Strona 1 z 1

My beloved ghost and me sitting in a tree

: ndz lip 26, 2026 9:36 pm
autor: Darcy Bowman
Nawet jeśli czuła, że to nie był dobry pomysł i nie powinna lecieć z nim w rodzinne strony – chociaż może bardziej odpowiednie byłoby stwierdzenie, że lecieć do niego – zamierzała to zrobić. Potrzebowała tylko odrobinę więcej czasu, żeby poprzestawiać swoje plany i przetrwać jedno, stresujące spotkanie. Nie wdawała się w szczegóły, generalnie rzadko wdawała się w klubowe szczegóły, ale też od dłuższego czasu było zaskakująco spokojnie. Czyżby cisza przed burzą? Wyszła z domu Arvela rano, pojechała prosto do siebie, żeby spakować torbę, którą następnego dnia miała ze sobą zabrać na lotnisko. Szaleństwo. O tym pomyślała, gdy zostawiła ją przy drzwiach do domu tuż przed tym jak wyszła do klubu.
Tylko nie dotarła na lotnisko. I to był naprawdę najmniejszy problem ze wszystkich możliwych. Większość dnia mijała spokojnie, raz czy dwa zerknęła nawet na dane lotów, żeby kontrolować moment, w którym Cadwalader doleci na miejsce i będzie można go zacząć bombardować wiadomościami. Chociaż właśnie to nie… nie czekała. Gdy włączył telefon po wylądowaniu miał prawdopodobnie kilkanaście wiadomości od Darcy. Bo nawet jeśli nie poleciała z nim tego dnia – wcale nie zamierzała zostawić go z tym samego. Przynajmniej do czasu, bo później zamilkła. Znaczy inaczej… dała znać, że zaraz ma spotkanie, a później zamilkła.
Nie dlatego, że nie chciała. Dlatego, że nie mogła. Wiedziała, że jej przeszłość kiedyś się na niej odbije… wiedziała, że kiedyś poniesie konsekwencje tego, co robił Daniel i tego, że z nim była, że wiedziała i widziała zdecydowanie za dużo. Że położyła łapska na klubie, który chował w sobie wiele tajemnic, że było tu ukryte mnóstwo brudów na wszystkich ważnych ludzi w tych mieście… szczególnie z tych z szarej strefy. A jakby dodać do tego, że sypiała aktualnie z policjantem? Niezależnie od tego jak sam był brudny – ostatecznie był policjantem, a ona mogła mu mówić trochę za dużo. Dlatego została wyciągnięta z klubu i zabrana na wycieczkę… i jakiś cichy głos z tyłu głowy mówił jej, że może już z niej nie wrócić.
Niezależnie od tego jak wiele razy powtórzyła, że nic nigdy nikomu nie powiedziała, że nic nie wie, że Daniel w nic ją nie wtajemniczał, że przecież była tylko jego dziwką i ona nie ma nic wspólnego z tym światem – pożałowała. Poniosła brutalne konsekwencje wszystkich swoich życiowych decyzji. Bo nie wierzyli jej, że nic nie wiedziała i nic nie mówiła… więc nie kończyli. Jej niewyparzony język na nic się nie przydał. Łzy i błagalne prośby również nie. Tego wieczoru nie ona decydowała kiedy to wszystko się skończy.
Nie wierzyła, czy skończy się kiedykolwiek… a jednocześnie chciała, żeby się skończyło jak najszybciej – raz na zawsze. Byłoby prościej. Mniej boleśnie. Ale litość nie była ich mocną stroną, więc kiedy nad ranem została wyrzucona z auta przed klubem – nie wiedziała, czy to na pewno dobrze. Co zastała w środku? Obraz nędzy i rozpaczy, ale to też był w tym momencie jej najmniejszy problem. Świat wirował, ledwie trzymała się na nogach, zdążyła tylko zapytać, czy były jakiekolwiek ofiary, a skoro nie… to niech nikt nie próbuje dzwonić po żadną policję. Film jej się urywał – nie była pewna jak dotarła do domu, chyba ktoś z klubu ją odwiózł, ale nie miała pewności. Miała natomiast pewność, że zamknęła za sobą wszystkie możliwe zamki, jakimś cudem dotarła do łazienki i próbowała się doprowadzić do porządku. Naprawdę próbowała! Potrafiła szyć, potrafiła oczyścić rany, ale nie dałaby sobie ręki uciąć, że zrobiła to dobrze, prawdopodobnie nie. Nie miała na to siły. Zasypiała i budziła się. Po tym znowu zasypiała. I znowu budziła. W międzyczasie podjęła kolejną próbę zapanowania nad własnymi ranami. Sięgnęła też po telefon i widok nieodebranych połączeń od Arvela sprawił, że przeklęła pod nosem. Już dawno powinna wylądować w Cardiff, a może już nawet był następny dzień? Nie wiedziała, zgubiła rachubę. Wysłała jedną wiadomość, która łamała jej serce, ale która – miała przynajmniej taką nadzieję – jeszcze przez kilka dni będzie go trzymać z daleka od Toronto. Chociaż ta nieszczęsna torba spakowana na wyjazd ciągle stała przy drzwiach.
Darcy
To nie był dobry pomysł. To od początku nie był dobry pomysł.
Zostań w Walii, Cadwalader. Tak będzie dla ciebie lepiej.
abonent czasowo niedostępny
Wiadomość...
On musiał zająć się rodziną, a ona musiała się wylizać. Ehe, na pewno. Ale z taką myślą wróciła do łóżka znów wpadając w serię, w której po prostu zasypiała, budziła się i znowu zasypiała. Dzień? Dwa? Trzy? Pięć? Więcej? Wszystko zlało się w jedno. Nie wiedziała, co robiła pomiędzy, jak funkcjonowała, czy jakkolwiek funkcjonowała, czy może była na prostej drodze, żeby zakończyć swoje marne życie. Nie zadzwoniła jednak po pomoc, nie chciała jeszcze większych problemów. Nawet jeśli jednocześnie był to strasznie kiepski sposób na umieranie, strasznie! Wiedziała, że zadawanie się z Danielem przyniesie tylko więcej szkód niż pożytku. A teraz po prostu potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie.


Arvel Cadwalader

My beloved ghost and me sitting in a tree

: pn lip 27, 2026 3:58 pm
autor: Arvel Cadwalader
Udało im się dojść do porozumienia, więc jego wyjazd, pomimo samego powodu, mógł się okazać całkiem przyjemny. W duchu modlił się o to by cała ta sytuacja z jego mamą okazała się jedynie jakimś dużym nieporozumieniem. Po prostu czymś wstydliwym, czego nie chciała powiedzieć. Z takim właśnie nastawieniem wsiadał do samolotu ze swoim bratem. Sama wizja kilkunastogodzinnej podróży z facetem, który ostatnim razem dobrze bawił się zapewne w przedszkolu nie napawało go optymizmem, ale wiedział, że po kilku drinkach będzie już wystarczająco znieczulony by nie zwracać na to uwagi. Po wylądowaniu w Walii uśmiechnął się do telefonu widząc kilka wiadomości od Darcy, bo ta najwyraźniej już zaczynała za nim tęsknić nawet jeśli otwarcie się do tego nie przyzna. Mieli już dla niej kupione bilety na następny dzień. Przyjął do wiadomości, że ma spotkanie, więc postanowił jej nie przeszkadzać. Rzeczywiście skupił się na rodzinie.
Mieli w końcu jeszcze do przejechania kilkaset kilometrów by dotrzeć do ich rodzinnego miasta. Powrót do Walii był dziwnym doświadczeniem. Słysząc swój ojczysty język na ulicach czy podczas rozmowy brata z ich ojcem zdał sobie sprawę, że trochę za tym tęsknił oraz pewnie nie jest już w nim tak dobry, jak wcześniej. Akcent był nieco bardziej kanadyjski, czego nie do końca lubił. Podobało mu się to skąd pochodził. Lubił ich tradycje, przesądy oraz co tu dużo mówić. Klimat, choć nie rozpieszczał był po prostu czymś, z czym się wychowywał. Zdecydowanie wolał te chłodniejsze rejony nie zamierzał tego ukrywać.
Pierwsza kolacja w rodzinnym domu była... Tutaj nie miał zbyt wielu dobrych określeń. Była po prostu rodzinna. Jego bracia oraz siostry zmienili się o wiele mniej niż mógł przypuszczać. Zarówno fizycznie, ale również mentalnie. Wszystko wyglądało trochę tak jakby w ogóle nie wyjechał na te kilka lat. Może poza tym, że jego mama rzeczywiście trochę się zestarzała, podobnie z resztą jak jego ojciec, który niezmiennie nie pozostawał jego największym fanem. Tak już chyba jest. Nie można być ulubieńcem obojga rodziców. Nie poruszali tych najważniejszych tematów, to nie był jeszcze czas.
To zrobił dopiero następnego poranka gdy wszyscy pojechali już do swoich domów, obowiązków, a on mógł zostać ze swoją mamą sam na sam. Tak jak Derran przypuszczał, zajęło mu to może godzinę zanim nakierował rozmowę na odpowiednie tory. Wiadomość nie była dobra, lecz nie tak tragiczna jak ta, którą dostał tego popołudnia.
Próbował się do niej dobić już od rana gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi poprzedniego wieczora. Czuł, że coś było nie tak, lecz zrzucał to na garb swojego wyjazdu. Ta wiadomość tylko utwierdziła go w przekonaniu, że powinien słuchać swojej intuicji. Zadzwonił do niej jeszcze kilka razy, wysłał sms'y lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Chyba nie myślała, że pozwoli jej zerwać ze sobą przez sms'a? Jeszcze tego samego wieczoru zabookował samolot na następny poranek z czego oczywiście nikt w jego rodzinie nie był zadowolony, nawet jego mama i dała mu to odczuć.
Niestety nie dało się teleportować. Podróż musiała trwać swoje. W między czasie zdążył już dowiedzieć się, co stało się w jej klubie. Nadal miał kilku przyjaciół po tamtej stronie sadzawki. Jeszcze więcej znajomych, którzy wisieli mu jakąś przysługę. Wieści niosą się w ich świecie. Tym bardziej, kiedy teraz było mu bliżej do tego nielegalnego.
Po powrocie do Kanady pierwsze miejsce, którym odwiedził był jego własny loft. Z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że miał nadzieję, że ją tutaj spotka. Obdzwonił już wszystkie szpitale, więc wiedział, że nie zgłosiła się do żadnego z nich. Drugi był taki, że to tutaj trzymał swoją broń na czarną godzinę. Tę, o której nie wiedziała nawet ona. Następnym i finalnym miejscem był jej dom, a właściwie dom jej byłego męża, który wkopał ją w to wszystko. Drzwi były zamknięte, lecz to nie był większy problem. Nie zamierzał pieprzyć się z nowoczesnymi zamkami. Po prostu wybił szyby w jednym z okien nie mając przed tym najmniejszych oporów. Widział spakowaną torbę przy wejściu, ślady krwi na balustradzie oraz ścianach. Nie posprzątała po sobie.
Znalazł ją tam, gdzie się spodziewał. W sypialni. Widok nie był ładny. Nie przypominała w tej chwili kobiety, którą kochał. Krew zagotowała się w nim jeszcze mocniej. Wcześniej był wkurzony tylko na nią, teraz doszedł do tego również gniew na tych, którzy to zrobili. To było coś więcej niż tylko chłodna furia.
- Pierdolona idiotka. - mruknął bardziej do siebie niż do niej nie dbając nawet o to czy ona to usłyszy.
Nie było w tym, przynajmniej w tym momencie, współczucia. Rządziła nim po prostu furia. Na to, że mu o niczym nie powiedziała, jak go potraktowała i jak potraktowano ją. Nie chciał nawet w tym momencie myśleć o tym, co jej zrobili oraz jak bardzo ją skrzywdzili. Bał się o to zapytać. Przede wszystkim nie zamierzał pytać jej.
- Potrzebuję Cię. Wyślę Ci adres. Przywieź wszystko, co masz. - powiedział do telefonu chłodnym głosem nieznoszącym sprzeciwu po czym po prostu się rozłączył.
Spojrzał na nią jeszcze raz zanim poszedł po jakąś miskę, którą napełnił ciepłą wodą, znalazł resztę gaz, które zostawiła w łazience oraz kuchni. Wrócił do jej łóżka zaczynając wycierać jej twarz.
- Nic nie mów. - warknął - Na razie nie chcę tego słuchać. Lekarz będzie tu za kilkanaście minut. - oznajmił jej w końcu ściągając swoją kurtkę i kontynuując wycieranie jej ciała będąc przy tym delikatniejszy niż byłby z kimkolwiek innym lecz nie traktując jej jakby była z porcelany.

Darcy Bowman

My beloved ghost and me sitting in a tree

: pn lip 27, 2026 4:57 pm
autor: Darcy Bowman
Czy była idiotką? Oh, oczywiście. Oczywiście, że była idiotką. Czy chciała dobrze? Jeszcze jak! Czy wyszło dokładnie tak jak zawsze? A czego innego można się było spodziewać? Wielokrotnie znajdowała się w sytuacjach, które można było nazwać niebezpiecznymi, ale nigdy tak… bezpośrednio. Nigdy w sposób, w którym nie miała nic, absolutnie nic do powiedzenia. Próbowała być twarda, dokładnie tak jak była całe swoje życie. Tylko to nie była sytuacja, w której to jakkolwiek mogło jej pomóc, chyba nawet zaszkodziło. Mogła po prostu powiedzieć im to, co chcieli usłyszeć – wtedy może skończyliby z nią szybciej. Zamiast tego próbowała im i chyba sobie samej udowodnić, że… że co, właściwie? Z perspektywy czasu nie miało to najmniejszego sensu, a po prostu bardziej bolało.
To nie był pierwszy raz kiedy w życiu dostała wpierdol. Jej ojciec miał ciężką rękę i łatwo było go sprowokować, żeby ją podnosił. Później trafiała na różnych mężczyzn, a ze swoim niewyparzonym językiem… no cóż, potrafiła wyprowadzić z równowagi. Daniel był inny – nie zawsze traktował ją dobrze, ale nigdy nie posunął się do tego rodzaju przemocy. Jednocześnie to, co spotkało ją teraz to nie była po prostu przemoc… nie dostała po prostu w twarz. Potraktowano ją brutalnie i miało to swój cel. Czy został osiągnięty? Ciężko powiedzieć.
Czyjś głos dotarł do niej jakby z oddali. Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, że teraz to nie działo się w jej głowie. Ktoś obok niej siedział. Drgnęła… w pierwszej chwili lekko, jakby jeszcze przez sen. Chociaż na dobrą sprawę ciężko powiedzieć, czy to sen, czy raczej utrata przytomności. Miała nic nie mówić. Mężczyzna. To był męski głos.
I wtedy się zerwała. W ułamku sekundy się ocknęła, poderwała i odskoczyła. Odsunęła się od niego na bezpieczną odległość, wbiła w zagłówek łóżka i rozejrzała zdezorientowana. Serce biło jej jak szalone, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Była przerażona. W tym momencie po prostu przypominała ranne zwierzę na poboczu drogi, nie było w jej zachowaniu ani odrobiny logiki. Adrenalina pozwoliła jej też zignorować własny ból… na wypadek, gdyby musiała uciekać. Jej spojrzenie zatrzymało się jednak na Arvelu – Nienienie… – szepnęła, a właściwie zaczęła powtarzać, gdy zaczęła wycofywać się jeszcze bardziej, wstając z łóżka – Nie powinno cię tu być. Nie powinieneś był wracać. Miałeś zostać z rodziną. Idiota. – mamrotała, bo hej… nie tylko ona była tutaj idiotką! To było proste polecenie, miał zostać w Walli! Jeśli nie na zawsze to chociaż jeszcze parę dni? Zanim się nie pozbiera, zanim nie mogłaby udawać, że nic się nie stało. Teraz? Nawet nie było sensu udawać. Wyglądała jakby… no cóż, jakby stało jej się coś naprawdę niedobrego. Ledwie stała na nogach, więc gdy ruszyła w kierunku łazienki szła bardziej po ścianach niż… po prostu szła. Jeśli próbował ją zatrzymać – nie dała się. Zrobiła unik, zmieniła kierunek. Była chaotyczna, szamotała się i trzęsła. Atak paniki? Być może. Nie wiedziała, co robić. Nie wiedziała, co dookoła niej się działo. Głowa jej pękała. Zresztą nie tylko głowa. Ból był paraliżujący. Oparła się plecami o ścianę po drugiej stronie sypialni – Miało cię tu nie być. – wymamrotała raz jeszcze zanim osunęła się po ścianie na podłogę, zakrywając usta dłonią i zalewając się łzami, których nie chciała, ale z którymi nie miała już siły walczyć. Tym bardziej, że gdy zaszlochała ból pewnie popękanych żeber stał się nie do wytrzymania i to spowodowało, że kolejna fala łez naszła jej do oczu – Miałeś nie wracać. – miało go tu nie być, miał jej nie widzieć w takim stanie… Stanie rozpadnięcia na milion małych kawałków, w którym ani trochę nie przypominała Darcy Bowman. I to też ją przerażało.


Arvel Cadwalader

My beloved ghost and me sitting in a tree

: wt lip 28, 2026 10:57 pm
autor: Arvel Cadwalader
Normalny facet pewnie podchodziłby do tego nieco inaczej. Z dużo większą dozą współczucia kiedy jego kobieta została potraktowana tak brutalnie. Niestety Arvel nie należał do grona normalnych facetów. Był raczej typem, który preferował wpierw wymierzenie swojej sprawiedliwości, a później zajęcie się dziewczyną. Pod tym względem był bardzo w stylu starego testamentu, tylko mocniej. Dwoje oczu za oko, wszystkie zęby za ząb. Zawsze był rządzony swoimi emocjami. Tak stworzyła się ich relacja i tak była kontynuowana.
To nie tak, że zupełnie nie przejmował się tym, co jej się stało. Zadzwonił po lekarza by ocenił jej stan zdrowia. To najlepsze co mógł dla niej w tym momencie zrobić. Potrafił robić kilka rzeczy na raz. Po prostu w tym momencie dominowała w nim złość, furia. Zarówno na nią jak i na wszystkich, którzy odważyli się podnieść na nią rękę. Wiedział, co miał zrobić, w jakiej kolejności. Nie dawał się całkowicie ponieść emocjom. Wykorzystywał swoją furię do chłodnej kalkulacji. W tym był całkiem dobry.
Kiedy się obudziła i gwałtownie od niego odsunęła nie próbował skracać dystansu. Mógł się spodziewać takiej reakcji. To mężczyźni wyrządzili jej krzywdę i nawet jeśli za to zapłacą w tej chwili był dla niej również kolejnym mężczyzną. To był instynkt. Instynkt przetrwania. Nadal była w takim trybie. On jedynie notował małe szczegóły. To, że była w stanie w ogóle się podnieść. Mogła poruszać wszystkimi kończynami, nawet jeśli trochę brakowało koordynacji. To dawało mu do zrozumienia, że jest lepiej niż mógł się początkowo spodziewać. Zwłaszcza, jeśli potrafiła stanąć na nogi. Z pomocą, lecz nadal. Nie zatrzymywał jej kiedy utrzymywała dystans próbując dostać się do łazienki. Po prostu... patrzył. Niestety nadal bardziej wkurzony niż zmartwiony.
- Cóż. To wyszło Ci równie dobrze jak to twoje spotkanie. - powiedział w końcu podnosząc się i skracając dystans, powoli - Wróciłem i już nikt Cię nie skrzywdzi. - przyklęknął przy niej i ostrożnie ją objął.
Nie za mocno, nie za długo. Wystarczająco by poczuła jego wsparcie lecz nie by zaczęła się czuć niekomfortowo. Adrenalina nie działa tak długo, jakbyśmy tego chcieli. Ból zaraz zacznie do niej wracać, a wtedy kontakt fizyczny nie będzie mile widziany.
- Zadzwoniłem do mojego lekarza. Kilka razy już mnie łatał. Powinien być tutaj za kilkanaście minut. Jest dyskretny. - powiedział spokojnie, chociaż nie był pewien czy w ogóle go słucha będąc w trakcie jakiegoś ataku paniki? Strachu? Sam nie był w stanie tego ocenić.
- Posłuchaj mnie. - złapał ją delikatnie za nadgarstek odsuwając jej dłoń od jej twarzy - Hej, spójrz na mnie. - strzelił kilka razy palcami przed jej twarzą nie chcąc jej za dużo dotykać. - Oto, co się teraz stanie. Przyjdzie lekarz, zbada cię, poda leki, kroplówkę. Zszyje Cię. Co tam trzeba. Da Ci coś żebyś mogła przespać ten najgorszy okres. Trochę się zregenerować. Ja zostanę tutaj dopóki nie zaśniesz i dopóki nie zjawi się mój przyjaciel z policji. Zostanie pod twoim domem cały czas kiedy mnie nie będzie. Tak na wszelki wypadek. - spojrzał na nią próbując upewnić się, że zrozumiała chociaż część tego, co próbował jej przekazać.
Chciał żeby była poinformowana. Żeby wiedziała, jaki jest plan. Odzyskała nieco kontroli, która w ostatnich dniach została jej odebrana. Nie musiała wiedzieć wszystkiego. Tylko to, co dotyczyło bezpośrednio jej osoby. Cała reszta jego planów... Dowie się o nich po czasie. Obudzi się już w nieco innym świecie.

Darcy Bowman

My beloved ghost and me sitting in a tree

: śr lip 29, 2026 8:46 am
autor: Darcy Bowman
To nie była dla niej normalna sytuacja, więc nie wiedziała też jak zachowałby się w niej normalny facet. Ona sama nie wiedziała jak się zachować. Prawdopodobnie ukrywanie przed nim prawdy było najgorszym możliwym rozwiązaniem, bo przecież znała go wystarczająco dobrze. A może właśnie dlatego, że znała go wystarczająco dobrze wiedziała, że lepiej byłoby trzymać go od tego z daleka. Zapewne. Czy naprawdę chciała, żeby zostawał w Walii i trzymał się od niej z daleka? Nie. Oczywiście, że nie. Jednocześnie chciałaby móc go utrzymać od tego wszystkiego z daleka najdłużej jak się da, a przynajmniej aż kurz nie osiądzie, aż nie wymyśli, co z tym dalej zrobić…
I tak, poszło jej to doskonale. Fantastycznie. Znowu straciła kontrolę nad sytuacją i chyba właśnie dlatego wpadła w taką panikę. Był obok niej człowiek, którego nie powinno tu być. Nie powinno. Ale jednocześnie jego obecność sprawiła, że serce zabiło jej szybciej. Już nikt jej nie skrzywdzi. Nie mógł mieć pewności i ona też nie mogła jej mieć. Mimo wszystko jakiś cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał jej, żeby mu uwierzyć… że i tak nie ma innego wyjścia. Chciała mu uwierzyć.
Spojrzała na niego, starając się uspokoić własny oddech. Chociaż nad nim odzyskać odrobinę kontroli, chociażby jej namiastkę. Wbiła wzrok w tak dobrze znaną jej twarz, skupiając się na wypowiadanych przez niego słowach. Miał plan. I mogła być obolała, mogła być przerażona, mogła być w naprawdę złym stanie fizycznym i psychicznym, ale i tak rozumiała…
- Kiedy cię nie będzie… – powtórzyła za nim cicho, bardziej do siebie niż do niego. I nawet na sekundę nie oderwała od niego spojrzenia. Wpatrywała się intensywnie w jego tęczówki, jakby chciała wyczytać z nich wszystko. Prawdopodobnie w tym momencie powinna zaprotestować, powinna poprosić, żeby tego nie robił, żeby nie zrobił żadnej głupoty, która chodziła mu po głowie, żeby to zostawił… tylko ten świat tak nie działał, a ona żyła w nim wystarczająco długo, żeby o tym wiedzieć. Zdążyła się nauczyć zasad, więc nawet nie mogła mieć pretensji, że została ukarana za ich złamanie. Jednocześnie każda akcja wymaga reakcji. Jej tęczówki pociemniały, wyraz twarzy też się zmienił… na ułamek sekundy było w nim mniej strachu, a więcej zawziętości – Chcę, żeby poniósł konsekwencje. – wyszeptała, nadal nie odwracając wzroku od Cadwaladera. Nie musiała nawet tego mówić, widział to w jej spojrzeniu. Chciała sprawiedliwości. Chciała, żeby cierpiał. Oh… i bardzo chciałaby to zrobić sama, ale jednocześnie wiedziała, że była za słaba. Nie tylko w tym momencie fizycznie… po prostu była za słaba – A później wyjedziesz z kraju. Wrócisz do Walii. Zostawisz to wszystko za sobą. – żeby nie musiała się bać, znowu. O siebie mogła, ale nie o niego. Nie w momencie, gdy była już pewna swoich uczuć i nie chciała go stracić, a już na pewno nie w ten bardzo ostateczny sposób. Ci ludzie byli jak hydra… na miejsce jednej odciętej głowy wyrastały trzy kolejne. Nie chciała, żeby przez nią przez resztę życia w Toronto oglądał się przez ramię.
Przepraszam… – szepnęła, wreszcie spuszczając wzrok i wbijając go w swoje obdrapane dłonie – Nie powinieneś musieć się w to mieszać. – nie powinien… ale wiedziała, że musiał. Tak jak ona chciała się mieszać w każdą sprawę, która dotyczyła jego.


Arvel Cadwalader

My beloved ghost and me sitting in a tree

: śr lip 29, 2026 3:27 pm
autor: Arvel Cadwalader
Żaden mężczyzna nie chciał zobaczyć swojej kobiety w takim wydaniu. Arvel doskonale wiedział w jak niebezpiecznym świecie żyją. Borykał się z tym każdego dnia. Nawet teraz, będąc zawieszonym. Od tego życia nie dało się tak po prostu odejść. Oboje to wiedzieli. Dlatego mieli te ostatnie sprzeczki. Dlatego właśnie próbował trzymać ją od swojej policyjnej strony z daleka by nie dawać nikomu żadnego pretekstu. Nie bał się o te wysoko postawione szuje. Umiały ważyć plusy i minusy. Jednak jeśli chodził o jakichś przypadkowych pachołków... Ci już nie mieli tak dobrze wykształconego płata czołowego. Po cichu liczył na to, że umawianie się z policjantem może być obusiecznym mieczem. Zapewni jej pewną ochronę, bo kto chciał zadzierać z policją, zwłaszcza o coś, na co nie mają dowodów. Tylko właśnie... Oni nie potrzebowali dowodów. Wystarczyło to, co narodziło się w ich chorych umysłach. Domysły.
To, że nie próbowała go zatrzymać przyniosło lekki uśmiech na jego twarz. Dlatego ta relacja działała. Darcy nie chciała być jakąś ratowaną księżniczką. Dała mu bardzo jasny komunikat. Została skrzywdzona i chciała by ktokolwiek to zrobił za to zapłacił. Nie próbowała przekonywać go do miłości do bliźniego, że nie trzeba. Patrzyła na niego jak na swojego mężczyznę, a robotą mężczyzny było spełnianie próśb swojej kobiety. Nie musiała go do niczego zachęcać, lecz jej przyzwolenie zdecydowanie dawało mu to poczucie, że postępuje słusznie. Nie żeby tego szczególnie potrzebował.
- Nie musisz mówić nic więcej. - zaczesał jej włosy za uszy nieco łagodniejszym ruchem niż do tej pory.
Wyglądała okropnie. Nie bał się tego przyznać. Chciał ją taką zobaczyć. Zapamiętać sobie ten obrazek by mógł napędzać jego furię od momentu kiedy opuści jej dom do momentu aż wszystko będzie skończone. Zamierzał oddać im wszystko z solidną nawiązką. Będą cierpieć. Za nią i za niego.
- Na razie nie myśl o tym, co będzie później. Skup się na tym żeby poczuć się lepiej. Odeśpij to. Kiedy się obudzisz będzie to już nieco inny świat. - w jego głosie nie było za dużo ciepła, nie zamierzał jej oszukiwać i wmawiać teraz, że wszystko będzie dobrze.
Akcje mają konsekwencje. Jego również będą miały. Sam jeszcze nie był w stanie ocenić jak rozległe będą, ale wiedział jedno - wiadomość musiała być silna, bezpośrednia. Na tym, niższym szczeblu ten świat rozumiał tylko język przemocy. Na szczęście Cadwalader, gdy wymagała tego potrzeba, był w nim biegły. Nie zamierzał przejmować się tym, co stanie się za kilka dni. Wiedział, co musiało stać się teraz i jak to osiągnąć.
- Wiedziałem w co się pakuje biorąc sobie za kobietę gangsterkę. - sapnął cicho dźwigając się na równe nogi - Za to oni nie wiedzą co właśnie wywołali z lasu. - uśmiechnął się niebezpiecznie, sadystycznie, wyciągając do niej dłoń by pomóc jej wstać - Chodź do łóżka, niech obejrzy Cię lekarz zanim coś sama sobie zepsujesz. - próbował zaprowadzić ją do łóżka, a jego złość nie tyle ustępowała, co została po prostu zepchnięta na chwilę na dalszy plan.
Był jej winien tę troskliwą wersję siebie. Wiedział, że musi ją zostawić tutaj, z nią, za drzwiami gdy wyjdzie. Arvel, który wróci może już nie być tym samym, którego zna. Bądź może nie wrócić w ogóle. Życie potrafi pisać różne scenariusze. Wielokrotnie się już o tym przekonał.

Darcy Bowman

My beloved ghost and me sitting in a tree

: śr lip 29, 2026 4:46 pm
autor: Darcy Bowman
Sama już nie potrafiła stwierdzić, czy więcej szkody przyniosła jej znajomość z nim, czy może jednak z Danielem. Jedno było jednak pewne – Darcy Bowman miała słabość do specyficznego typu mężczyzn, a to niosło za sobą kłopoty. Zawsze lubiła je przyciągać, a w tym konkretnym przypadku i tak zaskakująco długo udało jej się ich unikać. Po prostu nadszedł ten czas. Może za głośno mówiła o chęci pozbycia się klubu? Nikt nie chciał, żeby trupy ukryte w jego piwnicy wyszły na światło dzienne. Wzbudziła zainteresowanie, a nie trzeba było się szczególnie starać, żeby powiązać ją z Cadwaladerem. Wnioski nasuwały się same… może to były domysły, może nikt nie miał dowodów, ale trzeba przyznać, że jej sytuacja nie wyglądała za dobrze. Więc i tak nie skończyła najgorzej… co swoją drogą też ją martwiło. I chyba właśnie dlatego chciała tej bardzo prostej sprawiedliwości. Zanim przyjdzie jej się przekonać dlaczego zostawili ją przy życiu.
Kiedy się obudzi świat będzie inny… dla niej zmienił się w momencie, w którym została wyprowadzona z własnego klubu. Wtedy coś w niej pękło. Wtedy uświadomiła sobie, że była w tym wszystkim bardziej niż by chciała, że niezależnie jak często powtarzała, że nie miesza się w brudne interesy… to wszystko i tak ją wciągnęło. Mimo wszystko nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa… i znowu ogarnął ją strach. Teraz jednak był innego rodzaju. Teraz nie bała się już o to, co stanie się z nią.
- Gangsterkę… chyba worek bokserski podrzędnego gangstera. – chciałaby się uśmiechnąć, ale nie była w stanie. Tym bardziej, że wiedziała, że nie żartował… oni naprawę nie wiedzieli kogo i do czego sprowokowali. Ona sama tego do końca nie wiedziała, bo nigdy go takim nie widziała. Nigdy nie miała okazji przekonać się jak wygląda naprawdę mroczna strona człowieka, którego pokochała. Czy tą wersję również była w stanie pokochać? Czy to, co właśnie się między nimi wydarzyło zmieni ich relację na zawsze? Czy jeśli mężczyzna wyjdzie z jej sypialni ich drogi nigdy więcej się nie skrzyżują? Czy straci go na zawsze? Pytań i wątpliwości miała całe mnóstwo, ale zagłuszył je ból, który przeszył jej ciało w momencie, gdy podniosła się z podłogi z jego pomocą. Aż łzy napłynęły jej do oczu i zagryzła zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Nawet ciche przekleństwo pod nosem niewiele pomogło. Ostrożnie usiadła na brzegu łóżka, a jej spojrzenie wróciło do Arvela. Chciała się odezwać, chciała coś powiedzieć, ale zawahała się… przez chwilę jeszcze milczała intensywnie się w niego wpatrując.
- Naprawdę chciałam przylecieć… – rzuciła w końcu, przerywając ciszę, ale nie kontakt wzrokowy – Bilet i paszport są dalej w torebce, walizka stoi przy drzwiach… naprawdę chciałam poznać twoją rodzinę. Naprawdę chciałam, żeby nam się udało. – zanim się wszystko koncertowo spierdoliło! Przynajmniej była tego brutalnie świadoma – Mam nadzieję, że w tym innym świecie też się kiedyś odnajdziemy. – dodała ciszej, zaciskając palce na krawędzi materaca – trochę z bólu, a trochę z nadmiaru emocji, które jej towarzyszyły.
I całe szczęście, że w tym samym momencie ktoś do niego zadzwonił – lekarz, który wreszcie dotarł na miejsce – a ona na krótką chwilę została sama, więc mogła przestać walczyć z łzami bezsilności, które napływały jej do oczu. Potrzebowała momentu lub dwóch, zdążyła akurat, gdy Arvel i mężczyzna dotarli na górę. Wierzchem dłoni niedbale otarła policzek i spojrzała na lekarza, którego mina mówiła jej więcej niż tysiąc słów. A pierwsze, co od niego usłyszeli to, że lepiej byłoby jakby ktoś obejrzał ją w szpitalu. Od razu gwałtownie zaprotestowała – Żadnego szpitala. Żadnej policji. – wycedziła przez zęby, jednocześnie dając się sobą zająć. Kurwa… bolało. Ale jednocześnie nie chciała, żeby kończył, bo wtedy nadejdzie ten moment, w którym Cadwalader ją zostawi.


Arvel Cadwalader