Strona 1 z 1
Use my attention wisely
: ndz lip 26, 2026 2:00 pm
autor: Finley Rosewood
Wnętrze kawiarni było estetyczne i nie rzucające się w oczy. Było dokładnie takie, jakie powinno być podczas pierwszego spotkania z klientem; nie narzucające się, nie odwracające uwagi, nie wypełnione zbyt mocnymi zapachami. Fotele były wygodne, kawa dobra – jak zdążył zauważyć – pociągając solidny łyk ze słomki. Niewiele rzeczy mogło pójść nie tak, skoro słońce za oknem świeciło, rzucając pasma promieni do środka, a z krótkiej rozmowy telefonicznej wywnioskował, że nowy przypadek nie będzie tak trudny i skomplikowany, by nie uporać się z nim w trybie stosunkowo szybkim.
Podwinął rękawy luźnej, jedwabnej koszuli i poprawił kilka teczek znajdujących się na stoliku. Zsunął okulary przeciwsłoneczne w fantazyjnej, kociej oprawie i zmierzwił gęste włosy, upewniając się, że jego wygląd będzie równie profesjonalny jak usługi.
Ponieważ bycie swatką było bardzo istotnym i poważnym zajęciem. A on podchodził do niego bardzo, ale to bardzo poważnie.
Nauczył się, że pierwsze wrażenie było ważne, tak samo jak szybkie wyczucie gruntu. Wiedział, że ludzie lubią być słuchani – więc kiwał głową, uśmiechał się cierpliwie i nie komentował niecodziennych wymagań, które zaznaczano na eleganckich arkuszach. Potrafił zamienić wady w zalety, a twarz zaufania publicznego ułatwiała mu nawiązanie dobrego kontaktu z klientami. Zależało mu na każdym jednym przypadku, na każdej parze i każdym sercu, które poszukiwało swojej drugiej połowy.
Dlatego też wyglądał dobrze, pachniał jeszcze lepiej i czekał przed czasem, ponieważ spóźnienie oznaczało plamę na jego dobrym imieniu.
A powiedzmy sobie szczerze: dobre imię było równie istotne jak jego kształtne pośladki i czarujący uśmiech.
Niewiele wiedział o Panu Dawsonie oprócz kilku danych i informacji o tym, że miał niesamowicie niski i przyjemny dla ucha głos. Był też mało p r o b l e m a t y c z n y, chyba odrobinę zdezorientowany, jakby sam nie wiedział co skłoniło go do wybrania numeru telefonu do Love Atelier i raz czy dwa sprawił, że wargi Finleya ułożyły się w subtelnym uśmiechu, gdy z telefonem przy uchu zapisywał na kartce dogodny dzień, datę oraz miejsce. Nie miał w głowie jego obrazu, chociaż krótkie ale mrukliwe "do zobaczenia" pozostawiło miłe wrażenie.
To nie tak, że jego klientami byli ludzie o względnie złej aparycji – czasami ich problemy miłosne brały się z niezdecydowania, charakteru lub po prostu nałożonych na siebie ograniczeń. Zdarzały się piękne, samotne kobiety lub naprawdę przystojni mężczyźni, tak samo jak bywały przeciętne twarze, których nie rozpoznałby na ulicy w tłumie tysiąca innych. Nie oceniał (może czasami i w samotności), bo o gustach się nie dyskutowało tak jak o religii i polityce przy rodzinnym stole.
Nie był więc pewien dlaczego, ale jego spojrzenie przesunęło się po stojącym w progu w sposób zdecydowanie nieadekwatny do sytuacji. Tak, jakby nie brał pod uwagę faktu, że czeka właśnie na niego z idealnie ułożonymi teczkami i w połowie dopitą kawą. Właściwie, brązowe spojrzenie w zastanowieniu prześlizgnęło się po pewnej siebie sylwetce, dobrze dobranej koszuli i przystojnej twarzy, osadzając się odrobinę zbyt ciężko, gdy spoczęło na wpatrzonych w niego oczach mężczyzny. Oparł podbródek na dłoni i uśmiechnął się: krótko, ujmująco, ale z nutą pewnej tajemniczości (ponieważ bycie tajemniczym zawsze działało w książkach romantycznych i każdym poradniku: jak znaleźć idealnego mężczyznę).
Chryste Panie, tacy mężczyźni powinni być nielegalni.
Co więcej, nie powinni zbliżać się do nich, jakby numer z uśmiechem rzeczywiście zadziałał. Finley wyprostował się, unosząc w miłym zaskoczeniem brwi i dopiero po chwili dostrzegł jak uwaga mężczyzny skupia się na czekających teczkach.
Kurwa.
Na t e c z k a c h.
Przeklinając w duchu zasadę nie flirtowania z klientami, wstał szybko, mając szczerą nadzieję, że nie wyglądał przez chwilę jak kompletny kretyn.
— Pan Dawson — wyciągnął w jego stronę wypielęgnowaną dłoń — Finley Rosewood — przedstawił się — miło mi Pana poznać osobiście. Mam nadzieję, że będę mógł pomóc — dodał, wskazując zachęcająco wolne krzesło — punktualność to dobra i bardzo pożądana cecha — puścił mu oczko, siadając ponownie na swoim miejscu.
Jeśli był zaskoczony zawiedziony, absolutnie nie dał tego po sobie poznać. To było właśnie s z c z ę ś c i e Finleya: idealni mężczyźni potrzebowali jego pomocy by znaleźć innych, idealnych ludzi.
— Zamówmy kawę. A potem chętnie wysłucham każdego życzenia i postaram się spełnić je jak złota rybka — rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę.
stanley dawson
Use my attention wisely
: ndz lip 26, 2026 4:55 pm
autor: stanley dawson
Sytuacja była tak patowa, że ilekroć Stanley wpisywał w wyszukiwarkę swojego sprzętu elektronicznego literkę L, tylekroć zapamiętany algorytm jawnie kierował go na stronę internetową Love Atelier. Nie potrafił sobie przypomnieć, jak w ogóle natrafił na to miejsce w Internecie. Podczas próby znalezienia innego poradnika o szukaniu miłości? Przy okazji czytania opisu jakiegoś durnego reality show? Gdzieś między wyśmiewaniem coachów miłości, a przyznawaniu im racji? Cholera jasna to wiedziała. Zdawał sobie jednak sprawę, że był na tyle częstym gościem tej pieprzonej strony, że uśmiechający się z nagłówka Finley Rosewood wyrył się głęboko pod jego powiekami. Facet był zarazem czarująco przystojny, jak i niepokojąco przekonujący. Zerkał na niego z tego firmowego zdjęcia, w koszuli ze kształtem serduszek i zachęcał do podjęcia kontaktu. Trudno było mu odmówić, choć Dawson wzbraniał się od dobrych kilku tygodni.
Czy to rzeczywiście była kwestia samotności, a może już po prostu swego rodzaju życiowa misja, aby nie pozwolić ojcu mieć racji? Jedno z dwóch, ale ten desperacki krok był zarazem ostatnim, który Stanley zamierzał podjąć w celu odszukania swojej osoby.
Spotkanie z facetem, który był zawodową swatką, było żenujące. Stanley nie urodził się wczoraj, aby o tym wiedzieć, dlatego miał kilka zasad, których musiał się trzymać, aby absolutnie nikt się nie dowiedział, w jakim celu tutaj był i z kim.
To nie mogło być trudne, bo wybrał na dodatek miejsce o niezwykle neutralnym gruncie i równie neutralnej godzinie. Zwykła… formalność. Tak to zamierzał interpretować. Zresztą; był prawie p e w i e n, że usługi tego faceta o bujnej czuprynie muszą być jakąś porażką i nie ma opcji, aby udało się znaleźć dla niego kogoś idealnego. Dlatego też szedł do kawiarni z myślą, że będzie to ich pierwsze, jak i ostatnie, spotkanie. A skoro tak, to nie powinno mu zależeć na dobrym wyglądzie i zdecydowanie nie powinien zmienić przed wyjściem z biura koszuli. Nudną biel zastąpiła krwista czerwień z rozpiętymi kilkoma guzikami, podwiniętymi rękawami i wciśnięta w spodnie. Srebrna biżuteria ładnie się łączyła z piekielnie drogim zegarkiem na nadgarstku, a szyja muśnięta ulubionymi, ciężkimi perfumami, wyczuwalna była z daleka. Dawson wyglądał, jakby sam szedł na randkę, a nie proste spotkanie, które ta randkę miało mu załatwić.
Boże, co on w ogóle robił? Nie mógł pozbyć się tej żenującej myśli, kiedy auto parkował nieopodal lokalizacji, ani, kiedy nasuwał na nos ciemne okulary. Uczucie stało się cięższe, gdy stanął w progu kawiarni, leniwie zsuwając okulary z nosa i rozejrzał się po przytulnym wnętrzu, szukając tego jednego gościa z nagłówka na stronie internetowej. Nie zajęło mu to długo. Trudno było go nie zauważyć.
Firmowego uśmiechu, burzy gęstych włosów, szerokich ramion, ładnej koszuli, lnianych spodniach i…
sterty teczek z cholera wie czym, leżących wygodnie na stoliku.
Stan zdążył się już nad tym zastanowić i poprosić chata GPT o wsparcie, a za jego pomocą był gotów na pytania o hipotekę, dzieci, psa, bycie dawcą organów i rozmiar penisa.
— Też mam taką nadzieję — rzucił krótko, mrukliwie i zdecydowanie zbyt nieprzychylnie jak na entuzjazm, którym uraczył go Finley. Wypielęgnowaną dłoń ścisnął za to zdecydowanie, będąc pod wrażeniem miękkości męskich palców. Zupełnie, jakby się musiał upewnić, zerknął na dłoń Finleya w swojej, zanim nie usiadł, unosząc powoli brew na jego słowa. — podobnie, jak poczucie humoru, pełne uzębienie i bycie miłym? — uśmiechnął się z dozą k p i n y, albowiem nie był w stanie wyzbyć się tego cholernego poczucia, że wszystko było tylko szopką i Rosewood sam nie mógł wierzyć w swoje działania.
A jednak chciał spróbować.
— Jak dużo kofeiny dziennie przyjmujesz? — kontynuował leniwie, znaczącym spojrzeniem patrząc na wypitą do połowy, mrożoną kawę, Finleya. Dawson był niezwykle spostrzegawczym facetem i zarazem uwielbiał czepiać się szczegółów, na które nie powinien zwracać uwagi. Podobno potrafiło to doprowadzić ludzi do szału. On się tym jednak nie przejmował, a kąciki ust drgnęły w rozbawionym, błyskotliwym uśmiechu, gdy ten czarujący facet postanowił porównać siebie do złotej rybki. Stanley sięgnął palcami do własnego zarostu, aby go wygładzić, a następnie dwoma palcami postukał się w brodę, jakby się nad czymś zastanawiał.
Szykował Finleya na najgorsze.
— Życzenia też mogę mieć tylko trzy, a potem wrzucić Cię do morza? — uśmiechnął się psotnie, gdy pochylał się nad stołem. Czy był profesjonalny? Absolutnie. Czy pozwolił Finleyowi mówić do siebie na „Ty”? Również nie, ale to mu nie przeszkadzało, aby samemu sobie dać takie przyzwolenie. — A może muszę cię nadmuchać i zamknąć w okrągłym akwarium, żeby zawsze mieć spełniane życzenia? — zupełnym p r z y p a d k i e m musnął koniuszkiem języka dolną wargę, gdy wspominał o nadmuchiwaniu. Z poważną miną obserwował reakcje mężczyzny, dopóki nie roześmiał się głęboko, sygnalizując ten jakże zabawny ŻART i wówczas machnął dłonią, a gdy kelnerka do nich podeszła, posłał jej równie zaintrygowane spojrzenie.
— Dla mnie duże americano. A dla złotej rybki…? — urwał, wracając spojrzeniem do Rosewooda. Jeśli ten podzielił się swoim zamówieniem, Stanley dodał: — i jakiś kawałek ciasta, bo przed Finleyem trudne zadanie. Najsłodsze, jakie macie — mrugnął do zawstydzonej, młodej dziewczyny, dopóki jego uwaga w pełni nie wróciła do Rosewooda.
— Od czego zaczynamy?
Finley Rosewood
Use my attention wisely
: ndz lip 26, 2026 7:14 pm
autor: Finley Rosewood
Po pierwsze: Stanley Dawson był cholernie atrakcyjnym facetem.
Po drugie: Finley czuł, że w momencie jak tylko ich spojrzenia się spotkały miał klasycznie przejebane.
Profesjonalne podejście było jednym: odpowiednia postawa, dopasowany ton głosu, mina, którą wyćwiczył przez kilka lat, mówiąca nie mniej i nie więcej jak: Hej, jestem tu, żeby Ci pomóc, wszystkiego dobrego, do usług.
Ale drugim i zdecydowanie ważniejszym był fakt, że Dawson od czubka głowy po dopasowane, modne buty, wpisywał się w preferencje Rosewooda, nie musząc nawet zbyt mocno się starać. Był mężczyzną, którego wizualizował sobie podczas czytania książek i którego mógłby wypatrywać w klubowym tłumie. Prezentował się perfekcyjnie, uśmiechał się jeszcze lepiej, a Fin z żalem zarejestrował moment, w którym ich dłonie oderwały się od siebie, pozostawiając właściciela Love Atelier w wewnętrznym szoku i o krok od jakiegoś pojebanego zawału. Jeszcze przez kilka sekund czuł ciepło na skórze, ale na całe szczęście, niezbyt optymistyczne " mam nadzieję" sprowadziło go na ziemię i przypomniało po co właściwie oboje się tu znajdowali.
I bynajmniej nie po to, by Finley James Rosewood zaliczył wreszcie idealną, wymarzoną randkę.
PanStanley miał poczucie humoru. Kolejny traf w obolałe serce.
— Dokładnie tak. Dorzućmy jeszcze stałą posadę, stabilną przyszłość i mamy komplet o którym marzy każda z kandydatek — przytaknął, nie przejęty delikatnie sarkastycznym uśmiechem, udając, że nie zauważa tego pewnego niedowierzania w ciemnych oczach mężczyzny.
Problem z nawiązaniem znajomości nie był problemem Finleya. Odbijając piłeczkę, sięgnął po swoją szklankę i pociągnął kolejny łyk kawy, jak młody gniewny, bohater wypitych ilości kofeiny i weteran wielu nieprzespanych nocy.
— Dokładnie tyle ile potrzebuje, Panie Dawson. Dziękuję za troskę.
Dzień zaczynam od dwóch, w południe piję latte, a do końca dnia opróżnię jeszcze dwa kubki, zastanawiając się, która z potencjalnych klientek będzie miała więcej szczęścia niż ja. Pierdolony żart.
Zakołysał dłonią, a metalowa słomka uderzyła delikatnie o porcelanowy kubek. Płynne (jednostronne) przejście na per TY nie zostało przeoczone, podobnie jak łobuzerski ton. Rosewood zagryzł wargę, tłumiąc śmiech, ale jego oczy rozbłysły wesoło. W zamyśleniu przyjrzał się dopasowanej koszuli i temu zdradliwemu guzikowi tuż pod jego szyją, brutalnie namawiającego by go odpiąć. Patrząc na pozytywy – znalezienie kogoś dla Dawsona było dziecinne proste.
— Umiem pływać i wracam jak bumerang, ale jednak poważnie przemyślałbym wszystkie życzenia. Jestem w stanie spełnić każde, ale czasu nie cofnę — rzucił leniwie, mrużąc delikatnie powieki. Był bliski wypowiedzenia całej formułki, tej oficjalnej, uprzejmej i bardzo szczegółowej na temat zakresu obowiązków, magicznych teczek i zachcianek, które z p r z y j e m n o ś c i ą spełni, ale wtedy Stanley – żartowniś – postanowił ponownie uraczyć go komentarzem, który całkowicie wybił go z profesjonalnego rytmu. Zamrugał, a następnie odchrząknął, czując jak ciepło napływa mu do policzków. Musiał wyglądać jak ktoś kto ewidentnie się przesłyszał lub jak ktoś kto przesłyszeć się nie chciał.
Nadmuchać, łomotało mu w głowie przywodząc nieprzyzwoity obraz, gdzie okrągłe akwarium było jedynie odległym tłem, prawie tak samo bezużytecznym jak guziki czerwonej koszuli. Tęczówki zatrzymały się na ustach Stanleya, a umysł zawiesił się na tym jednym, krótkim, cholernie seksownym geście.
Czy on go podrywał?
W odmętach zdesperowanego umysłu Finleya – napewno.
— Oh, tak — wyrzucił z siebie, a potem absolutnie, mentalnie strzelając sobie wyimaginowanym pistoletem w głowę — Nie! Oczywiście, że N I E, nadmuchany wyglądam okropnie — roześmiał się perliście, większej kompromitacji nie przeżywając chyba nigdy — jest Pan taki zabawny~ — zaszczebiotał teatralnie, uśmiechając się przyklejając do twarzy uśmiech tak szeroki, że aż rozbolały go policzki.
Palant.
Zacisnął wargi na słomce, przenosząc spojrzenie na uśmiechającą się serdecznie kelnerkę. Jeśli jego spojrzenie było tak samo maślane jak jej, to spotkanie okaże się pieprzoną katastrofą.
— Latte i szarlotkę — zwrócił się do kobiety, ignorując nazwanie go rybką, złotą, jakąkolwiek. Mężczyzna kpił sobie z niego, a Finley nie mógł sobie na to pozwolić, bez względu na to jak bardzo atrakcyjny i charyzmatyczny był jego klient.
Może i chętnie wskoczyłby mu na kolana, a potem zrobił wiele nieprzyzwoitych rzeczy, ale szanujmy się.
Finley miał swoją g o d n o ś ć. Niewiele, ale miał.
A już na pewno nie wodził rozmarzonym spojrzeniem za kimś, kto uśmiecha się jak rasowy amant do młodej kelnerki.
— No dobrze, konkrety — Rosewood był dobry w konkretach. Wreszcie wrócił na odpowiedni grunt, na tyle stabilny, by udawać, że nie dostrzega NADAL rozbawionego spojrzenia mężczyzny — Znajdźmy Panu drugą połówkę — powiedział z entuzjazmem. Sięgnął do przewieszonej przez krzesło torby i wyciągnął z nich okulary, które nasunął na nos. Tym razem w ciemnej oprawie, jak sensowna bibliotekarka z filmów dla dorosłych.
— Po pierwsze, musimy wypełnić kwestionariusz. Wszystkie informacje potrzebne by zainteresować drugą osobę — z pierwszej teczki wysunął plik dokumentów, które podsunął Stanley'owi — imię, nazwisko, wiek, orientacja, zawód. Pasje, zainteresowania, co Pan lubi, czego nie — wymienił, jednocześnie wyciągając kolejne kartki — potem muszę wiedzieć kogo szukać, czyli najprościej mówiąc, kto jest w kręgu Pana zainteresowań. Im więcej szczegółów tym lepiej — zaznaczył — nie musimy wypełniać tego teraz. Teraz chciałbym Pana poznać — odchylił się, opierając swobodnie i odgarnął kosmyk włosów z czoła — i dowiedzieć się dlaczego postanowił Pan skorzystać z mojej pomocy.
Jesteś albo wariatem, albo kompletnym kretynem. Z takim wyglądem innego powodu nie widzę.
— Oraz pytanie najważniejsze — poprawił ciemne oprawki, oblizując wargi ze słodkiej kawy – jak mogę o Pana zadbać?
stanley dawson
Use my attention wisely
: ndz lip 26, 2026 8:02 pm
autor: stanley dawson
Okazywało się, że cała ta s z o p k a i ukryta kamera, do której zgłosił się dobrowolnie, może być znacznie lepszą zabawą, niż tego oczekiwał.
Gdyby miał powiedzieć, czego się spodziewał po krzykliwej stronie internetowej, firmowym uśmiechu właściciela numer pięć i koszuli w czerwone serduszka, powiedziałby, że jakiegoś cholernego scamu i nagłego zwiększenia rachunku za usługę, bo ktoś idealny wymaga więcej szukania. Czy inne bzdety. Był na to przygotowany; nie — na koszty (choć na nie też, bo facet miał kasy jak lodu i może właśnie dlatego siedział teraz w kawiarni z ludzkim cherubinkiem?) — a na porażkę, nieporozumienie i… żenadę. Nie na zabawę. W tym momencie punkt zdobywał Finley, albowiem Dawson rzadko kiedy przyznawał, że ktoś był zabawny.
Bo najzabawniejszy był przecież on.
Stanley m i a ł stałą posadę, stabilną przyszłość i mógł być marzeniem każdej z kandydatek, jeśli w tym momencie ktoś zaszyłby mu usta i nigdy więcej nie pozwolił się odezwać. Słyszał to wielokrotnie od swoich randek poznanych na aplikacjach randkowych, przez znajomych znajomych, bądź w momentach, w którym podpity alkoholem zagadywał do kogoś w klubie. Jesteś taki przystojny i zajebisty w łóżku, ale mógłbyś się czasem zamknąć, ja pierdole! Czar więc pryskał błyskawicznie, a Dawson, w zasadzie, nie rozumiał. Był przecież szczery i mówił to, co ślina mu na język przynosiła. Czy to nie było cenne? Czy ci wszyscy ludzie, opisując swoich wymarzonych mężów, nie mówili też o szczerości? A idźcie z tym w cholerę.
— To nie troska — oznajmił miło, poprawiając się na krzesełku, gdy usiadł w charakterystycznym, m ę s k i m rozkroku. — tylko ciekawość. Ludzki organizm w zasadzie nie potrzebuje kofeiny, więc gdybyś miał pecha i byłbym lekarzem, drążyłbym temat — dodał pogodnie, unosząc w rozbawieniu kąciki ust. Był przezabawny. Strasznie śmieszny. Finley musiał to docenić. — ale nie jestem — zakończył, rozluźniając ramiona i uznając to za sygnał zakończenia tematu. Tylko dlatego, że dodał swoje trzy centy; wiadomo.
Parsknął krótko. Podtrzymanie żartu mu się p o d o b a ł o, bo wychodziło na to, że Rosewood nie był ani szczególnie sztywny (choć mógłby b y ć, bo było na co popatrzeć i Dawson wcale się z tym nie krył), ani zbyt narwany. Wypośrodkowana osobowość zgodna z preferencjami prezesa, toteż jeszcze się nie znudził rozmową. Zainteresował się nią bardziej, gdy uważnie obserwował reakcję Finleya, a potrafiąc dostrzec na jego twarzy drobny odcień różu i szoku, uśmiechnął się zadziornie. I dumnie. Był niezwykle dumny z siebie, że zawstydził Amorka już w pierwszych minutach spotkania.
I być może skierował jego myśli w kierunku dmuchania.
— Pokuszę się o stwierdzenie, że to kłamstwo i nadmuchany wyglądasz jeszcze lepiej, niż teraz — kontynuował żartobliwie, uśmiechem prezentując swoje połechtane ego na ten rozkoszny trzebiot. — i w spełnianie wszystkich życzeń też nie wierzę. Sprawdzę to — ostrzegł go, a Rosewood mógł już zacząć się modlić, czy jego klient nie zażyczy sobie drugiej połówki rodem z innej planety.
Plecy oparł o krzesełko i skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, uwydatniając mięśnie, na które to ciężko pracował na siłowni. Koszula opinała go doskonale w odpowiednich miejscach, a podwinięte rękawy uwydatniały widoczne żyły i rękaw na jeden ręce. Zdawało się, że Stanley nieco się z n u d z i ł, gdy jego swatka rozpoczął te nudne tematy, niemniej nie spuszczał z niego spojrzenia. Może to te okulary, które dodawały mu uroku i swoistej sensowności. Zastanawiał się, jak mogłyby wyglądać zaparowane, nieco przekrzywione, zbrukane—
Nadejście kelnerki — na szczęście — szybko odwróciło jego uwagę od nieprzyzwoitych myśli, a on mógł zatopić usta w swojej czarnej kawie i wrócić do poprzedniej pozycji.
— Jaki jest deadline na wypełnienie tych wszystkich dokumentów? Bardzo brzydko piszę. Jak będziesz to analizował, lepiej podczas rozmowy telefonicznej ze mną, byś wszystko poprawnie odczytał — uśmiechnął się, przysuwając do siebie kartki, na które nawet bezczelnie nie rzucił okiem. Zupełnie na to nie spojrzał. Wpatrywał się bez najmniejszej przerwy w Rosewooda. — Och, na wiele różnych sposobów — mruknął, zdecydowanie niepotrzebnie ściszonym głosem, gdy odpowiadał na to p s o t n e pytanie. Najzabawniejsze było to, że Finley nie mógł zdawać sobie sprawy, jak bardzo podkładał się Dawsonowi. Robił to zupełnie nieumyślnie, przez co brudny umysł mężczyzny miał z tego cholerny ubaw. Upewnił się, że Rosewood podtekst zrozumie, gdy celowo przedłużyl tę krótką ciszę po wypowiedzeniu tych słów. — duży z ciebie chłopak, poradzisz sobie. Widzisz, muszę złamać złą passę, która ciąży na moim nazwisku. Wszyscy faceci ostatecznie kończą samotni, a ja chciałbym się zakochać. Do tej pory próby poznania kogokolwiek kończyły się po maksymalnie czwartym spotkaniu i zaliczeniu wszystkich faz — urwał, unosząc brew. — kilkukrotnie. Doszedłem do wniosku, że jeśli ty mi nie pomożesz, to skończę jak mój ojciec i następne pełne urodziny będę planował na wyspie z tabunem striptizerek i striptizerów — ta wizja w c a l e nie była taka zła, ale — a ja wolałbym mieć taki striptiz zawsze i na wyłączność — dokończył, opuszkami palców gładząc ładną porcelanę.
Ta odpowiedź powinna satysfakcjonować Finleya.
Ciekawe, czy dalej miał tą koszulę w serduszka. W niej mógłby robić dla Stanleya striptiz. Hm.
— Te 100% zadowolonych klientów to taki chwyt marketingowy, czy prawda?
Finley Rosewood
Use my attention wisely
: ndz lip 26, 2026 10:14 pm
autor: Finley Rosewood
Finley nie uważał, by Pan Stanley mówił za dużo. Problemem było to, że mówił. Tak po prostu. A może była to tylko słaba wymówka, która miała na celu dostrzeżenie negatywów tam, gdzie Rosewood po prostu ich nie dostrzegał. Lubił ludzi szczerych i otwartych. Lubił takich, którzy żartowali – i nie, nie chodziło o górnolotne żarty – swobodnie i tak naturalnie, że trudno było nie parsknąć śmiechem nawet podczas oficjalnej rozmowy. Lubił też ludzi nieoczywistych, pewnych siebie i odrobinę bezczelnych, może też aroganckich i zgryźliwych, bo ubarwiało to świat stworzony wyłącznie z przyzwoitości, słabych opisów na Tinderze i narzuconej przez portale internetowe mody na bycie byle jakim.
Finley, na ten przykład, nigdy byle jaki nie był. Zawsze wyróżniał się strojem, dodatkami, a nawet głośnym śmiechem, który przebijał się przez wszystkie inne. Nigdy nie chodził na jogę i nie pijał matchy, lubił się kłócić, żeby potem równie ogniście się godzić i był too much w każdym tego słowa znaczeniu. Ani nie przesadnie męski, mimo wyrzeźbionego ciała, ani nie delikatny, chociaż uwielbiał obcisłe spodnie, koszule z wycięciami i oryginalne oprawki na okulary. Tańczył, kiedy miał ochotę, marudził, gdy była ku temu okazja, dopominał się o uwagę jak najwieksza gwiazda i miał gdzieś opinię innych ludzi nawet wtedy, gdy ubierał swoją ulubioną koszulę w serduszka. Niestety pośród tych wszystkich, oczywistych zalet, miał jedna wadę: był trudnym partnerem, albo trudnym zdawali się uważać go wszyscy mężczyźni, którym do tej pory udało się dotrzeć do etapu wspólnej nocy i kiepskiej, porannej rozmowy.
Ciągle mówisz. Mógłbyś ubrać się normalnie. Po co Ci codziennie kwiaty?
Za dużo pracujesz. Za dużo się śmiejesz. Twoje perfumy są za mocne. Zajmij się czymś sensownym, zamiast bawić się w swatkę.
— Ubolewam nad tym, że nie jest Pan lekarzem. Jestem pewien, że byłbym zachwycony długimi opowieściami o negatywnym i pozytywnym wpływie kofeiny na mój organizm. Plus, mógłbym poprosić o konsultację w sprawie moich strzykających kolan — mruknął tym samym tonem, rzucając mu rozbawione spojrzenie zza ciemnych rzęs.
Strzykające kolana były jednak jego najmniejszym problemem(bo choć strzykały, nadal były bardzo kształtne). Temat d m u c h a n i a wisiał w powietrzu, a Fin nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Stanley robił to specjalnie, bawiąc się przednio jego kosztem. Co więcej, ten zawoalowany komplement mile połechtał Roserwooda, który uśmiechnął się nonszalancko, pochylając się jeszcze bardziej w stronę swojego rozmówcy.
— Obawiam się, że nigdy się tego nie dowiemy. Jakkolwiek chciałby mnie Pan wydmuchać, panie Dawson — puścił mu oczko i wyprostował się, nie racząc zapewniać go o swojej skuteczności – choćby skały srały, a niebo zawalało się na ziemię, znajdzie mu tę drugą połówkę. Jeśli będzie trzeba, znajdzie mu babę z garbem i jednym okiem. Taki był zdolny.
Ładny i zdolny.
Drobnym gestem podziękował kelnerce, dyskretnie sprawdzając, czy Stanley ponownie pośle jej ten uwodzicielski uśmiech. Dopiero gdy upił łyk latte, ponownie skierował spojrzenie na przystojną twarz, odrobinę zirytowany małym zainteresowaniem dokumentów, których przygotowanie zajęło mu zdecydowanie zbyt wiele czasu.
— To nie wyścigi — odpowiedział, a skoro mężczyzna nie oderwał spojrzenia, on również nie zamierzał zgodnie z zasadą: kto pierwszy przegra ten pała. — Żebym mógł zacząć działać, potrzebuję wszystkich informacji. Nie działam w ciemno. Czy oprócz brzydkiego pisma mogę zanotować jakieś inne wady? Na przykład całkowity brak skupienia? — spytał milutko, sugestywnie spoglądając na wręczone mu dokumenty, by łaskawie zaszczycił je chociaż jednym spojrzeniem.
— Mój numer jest dostępny, gdyby miał Pan kilka pytań. Oczywiście możemy przeanalizować pytania krok po kroku, chociaż wierzę, że zrozumie Pan ich sens. Trzeba tylko je p r z e c z y t a ć — długie palce Finleya sięgnęły do ostatniej teczki z której wyciągnął pozłacany, elegancki długopis i niewielki notes, który otworzył na pustej stronie. Ściszony głos jak na zawołanie przywołał spojrzenie Rosewooda, a miękkie wargi zacisnęły się, jakby z całej siły powstrzymywał się przed tym, że gdyby częściej był taki odważny, zapewne oboje nie marnowaliby teraz czasu.
Nie znaczyło to, że myśli Finley'a znowu nie uciekły w tą bardziej rozkoszną i zdecydowanie zbereźniejszą stronę, a on sam perfekcyjnie wyczuł przeciągającą się ciszę, umyślnie pozwalając jej trwać.
— Na wiele różnych sposobów mamy odpowiedni pakiet. A jeśli o tym mowa — podsunął mu kolejną kartkę, tym razem w formie ulotki, na której uśmiechnięta twarz Finley'a oferowała kilka opcji do wyborów: od pakietu basic po pakiet platinum ultra gold. Ceny różniły się w zależności od ofiarowanych usług — podeśle Panu propozycję cennika jeszcze dzisiaj wieczorem. W godzinach odpowiednich dla dużych chłopców, ale uwzględniając pory seniorów — odchrząknął, jednak Stanley doskonale mógł dojrzeć wesoło drgający kącik jego ust, kiedy przygotowywał się do zapisania kilku informacji w swoim notesie.
Zanotował niewiele: passa rodzinna, partnerka na stałe i cztery spotkania, wykreślając malutki dopisek fazy zaliczone k i l k a razy. W zamyśleniu naparł długopisem na dolną wargę i mruknął cicho, szukając w głowie powodu osamotnienia kogoś fizycznie aktywnego, przystojnego i – sądząc po drogim zegarku i markowej koszuli – bogatego. Chyba nawet odrobinę się zawiódł; Dawson miał po prostu pecha, a nie całkowicie rozpierdolony charakter czy traumatyczną przeszłość, która rzutowałaby na jego dalsze relacje.
Trącił długopis czubkiem języka i odłożył go, sięgając po widelec, na który nabrał odrobinę szarlotki, którą wolno wsunął do ust, ciasno otulając wargami widelec. Słodycz rozlała się po jego języku, sprawiając wyraźną przyjemność. Chociaż chciał dopytać o to, czy wakacje jego ojca odbywają się raz czy dwa razy do roku, skupił się na zadanym pytaniu.
— Nie miałem jeszcze klienta, który byłby niezadowolony i nie odnalazłby bratniej duszy — przyznał mało skromnie, ocierając okruszki z kącika ust — jestem dobry w tym co robię. Ale zasada jest prosta: klient musi mi zaufać. Muszę wiedzieć w s z y s t k o. Muszę go poznać. Znam każdą jedną kobietę, która jest tutaj — skinął głową na ostatnią teczkę — i już teraz wiem, że z żadną nie byłby Pan szczęśliwy. Ani ona z Panem. Jeśli da mi Pan szansę, Panie Dawson, jeszcze w tym tygodniu umówię Pana na randkę. Ale potrzebuję, żeby powiedział mi Pan więcej — tym razem to on ściszył konspiracyjnie głos, nachylając się ku mężczyźnie — kogo Pan pragnie. Co Pana kręci. Dlaczego pomimo tych wielu faz, zdobytych baz i fenomenalnego wyglądu, to zawsze są tylko cztery spotkania? — spojrzał mu głęboko w oczy ze szczerym zaciekawieniem i uśmiechnął się, biorąc kolejny kęs szarlotki — jeśli posiada pan trzeci sutek, potrzebuję tej informacji w formularzu.
stanley dawson