My beloved ghost and me sitting in a tree
: ndz lip 26, 2026 9:36 pm
Nawet jeśli czuła, że to nie był dobry pomysł i nie powinna lecieć z nim w rodzinne strony – chociaż może bardziej odpowiednie byłoby stwierdzenie, że lecieć do niego – zamierzała to zrobić. Potrzebowała tylko odrobinę więcej czasu, żeby poprzestawiać swoje plany i przetrwać jedno, stresujące spotkanie. Nie wdawała się w szczegóły, generalnie rzadko wdawała się w klubowe szczegóły, ale też od dłuższego czasu było zaskakująco spokojnie. Czyżby cisza przed burzą? Wyszła z domu Arvela rano, pojechała prosto do siebie, żeby spakować torbę, którą następnego dnia miała ze sobą zabrać na lotnisko. Szaleństwo. O tym pomyślała, gdy zostawiła ją przy drzwiach do domu tuż przed tym jak wyszła do klubu.
Tylko nie dotarła na lotnisko. I to był naprawdę najmniejszy problem ze wszystkich możliwych. Większość dnia mijała spokojnie, raz czy dwa zerknęła nawet na dane lotów, żeby kontrolować moment, w którym Cadwalader doleci na miejsce i będzie można go zacząć bombardować wiadomościami. Chociaż właśnie to nie… nie czekała. Gdy włączył telefon po wylądowaniu miał prawdopodobnie kilkanaście wiadomości od Darcy. Bo nawet jeśli nie poleciała z nim tego dnia – wcale nie zamierzała zostawić go z tym samego. Przynajmniej do czasu, bo później zamilkła. Znaczy inaczej… dała znać, że zaraz ma spotkanie, a później zamilkła.
Nie dlatego, że nie chciała. Dlatego, że nie mogła. Wiedziała, że jej przeszłość kiedyś się na niej odbije… wiedziała, że kiedyś poniesie konsekwencje tego, co robił Daniel i tego, że z nim była, że wiedziała i widziała zdecydowanie za dużo. Że położyła łapska na klubie, który chował w sobie wiele tajemnic, że było tu ukryte mnóstwo brudów na wszystkich ważnych ludzi w tych mieście… szczególnie z tych z szarej strefy. A jakby dodać do tego, że sypiała aktualnie z policjantem? Niezależnie od tego jak sam był brudny – ostatecznie był policjantem, a ona mogła mu mówić trochę za dużo. Dlatego została wyciągnięta z klubu i zabrana na wycieczkę… i jakiś cichy głos z tyłu głowy mówił jej, że może już z niej nie wrócić.
Niezależnie od tego jak wiele razy powtórzyła, że nic nigdy nikomu nie powiedziała, że nic nie wie, że Daniel w nic ją nie wtajemniczał, że przecież była tylko jego dziwką i ona nie ma nic wspólnego z tym światem – pożałowała. Poniosła brutalne konsekwencje wszystkich swoich życiowych decyzji. Bo nie wierzyli jej, że nic nie wiedziała i nic nie mówiła… więc nie kończyli. Jej niewyparzony język na nic się nie przydał. Łzy i błagalne prośby również nie. Tego wieczoru nie ona decydowała kiedy to wszystko się skończy.
Nie wierzyła, czy skończy się kiedykolwiek… a jednocześnie chciała, żeby się skończyło jak najszybciej – raz na zawsze. Byłoby prościej. Mniej boleśnie. Ale litość nie była ich mocną stroną, więc kiedy nad ranem została wyrzucona z auta przed klubem – nie wiedziała, czy to na pewno dobrze. Co zastała w środku? Obraz nędzy i rozpaczy, ale to też był w tym momencie jej najmniejszy problem. Świat wirował, ledwie trzymała się na nogach, zdążyła tylko zapytać, czy były jakiekolwiek ofiary, a skoro nie… to niech nikt nie próbuje dzwonić po żadną policję. Film jej się urywał – nie była pewna jak dotarła do domu, chyba ktoś z klubu ją odwiózł, ale nie miała pewności. Miała natomiast pewność, że zamknęła za sobą wszystkie możliwe zamki, jakimś cudem dotarła do łazienki i próbowała się doprowadzić do porządku. Naprawdę próbowała! Potrafiła szyć, potrafiła oczyścić rany, ale nie dałaby sobie ręki uciąć, że zrobiła to dobrze, prawdopodobnie nie. Nie miała na to siły. Zasypiała i budziła się. Po tym znowu zasypiała. I znowu budziła. W międzyczasie podjęła kolejną próbę zapanowania nad własnymi ranami. Sięgnęła też po telefon i widok nieodebranych połączeń od Arvela sprawił, że przeklęła pod nosem. Już dawno powinna wylądować w Cardiff, a może już nawet był następny dzień? Nie wiedziała, zgubiła rachubę. Wysłała jedną wiadomość, która łamała jej serce, ale która – miała przynajmniej taką nadzieję – jeszcze przez kilka dni będzie go trzymać z daleka od Toronto. Chociaż ta nieszczęsna torba spakowana na wyjazd ciągle stała przy drzwiach.
On musiał zająć się rodziną, a ona musiała się wylizać. Ehe, na pewno. Ale z taką myślą wróciła do łóżka znów wpadając w serię, w której po prostu zasypiała, budziła się i znowu zasypiała. Dzień? Dwa? Trzy? Pięć? Więcej? Wszystko zlało się w jedno. Nie wiedziała, co robiła pomiędzy, jak funkcjonowała, czy jakkolwiek funkcjonowała, czy może była na prostej drodze, żeby zakończyć swoje marne życie. Nie zadzwoniła jednak po pomoc, nie chciała jeszcze większych problemów. Nawet jeśli jednocześnie był to strasznie kiepski sposób na umieranie, strasznie! Wiedziała, że zadawanie się z Danielem przyniesie tylko więcej szkód niż pożytku. A teraz po prostu potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie.
Arvel Cadwalader
Tylko nie dotarła na lotnisko. I to był naprawdę najmniejszy problem ze wszystkich możliwych. Większość dnia mijała spokojnie, raz czy dwa zerknęła nawet na dane lotów, żeby kontrolować moment, w którym Cadwalader doleci na miejsce i będzie można go zacząć bombardować wiadomościami. Chociaż właśnie to nie… nie czekała. Gdy włączył telefon po wylądowaniu miał prawdopodobnie kilkanaście wiadomości od Darcy. Bo nawet jeśli nie poleciała z nim tego dnia – wcale nie zamierzała zostawić go z tym samego. Przynajmniej do czasu, bo później zamilkła. Znaczy inaczej… dała znać, że zaraz ma spotkanie, a później zamilkła.
Nie dlatego, że nie chciała. Dlatego, że nie mogła. Wiedziała, że jej przeszłość kiedyś się na niej odbije… wiedziała, że kiedyś poniesie konsekwencje tego, co robił Daniel i tego, że z nim była, że wiedziała i widziała zdecydowanie za dużo. Że położyła łapska na klubie, który chował w sobie wiele tajemnic, że było tu ukryte mnóstwo brudów na wszystkich ważnych ludzi w tych mieście… szczególnie z tych z szarej strefy. A jakby dodać do tego, że sypiała aktualnie z policjantem? Niezależnie od tego jak sam był brudny – ostatecznie był policjantem, a ona mogła mu mówić trochę za dużo. Dlatego została wyciągnięta z klubu i zabrana na wycieczkę… i jakiś cichy głos z tyłu głowy mówił jej, że może już z niej nie wrócić.
Niezależnie od tego jak wiele razy powtórzyła, że nic nigdy nikomu nie powiedziała, że nic nie wie, że Daniel w nic ją nie wtajemniczał, że przecież była tylko jego dziwką i ona nie ma nic wspólnego z tym światem – pożałowała. Poniosła brutalne konsekwencje wszystkich swoich życiowych decyzji. Bo nie wierzyli jej, że nic nie wiedziała i nic nie mówiła… więc nie kończyli. Jej niewyparzony język na nic się nie przydał. Łzy i błagalne prośby również nie. Tego wieczoru nie ona decydowała kiedy to wszystko się skończy.
Nie wierzyła, czy skończy się kiedykolwiek… a jednocześnie chciała, żeby się skończyło jak najszybciej – raz na zawsze. Byłoby prościej. Mniej boleśnie. Ale litość nie była ich mocną stroną, więc kiedy nad ranem została wyrzucona z auta przed klubem – nie wiedziała, czy to na pewno dobrze. Co zastała w środku? Obraz nędzy i rozpaczy, ale to też był w tym momencie jej najmniejszy problem. Świat wirował, ledwie trzymała się na nogach, zdążyła tylko zapytać, czy były jakiekolwiek ofiary, a skoro nie… to niech nikt nie próbuje dzwonić po żadną policję. Film jej się urywał – nie była pewna jak dotarła do domu, chyba ktoś z klubu ją odwiózł, ale nie miała pewności. Miała natomiast pewność, że zamknęła za sobą wszystkie możliwe zamki, jakimś cudem dotarła do łazienki i próbowała się doprowadzić do porządku. Naprawdę próbowała! Potrafiła szyć, potrafiła oczyścić rany, ale nie dałaby sobie ręki uciąć, że zrobiła to dobrze, prawdopodobnie nie. Nie miała na to siły. Zasypiała i budziła się. Po tym znowu zasypiała. I znowu budziła. W międzyczasie podjęła kolejną próbę zapanowania nad własnymi ranami. Sięgnęła też po telefon i widok nieodebranych połączeń od Arvela sprawił, że przeklęła pod nosem. Już dawno powinna wylądować w Cardiff, a może już nawet był następny dzień? Nie wiedziała, zgubiła rachubę. Wysłała jedną wiadomość, która łamała jej serce, ale która – miała przynajmniej taką nadzieję – jeszcze przez kilka dni będzie go trzymać z daleka od Toronto. Chociaż ta nieszczęsna torba spakowana na wyjazd ciągle stała przy drzwiach.

Darcy
To nie był dobry pomysł. To od początku nie był dobry pomysł.
Zostań w Walii, Cadwalader. Tak będzie dla ciebie lepiej.
abonent czasowo niedostępny
Wiadomość...
Arvel Cadwalader