Far Beyond the Hills
: ndz lip 26, 2026 4:13 pm
Caleb był odrobinę wstawiony.
W tym nie było akurat nic dziwnego, bo Fairchild był pijany minimum trzy razy w tygodniu, nadal zarzekając się przy tym, że świetnie sobie radzi z alkoholem. Nowością było jednak to, że pierwszy raz, od kiedy pracuje w prokuraturze, zgodził się wyjechać na ten wyjazd integracyjny. Dwa razy do roku organizowano zjazdy, które miały połączyć wszelkie oddziały, zajmujące się prawem i sprawiedliwością. W zależności od pory roku lub od aktualnych trendów, wynajmowano domki w różnych częściach kraju, zapewniając zmęczonym i ciężko pracującym prawnikom, policjantom, detektywom i innym członkom instytucji państwowych, odpoczynek. Tym razem padło na… kemping. Wynajęto bardzo dużo cabin w samym środku lasu, wokół ogromnego, pięknego jeziora; było cicho, luksusowo i przyjemnie. W gruncie rzeczy, byli bardzo odcięci od otaczającego ich świata, co pewnie każdy z nich potrzebował, skoro na co dzień użerali się z kryminalistami wszelkiej maści. Generalnie Caleb nie był fanem takich wyjazdów, ale tym razem zdołali go namówić. Poza tym miał cholernie ciężki miesiąc, dużo spraw, które nie pozwalały mu spać w nocy. Doszedł do wniosku, że odpoczynek nie mógł być tak bardzo złym pomysłem.
Zrobili ognisko. Cal poczuł się, jakby znowu miał osiemnaście lat, a szkoła przygotowała dla nich event na rozpoczęcie wakacji. W czasie dnia mieli zorganizowane różne aktywności; zawody w wodzie, jakieś piesze wycieczki i inne gry, które z początku wydawały mu się dziecinne, ale z czasem nawet zaczął się dobrze na nich bawić. Wystarczyło tylko przełknąć swoją dumę. Wieczorem mieli wolną rękę. Mogli iść spać, wziąć udział w ognisku, poimprezować albo odpocząć tak, jak tego chcieli. Fairchild stwierdził, że pójdzie z kumplami posiedzieć przy ogniu; przy okazji popijając piwo. Jedno za drugim. Szczególnie, jeśli rozmowa się kleiła, a czas miło uciekał mu przez palce. Dopiero, gdy zrobiło mu się zbyt gorąco — może przez alkohol, może przez ognisko, Caleb wstał, żeby ruszyć w kierunku domku. Nie zdążył jednak odejść szczególnie daleko, bo jego oczom ukazał się… nie kto inny, jak Hazel Brooks.
Przez ułamek sekundy, miał wrażenie, że zrastająca się blizna na jego przedramieniu, zaczęła boleśnie go piec; zupełnie, jakby przywoływała wspomnienia. Stanął w miejscu, odkładając pustą butelkę piwa na stolik i wsunął dłonie w kieszenie spodni, spoglądając na nią w milczeniu. Prawdopodobnie jeszcze go nie widziała, choć wiedział, że i ona będzie na tym wyjeździe. To nie tak, że się unikali, ale od tamtego incydentu, po prostu się już nie widzieli. Rozeszli się w... dziwnych stosunkach. Przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić i czy w ogóle nawiązać z nią jakąkolwiek interakcję, ale był zbyt pijany, by myśleć logicznie. Podszedł do Brooks, stając za jej plecami i nachylając się nad jej ramieniem, spojrzał w wijące się płomienie przed nimi.
— Wyciągnęli cię z jaskini, sztywniaro? — mruknął do jej ucha, zerkając na jej twarz od boku. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, dochodził do wniosku, że była cholernie ładna. Dlaczego musiała być taką złośnicą? — Jak nadgarstek? — zagaił, opuszczając spojrzenie na jej dłoń, która uległa niewielkiemu urazowi podczas ich ostatniego spotkania. Caleb od tamtej pory nie pojawił się już na komendzie, nie mając ani siły ani ochoty, żeby z nią walczyć. Może tamta sytuacja czegoś go nauczyła, a może była to tylko rozgrzewka przed większą bitwą. W tej kwestii był przecież nieprzewidywalny. — Jesteśmy jutro razem w drużynie na zawodach. Upewnij się, że nie zaśpisz. Nie lubię przegrywać, szczególnie jeśli jest o co walczyć — powiedział, wymijając ją, by stanąć tuż obok niej. Ramię w ramię, jakby byli sobie bliscy, choć nigdy nie określiłby w ten sposób ich znajomości.
sztywniara
W tym nie było akurat nic dziwnego, bo Fairchild był pijany minimum trzy razy w tygodniu, nadal zarzekając się przy tym, że świetnie sobie radzi z alkoholem. Nowością było jednak to, że pierwszy raz, od kiedy pracuje w prokuraturze, zgodził się wyjechać na ten wyjazd integracyjny. Dwa razy do roku organizowano zjazdy, które miały połączyć wszelkie oddziały, zajmujące się prawem i sprawiedliwością. W zależności od pory roku lub od aktualnych trendów, wynajmowano domki w różnych częściach kraju, zapewniając zmęczonym i ciężko pracującym prawnikom, policjantom, detektywom i innym członkom instytucji państwowych, odpoczynek. Tym razem padło na… kemping. Wynajęto bardzo dużo cabin w samym środku lasu, wokół ogromnego, pięknego jeziora; było cicho, luksusowo i przyjemnie. W gruncie rzeczy, byli bardzo odcięci od otaczającego ich świata, co pewnie każdy z nich potrzebował, skoro na co dzień użerali się z kryminalistami wszelkiej maści. Generalnie Caleb nie był fanem takich wyjazdów, ale tym razem zdołali go namówić. Poza tym miał cholernie ciężki miesiąc, dużo spraw, które nie pozwalały mu spać w nocy. Doszedł do wniosku, że odpoczynek nie mógł być tak bardzo złym pomysłem.
Zrobili ognisko. Cal poczuł się, jakby znowu miał osiemnaście lat, a szkoła przygotowała dla nich event na rozpoczęcie wakacji. W czasie dnia mieli zorganizowane różne aktywności; zawody w wodzie, jakieś piesze wycieczki i inne gry, które z początku wydawały mu się dziecinne, ale z czasem nawet zaczął się dobrze na nich bawić. Wystarczyło tylko przełknąć swoją dumę. Wieczorem mieli wolną rękę. Mogli iść spać, wziąć udział w ognisku, poimprezować albo odpocząć tak, jak tego chcieli. Fairchild stwierdził, że pójdzie z kumplami posiedzieć przy ogniu; przy okazji popijając piwo. Jedno za drugim. Szczególnie, jeśli rozmowa się kleiła, a czas miło uciekał mu przez palce. Dopiero, gdy zrobiło mu się zbyt gorąco — może przez alkohol, może przez ognisko, Caleb wstał, żeby ruszyć w kierunku domku. Nie zdążył jednak odejść szczególnie daleko, bo jego oczom ukazał się… nie kto inny, jak Hazel Brooks.
Przez ułamek sekundy, miał wrażenie, że zrastająca się blizna na jego przedramieniu, zaczęła boleśnie go piec; zupełnie, jakby przywoływała wspomnienia. Stanął w miejscu, odkładając pustą butelkę piwa na stolik i wsunął dłonie w kieszenie spodni, spoglądając na nią w milczeniu. Prawdopodobnie jeszcze go nie widziała, choć wiedział, że i ona będzie na tym wyjeździe. To nie tak, że się unikali, ale od tamtego incydentu, po prostu się już nie widzieli. Rozeszli się w... dziwnych stosunkach. Przez chwilę zastanawiał się, co powinien zrobić i czy w ogóle nawiązać z nią jakąkolwiek interakcję, ale był zbyt pijany, by myśleć logicznie. Podszedł do Brooks, stając za jej plecami i nachylając się nad jej ramieniem, spojrzał w wijące się płomienie przed nimi.
— Wyciągnęli cię z jaskini, sztywniaro? — mruknął do jej ucha, zerkając na jej twarz od boku. Za każdym razem, gdy na nią patrzył, dochodził do wniosku, że była cholernie ładna. Dlaczego musiała być taką złośnicą? — Jak nadgarstek? — zagaił, opuszczając spojrzenie na jej dłoń, która uległa niewielkiemu urazowi podczas ich ostatniego spotkania. Caleb od tamtej pory nie pojawił się już na komendzie, nie mając ani siły ani ochoty, żeby z nią walczyć. Może tamta sytuacja czegoś go nauczyła, a może była to tylko rozgrzewka przed większą bitwą. W tej kwestii był przecież nieprzewidywalny. — Jesteśmy jutro razem w drużynie na zawodach. Upewnij się, że nie zaśpisz. Nie lubię przegrywać, szczególnie jeśli jest o co walczyć — powiedział, wymijając ją, by stanąć tuż obok niej. Ramię w ramię, jakby byli sobie bliscy, choć nigdy nie określiłby w ten sposób ich znajomości.
sztywniara