Strona 1 z 1

you're the vice, we're the sinners

: wt lip 21, 2026 10:20 am
autor: Quentin Emerson
Z zewnątrz przysadzisty dom letniskowy wyglądał, jakby był naturalnym elementem lasu. Zbudowany został z ręcznie ciosanych bali sosnowych ze spadzistym dachem, spod którego zwisały grube sople lodu. Dookoła rosły strzeliste drzewa, a spomiędzy ich ciemnych pni połyskiwała zamarznięta tafla jeziora. W odludnej okolicy nie było innych budynków, co czyniło to miejsce naprawdę wyjątkowym. Pozornie wyglądało na stare i przytulne, ale posiadało wiele nowoczesnych udogodnień w połączeniu z sauną opalaną drewnem czy gorącą balią, której pokrywa uginała się teraz od kopuły śniegu.
Quentin wybrał to miejsce, by z daleka od cywilizacji mogli świętować kolejną rocznicę razem. Jego położenie gwarantowało kiepski zasięg, który czynił telefony i laptopy bezużytecznymi. Zadbał o to, by nie było żadnych rozpraszaczy. Potrzebowali czasu tylko dla siebie, ponieważ w Toronto pochłaniała ich w całości praca. Miał za sobą tournée związane z promocją pierwszej książki, co wiązało się z licznymi wyjazdami i fizycznym zmęczeniem. Od kilkunastu tygodni byli tak zaprzątnięci obowiązkami zawodowymi, że mijali się niemal bez słowa.
Oddalili się od siebie, a Quentinowi brakowało wieczorów spędzonych na kanapie przy Netflixie i porannego seksu, przez który czasem spóźniał się na wykłady. Wyjazd miał im pomóc zbliżyć się do siebie na nowo i na razie wyglądało na to, że był dobrym pomysłem, bo kiedy siedzieli sami w samochodzie, nie mogli się nagadać. Wróciło to przyjemne uczucie ekscytacji, chęć przekomarzanek przy wyborze muzyki, która miała lecieć w radio czy subtelnego, ale nieustannego dotyku, gdy Quentin swobodnie rozparty na miejscu pasażera przerzucił ramię przez siedzenie partnera i pieszczotliwie drapał go po karku. W drodze zatrzymali się nawet w restauracji, w której się poznali i wzięli na wynos kawę. W przypadku Emersona była to latte z podwójnym espresso, słodkim syropem karmelowym, absurdalną ilością bitej śmietany i jakąś dziecinną posypką, co kompletnie nie pasowało do perfekcyjnego wizerunku poważnego mężczyzny.
Podobnie zresztą jak jego słabość do Britney Spears i dozgonna miłość do Madonny, z której lubił żartować, że tylko o królową popu Theo może być zazdrosny.
Zdziwił się, gdy po dojechaniu na miejsce odkryli jeszcze jeden samochód na podjeździe. Uznał jednak, że to zapewne właściciel nie zdążył jeszcze przygotować domku na ich przyjazd. Wysiadł z auta, poprawiając poły ciemnego płaszcza z wełny. Śnieg zaskrzypiał pod jego eleganckimi butami. Quentin rzadko ubierał się mniej formalnie. I jakimś cudem nawet w tym otoczeniu wcale nie wyglądał głupio. Otworzył drzwi od strony kierowcy, informując, że później zabierze torby z bagażnika, a następnie razem mogli wejść do domu, w którym unosił się przyjemny zapach rozgrzanego drewna i żywicy.
Przystanął, by zdjąć kurtkę z ramion Theo, a następnie niedbale odrzucić ją na szafkę obok. Zatrzymał go w miejscu, układając dłonie na jego biodrach i dociskając ciepłe wargi do miejsca na szyi, gdzie kończył się materiał koszulki. Uniósł wzrok, by złapać spojrzenie partnera w lustrze i posłać mu jeden z tych oszczędnych, wilczych uśmiechów.
W końcu będę mógł się tobą nacieszyć — wyszeptał w jego skórę, wędrując pocałunkami w górę, a dłonie wyczuwalnie mocniej zacisnął na jego biodrach. Gotów był odwrócić go, oprzeć o chłodną taflę lustra i głęboko pocałować, pokazując, że nie ma zamiaru stracić ani chwili. Pamiętał o drugim samochodzie na podjeździe, ale właściciel domku musiał być w innej jego części, a sama jego obecność czyniła każdego całusa zakazanym, dlatego Quentin składał je z takim namaszczeniem, aż jego gorący oddech nie załaskotał ucha Theo, a jeszcze chłodna dłoń nie wsunęła pod koszulkę, by się o niego ogrzać. Docisnął go w ten sposób do siebie, ale zamarł, gdy usłyszał kroki za plecami.

Valentin Vega & Theodore Tellier

you're the vice, we're the sinners

: wt lip 21, 2026 2:01 pm
autor: Valentin Vega
To taka cholerna klisza odcinać się od świata po paskudnym rozstaniu. Ale potrzebował tego - ciszy, spokoju. I przede wszystkim braku łatwego dostępu do alkoholu.
Od kilku tygodni chodził na permanentnym rauszu i wszyscy mieli go już dosyć - chłopaki z zespołu, menedżer, kumple i każdy, kto wszedł mu w drogę. Przede wszystkim jednak, on miał już dosyć samego siebie. Brzydził się tym, co robiła z niego samotność. Zamieniała go w pieprzone, agresywne zwierzę, które gryzło każdą wyciągniętą dłoń. Jakby pozbawiony bliskości, zapominał o człowieczeństwie.
Zawsze brakowało jej w jego życiu. Starzy od początku patrzyli na niego jak na inwestycję, a jeśli chodzi o związki, nigdy nie miał do nich szczęścia. Być może właśnie przez swoją brawurową naturę. Ostatni rozpadł się jednak z bardziej prozaicznego powodu. Usłyszał klasyczne, to nie twoja wina.
Pierdolenie.
Wyjazd z Toronto i zmiana otoczenia, to najlepsze co mógł zrobić. Dla wszystkich. Zresztą zbliżały się święta, ten obrzydliwy czas, kiedy ludzie mówili o prezentach, rodzinnych spotkaniach i dobrym jedzeniu. Lepili się do siebie i uśmiechali. Tym bardziej nie chciał być wtedy w mieście.
Odkąd całe lata temu wyprowadził się z rodzinnego domu i zerwał kontakt ze starymi Vegami, każde święta spędzał sam. Nawet przestał postrzegać to jako coś dziwnego czy smutnego. Tak było po prostu lepiej.
Dlatego tu dzisiaj był. W drewnianej chatce na totalnym zadupiu, odcięty od świata, za towarzyszkę mając jedynie akustyczną gitarę.
Zdążył się już rozpakować, zajmując główną sypialnię z przeszkloną ścianą wychodzącą na zapierający dech w piersi widok - ośnieżony las i górskie szczyty w oddali.
Za oknami, wielkimi płatkami zaczął padać śnieg. Na dzisiaj zapowiadali śnieżycę, ale Valowi było to obojętne. Miał zapas żarcia na tydzień, a i tak nie zamierzał nigdzie się stąd ruszać. Miał tu wszystko, czego potrzebował, łącznie z kilkoma zabytkami jak sauna i balia.
Było już południe i za parę godzin zrobi się zupełnie ciemno. Siedząc w fotelu przy wielkim oknie rozmyślał jak zajebiście będzie wybrać się na nocny spacer w tej ciszy. O ile wreszcie przestanie sypać.
Rozkoszował się spokojem, starając się o niczym nie myśleć. Tylko on, biel za oknem i cisza.
I szum podjeżdżającego samochodu.
W pierwszej chwili pomyślał, że to właściciel z informacjami na temat burzy śnieżnej. Może chciał go ostrzec?
Wstał i ruszył do schodów, ale słysząc, że ktoś tak po prostu otwiera drzwi, nawet nie pukając, zatrzymał się na kilku stopniach i zaczął nasłuchiwać. W zupełnej ciszy łatwo było wychwycić nawet szept, a goście wcale nie starali się być cicho. Słyszał więc dwa męskie głosy, a potem ciche westchnienia i pomruki.
No proszę. Ktoś zrobił sobie schadzkę w jego holu.
Bardziej rozbawiony niż wkurzony, zszedł po cichu na półpiętro skąd miał doskonały widok na dwóch obściskujących się gości, wyglądających jakby urwali się z jakiegoś billboardu. Rzadko widzi się tak przystojnych facetów w tandemie. Chyba, że w porno.
Przy nich Val prezentował się jak zbuntowany nastolatek, który właśnie wylazł z próby garażowego zespołu. Miał na sobie czarną bluzę z kapturem i przetarte na kolanach dżinsy, a wokół twarzy fryzurę, która przypominała lwią grzywę. Wyglądał młodo, młodziej niż wskazywała na to jego metryczka, pokazująca dwadzieścia siedem lat.
Nie zamawiałem dodatkowych atrakcji, ale nie krępujcie się – rzucił z uśmiechem tak aroganckim, że wrażenie zahukanego nerda prysnęło w jednej chwili. Dysonansu dopełnił głos, przypominający w brzmieniu starego rockmana, a nie szczeniaka ledwie po mutacji. Był niski, głęboki i szorstki.
Nie pomyliliście domków? Bo ten jest mój na całe dwa tygodnie. – Zszedł na dół, do przestronnego, pachnącego drewnem holu. Obcy przynieśli ze sobą do wnętrza zapach chłodu. Płatki śniegu powoli topniały na ich włosach.
Chyba, że właściciel zrobił mi prezent pod choinkę – zamruczał sugestywnie, bezczelnie obcinając ich wzrokiem, nie kryjąc się ze swoim uznaniem, bo po pierwsze musieli być świadomi tego, jak się prezentowali, a po drugie, skoro byli homo, to nie oberwie za ten komentarz.
W duchu miał jednak nadzieję, że to naprawdę nie było jakieś żenujące nieporozumienie. Nie miał ani siły ani ochoty na szarpanie się z pomyłkami.

Quentin Emerson Theodore Tellier

you're the vice, we're the sinners

: czw lip 23, 2026 11:25 pm
autor: Theodore Tellier
Przez cztery godziny podróży uśmiech ani razu nie opuścił jego twarzy. Nawet gdy usta nie rozciągały się szeroko, jak wtedy, kiedy kłócili się o wybór piosenki, usiłując odepchnąć nawzajem swoje dłonie od radia lub gdy łapał Quentina na tym, że pośpiewywał pod nosem piosenkę, którą chwile wcześniej uparcie chciał przełączyć, w kącikach czaiło się czułe rozbawienie. Zupełnie różne od poważnej, chłodnej miny, którą przybierał na co dzień w pracy, siedząc na niemiłosiernie długich spotkaniach projektowych z marketingiem i działem handlowym, podczas których z kamienną twarzą wysłuchiwał o kolejnych wyzwaniach w projektach, przekroczonych terminach realizacji zadań i coraz to nowych rewolucyjnych pomysłach. Tam, w dusznych salkach konferencyjnych, uśmiech mógłby zostać odebrany jako przyzwolenie na kontynuowanie tych bredni po raz dziesiąty, a on nie miał na tyle cierpliwości, by bez końca rozprawiać o jednym i tym samym.
Obecność jego chłopaka (Theodore wciąż nie mógł uwierzyć, że ten inteligentny i piękny mężczyzna siedzący obok należał tylko do niego) skutecznie uciszyła wszystkie natarczywe myśli związane z pracą. Dotyk palców muskających raz po raz jego wrażliwy kark – czuły punkt Theo, który Emerson odkrył już podczas ich pierwszego spotkania – wydawał się rozprowadzać ciepło po całym jego ciele.
Widok za oknem stawał się coraz bardziej dziki, otaczające drogę świerki uginały się pod ciężkimi czapai śniegu, a pobocza tonęły w wysokich zaspach. Im dalej zagłębiali się w las, przecinany tylko wąską, czarną wstęgą asfaltu, tym silniejsze odnosił wrażenie, że zostawiają za sobą cały świat. I całe, kurwa, szczęście.
Domek z zewnątrz okazał się równie malowniczy, co na zdjęciach w internecie i Tellier odetchnął z ulgą. Nie cierpiał, gdy coś nie szło po jego myśli, a w głowie zdołał już zbudować wizję kolejnych dwóch tygodni w tym miejscu – ich dwojga zamkniętych w przytulnym domku pośród zaśnieżonego lasu, bez telefonów, spotkań i obcych ludzi. Wizję powolnych poranków z kawą wypijaną w łóżku i wieczorów spędzanych w jacuzzi pod gołym niebem lub przed rozpalonym kominkiem. Samochód zaparkowany na podjeździe nie zasiał w nim grama wątpliwości; był pewny, że należał do właściciela dopieszczającego ich lokum.
W środku pachniało drewnem i żywicą, a pierwszy rzut oka na wnętrze tylko utwierdziło go w przekonaniu, że to miejsce było dokładnie tym, czego potrzebowali. Nie zdołał jednak rozejrzeć się dokładniej, bo dotyk Quentina skierował jego uwagę na chłopaka. Poczuł zalążek dreszczu formujący się miejscu, w którym jego usta musnęły skórę.
– Taaaak? – szepnął miękko łapiąc w lustrze spojrzenie blondyna. Przymknął oczy z przyjemności czując więcej pocałunków wzdłuż karku. To było tak bardzo niepodobne do nich – bo zwykle zachowywali się bardzo oszczędnie względem siebie, gdy nie mieli pewności, że znajdują się sami – lecz jednocześnie tak bardzo dobre. – To dobrze się składa, bo mógłby pokazać ci kilka miejsc, które zasługują na twoją szczególną uwagę – wygiął głowę, by jego usta mogły dosięgnąć jego ucha. Przykrył dłonią zimną rękę znajdującą się na jego brzuchu i skierował ją nieco w dół, by jej palce mogły zahaczyć o klamrę czarnego paska. – Nie mogę doczekać się tego, aż wej… - hałas za ich plecami sprawił, że Theo mimowolnie stężał i przerwał zdanie w połowie.
Jego oczy powędrowały do lustra, w którym wyłapał odbicie młodego mężczyzny znajdującego się na schodach. Gdy przemówił, brwi Telliera mimowolnie uniosły się w górę. Jego głos, zdarty z wyraźną chrypką zdawał się nie pasować do aparycji. Kolejne zdanie wywołało jednak poziome zmarszczki na czole i sprawiły, że oderwał się od swojego chłopaka, by odwrócić się w stronę przybysza.
– To jest nasz domek na całe dwa tygodnie, zapewniam – odparł pewnym głosem, bo choć to nie on dokonywał rezerwacji, nie przypuszczał, by Quentin mógł się pomylić.
Przez chwilę obracał w głowie jego ostatni komentarz, przyglądając się uważnie młodej twarzy muskanej przez dłuższe, sięgające brody włosy. W oczach nieznajomego migotały psotne iskierki, a usta rozciągały się w bezczelnym uśmiechu, gdy lustrował ich wzrokiem. Jego postawa zarówno bawiła, jak i delikatnie fascynowała, rozładowując tym samym nieco napięcie w ramionach Theo.
– Taaak? A nam podarował rózgę w postaci twojej osoby? – W głosie nie było słychać wyrzutów, lecz głównie rozbawienie.

Valentin Vega & Quentin Emerson

you're the vice, we're the sinners

: ndz lip 26, 2026 8:24 pm
autor: Quentin Emerson
Choć publicznie zachowywali się bardzo powściągliwie, to jednak w domowym zaciszu dawali dojść do głosu tłumionym w ciągu dnia pragnieniom. Pod świętoszkowatymi pozorami skrywali wyuzdaną i bezwstydną żądzę. Stanowili najlepszy dowód na to, że pod perfekcyjnym obrazem nie raz skrywa się najbardziej oburzająca i obsceniczna rzeczywistość. W ostatnich tygodniach z powodu braku czasu nie mieli okazji, by dać ujście pożądaniu, dlatego w dotyku Quentina odzwierciedlała się surowa tęsknota za bliskością. Zacisnął palce na pasku, dla którego zdążył znaleźć kilka rozkosznych zastosowań w swojej fantazji i zahaczył niecierpliwie zębami o jego skórę na karku, jakby zamierzał się w nią wgryźć. Dźwięk kroków sprawił jednak, że niechętnie i bez pośpiechu oderwał się od partnera.
W końcu i tak zostali już przyłapani, a nadmierna panika uczyniłaby ten moment tylko bardziej żenującym. Zsunął dłoń, zatrzymując ją jeszcze na moment na biodrze Theo, a następnie przeniósł bystre spojrzenie na intruza. Przechylił lekko głowę w bok, przyglądając mu się z uwagą, jakby oceniał niechlujny look.
Z jego twarzy trudno było jednoznacznie wyczytać wynik tych oględzin. Zastanawiał się, czy niedbała fryzura i wygodny strój były deklaracją swobodnego stylu bycia, który już na pierwszy rzut oka perfekcyjnie pasował do mężczyzny, czy wynikały z czegoś więcej.
Jak spędzanie samotnie świąt w domku na odludziu, co brzmiało jak scenariusz horroru albo próby samobójczej rodem z Hollywood.
Na jego ocenę wpływały jednak własne preferencje i przemożna chęć ułożenia długich włosów.
Bezczelna uwaga nie wywołała na jego twarzy żadnej reakcji, a pozory poważnego nudziarza stanowiły bezpieczny kamuflaż. Choć musiał przyznać, że schrypnięty głos przyjemnie łaskotał jego duszę. Miał wrażenie, że słyszał go już wcześniej. Kącik ust subtelnie drgnął mu ku górze, gdy Theo podjął się słownej utarczki ze słyszalną przyjemnością.
Z naszej trójki to nie my wyglądamy, jakbyśmy zasługiwali na rózgę — stwierdził mrukliwie, jakby kierował te słowa tylko do Theo, choć były swobodnie słyszalne również dla Valentina, do którego podszedł, wyciągając dłoń, którą kilka sekund temu grzał o skórę partnera i gotów był mu ją wcisnąć pod ciasny materiał spodni. — Quentin — przedstawił się, wymieniając z Valentinem krótki, zdecydowany uścisk dłoni. — A to mój partner. Theodore — dodał, wskazując na kochanka, bo było już zdecydowanie za późno na udawanie, że nie są razem. — Zadzwonię i wyjaśnię to nieporozumienie z właścicielem — zaproponował, odwieszając ciemny płaszcz i sięgając do kieszeni spodni po telefon. Zostawił ich na moment samych, oddalając się kilka kroków w głąb domu, by móc swobodnie porozmawiać i złapać lepszy zasięg. Obcasy eleganckich butów cicho i rytmicznie stukały o drewnianą podłogę, kiedy spacerował po niej w oczekiwaniu na rozmowę, ale nikt nie odebrał.
Cierpliwie wykręcił numer ponownie, ale z podobnym rezultatem.
Nie odbiera — poinformował bez śladu irytacji w głosie, wracając na korytarz. Nie tak wyobrażał sobie te dwa tygodnie, ale potrafił adaptować się do sytuacji i w naturalny sposób przejmował stery. — Może po prostu porównamy nasze rezerwacje i w ten sposób uda nam się dojść do porozumienia?
Ponownie spojrzał na wyświetlacz, gdzie szybko znalazł wiadomość z potwierdzeniem rezerwacji na odpowiedni termin, która wyglądała dokładnie tak samo, jak Valentina. Wszystko się zgadzało. Przysunął się do niego i pokazał mu swój telefon, a na jego nadgarstku błysnął drogi zegarek na srebrnej bransolecie. Quentinowi nie towarzyszył ciężki zapach perfum, a raczej zazwyczaj była to woń świeżego prania i prasowania albo żelu pod prysznic, jakby dopiero co wyszedł z kąpieli, choć miał za sobą długą jazdę samochodem. Neutralna, przyjemna i nieinwazyjna. Wyczuwalna dopiero z naprawdę niewielkiej odległości.
Wygląda na to, że wszystko się zgadza. Chyba chwilowo jesteśmy na siebie skazani — uśmiechnął się przepraszająco, łapiąc kontakt wzrokowy najpierw z Valentinem, a następnie swoim partnerem. — Poczekajmy aż pan Johnson oddzwoni, a do tego czasu chyba się tu pomieścimy? Jest już późno, a na wieczór zapowiedzieli opady śniegu. Nie sądzę, by było bezpiecznie wracać kilka godzin do Toronto w taką pogodę.

Valentin Vega & Theodore Tellier

you're the vice, we're the sinners

: wt lip 28, 2026 1:31 pm
autor: Valentin Vega
Stanowczy głos wyższego z gości i jego równie stanowcze zapewnienie sprawiły, że Val uniósł brwi, co przy wciąż obecnym na ustach zaczepnym uśmiechu, potęgowało jedynie arogancki look.
O nie, to na pewno nie był ich domek. Zapłacił za niego sporo hajsu właśnie po to, żeby nie użerać się z ludźmi i nie ma opcji, że ktoś popsuje mu plany.
Nawet dwóch przystojnych ktosiów.
Niestety nie speszył ich śmiałym komentarzem, co było zarówno rozczarowujące, jak zabawne. Obcy różnie reagowali na jego bezczelność. Niektórzy ignorowali ją, inni wywracali oczami, a jeszcze inni gotowi byli zamknąć mu usta pięścią. Prawdziwa zabawa zaczynała się wtedy, gdy ktoś podnosił rękawicę, tak, jak wyższy z tej ślicznej dwójki.
Val uśmiechnął się wilczo.
Mogę być rózgą, mogę i prezentem, zależy na co zasłużyliście.
Drugi z mężczyzn wyglądał na większego nudziarza, a jednak sposób w jaki rzucił swój komentarz, sprawił że Val oblizał dolną wargę i pokręcił z rozbawieniem głową. Założył ramiona na piersi, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę.
No proszę, jacy zabawni. Może mógłby ich polubić, gdyby nie to, że to był jego domek i najbliższe dwa tygodnie zamierzał spędzić w samotności, robiąc detoks od procentów i ludzi.
Gdy gość wyciągnął do niego dłoń, uścisnął ją bez wahania i zdecydowanie.
Val - rzucił, a wolną dłoń uniósł w geście przywitania do Theodore’a.
Jakie poważne imię. Pewnie urwał się z jakiejś nowobogackiej rodzinki. Obaj zresztą tak wyglądali - jak kolesie z wieloma zerami na koncie i rozpoznawalnym nazwiskiem. Jeśli tak, to było ich w tym domku trzech, minus to, że Val prócz imienia i nazwiska, miał w sobie niewiele z bogatego dzieciaka.
Jasne. Ale z moją rezerwacją wszystko gra - mruknął, wyciągając telefon z kieszeni dżinsów żeby odnaleźć maila od właściciela, bo bez porównania rezerwacji się nie obejdzie.
Zerknął krótko za Quentinem, którego buty nietypowo stukały na wypolerowanej podłodze. Co on, stepuje? Pomyślał w roztargnieniu, scrollując wiadomości. Szybko odnalazł odpowiednie informacje i podsunął Theo pod nos swój telefon, wskazując palcem na datę. Było jak wół - od dzisiaj do za dwa tygodnie. Potwierdzone, opłacone. Zaklepane!
Pokaż waszą - zwrócił się do niego chwilę przed tym, jak Quentin wrócił, obwieszczając że nie mógł się dodzwonić.
Val zaczynał czuć powoli narastającą irytację. Nie miał ochoty na szarpanie się z cudzymi pomyłkami.
Sapnął cicho przez nos i z nieco skwaszoną miną spojrzał na wyświetlacz telefonu niższego z facetów. Wczytał się, żeby nic nie przeoczyć, ale wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak u niego. Wspaniale.
Ktoś tu beknie za to gówno.
Świetnie - mruknął z przekąsem. Nic nie było świetnie ani wspaniale. Na domiar złego sypało, jakby aniołki na chmurkach dostały zajebistego łupieżu, także mógł sobie pomarzyć jeśli chciał na szybko znaleźć jakiś hotel. Zresztą do najbliższego było pewnie z pół godziny drogi i to bez śnieżycy. Także powodzenia. Poza tym, dlaczego niby to on miał zrezygnować, skoro był tu pierwszy? Oni jako drudzy powinni się poczuć i zabrać swoje seksowne tyłki z jego domku. Tylko urocza parka raczej nie podzielała tego przekonania, a to znaczyło, że Quentin miał rację. Musieli poczekać na kontakt od właściciela, który rozwiąże ich problem. Więc jak na razie, naprawdę byli na siebie skazani.
Ostatecznie Vega nie był złamanym fiutem i nie zamierzał się pluć. W końcu żaden z nich nie był winny tego żenującego zamieszania.
Na to wygląda - westchnął, chowając telefon. Drugą ręką przetarł oczy, a potem uśmiechnął się krzywo i gospodarskimi gestem wskazał salon.
Mi casa es tu casa, gołąbeczki. Zaproponowałbym piwo, ale mam tylko sok i colę. Ewentualnie gorącą czekoladę. Ale wyglądacie na takich, co to piją tylko sojowe latte, więc nie wiem czy trafi w gusta. – Posłał obu przekorny uśmiech. W sumie to im współczuł bardziej niż sobie. Biedni przystojniacy przyjechali tu pewnie tarzać się nago przed kominkiem i celebrować wspólne święta z kieliszkiem drogiego szampana w dłoni, a dostali pod choinkę kłopot w postaci odjechanego życiem menela z gitarą. Cóż, świat nie jest sprawiedliwy. Val coś o tym wiedział. Bo nie ma to jak po rozstaniu zostać zamkniętym w domu na odludziu z zakochaną parą. Na myśl, że przyjdzie mu patrzeć jak się do siebie kleją i sobie słodzą, robiło mu się słabo z zazdrości. Bo te święta miały być inne niż wszystkie.
Te, miały być równie szczęśliwe, jak ich.
Ale skoro życie dało mu kolejną cytrynę, to postanowił zrobić z niej lemoniadę. Może dlatego, że był trzeźwy, a dwójka nieznajomych, mimo swojego ulizania, wydawała się sympatyczna? Jakoś nie miał ochoty być dla nich dupkiem.
Zabawił się w gospodarza, oprowadzając ich po wnętrzu. Było przestronne i luksusowe, a jednak w klimacie domku z bali. Dużo drewna, wielki kominek, skóry na podłodze i skórzane meble. Domek miał też dwie sypialnie, obie na piętrze, ale z małej nie było tak ładnego widoku. Val wspaniałomyślnie zrezygnował z głównej, uznając że nie będzie psuł im wyjazdu jeszcze bardziej i zabierał najlepszych atrakcji. Już się zresztą napatrzył na góry przez te kilka godzin. Zgarnął tylko nieotwartą jeszcze walizkę i gitarę, która do tej pory stała oparta o fotel.
Zaniósł swoje graty do mniejszej sypialni, porzucając je na jej środku.
Tylko nie celebrujcie za głośno początku wakacji, bo się łatwo rumienie - rzucił, kiedy schodzili po schodach na parter. - I nie wziąłem zatyczek do uszu - odwrócił się przez ramię, posyłając im szelmowski uśmiech. Wygłupiał się, ale naprawdę nie miał ochoty wysłuchiwać ich uniesień mając za towarzystwo pusty pokój i zimne łóżko.

Theodore Tellier Quentin Emerson

you're the vice, we're the sinners

: wt sie 04, 2026 12:39 am
autor: Theodore Tellier
Oczy Theodore’a błysnęły rozbawieniem, a głowa uniosła się nieco w górę zupełnie jakby chciał lepiej przyjrzeć się sylwetce stojącej przed nimi. Pozwolił sobie dokładnie otaksować wzrokiem bruneta, który z bezpośredniością zakrawającą o bezczelność raczył ich długim, uważnym spojrzeniem oraz ciętym językiem. Nie był przy tym onieśmielający lub zawstydzający. Wręcz przeciwnie – jego pewność siebie wydawała się pobudzająca. Wydawał się mówić dokładnie to, co przychodziło mu do głowy, bez zbędnego oglądania się na reakcję świata i widowni. To było świeże i zupełnie inne od tego, co Tellier znał; w jego świecie, wśród ludzi, którymi się otaczał, szczerość nie była mile widziana. Gdy zdarzało się jej wybrzmieć, to zawsze w towarzystwie pompatycznych gestów, starannie dobranych słów i wyrachowanej uprzejmości lub złośliwości, co skutecznie odbierało jej autentyczność. Jednak szczerość mężczyzny z naprzeciwka była surowa. I Theodore miał ochotę sprowokować go do tego, by okazał jej więcej. Choć on i Quentin nie wychylali się za bardzo ze swoim związkiem, nie afiszując się z nim w miejscach publicznych i zgodnie traktując informację o swoim statusie jako sferę prywatną, tak teraz Theo nabrał niezmierzonej ochoty, by znów znaleźć się przed Emersonem, ułożyć na powrót jego ręce na biodrze i podbrzuszu, oprzeć głowę o jego ramię, by łatwiej wyszeptać mu do ucha te wszystkie gorące myśli, które wciąż kołatały się po głowie.
Odwrócił wzrok od nieznajomego kierując go na Quentina, by oderwać swoje myśli od tego niedorzecznego tematu i zwalić ich obecność w umyśle na ostatnie rozmijanie się z partnerem. Był w y p o s z c z o n y. Zdecydowanie potrzebował swojego chłopaka i dwóch spokojnych tygodni, by móc w pełni nacieszyć się jego obecnością. Niezbitym dowodem na to był również fakt, że nazwanie go przez Quentina partnerem wywołało w nim dawno niespotykane ciepło czułości i falę czułości, przypominając mu, jak bardzo lubił to proste poczucie przynależności do kogoś.
Val. Nieznajomy wraz z imieniem zyskał namiastkę tożsamości. Val. Coś krótko, za krótko,przynajmniej w mniemaniu Theodore’a, który preferował pełniejsze imiona, lecz nie skomentował i jedynie kiwnął głową w ramach przywitania. Odprowadzając wciąż Quentina wzrokiem, poświęcając należytą uwagę szerokim ramionom i wąskiej talii, zbliżył się do mężczyzny przeglądającego wiadomości w telefonie. Gdy znalazł się zaledwie na wyciągnięcie ręki zerknął na podstawiony mu pod nos telefon.
– O, Valentin – rzucił niekontrolowanie, gdy jego spojrzenie jako pierwsze znalazło dane rezerwującego na ekranie. – Jak ładnie – dodał równie szybko i nieprzemyślanie, zanim jego mózg zdołał zarejestrować, że właśnie wypowiedział na głos komentarz, który wolałby zostawić dla siebie. – Ale tak, wydaje się, że z Twoją rezerwacją jest wszystko w porządku – dodał, gdy w końcu natrafił na informacje odnośnie terminu. Obejrzał się przez ramię w miejsce, w którym zniknął jego chłopak, by sprawdzić jak sprawy się mają. Ich rezerwacja była wykonana z jego konta, więc Theo nie miał możliwości, by okazać dowód panu Vedze.
Bez zbędnego zaskoczenia przyjął informację o tym, że właściciel okazał się nieuchwytny. Podejrzewał jednak, że to nie czyhająca za rogiem burza śnieżna była powodem jego niedostępności, lecz ciężar uzmysłowionej sobie poniewczasie pomyłki i być może licząc na to, że trójka niespodziewanych lokatorów zdoła załatwić sprawy między sobą? Spojrzenie Theo przeskakiwało między mężczyznami, którzy wydawali się prezentować zarówno dwa odmienne światy, jak i dwie różne postawy. Wyważony, spokojny Quentin w swoim eleganckim ubraniu stanowił całkiem niezły kontrast dla nieco wzburzonego i przybitego Vegi odzianego w poszarpane czarne spodnie i bluzę. Sam Tellier wydawał się plasować gdzieś na środku tej skali, czując delikatne poirytowanie pomyłką, jak i żal wobec Valentina, który ewidentnie nie palił się do tego, by dzielić z nimi przestrzeń.
– Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski, Valentin, przez to trafiasz częściej obok niż w sedno – odparł Theo, gdy mężczyzna pogodził się z rzeczywistością na tyle, by wcielić się w rolę gospodarza. – Ja lubię czarną kawę, a Quentin… – zawiesił głos spoglądając z teatralnym rozczarowaniem na swojego partnera. – Quentin popija jakieś słodkie gówno z masą cukru, syropów, bitej śmietany i innego cholerstwa – zdradził partnera bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się tylko psotnie w jego stronę.
Domek okazał się cudowny. Klimatyczny, zadbany, czysty, z detalami, które dodawały mu charakteru i duszy. Unoszący się w powietrzu zapach drewna i skór wydawał mieszać się z perfumami Valentina, który zdołał rozsiać po pomieszczeniach zapach piżma i cedru. W milczeniu obserwował, jak niepytany zabiera swoje rzeczy do mniejszej sypialni, aby oddać im większy pokój. Choć gest był naprawdę miły, to wywołał w nim wyrzuty sumienia, które nie pozwoliły mu na zbytnie cieszenie się lepszym widokiem z okna.
Schodząc ponownie po schodach na dół pozwolił, by jego dłoń spoczęła na pośladku Emersona idącego tuż przed nim. Bardziej w ramach zaczepki i przypomnienia, że pomimo okoliczności, jego plany względem ich wspólnego czasu nie uległy zmianie. Wtem głos Vala i jego nieświadomy komentarz zaskoczył go na tyle, że zapragnął odszczekać swój wcześniejszy przytyk o zbyt pochopnie wyciąganych wnioskach. Oderwał czym prędzej palce od tyłka swojego chłopaka, niczym dziecko przyłapane na wyjadaniu słodyczy z szafki, z której tylko rodzic miał prawo wydzielać przysmaki.
– Nie wyglądasz na kogoś, kto łatwo się rumieni, Valentin – rzucił swobodnym tonem. – I nie bój się, pożyczę ci airpodsy. –

– No dobra, dwa ważne pytania, Val. – Oznajmił klaskając w dłonie, gdy znaleźli się z powrotem na parterze. – Po pierwsze, to czy masz na coś uczulenie? Zamierzam przygotować nam coś na kolację, a skoro znalazłeś się tu z nami, to czuj się zaproszony, by do nas dołączyć – wyciągnął przed siebie dłonie, by powstrzymać go przed ewentualną odmową. – Wiem, że początek nie był zbyt lekki, lecz skoro jesteśmy już w tak skromnym gronie, to przekonajmy się, czy jest ono choć odrobinę znośne. – Jeżeli nie, to może butelka wina pomoże w przełamaniu niezręczności. – A po drugie, czy będąc tutaj natrafiłeś gdzieś na tę balię wspomnianą w ogłoszeniu? Podobno ma znajdować się na tyłach domku i o niczym innym nie marzę, jak tylko wyłożeniu się w niej w trakcie tej śnieżycy. –

Quentin Emerson & Valentin Vega