you're the vice, we're the sinners
: wt lip 21, 2026 10:20 am
Z zewnątrz przysadzisty dom letniskowy wyglądał, jakby był naturalnym elementem lasu. Zbudowany został z ręcznie ciosanych bali sosnowych ze spadzistym dachem, spod którego zwisały grube sople lodu. Dookoła rosły strzeliste drzewa, a spomiędzy ich ciemnych pni połyskiwała zamarznięta tafla jeziora. W odludnej okolicy nie było innych budynków, co czyniło to miejsce naprawdę wyjątkowym. Pozornie wyglądało na stare i przytulne, ale posiadało wiele nowoczesnych udogodnień w połączeniu z sauną opalaną drewnem czy gorącą balią, której pokrywa uginała się teraz od kopuły śniegu.
Quentin wybrał to miejsce, by z daleka od cywilizacji mogli świętować kolejną rocznicę razem. Jego położenie gwarantowało kiepski zasięg, który czynił telefony i laptopy bezużytecznymi. Zadbał o to, by nie było żadnych rozpraszaczy. Potrzebowali czasu tylko dla siebie, ponieważ w Toronto pochłaniała ich w całości praca. Miał za sobą tournée związane z promocją pierwszej książki, co wiązało się z licznymi wyjazdami i fizycznym zmęczeniem. Od kilkunastu tygodni byli tak zaprzątnięci obowiązkami zawodowymi, że mijali się niemal bez słowa.
Oddalili się od siebie, a Quentinowi brakowało wieczorów spędzonych na kanapie przy Netflixie i porannego seksu, przez który czasem spóźniał się na wykłady. Wyjazd miał im pomóc zbliżyć się do siebie na nowo i na razie wyglądało na to, że był dobrym pomysłem, bo kiedy siedzieli sami w samochodzie, nie mogli się nagadać. Wróciło to przyjemne uczucie ekscytacji, chęć przekomarzanek przy wyborze muzyki, która miała lecieć w radio czy subtelnego, ale nieustannego dotyku, gdy Quentin swobodnie rozparty na miejscu pasażera przerzucił ramię przez siedzenie partnera i pieszczotliwie drapał go po karku. W drodze zatrzymali się nawet w restauracji, w której się poznali i wzięli na wynos kawę. W przypadku Emersona była to latte z podwójnym espresso, słodkim syropem karmelowym, absurdalną ilością bitej śmietany i jakąś dziecinną posypką, co kompletnie nie pasowało do perfekcyjnego wizerunku poważnego mężczyzny.
Podobnie zresztą jak jego słabość do Britney Spears i dozgonna miłość do Madonny, z której lubił żartować, że tylko o królową popu Theo może być zazdrosny.
Zdziwił się, gdy po dojechaniu na miejsce odkryli jeszcze jeden samochód na podjeździe. Uznał jednak, że to zapewne właściciel nie zdążył jeszcze przygotować domku na ich przyjazd. Wysiadł z auta, poprawiając poły ciemnego płaszcza z wełny. Śnieg zaskrzypiał pod jego eleganckimi butami. Quentin rzadko ubierał się mniej formalnie. I jakimś cudem nawet w tym otoczeniu wcale nie wyglądał głupio. Otworzył drzwi od strony kierowcy, informując, że później zabierze torby z bagażnika, a następnie razem mogli wejść do domu, w którym unosił się przyjemny zapach rozgrzanego drewna i żywicy.
Przystanął, by zdjąć kurtkę z ramion Theo, a następnie niedbale odrzucić ją na szafkę obok. Zatrzymał go w miejscu, układając dłonie na jego biodrach i dociskając ciepłe wargi do miejsca na szyi, gdzie kończył się materiał koszulki. Uniósł wzrok, by złapać spojrzenie partnera w lustrze i posłać mu jeden z tych oszczędnych, wilczych uśmiechów.
— W końcu będę mógł się tobą nacieszyć — wyszeptał w jego skórę, wędrując pocałunkami w górę, a dłonie wyczuwalnie mocniej zacisnął na jego biodrach. Gotów był odwrócić go, oprzeć o chłodną taflę lustra i głęboko pocałować, pokazując, że nie ma zamiaru stracić ani chwili. Pamiętał o drugim samochodzie na podjeździe, ale właściciel domku musiał być w innej jego części, a sama jego obecność czyniła każdego całusa zakazanym, dlatego Quentin składał je z takim namaszczeniem, aż jego gorący oddech nie załaskotał ucha Theo, a jeszcze chłodna dłoń nie wsunęła pod koszulkę, by się o niego ogrzać. Docisnął go w ten sposób do siebie, ale zamarł, gdy usłyszał kroki za plecami.
Valentin Vega & Theodore Tellier
Quentin wybrał to miejsce, by z daleka od cywilizacji mogli świętować kolejną rocznicę razem. Jego położenie gwarantowało kiepski zasięg, który czynił telefony i laptopy bezużytecznymi. Zadbał o to, by nie było żadnych rozpraszaczy. Potrzebowali czasu tylko dla siebie, ponieważ w Toronto pochłaniała ich w całości praca. Miał za sobą tournée związane z promocją pierwszej książki, co wiązało się z licznymi wyjazdami i fizycznym zmęczeniem. Od kilkunastu tygodni byli tak zaprzątnięci obowiązkami zawodowymi, że mijali się niemal bez słowa.
Oddalili się od siebie, a Quentinowi brakowało wieczorów spędzonych na kanapie przy Netflixie i porannego seksu, przez który czasem spóźniał się na wykłady. Wyjazd miał im pomóc zbliżyć się do siebie na nowo i na razie wyglądało na to, że był dobrym pomysłem, bo kiedy siedzieli sami w samochodzie, nie mogli się nagadać. Wróciło to przyjemne uczucie ekscytacji, chęć przekomarzanek przy wyborze muzyki, która miała lecieć w radio czy subtelnego, ale nieustannego dotyku, gdy Quentin swobodnie rozparty na miejscu pasażera przerzucił ramię przez siedzenie partnera i pieszczotliwie drapał go po karku. W drodze zatrzymali się nawet w restauracji, w której się poznali i wzięli na wynos kawę. W przypadku Emersona była to latte z podwójnym espresso, słodkim syropem karmelowym, absurdalną ilością bitej śmietany i jakąś dziecinną posypką, co kompletnie nie pasowało do perfekcyjnego wizerunku poważnego mężczyzny.
Podobnie zresztą jak jego słabość do Britney Spears i dozgonna miłość do Madonny, z której lubił żartować, że tylko o królową popu Theo może być zazdrosny.
Zdziwił się, gdy po dojechaniu na miejsce odkryli jeszcze jeden samochód na podjeździe. Uznał jednak, że to zapewne właściciel nie zdążył jeszcze przygotować domku na ich przyjazd. Wysiadł z auta, poprawiając poły ciemnego płaszcza z wełny. Śnieg zaskrzypiał pod jego eleganckimi butami. Quentin rzadko ubierał się mniej formalnie. I jakimś cudem nawet w tym otoczeniu wcale nie wyglądał głupio. Otworzył drzwi od strony kierowcy, informując, że później zabierze torby z bagażnika, a następnie razem mogli wejść do domu, w którym unosił się przyjemny zapach rozgrzanego drewna i żywicy.
Przystanął, by zdjąć kurtkę z ramion Theo, a następnie niedbale odrzucić ją na szafkę obok. Zatrzymał go w miejscu, układając dłonie na jego biodrach i dociskając ciepłe wargi do miejsca na szyi, gdzie kończył się materiał koszulki. Uniósł wzrok, by złapać spojrzenie partnera w lustrze i posłać mu jeden z tych oszczędnych, wilczych uśmiechów.
— W końcu będę mógł się tobą nacieszyć — wyszeptał w jego skórę, wędrując pocałunkami w górę, a dłonie wyczuwalnie mocniej zacisnął na jego biodrach. Gotów był odwrócić go, oprzeć o chłodną taflę lustra i głęboko pocałować, pokazując, że nie ma zamiaru stracić ani chwili. Pamiętał o drugim samochodzie na podjeździe, ale właściciel domku musiał być w innej jego części, a sama jego obecność czyniła każdego całusa zakazanym, dlatego Quentin składał je z takim namaszczeniem, aż jego gorący oddech nie załaskotał ucha Theo, a jeszcze chłodna dłoń nie wsunęła pod koszulkę, by się o niego ogrzać. Docisnął go w ten sposób do siebie, ale zamarł, gdy usłyszał kroki za plecami.
Valentin Vega & Theodore Tellier