste obnażanie się w towarzystwie tego faceta świadczyło o tym, że Andrew był wobec niego łatwym? Koszula to koszula, gorzej jakby nie czuł krępacji i zaczął rozpinać spodnie. A w tej scenerii raczej nigdy do tego nie dojdzie.
— Na początku przecież sam sugerowałeś, że chcesz mnie rozebrać. Po prostu dbam o to, abyś nie poczuł się na sam koniec mało usatysfakcjonowany po mojej wizycie. — Chyba nie było niczym złym to, że chciał zadbać o poczucie estetyki Parrisha. Póki jego wygląd jednoznacznie nie wskazywał na wiek, nie miał zamiaru ukrywać swojego ciała. Wręcz wolał się nim chwalić.
Choć ciężko było mu się do tego przyznać, pierwszy dotyk wywołał na jego ciele dreszcz. Nie spodziewał się, że palce Eliasa okażą się tak miękkie i ciepłe bez oddzielających ich skóry od siebie rękawiczek. To całkiem przyjemne.
— Czyli tragedii nie ma — skwitował, po czym założył na siebie ponownie ubranie. Nie miał zamiaru z tym zwlekać, zwłaszcza gdy początkowa reakcja mogła świadczyć otwarcie o tym, że Andrew podobał się ten dotyk. — Niestety, doktorku, ale o wolnym mogę zapomnieć, mam sporo roboty, ale postaram się wyspać. Obiecuję. — Zero szans na wcześniej nieplanowany urlop, a poza tym głupio brać wolne, gdy ze swojej winy oberwało się w mordę. — Zawsze jestem grzecznym chłopcem. Przemyśl sobie, kiedy znajdziesz chwilę, abym mógł przeprowadzić oględziny w twoim domu.
Elias Parrish