Strona 1 z 1

you can't skip to the end of the story just because you're tired of being in the middle

: ndz lip 26, 2026 10:46 am
autor: Ayaan Malviya
jeden.
Dzień zaczął z ciemnymi okularami na nosie – poranek był tak słoneczny i jasny, że intensywność otaczającego świata bardzo szybko stała się dla niego przytłaczająca, więc musiał ją stłumić. Gdyby nie to, że na urodziny znajomi sprezentowali mu wejście na teren rezerwatu przyrody Boyd Conservation Park to pewnie siedziałby w domu. Ciepłe dni były znośne tylko z samego rana, gdy temperaturę dało się jeszcze znieść i wieczorem, kiedy słońce przestawało uderzać pełnią swej siły. Resztę gorącego dnia najchętniej przesiedziałby w mieszkaniu jedząc lody, chłodząc się przed wentylatorem i biorąc co chwilę zimne prysznice.
Przygotowania do podróży zaczął bardzo wcześnie, żeby mieć jak najwięcej czasu do przegotowania potrzebnych rzeczy – nie mógł przecież zapomnieć o kremie z filtrem, zimnej wodzie, którą magazynował w termicznym bidonie, który miał utrzymywać przyjemnie chłodną ciecz jak najdłużej i kilku innych rzeczach, bez których nie wyobrażał sobie wyjścia z domu.
Sam na pewno nie zdecydowałby się na taką wycieczkę, ale skoro wszystko było już z góry opłacone i ustawione to... musiał wykorzystać sytuację. Znajomi doskonale wiedzieli, że sam voucher nie byłby dobrym rozwiązaniem, bo Ayaan z jego realizacją zwlekałby w nieskończoność, więc postawienie go przed faktem dokonanym było najlepszym co mogli wykminić. Ten dzień był dla niego zaplanowany od samego początku, wliczając w to również busa, którym miał dostać się w wyznaczone miejsce. Całe szczęście, że to była tylko nieco ponad godzina podróży, bo jeśli dystans byłby większy to pewnie zdecydowałby się pojechać własnym samochodem. Tym jednak razem pozwolił sobie na zachowanie klimatu podróży osamotnionego poszukiwacza przygód. Specjalnie nie proponował nikomu wspólnego wypadu, jakby chciał ten czas wykorzystać tylko dla samego siebie. Chciał w spokoju napawać się pięknem natury i stale pogrążać w swoich własnych myślach. Niekiedy bardzo chętnie otulał się samotnością, nawet jeśli miał być samotny pośród ludzi.

Na miejscu przyjazdu busa był nieco wcześniej, na wszelki wypadek. Na prowizorycznym przystanku stało już kilka osób, które również oczekiwały na przyjazd pojazdu. Nie przyglądał się zbyt dokładnie zgromadzonym, choć ciemny filtr przysłaniający oczy pozwalałby mu niemal na bezwstydne wpatrywanie w innych podróżników. Tym razem był jednak skupiony na muzyce lecącej ze słuchawek i wszechogarniającym uczuciu gorąca, które sprawiało, że włosy powoli przyklejały mu się do skroni i czoła, a jasny podkoszulek zbyt ciasno przywierał do pleców. Pewnie dlatego poczuł potrzebę zdjęcia z siebie plecaka i postawienia go na ziemi tak, aby opierał się o nogę.
Dwie piosenki później mógł już odetchnąć z ulgą, gdy zza zakrętu wyłonił się sporych rozmiarów autobus opisany tabliczką z nazwą miejsca, do którego zmierzał. Od razu ustawił się w miejscu, które pozwoliłoby mu w miarę szybko zająć odpowiednie siedzisko w środku. Najpierw jednak przepuścił dwie kobiety z dziećmi i kilka starszych osób, jak na prawdziwego dżentelmena przystało. Nie zauważył jednak, że podróżnicy są też wpuszczani drugimi drzwiami, więc ustąpienie tym kilku osobom znacznie zmniejszyło jego szanse na zajęcie lepszego miejsca. Bo gdy w końcu wszedł do środka to większość siedzeń była już zajęta, nie było żadnej wolnej jedynki czy dwójki, więc i tak musiał usiąść obok kogoś nieznajomego.
Szybko przeskanował otoczenie, dostrzegając nieco dalej jasną grzywę młodego mężczyzny i od razu uznał, że to właśnie obok niego usiądzie. Reszta miejsc była zajmowana przez rodziny i osoby starsze, nic dziwnego, że zdecydował, że to obok kogoś młodszego spędzi następną godzinę podróży.
Bez problemu przecisnął się dalej, wymijając kilka osób, które próbowały poradzić sobie ze swoim bagażem, aż w końcu stanął przed nim. Obrzucił go spojrzeniem, widząc go najpierw z profilu – już wtedy miał wrażenie, że rysy twarzy wydają mu się dziwnie znajome, ale zignorował to uczucie.
Wolne? — zapytał o oczywistość, choć bardziej chodziło mu o uzyskanie pozwolenia na zajęcie miejsca. Z drugiej strony... miał opłacony transport jak wszyscy, musiał gdzieś usiąść, więc blondyn nie powinien mieć z tym żadnego problemu. Chyba lepiej żeby obok usiadł Ayaan, a nie jakiś stary, zbyt głośno oddychający dziadek.
Nie czekając na odpowiedź po prostu opadł na siedzenie. Zrzucił plecak na podłogę, układając go między swoimi nogami, a następnie przeczesał palcami niesforne włosy. W busie oczywiście było duszno, ale przynajmniej słońce aż tak nie dawało w twarz. Dlatego zdecydował się zdjąć okulary, które zaczepił o podkoszulek. Wtedy mógł uważniej przyjrzeć się chłopakowi. I pewnym momencie w jego głowie coś zaskoczyło. W oczach zapewne pojawił się jakiś nieodgadniony błysk.
Bremers? Kurde, to naprawdę Ty? — zaryzykował, choć był prawie pewny, że to on. Wszędzie rozpoznałby te usta i oczy. — Pasuje ci blond — rzucił tym komplementem tak lekko, jakby zupełnie zapomniał już o tym, że ostatni raz widzieli się w nieco... mniej sprzyjających warunkach. Jakby zapomniał, że zrobił mu tak wielką krzywdę. No co, przecież czas leczy rany.

Apollo Bremers

you can't skip to the end of the story just because you're tired of being in the middle

: ndz lip 26, 2026 7:00 pm
autor: Apollo Bremers
002.
outficik

   Czekał na tę wycieczkę od dłuższego czasu. Nie był typem podróżnika, jeśli chodziło o wyjazdy poza Toronto, bo chociaż lubił naturę i przebywanie na jej łonie, to z wyjazdami poza miasto wiązało się więcej planowania i rozwiązywania różnych problemów, że najzwyczajniej w świecie nie miał do tego głowy. Jego czas był mocno ograniczony, bo musiał w jakiś sposób łączyć pracę w Klinice, jak również prowadzenie swoich badań. Stypendium, które dostał nie tylko umożliwiło mu dalszy rozwój swojej kariery naukowej, ale też narzuciło na niego presję, która nakazywała mu wykazywać się i poświęcać. Albo to tylko on nakładał na siebie te wymagania i stypendium było tylko dobrą wymówką do tego, by w jakiś sposób mógł tłumaczyć się z tego, że poza laboratorium nie miał żadnego życia prywatnego? No ale lubił to robić. Lubił zamykać się w swoim laboratorium, siadać przy swoim stanowisku i odpalać mikroskop, przy którym spędzał wyjątkowo dużo czasu licząc plemniki i sprawdzając ich morfologię.
   Decyzja o wycieczce była spontaniczna co nie przytrafiało mu się zbyt często. Był raczej człowiekiem, który preferował mieć wszystko zaplanowane i ułożone tak, by stracić jak najmniej czasu. Czas był dla niego rzeczą najważniejszą, gdyż zawsze miał go dla siebie zbyt mało, dlatego też umiejętność planowania była na wagę złota. Zbliżał się jednak okres wakacyjny, a jego praca laboratoryjna nieco się uspokoiła. Póki co był zadowolony ze swoich postępów, więc zarówno on, jak i jego przełożony zgodzili się na krótki, bo zaledwie tygodniowy, urlop. Apollo uznał jednak, że więcej mu nie potrzeba i właśnie to skłoniło go do podjęcia decyzji o wycieczce. Oczywiście sama wycieczka, jak i to, co będzie podczas niej robić było już starannie zaplanowane.
   W dniu wycieczki spakował do plecaka wszystkie rzeczy, które uznał za najpotrzebniejsze. Plecak nie był zbyt pojemny, więc nie pakował zbyt wielu przedmiotów, a to co mógł pochował do kieszeni. Spakował oczywiście wodę, jakieś przekąski, którym nie mogło zaszkodzić ciepło, krem z filtrem oraz książkę i swój szkicownik. Postanowił również zaryzykować i wziął ze sobą swoje nowe akwarele, gdyż uznał, że będzie to jego kolejne hobby. Uwielbiał rysować. Poza czytaniem była to czynność, której najczęściej się oddawał w swoim wolnym czasie. Odprężało go to i pobudzało jego myślenie kreatywne, którego nie miał okazji używać w pracy.
   Na przyjazd busa czekał w samochodzie brata, który zgodził się go podwieźć. Nie chciało mu się czekać i grzać na Słońcu, więc korzystał z przyjemnej klimatyzacji, której chłodne podmuchy mierzwiły mu włosy. Próbował je jakoś poskromić, jednak odżywki i szampony, na które ostatnio się przerzucił okazały się całkowitym niewypałem. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, bo z suchymi czy odżywionymi włosami wiedział, że wyglądał dobrze. Cóż, zdawał sobie sprawę z tego, że w jego przypadku wygląd nie jest problemem i nigdy nim nie był. Uśmiechnął się półgębkiem, przeglądając się w lusterku wstecznym. W tym samym momencie zauważył zbliżający się pojazd. Zsunął na nos swoje okulary i wysiadł z samochodu, by na szybko przewiązać swoją dżinsową kurtkę w biodrach i przerzucić plecak przez ramię. Pospiesznie pożegnał się z bratem i podbiegł do busa. Nie chciał wsiadać na samym końcu, bo chciał zając sobie odpowiednie miejsce – najlepiej przy oknie.
   Jego plan się udał. Wchodząc środkowymi drzwiami udało mu się ominąć największe kolejki, bo większość wycieczkowiczów pchała się do drzwi od kierowcy, jakby myśleli, że trzeba było kupić lub okazać bilet. Dzięki temu udało mu się zająć miejsce idealne i zdążył nawet ustawić sobie klimatyzację tak, by owiewała go a jednocześnie nie dmuchała prosto w twarz. Położył sobie plecak na udach i wyciągnął z niego książkę i słuchawki. Podróż nie miała trwać zbyt długo, jednak wydawało mu się, że był to odpowiedni moment na czytanie. Zwłaszcza że był to również idealny sposób na zniechęcenie towarzysza podróży do jakichkolwiek rozmów. Blondyn nie był osobą towarzyską, a już na pewno nie interesowały go small talki z ludźmi, których nie znał i których miał już nigdy nie zobaczyć. Na wycieczkę nie jechał też po to, by spędzić czas z innymi ludźmi, lecz by odpocząć i zrelaksować się oglądając ładne widoki. Jego plan nie mógł się więc nie udać.
   Otworzył książkę na stronie, na której ostatnio skończył. Akcja zaczynała się powoli rozkręcać i Apollo nie mógł się już doczekać konsekwencji, jakie spadną na główną bohaterkę, której z jakiegoś powodu nie współczuł. Uwielbiał jednak czytać właśnie o takich postaciach, o osobach, które popełniały błędy i prowadziły dyskusyjny tryb życia, by później spotkała je za to jakaś nauczka. Zaczął czytać i nie oderwał się od tego nawet w momencie, gdy usłyszał męski głos pytający o miejsce. Zanurzony w lekturze, kiwnął jedynie głową i przewrócił stronę na kolejną. Ruchy współpasażera nieco go irytowały, ale uspokajał się tym, że mężczyzna prędzej czy później się uspokoi. Bo przecież ludzie nie wiercili się podczas jazdy. I byłoby idealnie, gdyby nie kolejne słowa, które od niego usłyszał.
   Gdy z ust mężczyzny padło jego nazwisko, Apollo odwrócił się jak posłuszny pies odwracający łeb do właściciela i gdy tylko jego oczy spotkały się ze spojrzeniem mężczyzny, blondyn poczuł w żołądku ucisk frustracji i złości.
   – A co ty tu do cholery robisz? – zapytał, jednak nie oczekując od niego żadnej odpowiedzi. Widok Ayaana nie był czymś, co było na jego karcie do bingo. Ogólnie nie chciał go widzieć. Było to niezwykle dziwne, że spotkali się właśnie tutaj. Apollo nie przypominał sobie zresztą, żeby kiedykolwiek dotarła do niego informacja o tym, że jego były rywal zawitał do Toronto. Jego życie było zdecydowanie weselsze, gdy chłopaka tutaj nie było, a on mógł wymazać jego istnienie z głowy. – Muszę się przesiąść – oznajmił, chociaż było to bardziej postanowienie, które kierował do siebie samego, niż oznajmianie swoich zamiarów chłopakowi siedzącemu obok niego. Wstał nawet, jakby chciał dodać swoim słowom większego znaczenia i pokazać, że nie zniesie jego obecności w swojej przestrzeni prywatnej, jednak, gdy tylko się odwrócił, by zgarnąć swój plecak, kierowca ruszył, a on ponownie opadł biodrem na siedzenia. O tyle dobrze, że teraz jego twarz wpatrywała się w szybę, więc nie musiał oglądać Malviya i w sumie, gdyby tak zamknął swoje oczy, to mógłby zapomnieć, że ten w ogóle istnieje i że znów pojawił się w jego życiu.


moje nemezis

you can't skip to the end of the story just because you're tired of being in the middle

: wt lip 28, 2026 7:47 pm
autor: Ayaan Malviya
Jednym, szybkim stuknięciem wyłączył muzykę, a słuchawki wsunął do kieszeni spodni. Kiedy rytmiczne dźwięki nie dosięgały już jego uszu, mógł swoją uwagę w pełni poświęcić dawnemu koledze. Myśląc o nim nazywał go wieloma różnymi określeniami, choć teraz żadne nie oddawało charakteru ich relacji. Właściwie to... trudno było jakkolwiek dobrze go nazwać. W powietrzu dało się wyczuć każde, nawet najmniejsze niedopowiedzenie, każdą nieprzychylną emocję, a wkrótce nawet głęboko skrywany żal.
Ayaan początkowo na pewno nie był świadomy tego jak wiele do zarzucenia ma mu dawny rywal. Na pewno nie zapomniał o tym co się wtedy wydarzyło, ale teraz, te kilka dobrych lat później był zupełnie innym człowiekiem. Jego myśli nie krążyły wokół tamtych wydarzeń, bo udało mu się dumnie wypiąć pierś i ruszyć przed siebie, zostawiając całą przeszłość daleko w tyle. Inna sprawa, że był do tego zmuszony, a nie było to jego dobrowolnym wyborem, bo gdy na jaw wyszła cała afera dopingowa to nawet nie miał co myśleć o kontynuowaniu swojej kariery. A pociągnięcie na dno ze sobą kogoś innego było skutkiem ubocznym chorym ambicji, które zawładnęły wtedy jego umysłem. Dlatego stracił wszystko – sporty i jego. O ile kiedykolwiek go miał.
Nie spodziewał się niczego konkretnego, chociaż może wyobrażał sobie, że Apollo będzie miał nieco więcej luzu. Totalnie nie próbował empatycznie próbować zrozumieć jak mógł się czuć, gdy tak nieoczekiwanie doszło do spotkania po latach. Nie musiał, bo pierwsze reakcje okazały się bardzo jednoznaczne. Wtedy też dobitnie zrozumiał, że Bremers wciąż żywi do niego urazę. I gdyby zdecydował się pochylić nad tym bardziej to nie miałby problemu ze zrozumieniem dlaczego tak jest. Ale zamiast tego chciał po prostu zrobić wszystko żeby jakoś to odkręcić. Powinien zacząć od szczerych przeprosin?
Jadę na wycieczkę... — odpowiedział zgodnie z prawdą, jakby prawdziwy sens tego pytania do niego nie dotarł, choć pewnie celowo obrał taktykę... nieświadomego. W międzyczasie postanowił nieco lepiej przyjrzeć się swojemu koledze. Chyba nie zmienił się aż tak bardzo... poza tym, że jego rysy przestały być chłopięce i stały się wyraźniej zarysowane. Ale nie ma co się dziwić, czasami wystarczyło kilka lat by człowiek zmienił się nie do poznania. Apollo jednak przypominał dawną wersję siebie, ale był dojrzalszy i bardziej wyrośnięty.
Spoglądał na niego, nie mogąc uwierzyć, że znajomy chce uciec od bezpośredniej konwersacji. Na jego nieszczęście główną przeszkodą do pokonania był sam Ayaan, który planował być nieugięty. Nie przepuściłby go tak łatwo, nie pozwoliłby mu odejść. Kiedyś mogli być tchórzami, ale teraz należało po prostu to wszystko sobie wyjaśnić. Mieli dużo czasu żeby to wszystko przemyśleć.
Już nie wymyślaj, tylko siadaj — powiedział twardo, już samym tonem sugerując, że nawet gdyby chciał zmienić miejsce to na pewno postara mu się to uniemożliwić. Malviya mógł wierzyć, że to spotkanie zaplanował wszechświat. Gwiazdy im sprzyjały, dlatego na siebie wpadli. Kiedy gdzieś pojawiały się jakieś niedopowiedzenia wszystko wokół zdawało się dążyć do wyjaśnienia.
Nie uważasz, że to zabawne, że wpadamy na siebie tak niespodziewanie? Jakby jakaś boska siła zechciała znów skrzyżować ze sobą nasze ścieżki. Nie spierdolmy tego, bóstwa nie bez powodu sprawiły, że to się dzieje.
Gadał tak, choć w żadne siły boskie nie wierzył. Raczej uważał to za niezwykły przypadek, ale nadanie ich spotkaniu niebywałych cech mogło mieć znaczenie. Wydawało mu się, że Apollo kiedyś wierzył w takie rzeczy – w przeznaczenie, odpowiednie ułożenie się gwiazd i inne takie. Mógł się starać go pozytywniej nastawić, skoro nieprzyjemny początek mieli już za sobą.

Apollo Bremers

you can't skip to the end of the story just because you're tired of being in the middle

: wt lip 28, 2026 9:04 pm
autor: Apollo Bremers
   Poczuł się okropnie. Było to dokładnie to samo uczucie, gdy robiło się coś, lecz tuż przed zakończeniem tej konkretnej czynności, wszystko się psuło. To tak, jakby próbować zbudować najwyższą piramidę z kart tylko po to, by wraz z postawieniem ostatnich dwóch kart, szturchnąć ją lekko kolanem i obserwować, jak wszystko rozsypuje się po ziemi. Czuł się dokładnie tak samo. Z tym, że w tym momencie w jego przypadku runął nie domek z kart, ale lata terapii, na które uczęszczał i które miały pomóc mu w przetrawieniu tego, co stało się w liceum. I myślał, że był już bardzo blisko tego, by uwolnić się od tego paskudnego uczucia, ale okazało się, że wystarczyło tylko usłyszeć głos Ayaana na żywo, by wszystko poszło w pizdu.
   Terapeutka mówiła mu, że w trudnych i stresujących chwilach powinien liczyć do dziesięciu. Nie dlatego, że miał jakieś problemy z agresją i musiał się uspokajać, ale dlatego, że bywał impulsywny i mówił, lub robił coś zanim zdążył pomyśleć. Owszem, wiele osób uznałoby to za zupełnie do niego niepodobne, bo od liceum zdążył się zmienić i stać bardziej opanowany. Ale w życiu człowieka przychodzą momenty, gdy się wybucha i traci panowanie nad sobą. Na całe szczęście nigdy nie był agresywny, więc nie było okazji do tego, by użył przemocy albo żeby miało dojść do rękoczynów. W tej sytuacji również uważał, że tak nie będzie. Zamknął jednak oczy.

   Raz.
   Wziął głęboki wdech, z twarzą skierowaną do szyby. Wciąż z zamkniętymi oczyma próbował wymacać swój telefon z zamiarem włączenia audiobooka tak głośno, że lektora usłyszeliby pasażerowie siedzący przed nim i za nim. Nie obchodziłoby go, czy komuś by to przeszkadzało. Chciał się znaleźć w swojej bańce, jak najdalej stąd.

   Dwa.
   Słysząc odpowiedź dawnego przyjaciela, crusha rywala, w jego głowie na nowo rozegrały się wydarzenia z tamtego wieczoru, który spędzali wspólnie po raz ostatni. Wieczoru, który zajęło mu długo, by zakopać w swojej głowie tak głęboko, żeby nie mógł go wydostać. Nie było to łatwe, bo na początku swoimi myślami często powracał do tych wydarzeń. W końcu zmieniły one bieg całego jego życia. No i był zły. Paskudnie zły.

   Pięć.
   Otworzył oczy, wpatrując się w to, co działo się za szybą. Obserwował mijane budynki, drzewa i ludzi, zmieniający się krajobraz… wszystko zostawało w tyle i jedyną stałą rzeczą, którą widział, było odbicie białego podkoszulka chłopaka, który siedział obok niego. Podkoszulek ten lśnił w odbiciu niczym latarnia morska i przyciągał jego spojrzenie.

   Siedem.
   Chciało mu się krzyczeć. Chciało mu się płakać. Chciał uderzać pięściami w szybę, fotel i Ayaana… chciał wyjść na histeryka, bo był przekonany, że dla osób postronnych całe zajście i to, co wydarzyło się te kilka lat temu było rzeczą błahą, nieistotną… bo przecież miał niezłą karierę naukową, miał swoje stypendium, miał swoje badania i grant badawczy i to na pierwszym roku doktoratu. Mógł być z siebie dumny. Cóż więcej mógłby chcieć? Bo jakie były szanse, że faktycznie zostanie zawodowym sportowcem? Powinien się cieszyć z tego, co miał. Tak mu kiedyś powiedział ojciec. Wiedział, że chciał dobrze, ale wkurwiło go to wtedy, tak samo jak przypomnienie sobie o tym w tej chwili.

   Dziesi… i chuj.
   – Nie spierdolmy? Tak jak ty spierdoliłeś moje życie, moją karierę? – odwrócił się i pochylił w jego stronę tak, aby słowa, które wyszeptywał, niemal syczał przez zęby, dotarły tylko do Ayaana. – I jeszcze miałeś czelność spierdolić swoją własną – dodał, szturchając go w mostek palcem tak mocno, że aż mu strzyknęło w paliczku.

Ayaan Malviya