Strona 1 z 1

I've tried running but only you can fix my soul

: śr lip 22, 2026 12:03 am
autor: Dominic Reyes
outfit
Po wyjściu Skye z mieszkania po ich wielkiej kłótni, Dominic przez długi czas nie potrafił pozbierać myśli. Gniew buzujący mu w żyłach nie pozwalał mu się skupić już na niczym innym, dlatego w końcu wstał z kanapy i wyszedł z domu pobiegać. Wycisnął z siebie, ile tylko się dało, żeby wrócić kompletnie padniętym, rzucić się na łóżko i zasnąć ze zmęczenia.
Nic jednak nie było w stanie poprawić mu humoru, kiedy następnego dnia poszedł do pracy. Próbował zająć głowę swoimi zobowiązaniami, zachowywać się tak, jak zawsze, ale pewnych rzeczy nie dało się ukryć — jego pracownicy dostrzegali jego podły nastrój.
I choć starał się w Forward odkładać swoje sprawy prywatne na bok, tak zbyt często łapał się na tym, że zerkał na telefon z nadzieją na wiadomość od Skye. Ta niestety nie pojawiła się. Ani tego dnia, ani następnego.
Myśli, których starał się nie dopuszczać do siebie w ciągu dnia, wracały do niego wraz z jego powrotem do pustego mieszkania. Widok czterech pustych ścian przypominał mu czasy sprzed kilku miesięcy, gdy wierzył w to, że czekało go wyłącznie starokawalerstwo. I że całkowicie odpowiadał mu tamten stan rzeczy. Jednocześnie zaczynał zdawać sobie sprawę, w jak wielkim kłamstwie żył. Bo związek, ten ze Skye, pozwolił mu dostrzec pozytywne aspekty bycia z kimś. Niestety, te pozytywy obecnie przysłaniały mu czarne chmury nad nimi.
Wszystko, co ciemnowłosa powiedziała mu, zanim wyszła, uderzyło w niego niczym pocisk prosto w serce. Z wieloma rzeczami, które mu wyrzuciła, nie zgadzał się. Zaufanie do niej nie miało nic wspólnego z Thomasem. O ile mogłaby go odepchnąć, gdyby kolega posunął się za daleko, tak sama myśl, że miał do niej dostęp sprawiała, że Dom zaciskał nerwowo pięści. Należała do niego, a więc nikt nie miał prawa myśleć o niej jak o kimś do zdobycia. W tej kwestii pozostawał bezwzględny.
W żadnym razie nie oczekiwał od niej poświęcania się i przyjeżdżania do niego, choć to było jedyne miejsce, w którym mogli pobyć naprawdę sami, bez żadnych świadków czy jej współlokatorki. Właściwie tu powinno chodzić o chęci, a nie przymus. Nie rozumiał więc, skąd ten wyrzut. Nie zdążył zapytać. Dobrze wiedział też, czego chciał. Jej. To było oczywiste, bo już dzień ciszy, bez choćby “dzień dobry” czy “miłego dnia” z rana wzbudzał w nim tęsknotę. Cholernie mu jej brakowało.
Ale posłuszna i uległa? Skye w jego oczach nigdy za taką nie uchodziła. Miała charakter, poza tym doskonale wiedziała, do czego dążyła i nie bała się o tym mówić na głos. Poza tym, do tej pory nie zdarzało mu się robić niczego wbrew niej. Zachodził w głowę, jak w jednej chwili ta potyczka słowna eskalowała do takich rozmiarów?
Dał sobie i jej trochę czasu na oswojenie się z niewygodnymi tematami oraz przemyślenie ich. A najlepiej myślało mu się w miejscu, które zawsze przynosiło mu spokój. Otoczony roślinnością, w wilgotnym szklarnianym środowisku, gapiąc się w kopułę sali, zrozumiał jedno — nie mogło to tak dłużej wyglądać.
Następnego dnia wyszedł wcześniej z pracy, po drodze zaglądając do kwiaciarni, żeby ostatecznie przed godziną siedemnastą znaleźć się przed budynkiem jej biura. Jeden uśmiech do recepcjonistki i skierowała go w odpowiednie miejsce. Zupełnie nie przejmował się zaciekawionymi spojrzeniami reszty pracowników, które odprowadzały go pod drzwi. Cicho do nich zapukał, a słysząc znajomy, kobiecy głos, wszedł do pomieszczenia.
Dzień dobry, Skye — powiedział miękko i uśmiechnął się ciepło na jej widok. Naprawdę, bardzo za nią tęsknił. I żadna kłótnia nie była w stanie tego zmienić.

Skye Mercier

I've tried running but only you can fix my soul

: czw lip 23, 2026 12:15 am
autor: Skye Mercier
outfit

Nigdy wcześniej nie była tak wściekła na Dominica jak tamtego wieczoru, kiedy wychodziła z jego mieszkania tuż po kilku minutach, gdy dopiero do niego weszła. Kilka miesięcy wcześniej poprosiła go, aby nie zachowywał się jak Logan i nie wychodził w trakcie kłótni, a żeby bez względu na wszystko - wyjaśnili sobie problemy przed pójściem spać. Tym razem sama postąpiła tak, jak nie cierpiała tego u innych. Jednak nie była w stanie dłużej wytrzymać w tamtym miejscu…. I w jego towarzystwie. Zranił ją i wkurzył jednocześnie. Czuła się żałośnie mając poczucie, że tak wiele dla niego poświęcała, nie czując się przy tym doceniania. Kochała go i chciała z nim być. Chciała spędzać wolny czas z nim, ale pragnęła też pewnych kompromisów, których w tamtym momencie nie dostrzegała z jego strony.
Dotychczas, gdy się pokłóciła z Loganem czy poprzednim partnerem, schemat wyglądał tak samo - płakała na czyimś ramieniu. Najczęściej była to Hailey, choć przez ostatni rok z efektownym skutkiem zastępował ją Dominic. Tym razem jednak miała ochotę się schować w pod kołdrą i stłumić w sobie złość i płacz. Bała się podzielania z osobą trzecią, tą kłótnią. Bała się, że to mogła być ich pierwsza, a zarazem ostatnia kłótnia. Bała się, że to mogła być kłótnia kończąca ich ledwie co rozwijający się związek. Dlatego zrobiła kolejną rzecz, której nie cierpiała u innych - zamiotła sprawę pod dywan. Po przepłakaniu całej pierwszej nocy, kolejnego dnia zachowywała się tak jak gdyby nigdy nic się nie stało. Spędziła znacznie więcej czasu niż na codzień, aby zakryć pod makijażem popuchnięte oczy i zaróżowiony nos. Uśmiechała się szeroko do ludzi i całe dnie spędziła w biurze. Kluczowa różnica była taka, że słowem nie odezwała się do Reyesa. Zaglądała co rusz, czy aby może nie pisał bądź nie dzwonił, ale nie - cisza. Cóż, pewnie było mu to na rękę, prawda? Kłótnia, skończyły się motylki , więc pewnie dla niego to oznaczało, że to koniec, bo przecież to on powinien się odezwać teraz. Ona wyszła z tym wcześniej występując przed nim z przemową, do której w żaden sposób się nie odniósł, a ona cały czas na to czekała.
Czekała próbując przy tym nie zwariować. Pierwszy dzień był najłatwiejszy - potrzebowała złapać oddech i uspokoić nerwy. Jednak w kolejnym pojawiła się tęsknota, gdy emocje już opadły. Dzisiaj już naprawdę szalała i zastanawiała się czy może jednak nie wyciągnąć pierwsza ręki na zgodę. Bo chyba jeszcze była szansa na pojednanie, prawda?
Powinna już kończyć pracę, bo przecież zbliżała się siedemnasta, ale wiedziała, że pewnie jeszcze posiedzi dobrą godzinę. W dodatku gdzie miałaby się spieszyć? I tak był piątek, a ona nie miała żadnych planów. Siedziała właśnie na kanapie, a miejsce na fotelu obok zajmował Thomas - jeden z powodów jej ostatniej kłótni z Dominicem. Oboje pochylali się nad plikiem wielkoformatowych plików kartek z planami. Na kolanach brunetki znajdował się notatnik, w którym skrzętnie notowała słowa kolegi. Nagle spotkanie przerwał odgłos stukania do drzwi. - Proszę!- rzuciła podniesionym głosem, nie podnosząc od razu głowy, aby dokończyć pisać w zeszycie. Dopiero słysząc znajomy głos , spojrzała w kierunku drzwi.- Dominic, co Ty…- nie ukrywała zaskoczenia, od razu odkładając notatki na kanapie obok i wstając. Całe jej ciało rwało się do niego. Nie dostrzegała teraz niczego prócz tych oczu i uśmiechu, w którym się zakochała i który sprawiał, że jej kolana zawsze miękły na ten widok. Tak jak teraz- wpatrzona w mężczyznę, którego nie przestała kochać ani na ułamek sekundy. - Dominic, poznaj proszę Thomasa, z którym współpracuję i który jest moim mentorem- dodała, kiedy w końcu odzyskała nieco animuszu. - Thomas, poznaj Dominica. Mojego… partnera- dłonią wskazywała to na jednego, to na drugiego, zatrzymując się na chwilę dłużej przy Reyesie. Jak go powinna nazwać? Czy przyszedł tutaj, aby się z nią rozstać? Cholera. Ale wtedy dostrzegła kwiaty w jego dłoni i jej serce zabiło znacznie szybciej.
Thomas, który wstał przed chwilą z fotela, teraz wygładził krawat i nachylił się w kierunku Dominica, wyciągając rękę ku niemu.- Miło mi Cię poznać. Wiele o Tobie słyszałem - zarówno od Skye, ale i nie tylko. Podobno Twój urok osobisty potrafi wiele zdziałać - powiedział z lekkim uśmiechem , raptem z jednym kącikiem ust do góry. Następnie odwrócił się do Skye, a wtedy jego uśmiech stał się bardziej wyraźniejszy. - Nie będę Wam przeszkadzać i tak już ustaliliśmy najważniejsze szczegóły, Skye. Na poniedziałkowym spotkaniu przedstaw proszę już poprawioną wersję- zwrócił się do niej stanowczo, lecz jednocześnie łagodnie. - Jasne, oczywiście. Uwzględnię wszystkie uwagi- brunetka przytaknęła i odprowadziła Thomasa do wyjścia . Kiedy zamknęła za nim drzwi, odwróciła się plecami opierając o nie i spoglądając na Dominica. Tęskniła za nim bardziej niż zdawała sobie sprawę. - Coś się stało?- spytała łagodnie, trzymając dłonie za plecami, jakby się bała podejść bliżej.


Dominic

I've tried running but only you can fix my soul

: czw lip 23, 2026 10:17 pm
autor: Dominic Reyes
Nigdy wcześniej Dominic nie dawał jej ku temu powodów. Zawsze był dla niej oparciem i starał się poprawić humor, a nie być powodem jej złego samopoczucia. Nigdy nie miał na celu intencjonalnie wyrządzić jej krzywdy. Ale też na zupełnie innych zasadach wtedy opierała się ich relacja. W tym momencie wszystko wyglądało inaczej — lepiej, bo nie musieli się już dłużej ukrywać z własnymi uczuciami, poznawali siebie na zupełnie innych płaszczyznach, ale przez to właśnie dochodziło do komplikacji, bo zaczęli posiadać wobec siebie pewne oczekiwania, które mogły prowadzić do spięć. Tak, jak zdarzyło się to tamtego nieszczęsnego wieczoru.
Pierwszy raz pokłócił się z kimś tak mocno. Pierwszy raz zabolało go aż tak bardzo. Przez wiele lat zapierał się rękami i nogami przed poważną relacją, więc unikał zobowiązań i nie pozwalał się do nikogo przywiązywać. Skye stanowiła wyjątek. Była wszystkim, czego potrzebował, by zaznać tego wewnętrznego spokoju, którego nie czuł przy nikim innym. Dlatego przeraziło go to, jak w tak krótkim czasie ta kłótnia nabrała ogromnych rozmiarów. Przerażała go ta cisza i niewiedza, na czym właściwie w tym momencie stali. Jednocześnie zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał, by tak to wszystko wyglądało. Nie chciał między nimi takich zgrzytów, bo strasznie mu jej brakowało. A już na pewno nie chciał, by to, co między nimi było, skończyło się w tak głupi sposób.
Stając pod jej drzwiami, cholernie bał się tego, co zaraz się wydarzy, ale nie miał wyjścia — musiał stawić czoła temu wyzwaniu. Musiał o nią zawalczyć. O nich. Bo Skye była tego warta.
Nie dziwiło go jej zaskoczenie. W zasadzie po raz pierwszy przyszedł do niej bezpośrednio do miejsca pracy, a po kłótni tym bardziej nie miała powodów, by go tu zastać. Niemniej wpatrywał się w nią przez chwilę, jakby nic innego się nie liczyło. W swojej czarnej sukience w grochy, w biurowym wydaniu, przypominała mu czasy, kiedy jeszcze pracowała z nim w Forward. Między innymi w tej właśnie skromności, ambicji i rzetelności się zakochał.
Oczywiście, mógł spodziewać się również obecności jej współpracownika. Nie dało się go nie zauważyć po wejściu do biura, ale przez chwilę zdawał się stanowić jedynie tło. Dopiero, kiedy Skye wspomniała o nim na głos, przeniósł na niego wzrok, starając się nie patrzeć na niego przez pryzmat uprzedzeń. Z uprzejmym, wyuczonym uśmiechem podał mu dłoń, ściskając go w mocnym chwycie. Podobno Twój urok osobisty potrafi wiele zdziałać - zabrzmiało jednak jak przytyk, bo zdecydowanie w głosie mężczyzny nie było słychać tonu szczerego uznania.
Naprawdę? Może lepiej nie wierz we wszystko, co o mnie mówią — skrzywił się nieco z rozbawieniem. Zarówno o superlatywach, jak i tych niekoniecznie dobrych cechach. — A urok jest tylko dodatkiem. Zdecydowanie wolę polegać na inteligencji i charyzmie — uśmiechnął się kącikiem ust. Wiele osób uważało, że dzięki ładnej aparycji zawsze był w stanie zdobywać to, czego chciał. Ale to nie oznaczało, że zawsze z tego korzystał.
Ustąpił im miejsca i skinął na Thomasa, gdy skierował się do wyjścia. Kiedy Dominic ostatecznie znalazł się ze Skye sam na sam, odwrócił się ku niej, unosząc bukiet przed siebie.
Stało się. Zjebałem, Skye — przyznał, wzdychając ciężko i patrząc na nią poważnie. W jego oczach czaiła się skrucha. — Strasznie Cię przepraszam, zachowałem się jak skończony kretyn. Wiem, że powinienem był zachować się inaczej, ale po prostu nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny mógł mi Cię odebrać — z każdym kolejnym słowem mówił ciszej, jakby wypowiedzenie ich na głos miało go złamać. Częściowo tak właśnie było, bo względem nikogo nie był tak szczery, jak w tym momencie przy niej. Pokręcił zaraz głową, ganiąc się w myślach, że tu przecież nie chodziło o niego. — Miałaś rację. Byłem niesprawiedliwy. Nie mogę i nie chcę Cię w niczym ograniczać. Ja tylko… tęsknię — wysilił się na to wyznanie, wzruszając przy tym bezradnie ramieniem. To wszystko stało się z racji tego, że tęsknił. Potrzebował ją mieć przy sobie codziennie. Kłaść się przy niej i budzić. Tylko tyle, albo tyle.

love of my life