Strona 1 z 2

life's curveball

: pn lip 27, 2026 7:42 am
autor: Noe Villeneuve-Scott
014
Telefon od matki zastał go na imprezie kończącej rok akademicki, dokładnie w momencie, gdy z kumplami opijał w zatłoczonym barze wstępny zarys swojej pracy licencjackiej. Wokół panował hałas, muzyka dudniła w głośnikach, a ludzie wznosili toasty za zbliżające się wakacje i koniec morderczych sesji egzaminacyjnych. Noe miał zrobiony wywiad wstępny i głębokie przeświadczenie, że oto stał na progu wielkiej kariery. Dziennikarstwo miało być dla niego biletem wstępu do zupełnie innego świata: wstrząsających artykułów, prestiżowych nagród, śledztw i czołówek gazet. Ojciec od zawsze powtarzał mu z pobłażliwym uśmiechem, że z samego gadania i pisania chleba w życiu nie będzie, ale Noe wiedział swoje i uparcie dążył do celu.
Dźwięk dzwonka z trudem przebił ryk głośników i gwar tłumu. Noe wyciągnął aparat z kieszeni jeansów i spojrzał na ekran. Matka. Zdziwił się, bo rzadko dzwoniła o tak późnej porze, szczególnie gdy wiedziała, że świętował zakończenie roku.
Noe, wracaj do domu — powiedziała łamiącym się, kompletnie obcym głosem, gdy tylko odebrał i wyszedł przed lokal. — Ojciec... nie żyje. Zawał. Chris znalazł go rano w biurze.
I tyle. Żadnego przygotowania, żadnego podkładu muzycznego budującego napięcie, jak w tanich serialach, tylko chłodne zdanie, które w zaledwie pięć sekund zdemolowało cały ułożony plan na przyszłość. Ojciec miał zaledwie czterdzieści osiem lat, nigdy na nic nie chorował i wyznawał zasadę, że kanadyjska służba zdrowia i tak wymaga zbyt długiego czekania w kolejkach, więc lekarze to zbyteczny wymysł. O ironio.
Kolejne tygodnie pędziły jak szalone, gdy żył w zawieszeniu pomiędzy dwoma zupełnie różnymi światami. Z jednej strony chciał dokończyć studia, w które włożył tyle energii, a z drugiej strony wiedział, że musi pomóc matce. Powinien wysyłać CV do redakcji w całej Kanadzie, a zamiast tego co weekend wracał do rodzinnego domu, bo całe życie przypominało plac budowy po wybuchu bomby. Matka po pogrzebie kompletnie się posypała emocjonalnie. Zawsze była kobietą cichą, żyła nieco w cieniu męża i zajmowała się wyłącznie domem, podczas gdy ojciec trzymał całe przedsiębiorstwo mocną ręką. Rodzinna firma pogrzebowa funkcjonowała na rynku od ponad dwudziestu lat. Kiedy go nagle zabrakło, dobrze naoliwiona dotąd machina zacząła się sypać. Trzy miesiące po pogrzebie siedzieli przy kuchennym stole. Na blacie leżała sterta nie otwartych kopert z rachunkami, ponaglenia z i pismo z banku w sprawie zaległych rat kredytu.
Noe, ja tego sama nie ogarnę — powiedziała w końcu, patrząc na niego bezradnym wzrokiem, przed którym nie dało się uciec. — Chris grozi, że odejdzie do konkurencji, bo nie dostał wypłaty na czas. Jeśli tego natychmiast nie przejmiesz i nie uporządkujesz, zostaniemy z ogromnymi długami. Przecież nie sprzedam tego wszystkiego... Ojciec by nam tego nie wybaczył.
I tak oto świeżo odebrany dyplom trafił na spód szuflady w biurku. Pierwszy dzień na nowym stanowisku był twardym lądowaniem. Jego nowy gabinet – dawny gabinet ojca – wciąż specyficznie pachniał. Przejęcie biznesu nie polegało jedynie na podpisaniu kilku papierów. Musiał z dnia na dzień nauczyć się wszystkiego: od przepisów sanitarnych, przez wydawanie aktów zgonów, aż po negocjacje cenowe z dostawcami. Chris, ich najstarszy i najbardziej doświadczony pracownik, od początku patrzył na niego z góry. Dla niego wciąż był jedynie smarkaczem, który dostał wszystko na tacy.
Szefie — rzucił drugiego dnia, stając w progu biura i celowo używając tego słowa z lekką ironią. — Mamy rodzinę na dole. Zmarł starszy pan. Syn chce coś najtańszego, ale córka upiera się przy wersji z mosiężnymi uchwytami. Będziesz z nimi w końcu gadał, czy mam sam to wszystko załatwić po swojemu?
Noe wstał powoli z fotela, poprawił kołnierzyk czarnej koszuli i wziął do ręki katalog.
Zrobię to sam — odpowiedział pewnym siebie tonem.
Prawda była taka, że studia dziennikarskie przydały mu się w tym biznesie znacznie bardziej, niż mogłoby się komukolwiek wydawać. W końcu praca w redakcji i praca w firmie pogrzebowej miały ze sobą zaskakująco wiele wspólnego: w obu przypadkach trzeba umieć rozmawiać z ludźmi. Wychodził do nich, słuchał, zadawał pytania i starał się prowadzić rozmowę tak, żeby podjęli trudną decyzję bez stresu. Zamiast pisać nagłówki do gazet, pisał nekrologi. Czasami kiedy siedział w biurze i przeglądał faktury za trumny, zastanawiał się, co powiedziałby ojciec. Pewnie zaśmiałby się pod nosem i rzucił jeden ze swoich tekstów, że papierologia go wykończy, ale prawda była taka, że chłopak uratował ten zakład. W trzy miesiące spłacił zaległości, dogadał się z dostawcami i zapłacił pracownikom.
Jego życie potoczyło się w całkiem innym kierunku, niż planował. Zamienił mikrofon na czarny garnitur, a dyktafon na rejestr zgonów i choć jego znajomi ze studiów pewnie myśleli, że zakopał swoje marzenia, wreszcie czuł, że robi coś konkretnego. Po prostu prowadził biznes – biznes, w którym klient nigdy nie wracał z reklamacją, ale za to praca była zawsze. I tak tkwił już tu od miesięcy.
Ruelle I. Prescott

life's curveball

: ndz sie 02, 2026 10:08 am
autor: Ruelle I. Prescott
Nie planowała nigdy wiązać swojej przyszłości z zakładem pogrzebowym. Niespodziewanie jednak odkryła, że zajmowanie się ciałami przynosiło jej spokój. Była w tym dobra i postanowiła uczynić z tego zajęcia swoisty przystanek na drodze do spełnienia swoich zawodowych ambicji... oraz jako pewien plan B.
To był swoisty dodatek do studiów medycznych. Coś, co mogłoby jej pomóc uzyskać już teraz pewien własny kapitał na samodzielny start, gdy będzie chciała wyprowadzić się od rodziców. Niemniej traktowała to bardzo poważnie, co z pewnością było doceniane przez właściciela.
Właściciela, który niestety jakiś czas temu zmarł. Wielka szkoda, bo był wciąż dosyć młodym facetem, a Prescott ceniła sobie pracę z nim. Zawsze traktował ją dobrze i nawet wtedy, gdy była początkującą tanatopraktorką to miał dla niej sporo wyrozumiałości.
Sytuacja jednak się zmieniła. Ona zyskała doświadczenie i pewniejszą rękę, a on... Cóż, zmarł. Przynajmniej rodzina nie musiała się troszczyć o wybór zakładu pogrzebowego, bo pracownicy oddali mu cześć, przygotowując go do ostatniej podróży.
Sprawy po tym uległy pewnemu pogorszeniu. To miało być chwilowe. Mieli się przemęczyć przez jakiś czas, aż żona denata nie wdroży się bardziej w biznes. I chyba nawet jej się udało po trzech miesiącach trudności w nawigowaniu funeralnym światem.
Sprawy wróciły do normy. Zakad funkcjonował jak wcześniej, a Ruelle przychodziła zajmować się zmarłymi, gdy tylko mogła i była potrzebna.
Właśnie rozmawiała z rodziną, która dopiero co przeszła przez śmierć ojca, męża, dziadka i ogólnie rzecz biorąc kochanego starszego pana. Dysponowali całkiem ograniczonym budżetem, ale córka chciała, aby denat miał elegancki pogrzeb. To będzie trudne do nawigowania.
Rozmawiała z rodziną w towarzystwie najbardziej doświadczonego pracownika, który ostatnimi czasy zajmował się praktycznie wszystkim. Zdołała się naprawdę sporo od niego nauczyć i czasami pomagała mu w kwestiach, które wychodziły poza kompetencje tanatopraktora.
- Mogą państwo przygotować i dostarczyć odpowiednie ubrania oraz obuwie w dogodnej chwili, abyśmy mogli przebrać tatę do pochówku. Jeśli nie posiadają państwo odpowiednich rzeczy to możemy się tym zająć i... - tłumaczyła, ale przerwała, gdy tylko poczuła za sobą czyjąś obecność.
Odwróciła się od razu, oczekując, że ujrzy swojego najbliższego współpracownika, ale zamiast tego ujrzała chłopaka w mniej więcej swoim wieku. Już wcześniej widziała go kręcącego się po zakładzie, ale dotychczas nie miała okazji do tego, aby zamienić z nim chociaż słowo.
- Hej - zwróciła się do niego, wbijając w jego sylwetkę uważne spojrzenie. - Gdzie Chris?
Mieli w końcu omówić z klientami szczegóły pochówku, a on nagle znikał i zamiast niego pojawiał się jakiś młodziak z katalogiem. O co chodziło?

Noe Villeneuve-Scott

life's curveball

: czw sie 06, 2026 10:57 am
autor: Noe Villeneuve-Scott
Rozmowa z rodziną zmarłego w sali przyjęć szła dokładnie tak ciężko, jak można się było spodziewać po ludziach przerażonych budżetem. Noe stał w lekko uchylonych drzwiach biura, obserwując scenę przez wąską szczelinę. Nie chciał od razu wchodzić z butami i przerywać płynnej narracji Ruelle, która z godną podziwu cierpliwością i stoickim spokojem starała się wypośrodkować oczekiwania córki starszego pana z ograniczeniami finansowymi, jakie stawiał reszta rodziny.
Ruelle była dla tego zakładu prawdziwym skarbem, choć ojciec zawsze powtarzał pod nosem, że studenci medycyny bywają zbyt dociekliwi. Znała swój fach, pracowała precyzyjnie i traktowała zmarłych z szacunkiem, którego nie dało się kupić na żadnym kursie. Z perspektywy dziewczyny i pozostałych pracowników sytuacja w firmie powoli wracała do normy, a pozory zostały zachowane. Wszyscy myśleli, że to matka po trzech miesiącach chaosu wreszcie wzięła się w garść i naprostowała zakładową sytuację, wyprowadzając biznes na prostą. Noe nie wyprowadzał ich z błędu. Wolał, żeby to matka zbierała oficjalne uśmiechy, podczas gdy on po nocach ślęczał nad rachunkami i spłacał zadłużenia z kredytów.
Chris, który chwilę wcześniej cicho wycofał się na korytarz, przyszedł po niego nie dlatego, by wątpić w umiejętności Prescott, ale dlatego, że ostateczne decyzje budżetowe i tak musiały przejść przez kogoś z biura. Noe poprawił garnitur, wziął głęboki oddech i wszedł do sali przyjęć, stając tuż obok Ruelle i pogrążonej w dyskusji rodziny. Zamiast szukać nagłówków do gazet, musiał teraz ułożyć ten finansowy plan tak, aby rodzina wyszła z poczuciem godności, a firma nie dopłaciła do interesu.
Noe czekał spokojnie krok za nią, dając jej czas na reakcję i nie wcinając się w zdanie, gdy tłumaczyła rodzinie procedury. Dopiero gdy zamilkła i odwróciła się w jego stronę, napotkał jej uważne, pytające spojrzenie.
- ...i wybrać komplet z naszej oferty, dostosowany do państwa możliwości - dokończył gładko, nawet na sekundę nie tracąc opanowania. Przesunął wzrokiem po rodzinie pogrążonej w żałobie, składając wyćwiczony w ostatnich tygodniach ukłon.
- Dzień dobry. Przepraszam, że przeszkadzam. Chris musiał na chwilę odskoczyć do chłodni na dole, a ja przechodziłem obok i słyszałem, że szukają państwo odpowiedniego rozwiązania - zwrócił się najpierw do rodziny, po czym skierował spojrzenie na brunetkę. Jej pytające spojrzenie nie umknęło uwadze. Doskonale rozumiał jej dezorientację – dla niej wciąż był tylko kimś, kto od niedawna kręcił się po korytarzach i przeglądał papiery w biurze. - Noe Villenueve-Scott, jestem menedżerem zakładu. Znajdziemy wariant, który będzie godny, a jednocześnie zmieści się w zakładanym budżecie. Mam nadzieję, że doświadczona koleżanka pomoże mi ocenić to wszystko sprawnym okiem? - Nie chciał jej odsuwać od rozmowy z rodziną, skoro już do niej doszło. Wiedział również, że zarówno jej, jak i Chrisa doświadczenie, są cenne i wiele się od nich w pewnych kwestiach nauczy.
Ruelle I. Prescott

life's curveball

: ndz sie 09, 2026 9:30 am
autor: Ruelle I. Prescott
Dla rodzin zmarłych to zawsze było jakieś przeżycie. Niektórzy przeżywali śmierć bliskich bardziej, a inni mniej. Dla Ruelle był to zwyczajny wtorek. Przywykła już do przeprowadzania takich konwersacji, które nie stanowiły dla niej większego problemu. Zdążyła też w pewien sposób zapoznać się z tym w jaki sposób reagowali oraz funkcjonowali ludzie, gdy mierzyli się ze swoją stratą. W końcu każdy z nich zdawał się przez to przechodzić nieco inaczej.
Pomimo tego, że praca w zakładzie miała być dla niej zajęciem tymczasowym to traktowała ją nadzwyczaj poważnie. W końcu jeśli już się czegoś podejmowała to robiła to porządnie. Ostatnio też coraz częściej zlecano jej także jakieś drobne zadania, które wykraczały poza obowiązki tanatopraktorki, ale musiały być wykonane, a nikt inny się do nich nie palił. Być może dlatego, że inni pracownicy nie mieli już motywacji do tego, aby pracować jak zwykle, gdy wypłata nie pojawiała się terminowo na koncie.
Chris był jednym z tych pracowników, których ceniła najbardziej. Nie miał on większych zastrzeżeń do jej pracy i stanowił dla niej niekwestionowalne źródło wiedzy. To on przekazał jej chyba najwięcej informacji odnośnie tego jak funkcjonował zakład oraz branża pogrzebowa oraz służył wskazówkami, gdy tylko czegoś potrzebowała. Ten nowy... Nie kojarzyła go zbytnio. Chyba nawet nie wymieniła z nim więcej niż garści słów, a teraz nagle znalazł się tuż obok, aby włączyć się do prowadzonej przez nich rozmowy.
Przez moment chciała go spławić. Po co się wtrącał skoro tylko przechodził obok, a ona zajmowała się sprawą? Jedyni właził buciorami w jej kompetencje, ale dopiero wtedy usłyszała jak się przedstawia.
Villenueve-Scott... Brzmiało, aż znajomo. Jak właściciel. Dotychczas nie słyszała tego jak Noe się przedstawiał i nie miała pojęcia kim był. Przynajmniej tyle dobrego, że ugryzła się w język, aby nie rzucić czegoś zbyt ostrego dla obecnego tutaj nepo-baby.
- Jasne. Jak najbardziej mogę w tym pomóc. Mają państwo jeszcze jakieś pytania? - odpowiedziała, zwracając się tym razem do rodziny, która zapewne miała do powiedzenia managerowi rzecz czy dwie.

Noe Villeneuve-Scott

life's curveball

: wt sie 11, 2026 10:58 pm
autor: Noe Villeneuve-Scott
Dla Noego ten wtorek nie różnił się specjalnie od poprzednich – był kolejnym dniem spędzonym między biurokracją, a łataniem finansowych dziur. Jeszcze niedawno liczył na zupełnie inny scenariusz, tymczasem, zamiast realizować własne plany, tkwił po uszy w papierach, które po śmierci ojca spędzały mu sen z powiek. Przed nim czekała kolejna decyzja finansowa do podjęcia i kolejny problem do rozwikłania, zanim ten dzień na dobre się skończy.
Każda noc spędzona nad wyciągami bankowymi przypominała mu, jak tragicznie wyglądała sytuacja pod powierzchnią. Świadomość, że firma wisiała na włosku, a pracownicy powoli tracili cierpliwość, zmuszała go do ciągłego kombinowania i trzymania ręki na pulsie. Zamiast realizować własne plany, musiał brać na klatę konsekwencje nie swoich błędów i pilnować, żeby piętrzące się zaległości nie doprowadziły do katastrofy.
Wiedział, że dla Ruelle i dla większości zespołu to Chris był autorytetem. Był w tej firmie od lat, znał każdy kąt, poprowadziłby ceremonię z zamkniętymi oczami i cierpliwie wdrażał młodszych w tajniki branży. To do niego wszyscy chodzili po pytania i instrukcje. A sam Noe? Był po prostu obcym gościem. Nie zamierzał jednak przepraszać za swoją obecność ani obnosić się z tym, kim tak naprawdę był dla tego zakładu. Dla niego liczyło się tylko to, że sytuacja opanowała się na tyle, by można było przejść do konkretów.
Mężczyzna odchrząknął nerwowo, poprawił krawat i spojrzał na Noego z lekkim niedowierzaniem, jakby próbowano go zbyć kimś zbyt młodym. Klient zarzucił Ruelle, że sugerowała dopłatę za przygotowanie ciała, Noe nie mrugnął nawet okiem, zachowując spokój, choć kątem oka czuł na sobie wzrok Prescott.
- Moja pracownica przedstawiła państwu wyłącznie dostępne opcje, nie wywierając żadnego nacisku - odezwał się, a w jego głosie pojawiła się chłodna stanowczość. Zrobił krok, stając przed współpracownicą, odcinając ataki klienta. - Ruelle wykonywała swoje obowiązki z pełnym profesjonalizmem. Jeśli rodzina nie ma możliwości przyniesienia ubrań, naszym zadaniem jest zaoferować alternatywę, a nie zostawiać państwa bez pomocy. Nikt tu nikogo nie naciąga na koszty. - Przeniósł spojrzenie na mężczyznę, nie dając mu przestrzeni na dalsze pretensje w stronę dziewczyny. - Jeśli ma pan pretensje do organizacji czy komunikacji, proszę kierować je bezpośrednio do mnie, a nie do personelu, który wykonuje swoją pracę bez zarzutu - dodał, ucinając jakikolwiek spór. - A teraz przejdźmy do konkretów i ustalmy, jak możemy rozwiązać tę sprawę, a jeśli potrzebują państwo czas do namysłu, to również go otrzymacie. Nie musimy podejmować tej decyzji tu i teraz, pod wpływem emocji - dodał już łagodniejszym tonem. Przystali na jego propozycję, zabrali katalog i opuścili zakład. - Co za jebany bufon - powiedział głośno, zwracając się do Ruelle.
Ruelle I. Prescott

life's curveball

: pn sie 17, 2026 1:10 am
autor: Ruelle I. Prescott
Dla nich śmierć była biznesem. Nie można było temu zaprzeczyć. Nawet jeśli nie traktowali jej całkowicie ozięble to wciąż zarabiali na chowaniu zmarłych. Ktoś postanowił ubić na tym interes nawet jeśli pomagał ludziom w godnym pożegnaniu bliskich.
Wiedziała jednak jak osobiste to było przeżycie. Miała doświadczenia także po tej drugiej stronie. To właśnie dlatego zatrudniła się w White Lily. Całkowitym przypadkiem bowiem odkryła to, że przygotowywanie ciała do pochówku nie nastręcza jej żadnych trudności, a mało tego... Sprowadza na nią wyjątkowy spokój. Było to coś, co wykonywało się w ciszy, na spokojnie i z zachowaniem odpowiedniego szacunku. Odpowiadała jej ta atmosfera. Nawet jeśli bywało, że musiała zarwać noc, aby mieć pewność, że denat będzie gotowy do pochówku najszybciej jak to było możliwe.
Trzeba było przyznać, że uczyła się dosyć szybko, ale wciąż zdarzały się sytuacje, gdy czuła się o wiele pewniej, gdy miała przy sobie kogoś, kto zdecydowanie siedział dłużej w branży. Chyba nikt nie znał się na niej lepiej niż Chris w ich zakładzie. Posiadał wiedzę o naprawdę najdrobniejszych niuansach, gdy Prescott obracała się głównie wokół tych związanych z przygotowaniem ciała do złożenia w trumnie. Na pewno nie posiadała odpowiedzi na wszystkie pytania, ale starała się pomóc jak tylko mogła.
Mogła się spodziewać tego, że synalek dusigrosz zacznie oponować i zaprzeczać potrzebie korzystania z ich dodatkowych usług, które generowały dodatkowe koszty. Nie sądziła jednak, że w tak bezczelny sposób zarzuci jej to, że starała się z niego wyciągnąć ostatnie pieniądze. Już miała coś odpowiedzieć na jego słowa, ale zanim zdążyła się odezwać, Noe wtrącił się, aby stanąć w jej obronie. Nie dał jej nawet szansy na to, aby sama spróbowała rozwiązać ten drobny konflikt.
Jego stanowisko zostało wyrażone w jasny i klarowny sposób. Nie zostawiał miejsca na dyskusję. Mężczyzna mruknął jedynie coś pod nosem, zgarnął katalog, aby stwierdzić, że nad pewnymi kwestiami jeszcze musi się zastanowić z siostrą po czym wyszedł z zakładu.
Została zatem sama z... Kimś, kto podobno miał być jej szefem. W ten czy inny sposób. Nie przypuszczała, że mieli kogoś takiego jak manager i był nim akurat ten niepozornie wyglądający chłopak.
- Mhmm... - mruknęła potakująco, zgadzając się w stu procentach z tą jakże trafną oceną, której dokonał Noe i dopiero po chwili oderwała spojrzenie od wyjścia, aby spojrzeć bezpośredni ona Villenueve-Scotta. - Słuchaj, dzięki, ale nie musiałeś się tak za mną ujmować. Wybrnęłabym.
Nie była damą w opresji, która wymagała ratunku. Miała przed sobą jedynie skąpca, który miał zorganizować pogrzeb dla swojego zmarłego ojca. Nie było to coś z czym nie miałaby wcześniej do czynienia, bo mimo wszystko zdarzało jej się już rozmawiać z klientami różnej maści. Także takimi awanturującymi się w obliczu tragedii życiowej. Lub też wyjątkowo nieczułymi na taką stratę.

Noe Villeneuve-Scott

life's curveball

: czw sie 20, 2026 10:41 pm
autor: Noe Villeneuve-Scott
Po ojcu odziedziczył nie tylko zakład, lecz także sposób jego prowadzenia. Przez lata obserwował, jak ojciec rozmawiał z klientami, jak przedstawiał im możliwości i jak potrafił znaleźć rozwiązanie nawet wtedy, gdy rodzina zmarłego nie miała pojęcia, od czego zacząć. Dopiero teraz zaczął rozumieć, ile cierpliwości wymagało takie podejście. Sam nie zawsze ją posiadał. Najbardziej irytowały go sytuacje, w których ktoś próbował sprowadzić wszystko wyłącznie do pieniędzy. Rozumiał, że dla niektórych każda dodatkowa opłata była problemem, ale nie oznaczało to jeszcze, że każda proponowana usługa była próbą wyciągnięcia od nich ostatnich oszczędności. Jeśli coś było potrzebne, należało to powiedzieć wprost. Jeśli można było z czegoś zrezygnować, również nie widział powodu, żeby to ukrywać.
Dlatego trudno było mu przejść obojętnie obok zarzutów kierowanych w stronę Ruelle. Nie chodziło nawet o samą dziewczynę. Bardziej o zasadę. Nie zamierzał pozwalać, żeby ktoś podważał uczciwość jego pracowników tylko dlatego, że nie podobała mu się wysokość rachunku. Zakład miał zarabiać, po to istniał. Może właśnie dlatego odezwał się szybciej, niż zdążył się nad tym zastanowić. Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie nie uznałby podobnej sytuacji za swój problem. Teraz jednak był odpowiedzialny nie tylko za własne decyzje, ale również za ludzi, którzy pracowali pod jego nazwiskiem. Nie wiedział jeszcze, czy był w tym dobry.
Przeniósł na nią spojrzenie, a kącik jego ust drgnął ledwie zauważalnie. Nie wyglądał na szczególnie przejętego tym, że właśnie podziękowała mu za coś, czego sam właściwie nie uważał za warte podziękowań.
- Wiem, że byś wybrnęła - odpowiedział spokojnie. - Nie wyglądałaś mi na kogoś, kto potrzebuje niańczenia. - Na moment zamilkł, zerkając w stronę drzwi, za którymi zniknął klient. - Po prostu nie miałem ochoty słuchać, jak ktoś obraża mojego pracownika w moim zakładzie. Zwłaszcza kiedy nie miał racji. - Westchnął cicho, jakby dopiero teraz pozwalał sobie trochę odpuścić. - Poza tym... skoro już zostałem szefem, wypada chyba czasem zachowywać się jak szef. Inaczej szybko wszyscy przestaną traktować mnie poważnie.

Ruelle I. Prescott

life's curveball

: sob sie 22, 2026 1:42 am
autor: Ruelle I. Prescott
Po tych trzech miesiącach kryzysu wszystko wróciło o normy. Tak naprawdę. Zakład funkcjonował jak wcześniej. Nie widać było większych zmian jeśli chodziło o decyzje podejmowane na szczeblu administracyjnym. Firma była prowadzona z takim samym zamysłem jak wcześniej, podążała wyznaczoną przez zmarłego właściciela ścieżką i niewiele mogło wskazywać na to, że zmieniła się osoba u steru. Ktokolwiek zatem zasiadał za biurkiem prezesa musiał się na tym dobrze znać.
Prescott większość swojego czasu spędzała na zapleczu. Nie miała aż tak wielkiej styczności z klientami, ale, gdy już musiała podejmować się dialogu to robiła to w sposób merytoryczny. Bezemocjonalny w dziwnie kojący sposób. Miała w sobie wystarczająco cierpliwości oraz spokoju, które w jakiś sposób mogły spłynąć na jej rozmówców. Z reguły udało jej się wszystko załatwić bez większych problemów, ale zdarzali się też tacy, którzy nie mieli wystarczającego szacunku do śmierci.
Przedstawiała jedynie ofertę. Coś z czego można było skorzystać jeśli samemu z jakiegoś powodu człowiek nie chciał lub nie mógł się zająć daną rzeczą. Istnieli po to, aby w pewnych sprawach wyręczać swoich klientów i nie było w tym nic innego. Tylko, że niektórzy zdawali się szukać każdej możliwej okazji do tego, aby przypuścić atak i wyżyć się na tych, którzy znajdowali się w pobliżu. Najwyraźniej ten facet miał w sobie sporo skrywanych frustracji.
Obserwowała go uważnie. Widziała to jak na jego twarzy pojawił się cień pewnej emocji, który zniknął szybciej niż zdołał osiąść w jego rysach. Wydawało się, że dla niego nie było to nic nad czym szczególnie długo myślał, a raczej działał w pełni instynktownie.
- A ty na takiego, który lubi bawić się w niańkę - odparowała, ale nie był to żaden atak.
Górował nad nią posturą w dosyć wyraźny sposób. Dodatkowo piastował wyższe stanowisko o czym zdołała się już przekonać, ale nie wydawał się być kimś kto czerpałby przyjemność z tego, że pomaga damie w opałach. Nie biła od niego swoista duma, rycerskość ani potrzeba pochwały.
- Bez przesady z tym obrażaniem. Załączył mu się tryb skąpca. To tyle - odpowiedziała, nie przejmując się zbytnio wybuchem klienta, bo na dobrą sprawę nie miał on właściwie na jej życie żadnego wpływu. - Dotychczas chyba nie bardzo wykorzystywałeś swój status.
Przyglądała mu się uważnie. Gdyby bardziej zaznaczał swoją obecność jako szef to na pewno wiedziałaby, że nim był. A tak? Dowiadywała się o tym dopiero teraz przez to, że zaznaczył swoją pozycję przed problematycznym klientem.

Noe Villeneuve-Scott

life's curveball

: czw sie 27, 2026 4:13 pm
autor: Noe Villeneuve-Scott
Trzy miesiące. Dokładnie tyle czasu minęło od momentu, w którym całe jego dotychczasowe życie wywróciło się do góry nogami, a on musiał usiąść za biurkiem, które dotąd kojarzyło mu się wyłącznie z autorytetem ojca. To, co dla Ruelle i reszty personelu wyglądało jak kontynuacja rządów poprzedniego właściciela, dla Noego było codzienną walką z samym sobą. Codziennie analizował dokumenty i uczył się na własnych błędach, modląc się w duchu, by nikt nie zauważył, jak bardzo momentami improwizuje. Nie chciał jednak współczucia ani taryfy ulgowej. Skoro zakład miał funkcjonować normalnie, on musiał być tą normalnością, na której inni mogli polegać. Skoro uznali, że zna się na rzeczy, nie zamierzał wyprowadzać ich z błędu.
Doskonale wiedział, jak Prescott radzi sobie na zapleczu. Dlatego ten dzisiejszy incydent tak bardzo go ruszył. Facet, który przed chwilą trzasnął drzwiami, nie szukał oszczędności, tylko worka treningowego. Noe zdążył już zauważyć, że żałoba wyciąga z ludzi albo to, co najlepsze, albo to, co najgorsze. Niektórzy pod wpływem bólu i bezsilności stawali się agresywni, a pracownicy zakładu pogrzebowego byli najłatwiejszym celem. Bo przecież zarabiali na ludzkiej tragedii.
Przeniósł wzrok z zamkniętych drzwi z powrotem na Ruelle. Doceniał to, że nie próbowała się tłumaczyć ani użalać nad sobą. Przez chwilę panowała między nimi cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara. Krótkie parsknięcie wymknęło się z jego piersi, zanim zdążył je powstrzymać. Jej uwaga zamiast go zirytować, rozładowała resztki napięcia, które zostawił po sobie klient. Noe pokręcił lekko głową, a cień rozbawienia w kąciku ust stał się odrobinę wyraźniejszy.
- Trafiony - przyznał, nie odwracając wzroku. - Choć muszę nad tym popracować. Niańczenie personelu fatalnie wpływa na autorytet szefa. - Zrobił krok w stronę okna, zerkając na parking przed zakładem, by upewnić się, że awanturnik opuścił teren firmy. Samochodu już nie było. Noe odwrócił się z powrotem do Ruelle, opierając się bokiem o parapet. - A tak poważnie, to nie zamierzam tolerować w tym miejscu chamstwa. Ojciec powtarzał, że klient ma prawo do emocji, nawet tych trudnych. Ale granica jest tam, gdzie zaczyna się zwykły brak szacunku do czyjejś pracy.
Noe zmrużył lekko oczy, słysząc jej ocenę. Przez moment ważył w myślach jej słowa, a jego spojrzenie stało się odrobinę bardziej badawcze. Nie było w tym jednak złości – raczej uznanie dla faktu, jak trafnie, a zarazem bezczelnie potrafiła go podsumować.
- Bo nie było takiej potrzeby - odpowiedział cicho. - Nie jestem typem, który biega po korytarzach i przypomina wszystkim, jak się nazywa. - Wypuścił powietrze, nie spuszczając z niej wzroku. Cień rozbawienia całkowicie zniknął z jego twarzy. - Prawda jest taka, że o ile potrafię puścić przelew i dopilnować, żeby nikt nie ukradł karawanu, o tyle o pracy tutaj wiem niewiele. Ojciec latami próbował mnie tego uczyć na siłę, ciągał mnie tu wbrew mojej woli, a ja robiłem wszystko, żeby tylko nie musieć dotykać tego fachu. Stąd moja wiedza jest... czysto teoretyczna.

Ruelle I. Prescott

life's curveball

: pt sie 28, 2026 12:10 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Nie zdawała sobie sprawy z tego, co działo się na przełomie ostatnich trzech miesięcy jeśli chodziło o sprawy związane z funkcjonowaniem zakładu pogrzebowego na tych wyższych szczeblach. Nie było potrzeby, aby się tym szczególnie interesowała. Była tylko szeregowym pracownikiem. Nawet nie etatowym, bo jedynie dorabiała sobie w ten sposób na studiach. Póki była dobrze traktowana, a pieniądze trafiały na konto to nie miała absolutnie żadnego problemu.
Przeczekali najgorsze. Teraz wszystko było po staremu i nie widziała powodów, do większych narzekań. Robiła swoje i nie wnikała w nic innego. Po prostu pojawiała się, gdy znalazł się tylko jakiś denat wymagający przygotowania do pochówku. Może i nie była pretendentką do tytułu pracownika miesiąca, ale na pewno nie zawalała swoich zadań i wywiązywała się ze wszystkich swoich obowiązków.
Ten atak syna zmarłego nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Sama nie unosila się emocjami, bo zwyczajnie uważała, że była ponad to. Nie wspominając już o tym, że nie należała do osób o zbyt wielkiej ekspresji. Chyba, że ktoś naprawdę przesadzał. Wtedy musiała zareagować, a latynoska krew, którą odziedziczyła po matce potrafiła zawrzeć.
Nie czuła się w żaden sposób skrępowana tym, że znajdowała się w obecności szefa. Zwłaszcza, że był to szef, o którego istnieniu nawet nie wiedziała zaledwie chwilę temu. Nie wydawało się jednak, aby taki stan rzeczy mu wybitnie przeszkadzał.
- Mówisz? To chcesz mieć jakiś żelazny autorytet? - zapytała, obserwując to jak Noe z przyczajki spogląda przez okno na znajdujący się przy zakładzie parking. - Im dłuższej się użerasz z ludźmi, tym dalej wydaje ci się leżeć granica chamstwa i braku szacunku.
Bo to, co niektórzy potrafili wyczyniać przechodziło pojęcie rozumnego człowieka. Być może dlatego tym bardziej chciała pracować ze zmarłymi. Mniej ludzi do tego, aby się jej czepiać o cokolwiek i uprzykrzać życie swoją obecnością. Utwierdzała się jedynie w tym, że w przyszłości widziała się w roli patologa albo siedzącą dalej na zapleczu zakładu pogrzebowego.
Nie zamierzała go w żaden sposób urazić. Wyłącznie stwierdzała fakty. Może była też nieco ciekawa tego jakim dokładnie człowiekiem był znajdujący się obok niej manager zakładu.
- Jest jakiś jeszcze etap przejściowy pomiędzy byciem totalną niewiadomą a przypominaniem każdemu o tym z kim mają do czynienia na każdym kroku - zauważyła, bo chyba jednak jego obecność była słabo zaakcentowana skoro nie miała pojęcia z kim rozmawia. - Chcesz być funeralnym odpowiednikiem wróżki zębuszki? Tajemniczą siłą, która pozostaje niewidoczna i jedynie zapewnia pieniążki tym, którzy odprowadzą zmarłego do grobu?
Znowu: w tych słowach nie wybrzmiewała drwina. Zwyczajnie chciała zrozumieć dlaczego postępował tak, a nie inaczej. No, ale nie była to jej sprawa. Będzie wiedziała po prostu od teraz kto jej szefuje. Nie starała się też wnikać w to czemu przejął pałeczkę. Nagła chęć zachowania rodzinnego biznesu, brak alternatyw... a może jednak się przekonał do tego biznesu lub widział w tym łatwe pieniądze? Dla niej nie miało to znaczenia.

Noe Villeneuve-Scott